niedziela, 30 grudnia 2007

* ALE SZOPKI!


I to dosłownie. Popołudniem wybraliśmy się do Le Piastre obejrzeć fenomen żłóbkowy. Większość miekszańców tej oraz pobliskich miejscowości wystawia zbudowane przez siebie żłóbki bożonarodzeniowe. Krzysztof narażając na odmrożenie swoje dłonie usiłował choć część z nich sfotografować.
Jestem zachwycona tym, że 20 minut drogi w góry odkryliśmy enklawę ludzi zwariowanych, wyszukujących czasami bardzo oryginalne miejsca dla swoich instalacji żłóbkowych. A to wysepka na jezdni, a to garaż, a to stary wóz, a to w końcu wysłużona "pszczoła" Piaggio.



Często zdarzało nam się zaglądać wprost do domów, bo w przeszklonych drzwiach zainstalowano żłóbek.
Postaci użyte do tych arcydziełek tworzyły bogaty wachlarz wyobraźni ich twórców, od gotowych fabrycznie figurek, po ubrane w tkaniny gąsiory.




A komu wystarczyło energii i paliwa, ten wspiąwszy się jeszcze wyżej, na koniec drogi został nagrodzony całym miasteczkiem wyrosłym wokół Dzieciątka.




Wszystkie zdjęcia w albumie Boże Narodzenie w Toskanii: http://picasaweb.google.com/italia.serenissima

sobota, 29 grudnia 2007

* SPOKOJNA SOBOTA



Dzień bez wielkich szaleństw. No! Może oprócz zakupu kijków do trekkingu, z licznikiem prędkości, kilometrów itp. hi hi hi
Poza tym pyszne jedzonko na obiedzie u Marisy. Proste, ale... Najpierw klasyczne crostini toskańskie. Na pierwsze makaron kokardki z sosem pomidorowym, na drugie pieczeń, pieczone ziemniaki oraz sałata. Do popicia jakieś Chianti z florenckich łąk (tak dosłownie można przetłumaczyć etykietkę). Jako dolci biszkopty sklejane nutellą z mascarpone maczane w kawie i posypane wiórkami kokosowymi. Podsumowanie lekkim winem musującym słodkim, a na zakończenie kawa z pianką z ucieranego cukru.
Potem jeszcze dosprzątywanie poświąteczne. Telewizyjka. Komputer i hop! do łóżka poczytać książkę. Czyż to nie cudowne?

piątek, 28 grudnia 2007

* TO JUŻ PÓŁ ROKU!


Dzisiaj zaczął się siódmy miesiąc mojego zamieszkania w tej cudnej krainie. Choć na przekór mojemu zachwytowi Toskanią, nie pozostaliśmy w niej, tylko ruszyliśmy na północ do Emiglia Romana, ok 1,5 godziny stąd, do Apeninu Bolońskiego. Najwyższy szczyt Corno alle Scale ma 1945 m n.p.m. Tym razem jednak tam się nie wspinaliśmy, lecz powędrowaliśmy nad jeziorko. Oczywiście zamarznięte przypomniało mi scenę z "Inaczej niż w raju" Jarmuscha, zwłaszcza z tą barierką w szczerej bieli.

Zeszłego lata widziałam jeziorko z oddali, błyskało ślicznym turkusem. Teraz jeszcze nie było takiej ilości śniegu, tak że chociaż można było odróżnić ląd od wody.
Za to sama wyprawa przednia: śnieg, mały mróz i słońce. Zadziwiające, ale mało narciarzy, wszystkie wyciągi stały. Nie do końca rozumiem dlaczego. Coś w internecie znalazłam o problemach modernizacyjnych i ekonomicznych. Muszę jeszcze poszperać.

Wycieczka więc pychota!



Podejście niezbyt ostre, pod koniec trochę mocniej wiało i na szczęście u celu przywitało nas otwarte schronisko z ciepłą herbatą.

Psom może ciut mniej się podobało, zwłaszcza Bojanglesowi, którego łapki niestety okazały się niezwykle wrażliwe na twardy śnieg.



Drogę powrotną, z góry, przebył na rękach Krzysia, a w samochodzie obydwa stwory padły wykończone.
Ja też już niewiele sił z siebie mogę wydobyć, więc czem prędzej siadam i piszę i wklejam zdjęcia.

czwartek, 27 grudnia 2007

* BOŻE NARODZENIE W TOSKANII


Od razu, na wstępie, zaznaczam, że to własne radosne obserwacje, czasami tylko potwierdzone przez rodowitych Toskańczyków:

Świąteczność nadciąga, jak i w Polsce wszystkimi wystawami sklepowymi, światłami na ulicach i dekoracjami przed domami, wśród których króluje czerwony, wspinający się po drabince przerośnięty krasnolud zwany Mikołajem.
Wszędzie wyrastają Mercatini di Natale - czyli ryneczki bożonarodzeniowe. Zazwyczaj jest na nich mydło powidło, i piękne przedmioty na prezent i okrutne badziewie.





W niedzielę 23.grudnia w Lukce wszystkie sklepy były otwarte kusząc cudnymi wystawami.






Zmęczeni poławiacze prezentów przysiadali w barach na gorącą czekoladę ze śmietaną, lub bez...
Na jednym z placów rozpłaszczyło się lodowisko. Dopiero po chwili zauważyłam, że wszyscy mają jednakowe łyżwy, wypożyczone. No przecież! Na co im własne? Gdzie by mogli na nich jeździć? Skąd znaleźć mocno zamarznięte jezioro, albo wielokilometrowe lodowe rozlewiska Warty z mojego dzieciństwa?






W kościele nie ma roratniej mszy, ale na 9 dni przed zaczyna się codzienna Nowenna do Bożego Narodzenia.

Tradycji za wiele nie poznałam, ale:

1. Charakterystyczne ciasto to panettone (dosłownie chlebisko). Drożdżowy wyrośnięty keks. Wypieka się go w specjalnej formie papierowej, ponad którą wyrasta i tak się pozostawia do sprzedaży. Recepta wypieku, związana z Lombardią, sięga XV wieku. Kiedyś w okolicach Bożego Narodzenia był tutaj podobno niezywkły widok podążających pracowników, z jakichkolwiek miejsc pracy, wszyscy mieli w rękach zgrabnie zapakowane panettone, otrzymane w prezencie na Święta, w drugiej trzymali butelkę spumante.
Nie wiem, czy obecnie jeszcze wypieka się to ciasto w domu. Markety były zastawione stosami tego produktu w różnych odmianach, z rodzynkami , bez kandyzowanych owoców itp., itd.
Dostaliśmy parę opakowań w prezencie. Doszukiwałam się na opakowaniu konserwantów, nie znalazłam, ale jakim cudem toto ma datę przydatności do kwietnia?
Ciasto przełamuje się palcami i zjada po kawałku.







2. Prezenty bardzo często podarowuje się w koszach, tak że nasi wiklliniarze mieliby tu żniwa na Boże Narodzenie. Wszędzie pełno płytkich koszy. W takim koszu pakuje się np. zestaw lokalnych specjałow spożywczych, dobre wina, zestawy kosmetyczne itp. Całość owija się celofanem związanym wstążkami.
3. Najważniejszym elementem wystroju w domu i w kościele jest preseppio, czyli żłóbek, szopka. Wiele sklepów i takich typu Castorama i marketów bardziej spożywczych ma wiele elementów do utworzenia szopki, zwłaszcza typu neapolitańskiego. Część tych elementów jest ruchoma i nawiązuje do dawnego życia na włoskiej wsi. Obrazuje to zobaczona na wystawie pewnej księgarni w Lukce szopka. Znalazł się na niej i młynarz, i kowal, i tkaczka i stolarz. Nie zabrakło wyciskarni oliwy.







Bardziej rozbudowanym typem szopek są takie nazwane przeze mnie "światło i dźwięk". Jest to bardzo przestrzenna konstrukcja, z tłem np. falującego morza (jak ta w Montecatini Alto) albo trochę skromnejsza, zbudowana przez młodzież w kościele Św. Krzysztofa w Lukce. W tych szopkach zmienia się oświetlenie, czemu towarzyszą jakieś utwory muzyczne.


W kościołach, jest różnie. Wielkie figury i rozmach, albo niewielka szopka, tak jak u nas, ze względu na nieduże przestrzenie naszej świątyni. W tym roku Krzysztof zakupił studzienkę z cieknącą wodą a ja domalowałam tło do intsalacji przygotowanej przez parafian.
4. Choinka, owszem, istnieje, ale stoi przed kościołem. Traktowana jest jako zbyt pogańska by ustawić ją wewnątrz. I nas ubrana w bombki przygotowane przez dzieci uczęszczające na katechezę. W domach ponoć mają choinki, ale nie mogę tego potwierdzić, bo odpadło nam uczestniczenie w świątecznym obiedzie, gdyż kochana Franka jest ciągle w szpitalu i nie mogła dopełnić zaproszenia.
5. Głównym posiłkiem w Toskanii jest obiad świąteczny. Ponoć bardziej na południe kultywuje się jeszcze wieczerzę wigilijną, z zachowaniem tradycyjnego postu.
6. Obchody zaczyna się również Mszą o północy. Gdzieś w kościele ( u nas na ołtarzu)umieszczona jest figurka Dzieciątka Jezus, kóremu po Mszy oddaje się cześć poprzez ucałowanie rzeźby, coś jak w Polsce adoracja Krzyża w Wielki Piątek.
7. Nie istnieje pojęcie drugiego dnia świąt, jest jedna msza na uczczenie pamięci Św. Szczepana. Z tego jednak, co się dowiedziałąm, większość ma wolny dzień od pracy.
8. Jeśli chodzi o wolne dni to szkoły zazwyczaj zaczynają naukę dopiero po Trzech Królach, ale o samym święcie dopiero 6.stycznia.

I chyba tyle moich obserwacji. Jeśli ktoś jeszcze jest czegoś ciekaw, niech pozostawi pytanie w komentarzu, może uda mi się na nie niebawem odpowiedzieć.

więcej, lepszej jakości, zdjęć na http://picasaweb.google.com/italia.serenissima

* W OKTAWIE BOŻEGO NARODZENIA


Nie chciałam pisać, że już po, bo ciągle niezywkle radośnie i uroczyście jest w domu. No i nie dotarły jeszcze wszystkie prezenty, dzięki "ukochanej" Poczcie Polskiej.
Te Święta uczyniły mnie jeszcze bardziej ptakiem domowym. Udało mi się popełnić sernik z ciastem kakaowym oraz strudle makowe! Te drugie tym bardziej przysporzyły mi dumy, że naczytałam się o możliwości popękania a tutaj: roladka w roladkę. No i nie wkleiłam ciągle jeszcze widoku pierników:






Wigilia była cudownie spokojna i przyjacielska. Szkoda oczywiście, że te odległości ... ale..
Nie będę się chwalić cudownymi prezentami, tylko Druso niech ma dowód na pyszną kość:







Wczoraj wydaliśmy polski obiad dla okolicznych znanych nam Polaków (księży i świeckich). Było nadspodziewanie miło. Mam nadzieję, że w tej pięknej atmosferze, oprócz polskich potraw, dopomógł wystrój pokoju, nad którym pracowałam wiele dni.







piątek, 21 grudnia 2007

* ROZKOSZNY CZAS


Czas oszalał radośnie, fika tymi godzinami jak chce, a chce ostatnio bardzo szybko fikać.

Teraz skupiłam się na domu. Przygotowałam sobie te potrawy, które mogę zamrozić, a więc uszka (w ilości 100), bigos (robiłam lepszy, moim zdaniem, ale przed Krzysztofem i tak już musiałam bronić) oraz schab zawijany z grzybowym nadzieniem. W końcu, chyba po paru latach przerwy udało mi się wypisać kartki świąteczne. Niestety pominęłam moją Przyjaciółkę, dobrze że choć tanie połączenia telefoniczne zaczęły działać na nowo.

We wtorek Paula pojechała z nami do kwiaciarni, żeby wybrać dodatki do dekoracji na Święta, którą będzie sama robić. Jest to mała kwiaciarnia w Monsumano przy cmentarzu, należąca do kwiaciarza, który w soboty przyjeżdża do San Pantaleo z furgonetką i sprzedażą bezpośrednią. Hmm, staraliśmy się ukryć rozczarowanie, że nas tam zaciągnęła. Po wizycie na giełdzie kwiatowej trudno chyba zachwycić się wąskim i detalicznym asortymentem. Przy okazji jednak kupiliśmy parę gwiazd betlejemskich do domu.
W końcu poszyłam też pokrowce na krzesła, żeby zasłonić te wątpliwej urody meble, w dodatku każdy niemal z innej parafii. W czwartek po przygotowaniu malusiego stroiku pojechaliśmy odwiedzić Frankę w szpitalu. Na szczęście wypuszczą ją na przepustkę na Święta, ale i tak przejmująco to wygląda. Dobrze, że narobiłam więcej bombek i świec, teraz mam co dawać w prezencikach. Co chwilę jest taka okazja. Ludzie zresztą też przychodza z prezentami. Kładziemy je pod choinkę, będzie co otwierać w Wigilię.
A propos wigilii, wczoraj odebrałam telefon i usiłowałam zrozumieć pewną panią pytającą się o wigilię, spróbowałam dociec, czy chodzi jej o mszę, czy kolację. Ale ona za szybko mówiła, żebym w ogóle łapała sens. Poza tym okazało się potem, że tutaj na post przed świętem mówi się vigilia (czyt. widżilia). A ja już jej chciałam wyjaśniać, że w te Święta robimy tylko wigilię na dwie osoby. Teraz dopiero zaczną się moje lapsusy językowe, gdy odważam się samodzielnie z nimi porozumiewać.
Wczoraj wyfroterowałam większość podłóg, dzisiaj dalszy ciąg zdobienia domu.
Pozostając w klimacie świątecznym, a jakże by inaczej mogło być, zdjęcie choinki:



poniedziałek, 17 grudnia 2007

* POWOLUTKU DO WPRAWY



Następny krok w próbie bloga - kopia z zapiśnika:
Chyba każdy rozumie zmniejszoną częstotliwość zapisów. Boże Narodzenie! Przygotowania pochłaniają mnie absolutnie. A jest to szeroki front robót, nie licząc "duchowych".
Co się wydarzyło przez te cztery dni?
Strajk dostawców paliwa zakończony!
W środę pod wieczór odlewałam świece na świąteczny stól - kiszka! zrobiłam przerwę na Mszę i potem już trudno było je poskręcać. Zrobiłam za cienkie, tak że w skręcie widać w niektórych knoty. Ot! Knoty zrobiłam
Więc czwartek miałam mocno wypełniony. Tylko czym do południa, to niezbyt pamiętam. Rano byliśmy pogadać z lokalną fryzjerką, co bym miała mocniejsze loczki. Na 15 od razu umówiła mnie na "zabieg". Tym razem w końcu można to nazwać lokami. Ciekawe samo w sobie trzygodzinne posiedzenie w salonie. Typowo babskie miejsce, jedyny mężczyzna to Murzyn, handlarz, który zostawia u tej fryzjerki swój towar. A poza tym skala wieku! Ja chyba byłam w tym dniu najmłodsza. Najstarsza klientka to 90-latka (albo i starsza) przyszła na farbowanie i ułożenie fryzury.A potem napełniona optymizmem loczkowanym zabrałam się za świece. Nie było łatwo , ale się udało. Chyba ten stan już mnie zadowala.i zaczęłam w końcu suszyć wieksze ilości cytryn i pomarańczy na ozdobne plasterki.
Dokończyłam też drugi wiklinowy stelaż pod choinkę na drzwi.
Aj waj waj! Przypomniałam sobie. Przecież udało nam się kupić absolutnie doskonały świerk na choinkę. Zrobiliśmy wersję zastępczą i zamiast w w węglu kamiennym umieściliśmy ją w drzewnym, no bo skąd tutaj wziąć ten pierwszy?
Piątek?Najpierw porządki na regale "florystycznym". W końcu widać, na czym można polegać przy układaniu kwiatów. Na szczęście na Boże Narodzenie Krzysztof znalazł chętną parafiankę, więc tę wielką pracę mam z głowy. Na obiedzie był Tomek. Eksperymentalnie do placków ziemniaczanych podałam, jako dodatek, podsmażonego na cebuli tuńczyka z puszki. Wyśmienity zestaw smakowy! Dokończyłam wikinowe wianki na stroiki.
Sobota
Rano onieśmielony patrzącymi nań polskimi, doświdczonymi śniegiem oczami, prószył biały opad.Najpierw porządki w salkach katechetycznych. Potem, bagatela, umyłam 6 okien! Nigdy w życiu nie umyłam tylu okien na raz. A to tylko połowa z tych do umycia. Dwa już miałam umyte wcześniej. Jedno jest w pomieszczeniu niekoniecznie sprzątalnym a trzy wielkie w pracowni poczekają na inną okazję. Tak więc okna moge uznać za pomyte!Potem jeszcze ułożyłam kwiaty przypalając ziemniaki na obiad i zaraz po obiedzie wielkie "pierniczenie". Na pomoc pośpieszyła mi Ania z Florencji. Tak więc do godziny 22 miałyśmy niemal całą pracę za sobą. Okazało się, że pieczenie pierników to pikuś, ale weź je ozdób człowieku! A potem dobiliśmy się specyficznym poczuciem humoru Koterskiego w postaci filmu "Ajlawju"
Niedziela:
Niedziela pełna pracy dla Krzysztofa, ja na wolniejszych obrotach. Pomalowałam pisakami styropianową bombkę jako przykład dla dzieciaków, które miały przedświąteczne spotkanie. Bawiły się na nim oraz szykowały bombki na choinkę przed kościołem. Sama też zaczęłam ozdabiać uplecione przeze mnie choinki.











wtorek, 11 grudnia 2007

ZNIKAJĄCE OBRAZKI

A było tak pięknie. Namęczyłam się przy pierwszym wpisie, wkleiłam obrazki w sposób jako tako zadowalający, wchodzę dzisiaj a tutaj tylko jeden a dwa pozostałe krzyżykami straszą. Odpuszczę wklejanie ponowne.
Dzisiejszy dzień zakupowo-porządkowy. Powoli ogarniam dom przedświątecznie. Ale jeszcze zanim to się zaczęło, rano skończyłam następne świece. Czas podjąć decyzję, która forma ma być na świątecznym stole.


A tymczasem niech pachną Święta:


poniedziałek, 10 grudnia 2007

PIERWSZY WPIS


Mój własny zapiśnik na http://www.matyjaszczyk.art.pl/ niebawem pęknie w szwach. Zaczęłam więc myśleć nad jakimś dostępnym w necie blogiem. To jest próba. Wkleję zdjęcia i zobaczę jak to działa, może się tu przeniosę?

Dzisiejsze wypociny parafinowe:

sobota, 8 grudnia 2007

BRĄZOWY WPIS

A tym razem porannie. Zaraz będę szykować się na Mszę, bo dzisiaj Niepokalane Poczęcie. Pomyślałam jednak sobie, żeby zrobić mały suplement do wycieczek z Jackiem. Niektore bawry brązów w farbach mają ścisłe powiązanie z miejscem na mapie. I tak jest przecież umbra i jest siena. Na dowód, że faktycznie nazewnictwo wywodzi się z tych okolic, wklejam zdjęcie zrobione nieopodal Monteriggioni, czyli też nieopodal Sieny. Troszkę trzeba ująć promieni nisko położonego słońca, ale to faktycznie jest taki soczysty brąz:

czwartek, 6 grudnia 2007

GOŚĆ

Milczałam tym razem usprawiedliwiona. Miałam gościa w postaci Jacka. Przemiłe trzy dni spędzone na zwiedzaniu, gadaniu i jedzeniu. No dobra, przyznam się, i piciu, ale bardzo kulturalnym i smakowitym.
Poniedziałek popołudnie siedzieliśmy w domu. Podjęłam Jacka polskim obiadem, bo stęskniony takiego jadła po miesięcznym pobycie w Neapolu.  We wtorek wybraliśmy się do Florencji. A ponieważ nie sprawdziliśmy wcześniej rozkładu jazdy pociągów, poczekaliśmy sobie w centrum Pistoi.
Łyk pysznej czekolady,
łyk spojrzeń na warzywniak i mięsny sklep,
     
łyk wewnętrznych dziedzińców sądu i ratusza,
    
i oczywiście łyk zabytków:



Potem spacer głównymi hiciorami Florencji. Mnie się jednak nigdy one nie nudzą. A Jacek widać wsiąknął też nieźle w stolicę Toskanii. Co chwilę wydawał okrzyki zachwytu. Zanim jednak ruszylismy na dłuuugi spacer posililiśmy się w taniej samoobsługowej jadłodajni nieopodal Duomo. Tam też było słychać piania Jacka z powodu dostępu do taniego i dobrego jadła.
    


Święta co chwilę zapowiadały nam swoje przyjście.
  


Targ z charakterystycznymi dla Florencji wyrobami ze skóry jak zawsze pełen, tylko do dzika można było dostać się bez kolejki, stąd nawet fotografie detalu.
   
Pod Uffizi pustki, w korytarzu Vasariego jakieś resztki malarzy z obrazkami. A spacer Ponte Vecchio to sama przyjemność.
   
   
Krótki postój pod popiersiem Celiniego. A Porta Romana poprowadziła nas w świat panoramy miasta.
   
Mosty nieodparcie wywołują we mnie skojarzenia z koralami nanizanymi na sznur rzeki. Palazzo Vecchio zyskał na teatralności w wieczornym oświetleniu. I nikt mnie nie odwiedzie od umieszczenia po wielokroć oglądanych zachodów słońca. Trudno, że kiczowate, ale jakie piękne!
   
Pod kopią Dawida poczekaliśmy na autobus. Po powrocie nie pozostało nam nic innego, jak obejrzeć film „Hanibal” i odkrywać już znane sobie miejsca.
    
W środę zabrałam Jacka na wycieczkę tropami średniowiecza. Zakrętami nieopodal Vinci pojechaliśmy na południe od domu. Wdepnęliśmy do zupełnie opustoszałego Certaldo. Wypiliśmy tam cudowne cappuccino. Jacek tylko miał nietęgą minę, bo jak tu posłodzić takie cuda? Pogadaliśmy z psem i kotem. Powtykaliśmy nosy w zakamarki i napawaliśmy się ciszą.


     
    
    
    
Niewiele głośniej było w bardzo mocno obleganym latem San Gimignano. Pierwszy rzut oka wykonaliśmy już w Certaldo.
Szwendaliśmy się i gapiliśmy na zabytki oraz okoliczne widoczki aż Jacek już nabrał obrzydzenia do swojego aparatu fotograficznego. W pewnej chwili schował go i powiedział, że koniec zdjęć w tym dniu.
    
   
      
   
Ostatnie zdjęcie zrobiłam ku przestrodze Krzyśkowi, żeby widział na co można zamienić kościół - tu na muzeum ornitologiczne
Jacek nie dotrzymał słowa. Zaciągnęłam go do Monteriggioni. Kto z Was by nie wytrzymał i nie chciał uwiecznić tych wspaniałości i sennej atmosfery malusiego paese z niewielkim kościółkiem, niedużymi sklepikami, niemal zupełnie wyludnionego?
    
     
Rano wstałam i dopomogłam Mikołajowi w dostarczaniu prezentów dla dużych dzieci, jedno dziecko znalazło słodycze a drugie muzyczną bombkę.
    
To pierwsze dziecko i tak będzie miało więcej bombek w tym stylu, więc słodycze były jak najbardziej na miejscu.
Po odwiezieniu Jacka do Prato na pociąg zabrałam się za wyplatanie wiklinowych choinek, które zamierzam postawić przed domem.