czwartek, 24 stycznia 2008

~ STANOWCZO KOCHAM SŁOŃCE


Piękny dzień, 13 stopni w cieniu. Na spacer z psami wyszłam tylko w grubszej sukience. Fantastycznie! Czas jednak rozstać się ze słońcem i wpisami. Znikam na parę dni. Jadę do ... Polski :) To na pewno będą wspaniałe dni bez względu na pogodę.

wtorek, 22 stycznia 2008

~ A JEDNAK SZCZUR


Znowu zmotywowana przez Panią Małgorzatę zaczęłam grzebać, o co chodzi z tym szczuropodobnym stworzeniem i okazało się, że to po prostu szczur. Najbardziej popularna rasa - szczur wędrowny, świetny pływak, ale w przypadku poczucia zagrożenia potrafi skoczyć na wysokość twarzy człowieka. Chyba się z nim nie zaprzyjaźnię, mimo, że to florencki szczur.
Z przedwczorajszej wyprawy nie dołączyłam zdjęcia zakapturzonej palmy. Zadziwiające jest to, że palmy rosną tutaj nawet w górach, gdzie potrafią być dość spore mrozy. Nie wszyscy jednak ufają odporności swojej roślinki i czule ją ubierają na zimę.

Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od zakupów, ale też wstąpiliśmy z moimi prackami do jednego sklepu zapytać się, czy byłaby możliwość nawiązania współpracy. Nie znoszę takich sytuacji, nie lubię aspektu handlowego swojej pracy i niezbyt się w tym odnajduję. W dodatku właścicielka pogłębiła moją niechęć, była wyjątkowo niewłoska. Niemiła, chłodna, bez cienia zainteresowania, odrzucająca. Właściwie nie spojrzała nawet na to, co przyniosłam, tylko z góry założyła, że takich drobnych rzeczy nie sprzedaje, co było nieprawdą. Pozostaje chyba mi internetowa sprzedaż, gdzie nie musiałabym nikogo w żaden sposób "nagabywać" do zainteresownia się moimi pracami. Miło jednak było poczuć przyjacielskie wsparcie Krzysztofa, który zabrał mnie do ciekawej księgarni, kupił herbatę a do niej śliczną książeczkę wydawnictwa "Taschen" o stylu toskańskim. Na miejscu obejrzeliśmy sobie jeszcze dużo droższe wydanie albumowe zawierające zdjęcia z domów różnych artystów zamieszkujących Toskanię. Ach! Zaraz na skrzydłach chciałam lecieć do swojej pracowni, posprzątać w niej po odlewaniu świec i wtulić się w zapach farb. Brakowało tylko promyczków zaglądajacych przez okna, bo słońce jednak ciągle nie może zdecydować się na powrót.

Skończyły mi się ciepłe wieczory z "Traktatem o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego. Staram się znaleźć, w czym tkwi magnes przyciągający mnie do książek tego autora? Może niebanalny sposób narracji? Czasami miałam wrażenie, że słyszę głos narratora. Jeszcze coś na półce nieczytanego się znajdzie, poza tym lecę w piątek do kraju i przywiozę nowe zapasy książkowe.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

~ NIEDZIELNA TRADYCJA

Udało się po raz kolejny zrealizować postanowienie niedzielnych wycieczek. Tym razem, ze szkodą dla psów – nie było spaceru, pojechaliśmy do Florencji. Chcieliśmy sprawdzić, o co chodziło w mailu, w którym zapraszano do zobaczenia innych niż zwykle sal w Palazzo Vecchio.



Pani w kasie na miejscu nic nie wiedziała o inicjatywie. Być może rzecz była wpleciona w normalny bilet? Nie weszliśmy więc, bo nie będąc pewną, że zobaczę coś nowego nie chciałam na nowo oglądać sal, które w 2006 rokuwykończyły mnie bałaganem estetycznym. Nie mogłam się oprzeć tylko podziwowi dla oryginalnego lwa z wieży Palazzo.



Ze spokojem udaliśmy się na spacer. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze raz na wystawę „Pane degli angeli”, gdyż chciałam sobie zapisać sobie dane dotyczące obrazów, które mi się najbardziej spodobały. Pogoda może nie rozpieszczała, ale wystarczyło stopni Celsjusza, by dać się nabrać reklamie, która widziana tylko częściowo wprowadziła nas w osłupienie, że za rzeką wyburzono domy i w dodatku widać błękitne niebo.



Następnie dostojnie przekroczyć Ponte Vecchio, snuć się uliczkami po drugiej stronie Arno, zajrzeć do sklepiku ze starociami i przejść następnym mostem z powrotem. Czy ktoś może mi napisać, co to za duży szczur pływał w tej rzece?


Już nie pierwszy raz go widziałam, ale nie umiem zidentyfikować. Wielkością przypomina nutrię, ale czy to to pływa na dziko? No bo te panienki to bardziej mi znajome.

Wstąpiliśmy do kościoła S. Maria Maggiore. Znaleźliśmy w nim jeszcze inny, ciekawy żłóbek. Klimat dziwiętnastowiecznej (? – interpretacja moja) Florencji z charakterystyczną architekturą w tle. Jak zawsze zadziwia mnie takie od niechcenia umieszczenie sceny przewodniej. Tutaj i tak nie było aż tak trudno odnaleźć lokum Świętej Rodziny.


Kościół sam w sobie bardzo przeładowany, z olbrzymią ilością wszystkiego – tak bym to nazwała. Nie idzie jednak obojętnie przejść koło niektórych rzeźb. Kogo nie wzruszy pieta albo nie przejmą kolana Chrystusa, temu może pogrozić diabeł okrutnik.





W końcu udało mi się też znaleźć niedrogą torbę mieszczącą kartki formatu A4, nadającą się w razie czego do przełożenia przez ramię, by jechać na rowerze i nie będącą li tylko torbą na „pomoce naukowe” na kurs włoskiego. Te cztery warunki wcale nie były łatwe do zrealizowania i już straciłam nadzieję na zakup, w wyobraźni widziałam siebie jeżdżącą z reklamówką. Tym bardziej, gdy kwiknęliśmy ze śmiechu po prezentacji na pewnym stoisku jednej z toreb: śliczna, skórzana, elegancka, w środku zmieściłby się mały urzędnik z papierami (przedziałki, kieszonki, bajerki); i „nieodzowna” lampka. No bo gdyby tak człowiek znalazł się w opresji, bez prądu… Krzysztof już chciał ponarzekać, że nie ma klimatyzacji, ale nie ma co wymagać za jedyne (!) 240 euro. Przy stacji zaglądnęliśmy do taniej księgarni, trudno było oprzeć się nabyciu kolejnego przewodnika po Toskanii za 5 euro. Muszę czem prędzej jeszcze tylko nauczyć się włoskiego – hi! hi! hi!
Dzisiaj poczyniłam ku temu drugi krok – drugą lekcję kursu. Takiego wysiłku umysłowego to już dawno nie zaznałam, zakończyłam więc silnym bólem głowy. O dziwo nie musiałam zażywać żadnej tabletki, po prostu wystarczyło mieć niespodziewanych gości jednego po drugim. Najpierw Ryszard na niespodziewany obiad – uff! jak dobrze, że istnieją zamrażarki a w niej już kiedyś zrobione pulpety. Potem Ania na herbatkę (z zaległym prezentem z Polski – przyprawy, wiedziała, co przywieźć, brawo!) i pogaduchy, niemal w drzwiach minęła się z Tomkiem. Następnie Msza i teraz pozostał jeszcze wpis i można ze spokojem powiedzieć, że dzień się pięknie kończy.

niedziela, 20 stycznia 2008

~ NOC


A już miałam iść spać, ale przypomniało mi się zrobione kiedyś przez Krzysia zdjęcie z pełną iluminacją domu, widok od strony ogrodu - łącznie z moją pracownią u góry.

piątek, 18 stycznia 2008

~ CIERPLIWOŚĆ NAGRODZONA

W tak piękny dzień aż się chce uczyć. Brr! Co ja piszę! Co ja piszę!

No i zaczęłam kurs włoskiego, nie dla początkujących. Jest nas 9 osób, wymienię po kolei według zapamiętanych miejsc przy stole: Chilijczyk, Japonka, Rosjanka, Polka, Rumunka, Hiszpan, Iranka, Polka i Chorwatka przez 25 lat mieszkająca w Niemczech. Ale zestaw! Przedział wiekowy? Od dwudziestu paru lat po chyba niemal sześćdziesiąt. Będę musiała nieźle popracować, bo wydaje mi się, że „ciut” odstaję w dół. Zaczęłam męczyć nawet Krzysztofa już na spacerze z psami. Ale po kilkudziesięciu minutach mój mózg ścieśnił się do wymiaru orzeszka (jaki był poprzedni rozmiar? jak to mawiał J.B. „najgorzej jak się co komu zdaje”). Jutro muszę jednak dalej ruszyć do pracy. Ze słońcem to aż się chce. Dzisiaj już niewiele więcej zrobiłam, bo po powrocie ze spaceru zabrałam się za szykowanie słodkiego podwieczorku dla zaproszonej Marzeny. A potem jeszcze skończyłam projekt dekoracji komunijnej. I tak sobie powolutku dzień stąpa.

Acha zrobiłam zdjęcia niektórym świecom. Niestety było za słabe światło więc na razie wkleję je tylko tutaj a do albumu na Picasie jeszcze poprawię.

To jest prezent dla emerytowanego biskupa włoskiego, który przyjął tu Krzysia:

A to jeszcze następne eksperymenty, przy czym ten drugi to nie ser!

czwartek, 17 stycznia 2008

JEST NADZIEJA NA SŁOŃCE


Ostatnie dni tak lało, że nie chciało mi się zarażać nostalgią. Chyba dla kontrastu wobec pogody zaczęłam znowu odlewać świece. Jeszcze części nie skończyłam, więc ze zdjęciami czekam.
Dzisiejszy dzień zaczął się nader wcześnie, gdyż już o 7.40 pływałam w basenie. Ciekawiło mnie, jaki mają system, czy wielce się różni od tego na basenie, na który chodziłam w Polsce. Żadnych wielkich nowinek, a niektóre rzeczy nawet śmieszne, bo np. do szafek trzeba mieć własną kłódkę, jeśli chce się w nich coś zamknąć. Ja jej nie miałam, ale widziałam, że kobiety spokojnie zostawiają torby na zewnątrz. Na szczęście nie miałam problemu, co zrobić z prawem jazdy i dokumentami, bo tym razem przywiózł mnie Krzysztof, żeby w razie czego opanować nowe środowisko po włosku. Potem znowu świece, obiad z Tomkiem - fasolowa i naleśniki z mascarpone przystosowanym do potrzeb a mianowicie zakwaszonym połową cytryny na 0,5 kg sera plus cukier, cynamon i wanilina. No cóż! Z braku twarożku dobre i to, dodatkowo okraszone sosem czekoladowym i było zajadanie się.
Wyszło słońce, jeszcze chmury całkowicie nie przegrały, ale dało się iść na spacer z psami. Po powrocie znowu świece. Zrobiłam na nie przerwę do jutra, żeby przygotować wstępny projekt dekoracje kwietnej na I Komunię. Jutro spotkanie z matkami dzieciaczków, to się im przedstawi, bo prosiły, żebym im pomogła.
Acha! Zapomniałam napisać po niedzielnym obiedzie, że Gabriela rozwiała moje wątpliwości co do koloru głowonogów w sklepie, nie zależy on od gatunku stwora tylko od … wymycia. A kałamarnica jest bardziej podłużna od sepii. Koniec śledztwa!

wtorek, 15 stycznia 2008

~ KONIEC Z NIEUCTWEM


Wczoraj zaczęłam czynić pierwsze kroki ku rozwiązaniu problemów z włoskim. Basta! Czas zacząć uczyć się języka! Trafiłam do Centrum dla Obcokrajowców, które we współpracy z gminą organizuje niezwykle tanie kursy. 30€ za 40 godzin!!! I tak oto, znalazłam się dzisiaj rano na teście, który zakwalifikował mnie do odpowiedniej grupy. Hurra! Nie jestem początkująca! Intuicja chyba kazała mi w tych dniach znaleźć kurs włoskiego. Właśnie zaczęła się nowa edycja.A po obiedzie nowe doświadczenie z ... pralnią samoobsługową. Otóż hrabiunio Bojangles wytworne "zeszczał się" w swoim legowisku. Typowa pralka nie mieści takiej kołdry, zabraliśmy więc i swoje (tak przy okazji, a nie z powodu wytwornego wydalania). W pralni najbliższej San Pantaleo są trzy bębny na 6 kg oraz jeden aż na 14kg! Psia kołderka wymagała wysokiej temperatury, którą nieopacznie nastawiłam, zapomniawszy, że na pralce był napis pierze tylko do 50 stopni. Baa! Podczas prania nie można zmienić wstępnych ustawień, więc z zaciekawieniem czekaliśmy, co się stanie. I co?? Pierze, jak najbardziej pierze i to do 95 stopni. Hi,hi! Akurat przyszła pracownica tej pralni, by wywietrzyć pomieszczenie i otwierając okno spostrzegła na ekraniku zatrważającą liczbę „95”. Chyba sama nie dowierzała tej możliwości, dotknęła szyby sprawdzając temperaturę prania, ale nam nic nie powiedziała. Ciekawe, czy pralka sama się naprawiła, czy też zakład oszczędza na energii, bo płaci się, bez względna użyty program, tyle samo. Inne interesujące mnie spostrzeżenie dotyczyło częstych wizyt ludzi z mokrym praniem, tylko do suszenia. Otóż okazało się , że w taką pogodę (ciągle pada) suszarki cieszą się wielkim powodzeniem. Nie dziwi to tym bardziej, że w wielu domach „ogrzewanie” jest nader tajemniczym i nierozpoznanym dobrze słowem. Ja nie rozumiem, czy oni nie marzną?

niedziela, 13 stycznia 2008

~ ZNOWU JEDZENIE?


No to jest "niekończąca się opowieść". Co dom, to kuchnia. Dzisiaj spotkało mnie podwójne szczęście (a może i poczwórne, ale o tym później). Po pierwsze w końcu wyszło słońce. Po drugie nie musiałam gotować obiadu, zawsze to miłe, gdy ktoś poda na stół. Tym razem była to Gabriela, żona vivaisty (ogrodnika, szkółkarza?). Jak dotąd chyba ta gościna należała do najniższej średniej wiekowej. Podjęło nas przemiłe małżeństwo z dwójką świetnych córeczek - Matildą i Giadą (7 i 3 latka). Menu wyśmienite z jedną ciekawostką, którą w najbliższym czasie muszę wypróbować. Na początek przystawki, jak zwykle crostini o różnych smakach oraz octowe rarytasy: grzybki, karczochy, cebulki, itp. Pierwsze - ryż w sosie z dyni posypany kawałkami zasmażonego prosciutto oraz... I to jest dla mnie gwóźdź programu, zapiekany płat parmezanu. Gospodyni powiedziała, że na patelnię teflonową wysypuje równomiernie starty parmezan i roztapia do aż do przypieczenia. Ciepły płat daje się formować np. na miseczce i ma się oryginalne, w dodatku jadalne, naczynie na potrawę. Na drugie były zapiekane ziemniaki przekrojone na pół, ze świeżym liściem laurowym. Czy ja wspominałam o żywopłotach z lauru? Taki mam do dyspozycji w ogrodzie. Rośnie tego tutaj mnóstwo, wiele domów ma laurowe żywopłoty. Liść zerwany prosto z krzewu posiada wielokrotnie intensywniejszy aromat, trzeba więc uważać podczas gotowania, zwłaszcza z nawykiem suchego liścia z torebki. Do ziemniaków był dosyć krwisty, przez to soczysty, rostbef. Deser to coś bardzo słodkiego, ciasto nałożone na jakąś pyszną słodką masę poprzetykaną gęsto kawałkami czekolady. Do picia, oprócz wody, wino nuovo (czyli świeże, zeszłoroczne) z Umbrii oraz na deser szampan. To jest dla mnie tezż odkrycie. W wielu domach proponuje się na koniec spumante, nie wspominając oczywiście o kawie. Znowu pojawiła się opcja pracy dla mnie. Siostra Gabrieli maluje obrazy trompe l’oil (tak po naszemu: iluzjonistyczne), czasami ma dużo zamówień, może by się podzieliła. Warto byłoby spróbować. Następna radość tego dnia to już po wyjściu Romano jeszcze przez drzwi krzyknął, żebym sobie zerwała cytrynę prosto z krzewu. Ach! Co za uczucie! Co za aromat! Potem pozostał tylko spacer z psami, tym razem dość późny, bo Krzysztof pojechał jeszcze z Komunią do chorych. Ale ten późny spacer wyrył mi obraz zachodzącego słońca , więc gdy wieczorem jeszcze wybraliśmy się poszwendać po Lukce, wyszliśmy z domu, a tu znowu deszcz, przypomniałam sobie widok czystego nieba na zachodzie. Zaryzykowaliśmy i oto odbyliśmy przemiłe wałęsanie się starymi wąskimi uliczkami, z rozgwieżdżonym niebem nad nami.

czwartek, 10 stycznia 2008

~ Z SHERLOCKIEM WŚRÓD GŁOWONOGÓW


Śledztwo w toku, ale parę odkryć mam za sobą.
1. Sepie (mątwy) i kałamarnice należą do głowonogów. Przy czym już tu powstaje problem, bo jedni traktują głowonogi jako podrząd a inni jako gromadę. Jak zwał, tak zwał...
2. Sepie brudzą na brązowo (stąd nazwa barwy), kałamarnice brudzą na czarno (atrament).
3. Kałamarnice mogą przybierać monstrualne wymiary, gdzie oko ma ok.40 cm średnicy!!!! Wyobrażacie sobie okulary dla nich? Albo szkła kontaktowe - bardziej przydatne w wodzie.
4.Potrafią zmieniać barwę, dzięki czemu łatwo dostosowują się do koloru otoczenia.
5. Istnieje moje osobiste przypuszczenie, że białe w sklepie były sepie, a plamiastobrązowe - kałamarnice. Oj! Ale mnię się rym uwił - sepie w sklepie! Cóż za poezja.

suplement rybny:
Cefal - dwa zamroziłam a trzy pozbawiwszy ości przygotowałam wedlug przepisu od mojej siostry na śledzie. Czyli zeszkliwić posiekaną wcale nie najdrobniej cebulę w oliwie, pozostawić do wystygnięcia. Filety solone (ja musiałam moczyć cefala w solance) smarować musztardą, sypać pieprzem i to zalać cebulą z oliwą. W wersji śledziowej przepychotka, cefal ma mniej wyrazisty smak, ale jak najbardziej nadaje się do jedzenia.

i jeszcze PS
Wczoraj i dzisiaj pochmurno z przelotnymi opadami deszczu. Za oknem teraz 11 stopni Celsjusza

wtorek, 8 stycznia 2008

~ TYM SZCZĘŚCIEM NALEŻY SIĘ PODZIELIĆ

~ PESCE, PESCE

To ci dopiero przeżycie – kupowanie ryb! Takie stoisko – trudno na razie mi znaleźć osobny sklep – zamienia mnie w rybę. Stoję z otwartym pyszczkiem i z trudem łapię powietrze. O co tu chodzi? Dzięki jedzeniu „wychodnemu” poznałam dwie tutejsze ryby: branzino (strzępiel, labraks) i oratę (dorada), ale reszta stanowi dla mnie wielką tajemnicę. Umiejętności słowne Krzysztofa akurat w kulinariach są mało przydatne, nie pomaga nawet dialekt toskański. No bo co to jest la trota iridea salmone? (nadmienię że bardzo tania w promocji) – otóż niespodzianką okazało się w domu, że zakupiliśmy pstrąga tęczowego (rybę z rodziny łososiowych)! Albo cefalo (cefal) – hmm? Jestem totalną dyletantką jeśli chodzi o ryby. W Polsce śledzia kupowałam raczej solonego w filetach: nie wiedzieć czemu tutaj taka ładna rybka wydała mi się jego pełną postacią. Nie pomyliłam się jedynie w środowisku, z którego pochodziła – morze. Ale okazało się, że to jakieś wysmakowane stworzenie z mórz południowych (też promocyjnie tanie). Szukałam przepisów po polsku i nie znalazłam. No to będę eksperymentować. Zafascynowało mnie też to, że takie świeże ryby na życzenie klienta są czyszczone na miejscu. Uff! Co za ulga! Ile razy to pokaleczyłam się o ostre płetwy oraty. A tutaj pani ze stoiska zbliża się do stołu z marmurowym blatem, sięga po specjalny nóż, migiem zdziera łuski, wprawnymi ruchami wyjmuje co niepotrzebne ze środka i rybka gotowa.
A jak kto chce, to małże na miejscu można dokładnie wymyć w wodnej wirówce. Na razie nie mam na tyle odwagi, by zakupić wszelkie ruchliwe zwierzątka z kończynami, w muszlach itp. No to ja sobie popatrzę, może kiedyś się odważę na mątwę, małżę albo krewetki? A swoją drogą ciekawe, bo nazwy w słowniku wykazują jeden gatunek (rodzinę? Biolog na pomoc!) – chodzi mi o mątwę, sepię i kałamarnicę. Ale w sklepie leżą sobie białe i brązowe w plamki. Czy może jedne już są oczyszczone z ciemnej wydzieliny a drugie nie?


I jeszcze wyjaśnienie tytułu: podwojenie wyrazu da nam pewność, że zakupimy rybę a nie owoce morza, gdyż tutaj określenie pesce (czyt. pesze) stosuje się do wszelkiego stworzenia wodnego.
___________________________________________________________________
Przepraszam za jakość zdjęć, ale wykonane aparatem w telefonie. No bo kto by pomyślał, że na zakupy należy zabrać lepszy sprzęt?

poniedziałek, 7 stycznia 2008

~ KAWIARNIANE ŻYCIE

Ostatnio koresponduję z miłą Panią Malwiną i w jednym z maili padło wyrażenie z tytułu postu. Zaczęłam intensywnie myśleć nad tym, dlaczego coś mi nie pasowało w tym określeniu, w stosunku do Włochów. Spiszę tutaj swoje obserwacje (myślę, że mi Pani Malwina wybaczy), bo chyba rozszerzą pojęcie o życiu codziennym Włochów. Kawiarnie w naszym pojęciu zdarzają się w Italii, i owszem, ale są w mniejszości. Najsłynniejsza w jakiej byłam, to Cafe Greco w Rzymie. Wspominam o tym na mojej Matyjaszczyk.art.pl.
Dzień powszedni to jednak bar. Bar do którego wpada się przed pracą, by na stojąco przy ladzie wypić kawę i zjeść świeżutkie kruszące się na podłoge cornetto. Specjalnie piszę o okruszkach z rogali, gdyż to one świadczą o popularności baru, jeśli tkwią na podłodze. Ladę barman przeciera, ale przecież ma tylu klientów, że nie ma kiedy pójść zamieść resztek pod ladą. A poza tym tylko świeże rogaliki się kruszą. Potem w siestę, najlepiej po jakimś posiłku, dobrze jest wypić znowu kawę, a potem znowu kawa, np. po wyjściu z pracy.

W barach, dla tych, co wolą bułki, lub pieczywo bez skórki, są przygotowane kanapki, które najczęściej podaje się lekko podgrzane. Zdarzają sie też kawałki pizzy. To wszystko jednak polecałabym raczej umierającym z głodu.

Do baru z zasady się wpada. Jest też grupa osób przesiadujących w barze. To tubylcy i to raczej płci męskiej. Nie widziałam żadnego koła gospodyń wiejskich obradujących nad winem albo piwem. A panowie rozsiadają się w barach, lub przed nimi, jeśli pogoda i miejsce pozwala, i obradują, obradują, obradują. Parę postów wcześniej wspominałam o 93 letnim starcu, który nie odpuści sobie dwukrotnej wizyty w barze każdego dnia.

Za mojej wizyty u fryzjera, albo podczas odwiedzin w sklepiku spożywczym, widziałam miłe scenki, gdy dziewczyna z baru naprzeciwko przynosiła kawę czy czekoladę.

Turysta, zwłaszcza ten w szczycie sezonu, musi się liczyć z droższą kawą przy stoliku. Za wygodę picia trzeba płacić. Ja już nawet polubiłam ten rytuał picia kawy na stojąco, może przez to, że akurat rzadko pijam kawę? A poza tym taka cappucino z niebieskiej lavazzy w nabojach produkowanych specjalnie do wielkich barowych ekspresów? No przepychotka!

Czarnej kawy nie pijam więc po pierwszym pobycie we Włoszech od razu szukałam możliwości wyprodukowania cappucino własnym nakładem sił. Zwłaszcza pianki. Nie trzeba mieć od razu wielkiego ekspresu. Jeśli kogoś zainteresuje, jak zrobić dobrą piankę, proszę o kontakt, postaram się podać parę metod, już wypróbowanych.

A teraz dla smaku zdjęcie kawy z baru Bocaccio w Certaldo Alto.

~ WYPRZ

Tak, tak. Ten szał jest chyba wszędzie. Na szczęście pojechaliśmy na zakupy w porze obiadowej, nie było tłoku. A właśnie od dzisiejszego dnia pokaźne, nawet 50% obniżki. Trudno byłoby się tak powstrzymać, więc skorzystaliśmy poprzez nabycie drogą kupna ...
Dzień nadal pochmurny - jak to łatwo przyzwyczaić się do dobrego! Trzeci dzień bez słońca i już bym chciała popadać w depresję, ale trudno byłoby mi to robić z twarzą wobec wszystkich bliższych i dalszych w Polsce. Postaram się to więc dzielnie znieść w imię dobrze pojętej solidarności :)
A na poprawę nastroju: Jeśli ktoś chce się nieźle ubawić to polecam "wkrętkę" (co za słowo!) na http://www.videownia.pl/. Działa niezywkle, ja się rechotałam na głos, tak że psy dziwnie na mnie spoglądały. Obejrzałam wkrętkę mojego siostrzeńca. Miłej zabawy!

niedziela, 6 stycznia 2008

~ POLOWANIE NA CZAROWNICE

Dzisiaj w Italii dzień bab na miotłach. Otóż na Trzech Króli, pojawia się tu, nie wiem czemu, czarownica i jest kochaną rozdawczynią słodkości. W Pistoi od 14 lat strażacy podrasowali święto efektownym zjazdem czarownicy z wieży katedralnej. Jest to wyczyn iście kaskaderski, bo przebrany za wiedźmę jeden ze strażaków pomyka na linie ponad całym placem. Niestety pogoda nie zachęcała do obejrzenia tego, gdyż cały dzień równo, raz przy razie, pada, pada, pada...
A w kościele Epifania - czyli Objawienie Pańskie. Jedyna odmienność to ta, że po Ewangelii czyta się ludziom coś na wzór orędzia o roku liturgicznym. Wymienia się najważniejsze Święta wraz z konkretnymi datami w danym roku.
Ze względu na bardzo deszczową pogodę, rzadkość tutaj drugi dzień z rzędu, i to tak cały dzień, bez przerwy, siedziałam w domu i leniuchowałam, oglądałam tv, wycinałam motywy do prac decu. Pogadałam na Skype z kolegą z klasy, odnalezionym przez oblegany portal nasza-klasa. Swoją drogą ciekawe zjawisko. Tyle "odkopanych" postaci z przeszłości. Wspaniale!

sobota, 5 stycznia 2008

~ CZASEM SŁOŃCE, CZASEM DESZCZ

Prawdziwie, mimo że same słowa to tytuł bolywoodzkiego filmu z Indii. Wczoraj słońce, dzisiaj na nowo deszcz i to skutecznie, cały dzień. Deszcz - woda - spłynie, a u ks. Ryszarda w Treppio śnieg, śnieg, śnieg. Nie ma jak się ruszyć ani nam do niego dojechać. Życzyliśmy mu wczoraj, żeby chociaż dachu nie zasypało. Pomyśleć, że to tylko godzina jazdy stąd.
Z powodu pogody nie było dziś spaceru, zabrałam się więc za pranie i porządki w pracowni, bo wyglądała po Świętach, jak by tajfun przez nią przeleciał, a przecież to nie ta strefa klimatyczna, tylko ja Małgosia-bałaganiara.
Wczoraj wieczorem obejrzeliśmy ciekawy włoski film "7 km od Jerozolimy". Po krótce to człowiek, pracujący w reklamie splotem przedziwnych wydarzeń ląduje w Izraelu i wędruje drogą do Emaus, nie wiedząc nawet, jaka była historia biblijna związana z tym miejscem. Spotyka żywego Jezusa. Reżyser próbował pokazać, jak trudno współczesnemu człowiekowi uwierzyć. Czy ja sama uwierzyłabym jakiemuś obcemu z długimi włosami i łagodnym wejrzeniem, że jest Mesjaszem? Ile cudów musiałby pokazać, bym uwierzyła? Co potem zrobiłabym ze swoim życiem? Czy coś bym w ogóle w nim zmieniała? Bo jeśli tak, to oznacza, że teraz są w nim jakieś braki duchowe. Trzeba będzie to sobie spokojnie przemyśleć.

piątek, 4 stycznia 2008

~ CHLEB ANIOŁÓW


Pod takim tytułem Uffizi zorganizowało wystawę z serii "Nigdy nie widziane". Hmm? Czy dobrze zapisałam? Jak to teraz jest z tymi imiesłowami?
Ale wracając. Otóż, według komentarza poprzedzającego wystawę, rokrocznie na Boże Narodzenie z czeluści magazynów zostają wyciągnięte na światło dzienne dzieła, które nie zmieściły się w salach wystaw stałych. Wstęp wolny!
Zawiesza się te dzieła według jakiegoś klucza. Tym razem była to VII edycja z krótką historią zbawienia. Od zapowiedzi starotestamentalnych aż po Mękę Pańską. Wiadomo, nie wszystko rzuci na kolana, ale zwracam honor Botticellemu za "Madonnę della loggia". Tak jak nie przepadałam za jego malarstwem, tak tutaj napatrzeć się nie mogłam na maestrię pędzla. Właściwie bliższy był Lippiemu niż sobie. Zadziwiająca była też, zwłaszcza ikonograficznie Madonna zapatrzona boleśnie w kielich postawiony w koronie cierniowej, pełen krwi z zanurzonymi weń gwoździami. Długo też stałam przed arrasem z "Ostatnią Wieczerzą" według projektu Alessandro Allori i Francesco Salviati. Zastanowił mnie jeden szczegół, czy człowiek podający kotu jedzenie to Judasz, co miał więcej litości dla zwierzęcia, niż dla swego Mistrza?
Krótki wypad do Florencji uzupełniliśmy zakupami parafialnymi, ale bardzo nietypowymi. Mianowicie wybrałam zestaw farb do malowania twarzy, żeby pomalować dzieci na corocznej zabawie karnawałowej. Zdążylismy wrócić na ciut tylko późniejszy szybki w przygotowaniu obiad - makaron z gorgonzolą. Przy okazji odkryliśmy, że podarowane nam na Boże Narodzenie wino własnego wyrobu to poezja stojąca na granicy wytrawności i słodyczy.
A potem krótki spacer z psami. W oddali kusiły góry nabrawszy świeżej bieli śniegu.
No i jeszcze chciałam przywitać nową czytelniczkę Agę i podziękować za pierwszy komentarz na tym blogu (przy poście pt. "Pada"). Pani Ago, muszę chyba sprostować osąd mojej znajomości języka włoskiego. Gdy tu przyjeżdżałam pół roku temu, trochę rozumiałam, niewiele mówiłam i niewiele ... dotąd się zmieniło. No, powiedzmy, zaczynam się porozumiewać na poziomie bezokoliczników. Rozumiem znacznie więcej. Jest to wina i zasługa tego, że "pod ręką" mam osobistego tłumacza. Poza tym przy dosyć aneksyjnym charakterze poznanych przeze mnie Włochów, wygodnie jest nie umieć języka, by zachować zdrowy dystans. Pozdrawiam Irlandię, w której nigdy nie byłam a słyszałam wiele słów zachwytu.

czwartek, 3 stycznia 2008

~ PADA

Cały dzień, niemiłosiernie!
Przyjemnie więc posiedzieć w domu i nie za wiele zrobić. Trochę uzupełniłam w końcu galerię decoupage na matyjaszczyk.com. Porobiłam zdjęcia starym zdjęciom do portalu nasza-klasa.
I oczywiście podałam, jak to w czwartki, obiad na trzy osoby. Dzisiaj zupa gulaszowa - Tomek żałuje, że Włoszki zup prawie nie gotują. Na drugie pieczeń ze schabu pokrojona w cienkie plasterki, ryż i mizeria. A na deser Krzysztof podał pyszne porto.
Potem poszedł na Mszę do Aietty i wrócił z ciastkami prosto z Neapolu, które podarowała mu jedna parafianka. Podobno lokalny przysmak. Jeszcze nie spróbowałam, trzeba się oszczędzać po Świętach, zwłaszcza że dziś nie byliśmy na spacerze.
A teraz robię porządki w komputerze i jako przerywnik zapisuję te słowa.

środa, 2 stycznia 2008

~ TROCHĘ STAREGO, TROCHĘ NOWEGO

Takie jakieś drobiazgi, ale chcę je zapamiętać.
Zacznijmy od 31.stycznia.
Po raz pierwszy poszliśmy na spacer z psami w nowe, polecone nam przez Marisę, miejsce. Faktycznie cudo! Też wzdłuż rzeczki, ale na wale i z bajecznymi widokami. Szliśmy między polami z uprawami roślin ozdobnych, mogłam więc do woli pomarzyć, że kiedyś któreś z nich wylądują w tutejszym ogrodzie. A co do krajobrazów, to chyba na szczególną uwagę zasługiwał ten z palmami na pierwszym planie i ośnieżonymi dwutysięcznikami na horyzoncie.

Pogoda dopisała słońcem i 19 stopniami ciepła
Istotnym elementem spaceru były kijki do trekkingu. Polecam gorąco wszystkim, chodzi się rewelacyjnie.

Tegoż samego dnia wylądowaliśmy u Stanisława w Serravale na spotkaniu sylwestrowym. Trudno to nazwać zabawą, bo było nas skromnie i nietanecznie.
Za to okoliczności!
Mająca duży potencjał kuchnia w stylu toskańskim, a więc olbrzymi kominek z wbudowanym piecem do chleba i pizzy. Toskański sufit - drewniane belki i płaska cegła.


Wyjście bezpośrednio do ogrodu, zacisznego, wtulonego pomiędzy plebanię, kościół i średniowieczną wieżę z czasów Barbarossy. Ach!
1.stycznia
Dla tutejszych mieszkańców bardzo ważne spotkanie przy obiedzie. Zresztą i kolacja sylwestrowa, zwana chyba dosłownie tłumacząc kolacjoniskiem (może ktoś zna jak utworzyć zgrubienie od słowa kolacja?), najlepiej wychodna, to już dla nich rytuał.
Wracając do obiadu. Byliśmy zaproszeni do przemiłego małżeństwa Carli i Roberta. A obiad wart wiersza a nie moich "prozaicznych" zapisków. Mam nadzieję, że choć menu spamiętałam.
Przystawki już zapowiadały ucztę. Oprócz zwyczajowych crostini z wątróbką było coś na kształt kotlecika z przetartej, uprzednio zaparzonej cukinii, zmieszanej z ricottą. Na pierwsze żółty, tłusty i pyszny rosół z kapłona (cappone), czyli młodego, specjalnie tuczonego koguta z pływającymi tortelini. Na drugie mięsiwa, w tym pieczeń nadziewana, a do tego sos -poezja sama w sobie. Koniecznie muszę na niego zdobyć przepis. Tak mniej więcej był w nim czosnek, zielona pietruszka, olej, orzeszki pinii, oliwa, ale co dalej? Dalej to niebo w gębie. Do tego różne marynaty: ogórki, smakowite karczochy i cebulki. Następnie cienkie plastry, chyba wieprzowiny i do tego sos grzybowy. A na deser, dwa rodzaje ciasta, opisane już przeze mnie wcześniej panettone oraz czekoladowe ciasto rodem z Wenecji. Do panettone Carla podała sos z koniaku, mascarpone i kawy. Ja to bym mogła tym polewać wszystko co się da. Z ledwością powstrzymałam się, żeby nie zrobić sobie z tym zupy z owoców, pięknie podanych w postaci wieżyczek z plastrów ananasa, pomarańczy, kiwi, z ząbkiem mandarynki i jedną kuleczką winogrona. Do picia pyszne Montepulciano Rosso a na deser ulubione przeze mnie słodkie Grecale.
Dodatkową atrakcją była rozmowa z bratem i ojcem Carli. Zwłaszcza ten 93 letni starzec wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jasny umysł, trochę mniej posłuszne nogi, ale nie przeszkadza mu to w rytuale dwukrotnego na dzień odwiedzania pobliskiego baru. Snuł nam ciekawe opowieści z czasów wojny, gdy był w Jugosławii i do 1946 roku został wraz z innymi Włochami zatrzymany jako karta przetargowa w walce (już nie wojennej) o Triest.
Natomiast brat Carli opowiedział o starym, zanikającym zwyczaju wigilijnym, kiedy to rankiem zapalano w kominku wielki pniak, który powoli tląc się miał doczekać co najmniej wieczoru. Przy nim to wręczano sobie dawniej bardzo skromne prezenty, jak np. suszone figi.
Koniec obiadu! Potem już tylko zgon, albo...
Spacer i to brzegiem morza. Wyciągnęliśmy do Viareggio Marzenę i poszlajaliśmy się plażą po zachodzie słońca. Właściwie to najpierw plażą a potem deptakiem wysadzanym palmami. Takie "ę i ą". My w zwykłych kurtkach nie mogliśmy niczym zaimponować przelewającym się tłumom Włoszek paradujących w futrach. Takiego przeglądu tych okryć to ja nigdy nie widziałam. No jak by tam trafili obrońcy zwierząt, to by była jatka!
Dla utrwalenia dobrego nastroju zatrzymaliśmy się w jednym z ogrzewanych "ogródków" na słodkości, czyli ciasto "tiramisu" (hmm, wolę deser), cappucino bądź czekoladę. Ja wybrałam to drugie i to wzmocnione jakimś likierem jajeczym. Oj rogrzewało!
Wracaliśmy w stanie wielkiej błogości. Życzyć należy wszystkim takiego rozpoczęcia Nowego Roku. A jeśli nie było okazji, to przynajmniej takiego błogostanu!
2.stycznia
Schodzimy na ziemię. Cudowna choinka cudownie się sypała. Zakończyła więc swój żywot ozdoby świątecznej. Przy okazji uprzątnęliśmy stół w soggiorno i w ogóle ogarnęliśmy dom.
Nie zapomnieliśmy o spacerze wśród szkółek ogrodniczych. Na pewnym odcinku Krzysztof, zaciekawiony drugą stroną rzeczki poszedł sam, a ja dalej z psami ciągnęłam prawym brzegiem. Obydwie bestie nie mogły znieść widoku niedostępnego im pana. Bojangles poradził sobie wielkimi susami, a Druso niestety skąpał się i wycofał na bezpieczne pozycje. A jar, w kórym płynie rzeczka, ma z 4 m głębokości, ze stromymi brzegami. Po powrocie do domu psy weszły w Nowy Rok wchodząc do wanny, przyznam, że z posłuszeństwem, ale niechęcią.

wtorek, 1 stycznia 2008