zapraszam

zapraszam
Kliknięcie na baner przeniesie do artykułu wyjaśniającego ideę warsztatów. Zapraszam, nawet jeśli myślicie, że nie umiecie rysować! Zostało już niewiele miejsc!!!

poniedziałek, 31 marca 2008

~ POD SŁOŃCE


Taki tytuł w wersji polskiej ma niedawno obejrzany film, w oryginale "Shadows dancer" albo "Shadows in the sun" z 2005 roku. I to on stał się przewodnim motywem naszej niedzielnej wycieczki. Pojechaliśmy śladami ekipy filmowej, bo rzecz, a jakże, dzieje się w południowej Toskanii. Pchała nas też wcześniejsza ciekawość wiosennej Val d'Orci, czyli Doliny rzeki Orcia; tej znanej z wielu kalendarzy, pocztówkowej reprezentacji Toskanii. Wyruszyliśmy około 12.30 więc po godzinie, gdy zjechaliśmy z autostrady, odczuwaliśmy już porządne ssanie. Wyznaczyliśmy sobie Pienzę na miejsce posiłku, ale jakaś festa w miejscowości po drodze skierowała nas objazdem do Montepulciano. Nie było wyjścia, zatrzymaliśmy się w mieście, które poprzednim postojem nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. I dobrze, bo drugi pobyt wypadł na korzyść siedziby wybornego wina Nobile.


I taka też nazwa lokalu przyciągnęła nas na posiłek. Usiedliśmy z psiakami (w końcu załapały się na jakieś zwiedzanie) przy stoliczku i cierpliwie poczekaliśmy na niedrogi posiłek, do którego podano nam wyborne Rosso, ono, przyznam szczerze, "ciut" podwyższyło rachunek. Psy są fantastycznym pośrednikiem w zawieraniu znajomości. Państwo obok nas zwierzyło nam się, że są posiadaczami boksera. Pani ze sklepiku wybiegła pogłaskać Druso, a mała dziewczynka tak się rozczuliła jego widokiem, że aż dała mu siarczystego całusa w pomarszczone czółko. Ewidentnie ten dzień należał do brzydala, zaczepili nas jeszcze ludzie z ekipy motocyklowej, by zrobić portret czarnemu carlino (to włoska nazwa mopsa). To spotkało nas nie tylko w Montepulciano. My jednak bardziej rozczulaliśmy się starymi domami i widokami wyłaniającymi się zza wzgórza. Filmik z poprzedniego wpisu właśnie idzie torem wzroku.
Sama Val d'Orcia faktycznie zapiera dech w piersiach. Te olbrzymie połacie zieleni, przywodzą mi trochę na myśl Christo, artystę słynącego z opakowywania nietypowych obiektów typu Reichstag w Berlinie. Fascynujące połacie soczystej zieleni wiosennych zbóż podkreślają rytmy ciemnych cyprysów.


Nie ma tu tak wielu gajów oliwnych ani winnic, jak np. w Regionie Chianti albo nawet na niektórych wzgórzach nieopodal naszego domu. Jednak ten zamierzony, bądź nie, minimalizm formy tworzy pełen uroku krajobraz.


Klucząc drogami co chwilę wydawaliśmy z siebie okrzyki zachwytu i już nie mieliśmy tak silnej motywacji na znalezienie planów filmowych „Pod słońce”.


Owszem wstąpiliśmy do opustoszałego Castiglione d’Orcia.


Niestety (jak się później okazało) ominęliśmy niedaleką Rocca d’Orcia i przemknęliśmy zniesmaczeni widokiem nowoczesnej Abbadia di San Salvatore i z ulgą pokrążyliśmy po Radicofani, o wyraźnie ciemniejszym odcieniu murów z tufu wulkanicznego.


Krążąc po sennym miasteczku wyciągnęłam niechcący z baru barmana, który zauważył, że robię zdjęcia przy wejściu. Skomplementowałam ładny szyld:

W duchu delikatnie wzruszyłam się motylkowymi zasłonkami:

Wraz z Krzysztofem podpytaliśmy o film. Okazało się, że Radicofani miało być głównym planem filmu, ale reżyser zmienił zdanie i przeniósł akcję do ominiętej przez nas Rocca. Ech! Będzie trzeba tu kiedyś jeszcze wrócić. Tak więc paese było tylko miejscem noclegowym dla ekipy filmowej. Dowiedzieliśmy się też, że rolę zgorzkniałego pisarza miał grać Depardieu, hmmm muszę przemyśleć, czy wyszło to na korzyść produkcji. Posnuliśmy się jeszcze zaglądając w zaułki, wchodząc na urocze placyki, albo do kościółka z przedziwną konstrukcją zasłaniającą ciekawy ołtarz z warsztatu della Robia.

Ponieważ musieliśmy, ze względu na stwory, zwiedzać naprzemiennie, podczas oczekiwania na ulicy zadumałam się nad kwiatami pozostawionymi bez opieki przez miejscową kwiaciarnię.


I znowu wróciłam do domu ubogacona w piękno, ciągle zastanawiając się na jedną z recenzji filmu. Stwierdzono w niej, że reżyser posłużył się stereotypami o Toskanii zmieniającej człowieka – czy stereotyp może jednak być prawdą? W moim przypadku na pewno!

niedziela, 30 marca 2008

~ ZWIASTUN FILMOWY

Jeśli film się ścina, proszę dać mu dojść do końca, a potem ponownie jeszcze raz obejrzeć, obraz za drugim razem powinien być płynny.

komentarz, mam nadzieję, jutro, dzisiaj zdołałam jeszcze tylko wrzucić zdjęcia:

http://picasaweb.google.com/italia.serenissima/ToskaniaValDOrciaIOkolice

sobota, 29 marca 2008

~PIĘĆ ZIEM

Ciągle odkładam pisanie o Wielkanocy w Italii. To już i tak po czasie, więc staram się choć na bieżąco zapisać ostatnie dni. Pogoda powoli zmierza ku pełnej wiośnie, co wykorzystałam w końcu na zasiewy w ogródku. Cały czwartek (z przerwą na spacer z bestiami) usiłowałam wygospodarowany skrawek ziemi przystosować pod zasiew no i w końcu zamienić go na grządki. W większości mam to już za sobą, nie dałam jednak rady w jeden dzień, plecy wołały o litość. A następny dzień nie dał ciału odpocząć, tyle że w o wiele cudowniejszych krajobrazach.
Wraz z Anią i Krzysztofem wybraliśmy się do Cinque Terre, czyli Pięciu Ziem. Ten niezywkły zakątek Italii w Ligurii (na północ od Toskanii), rzadko odwiedzany przez Japończyków, powstał w miejscu gdzie ponad dwutysięczne Alpy Apuańskie schodzą się do morza. Tam to zmyślny człowiek urządził sobie miejsce swojego zamieszkania, które przez stulecia było dostępne tylko od strony morza, bo z drugiej chroniły je niedostępne góry.
Po drodze mijamy dostojne Alpy (tak, tak nie Apeniny) z ośnieżonymi szczytami oraz bielejącymi kamieniołomami w Carrarze.


Tam to przed wiekami zaopatrywał się w marmur Michał Anioł.

A obecnie jest to miejsce, gdzie jako jeden z wielu artystów i rzemieślników założył swoją pracownię Igor Mitoraj, Polak, którego rzeźbę można między innymi zobaczyć w Starym Browarze w Poznaniu. A także w małym miasteczku Greve in Chianti, czy też w Ogrodach Boboli we Florencji.
Zjechawszy z autostrady dość szybko wydostaliśmy się z miejscowości La Spezia i wspiąwszy się na górę "poszpiegowaliśmy" port wojskowy.


Potem zaopatrzeni w kijki trekingowe ruszyliśmy na spotkanie bajce.
Zawieszone nad klifami kolorowe miasteczka, szmaragd wody, świeża zieleń wiosennych roślin, zaskakujące w tym regionie opuncje, szalone rytmy wszędzie wciśniętych winnic i do tego słońce, słońce, słońce...


Trasa zwodzi łatwością pierwszego odcinka z Riomaggiore do Manaroli. Łagodnie wchodzimy na "Drogę Miłości", która psuje harmonię brzegów betonem a jej dostępność dla "szarańczy wycieczkowej" i mazgaje w stylu graffiti są zgrzytem estetycznym.

Lepiej iść ze wzrokiem odwróconym w lewo, patrzeć na skały i żywotną opuncję, która w, z pozoru, litej skale znajduje podłoże do wzrostu.


Wędrówka ze wzrokiem utkwionym w bok jest o tyle możliwa, że nie trzeba pilnować, gdzie się stawia stopy, by nie spaść w morskie otchłanie. Potem już by nie było tak łatwo, ale dzięki temu, że czekały na nas gaje oliwne nie pozostawiające pola do popisu domorosłym artystom spod znaku spray'a.
Wraz z dzwonami na Anioł Pański zaczynamy wspinanie się po schodach, by wejść do Corniglii. Schodów według tablicy pokonaliśmy sztuk 382, a według Krzysztofa 391. Czyżby zmęczenie zakłóciło umiejętność liczenia?


Taki wyczyn nagrodziliśmy sobie ucztą podniebienną, czyli pyszną rybą w restauracji La Lanterna. Gdy podeszliśmy do znanej nam z poprzedniego pobytu trattorii ze smutkiem swtierdziliśmy, że jest zamknięta.


Jednak parę obrusów na niektórych stolikach i poustawiane naczynia wzbudziły w nas nadzieję, okazało się niepłonną. Zasiedliśmy więc jako pierwsi klienci, i dobrze, bo długie czekanie i tak mieliśmy skrócone, inni turyści tylko z tęsknotą zaglądali nam do talerzy.
Uspokoiwszy żołądki, nabywszy energii do dalszej wyprawy raźno ruszyliśmy poprzez gaje oliwne. Jeszcze tylko kawa dla Ani i Krzysia a dla mnie lody.


Odcinek do Vernazzy jest moim ulubionym. Większość dość męczącej trasy prowadzi przez kojące nawet szczęśliwą duszę gaje oliwne.


Coś tylko w nich podejrzanie cicho było. No przecież! Cykady czekały chyba jeszcze na wyższe temperatury. Nam w zupełności wystarczyła ta wczorajsza, a i tak czoło i nos zmieniło ciut barwę w kierunku czerwieni. Temperaturę jeszcze dodatkowo podgrzewały apetycznie żółte cytryny.


Ani czasu ani sił już nie stało na ostatnią, ciągle jeszcze do odwiedzenia, miejscowość Monterosso. Ostatni rejs był o 17.10, no i nogi już odmawiały posłuszeństwa. Lepiej było rozejrzeć się po Vernazzy.


Grzechem byłoby nie usiąść w słońcu i posłuchać morza pachnącego wakacjami.
Na koniec rejs stateczkiem jako powrót do pierwszej miejscowości, gdzie pozostawiliśmy samochód.
jak zwykle większy zestaw w większej rozdzielczości na: http://picasaweb.google.com/italia.serenissima/CinqueTerre