wtorek, 29 kwietnia 2008

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

TRZY...

... dni do wyjazdu. Pożegnałam się dzisiaj z kursem włoskiego. Mam nadzieję, że po wakacjach rozpoczną następną edycję. Dzień przebiegł na przygotowaniach, tych przewodnikowych i tych walizkowych. Zrobiłam wstępne rozeznanie w szafie i w lekarstwach. Jutro jeszcze zakupy przedpodróżne, więc musiałam się zorientować, czego nie ma w domu. I chyba to tyle na dzisiaj, wracam do przewodników.

niedziela, 27 kwietnia 2008

~ DOLCE FAR NIENTE

Słodkie nicnierobienie. A właściwie to jakieś namiastki robienia były. Najpierw poleciałam do pracowni i poprawiłam niebieską świecę, bo mi przypominała granat zaczepny.



Po obiedzie hamakowaliśmy, przy czym Krzysiu wyglądał wręcz abstrakcyjnie w stroju galowym, z pysznym limoncello w ręce i na hamaku.



Po sesji zdjęciowej poszedł jednak się przebrać i wraz z Bojanglesem ucięli sobie drzemkę. Ja tymczasem na drugim hamaku bujałam się w przestworzach bliżej Ziemi Świętej, a Druso myszkował po ogrodzie, czasami zaległszy w cieniu, bo jego czarna sierść nieźle się nagrzewała od przemiłego słońca.
Po sjeście pojechaliśmy do parafii Tomka na polską Mszę i potem krótkie spotkanie. Przybyły same Polski, w większości pracujące jako opiekunki starszych ludzi.
Było jeszcze na tyle ciepło, że po powrocie ucieszyliśmy psy spacerem. Znowu spotkaliśmy stwora pływającego, tak jak tamtego w rzece Arno we Florencji. W końcu mieliśmy okazję spokojnie przyjrzeć się stworowi i wyszło na to, że to nutria a nie szczur. Ona zresztą też nam spokojnie się przyglądała, ciekawe na co jej wyszło?



Trawy wzdłuż rzeczki o wdzięcznej nazwie "La Stella" (Gwiazda) porosły tak wysoko, że ledwie czasami mogliśmy zobaczyć psy, zwłaszcza mniejszy huncwot ginął zatopiony w zieleni.



No i tak trochę poegzaltujmy się jeszcze widokiem pagórków o zachodzie słońca, w końcu, jak by nie było, piękne są!


sobota, 26 kwietnia 2008

~ CIĄG DALSZY

... świeczek.
Do wyjazdu już więcej nie zrobię, trzeba się powoli szykować, w końcu to nie byle jaka podróż. Lubię robić rozpiski na takie wyjazdy, zaplanować mniej więcej dzień po dniu a potem korygować już na miejscu.
Ale póki co to ciąg dalszy świeczek:







lepsza rozdzielczość zdjęć na: http://picasaweb.google.com/italia.serenissima/WieceCandeleCandles

piątek, 25 kwietnia 2008

~ BELLA STAGIONE

Tak powiedzieli w radio i tej opcji należy się trzymać, w końcu najwyższy czas, by nastała piękna pora roku. Uczciłam słońce, jedyną słuszną w tej opcji, sjestą na hamaku. Podrzemałam, poczytałam i poobserwowałam dudka, co to zamieszkał w naszym ogrodzie. Śmieszne dźwięki wydaje z siebie.
A tak w ogóle to dzień był pełen zajęć. Od rana najpierw pomagaliśmy France w sprzątaniu kościoła. Ciągle walczę z białą podłogą po wymianie drzwi. Trudno domyć cotto. Ale już jutro chyba osiągnę sukces. Tymczasem, jeszcze niedomyte drzwi i okiennice na nich, ale oto one (przed wymianą i po):

Jeśli komuś żal starych drzwi, to powiem, że z bliska, ani z daleka, według mnie, nic ciekawego (nie mówiąc o małej funkcjonalności); a stolarz, co odnawiał odrzwia kościelne, ani na nie nie spojrzał, gdy Krzysztof chciał mu je oddać. Jedynie ładne były klamki i te mamy pomysł spożytkować gdzieś jako element ozdobny.
I jeszcze zdjęcie wymienionych drzwi na ogród, szyba na początku mnie myliła, dziwiłam się psom, że nie wychodzą, "przecież drzwi otwarte" a one biedne czekały, aż im otworzę. Nowe specjalnie pokazuję od wewnątrz, żeby było widać zamysł widoku i oświetlenia dla pomieszczenia, które nie posiada okna.

Na obiad krem z zielonych szparagów (nie ja wymyśliłam przepis, więc mogę pochwalić, że pyszny) oraz spaghetti z sosem krewetkowym. Potem odpoczynek na dworze i z kolei aż do późnego wieczora pracownia. Wymyśliłam sobie pracochłonną świecę, a inne, które skończyłam, przez tę jedną nie zostały jeszcze sfotografowane. Jutro? Kto wie?
Jeszcze tylko muszę sobie zanotować wczorajsze wieczorne oglądanie filmu pt. "Syndrom Stendhala". Krzysiu skuszony już wiedzą o tym zjawisku wypożyczył, jak się okazało, straszny film. Straszny, mimo pięknych miejsc Italii, w których się dzieje (Florencja, Rzym, podejrzewam wodospad w Terni)), ale to piękno absolutnie nie może się wydobyć na wierzch, bo ponura treść skutecznie je przesłania. Zresztą przesłonięty jest też syndrom, bo na siłę zastosowana nazwa, wcale nie ma tu takiego znaczenia, z jakim dotychczas się wszędzie spotykałam. A już się ucieszyłam, że powiększę listę filmów z kolumny obok. Jednak chyba pozostanę tylko przy tej notatce.
Na koniec, żeby otrząsnąć się z ponurych pozostałości po filmie, moja cytrynka. Jej układ z góry, kwiaty, owoce w różnym stadium dojrzewania.





czwartek, 24 kwietnia 2008

~ CO ... DZIENNIK

A tak sobie nazwałam ten dzisiejszy wpis. Rano, mimo że dzisiejszy obiad mieliśmy zapewniony, pojechałam na zakupy, bo w lodówce pustki a jutro Italia świętuje wyzwolenie. Ciekawe od kogo? od samej siebie faszystowskiej? Czy ... ot! zawiłości historii.
W końcu mamy nowe drzwi do domu, postaram się jutro je sfotografować.
Po powrocie ze sklepu, w którym jak zwykle wpadłam w kompleksy na stoisku rybnym, kupiwszy tylko 30 dag obranych krewetek, zabrała się za ciąg dalszy świeczek. Tym razem nie będzie zdjęć, bo wykonywałam pośrednie etapy. Może coś jutro skończę, ale nie jestem pewna czy na pewno, bo w końcu się wypogodziło.
Jak już wspomniałam, mieliśmy zapewniony obiad. Zaprosiła nas Viviana, której nie było podczas kolędy i chciała, by Krzysztof pobłogosławił jej dom. A przy okazji uraczyła nas wyśmienitym obiadem. Znowu ravioli, ale caluśkie własnej roboty! O Zgrozo! Te kwadraciki i to nadzienie! Na drugie było mięso, moje ulubione karczochy oraz różne inne warzywa, między innymi zielone szparagi na parze, z przydomowego ogrodu. Zjadłam zupełnie nieposolone, smakowały mi, były delikatnie słodkie. A na deser lody i czarne jagody, których olbrzymie ilości rosną w Apeninie Bolońskim.
Podczas obiadu Dino raczył nas historyjkami z dawnych czasów parafii, podpowiedział też następne miejsca do zwiedzenia w Toskanii.
Po takim obiedzie trzeba było zrzucić kalorie, najlepiej w trawnik, który skosiłam. Ależ porósł, deszcze nie pozwalały na wcześniejsze skoszenie. Wypieliłam też mój mini warzywniak i tak powolutku przeminął dzień.

środa, 23 kwietnia 2008

~ ZAPISEK SPEŁNIONEGO MARZENIA

Wprost przepadam za cytrynami. Oprócz zapachu, smaku i koloru lubię w nich to, że mogę je bezkarnie spożywać. A bywało, że absolutnie mój żołądek na to się nie godził. Po większych zapaściach zdrowotnych herbata z cytryną - obowiązkowo plaster z nieobranego owocu - była symbolem powrotu do zdrowia. Mieszkając w Polsce rozglądałam się za jakąś odmianą, możliwą do hodowli, koleżanka nawet już mi podpowiedziała w jakim kierunku szukać. Nie zdążyłam. I tak oto od dziś jestem szczęśliwą posiadaczką niewielkiego krzewu z cytrynami. Hurra!



A ta jedna leżała sobie pod krzaczkiem czekając na spotkanie ze mną i moją herbatą. W lewym górnym rogu zdjęcia z ogrodu nieśmiało macha ten krzew, co ją zrodził:



~ NIETURYSTYCZNE KLIMATY

Duże wrażenie wywarła na mnie dzisiejsza wizyta obiadowa u Fiorelii, 80 letniej Pani, żyjącej na plebanii sąsiedniej parafii. Posiłek skromny, acz smaczny. Podczas niego odbyłam interesującą rozmowę z ks. Timoteo z Kongo, opowiadał o swoim dzieciństwie, rodzinie poligamicznej, w której się urodził. O ilości języków, którymi tam się ludzie w miastach posługują na co dzień. Ależ odmienny świat. Z całej jednak wizyty najbardziej poruszyło mnie spotkanie z sąsiadką Fiorelii - siostrą nieżyjącego już proboszcza tamtejszej parafii, mającą obecnie 101 lat! Jakaż drobinka! A twarz taka delikatna, jasna, pogodna. Podczas gdy mówiła, zobaczyłam, że ma jeszcze dużo własnych zębów, no, może nie pierwszej urody i jakości, ale ewidentnie własnych. Całe swoje życie poświeciła dwóm braciom księżom, nie założyła własnej rodziny. Może to jest sposób na długowieczność? Poniekąd nadzieja dla mnie, hi hi hi!

wtorek, 22 kwietnia 2008

~ CZEKAJĄC NA SŁOŃCE

Zajęłam się eksperymentami świeczkowymi. Dzisiaj skończyłam, przed wszystkim, wątek różnej faktury świecy.

Mam też małą przymiarkę do mozaiki. Jeszcze długa droga przede mną, ale mniej więcej chyba wiem jak ją zrobić na świecy.

Zobaczymy, co przyniesie jutrzejszy dzień, oprócz nowych świec. Może słońce?

niedziela, 20 kwietnia 2008

~ JAK NA SPACER TO POLECAM: ALTOPASCIO I LUCCA

Głupia technika a raczej jej niedoskonałość wymusiła na mnie teraz opisanie wczorajszej wycieczki. Zamierzałam zrobić to wieczorem (może?), ale zepsuła mi się maszynka, na której podgrzewam parafinę, „złota rączka” akurat wybył z domu, więc siadłam i piszę:

Otóż niedzielnym zwyczajem udaliśmy się na wyprawę, tym razem bliską ze zmiennym celem. Skład osobowy rozszerzyliśmy o Marzenę i pojechaliśmy do Altopascio. Wiele razy miejscowość kusiła swoją wieżą widoczną z autostrady, należało więc w końcu sprawdzić, co tam towarzyszy tej budowli.
20 minut autostradą i znaleźliśmy się w mało turystycznym paese. Obecnie Altopascio słynie z przynależności do Związku Miast Chleba – ma swoje charakterystyczne (oczywiście niesolone) wypieki i swoje święto (Festa Della Pane). Mnie jednak bardziej pociąga fakt, że w dawnych wiekach Altopascio leżało na trasie pielgrzymkowej wiodącej z Santiago de Compostela przez Rzym aż po Jerozolimę. Już w 950 roku powstał tu zakon Rycerzy Św. Jakuba (zatwierdzony przez papieża dopiero w XIII wieku), którzy zaczęli od reguły augustiańskiej i byli nazywani szpitalnikami. Ciekawe, że w języku włoskim dotąd widać lingwistyczne powiązanie między gościną a hospitalizacją, Rycerze Tau (bo tak inaczej ich nazywano od litery greckiej na habicie) otaczali opieką pielgrzymów. Ślady budynków z tamtych czasów są widoczne do dziś.
Zawsze fascynuje mnie w Italii fakt nabudowania normalnych pomieszczeń mieszkalnych na starych zamkach (jak np. w Vicolo del Gargano), czy amfiteatrach rzymskich (jak w Lukce, czy Rzymie). I w Altopascio można wypatrzeć takie cymesy.


A już zupełnie wyobraźnia zaczyna szaleć na widok rzeźby widocznej przez jedno z okien. Czyżby jakaś pracownia?
Poruszają mnie też takie detale jak ceglane wykończenia łuków, jak kamienie podtrzymujące belkowanie sufitu, ledwie zipiąca kolumna przepasana metalowymi obręczami,ach!


Albo czyż ta absyda tak biednie dopchnięta nowszymi budynkami nie woła o trochę więcej powietrza? O jakieś światło, bo niewielkie ilości wpadają do zakrystii, do której zajrzeliśmy przez otwarte okno?
Była siesta, więc niemal wszystko pozamykane, ale senną atmosferę nieznośnie zakłócały maluśkie motorki.
Uciekliśmy więc z Altopascio do… pobliskiej Lukki (wszak to ten sam powiat). To się nazywa uciec z deszczu pod rynnę, takich tłumów to ja się tam o tej porze roku nie spodziewałam. Fakt, słońce dawno już nie rozpieszczało swoimi promieniami, więc nie dziwota. Ale to co zobaczyliśmy to horror! Tłumy, tłumy!
I w dodatku okrutnie głośne, już nie wiem co lepsze, czy motorki w Altopascio czy ten gwar? Najpierw zajrzałam do ciągle tylko oglądanego z zewnątrz kościoła SanMichele.

Potem usiedliśmy przy pucharkach lodowych a ja naiwna wyciągnęłam ołówek i zaczęłam szkicować. Niedługo to trwało, gdy zerwał się wiatr, słońce zniknęło a my zaczęliśmy się trząść jak osiki. Salwowaliśmy się herbatą z cytryną i spacerem. Pomógł, zwłaszcza, że w końcu mogłam podreptać po bulwarach usypanych w murach starego miasta. No to są planty!
Nie obeszliśmy całej Lukki murami, zeszliśmy na wysokości katedry i weszliśmy w rejwach wielkiego mercato – rynku antykwarycznego. Tym razem skończyło się na oglądactwie, Zajrzeliśmy jeszcze na Piazza del Amifiteatro, by go pokazać Marzenie i w drobnym kapuśniaczku wróciliśmy do auta.

więcej zdjęć, jak zwykle, na picasie (szukajcie w "Lucca i okolice")