wtorek, 28 czerwca 2011

LAWENDOWA ROCZNICA

Pod komentarzem z zeszłego wpisu wspomniałam, że 27 czerwca to dla mnie wyjątkowy dzień. Tego dnia, cztery lata temu, bladym świtem wyruszyłam ku Toskanii wypełnionym w każdym miejscu, w każdej szczelinie autem. To są też cztery lata pisania zapisków, w których mało goryczy, bo nawet jeśli się zdarza,  nie na nią miejsce tu, gdzie utrwalają się spełnione marzenia. I dzisiaj więc nie będzie o zgrzytach i niedogodnościach. One zresztą wczorajszego dnia odeszły w niepamięć, by pozwolić mi świętować. Wyciągnęłam całą ekipę z plebanii na wycieczkę.
Najpierw pojechaliśmy w okolice Montelupo Fiorentino, o którym nie mam bladego pojęcia, bo cel był zlokalizowany w jednym agriturismo, a tam moja koleżanka ze studiów podyplomowych. Z założenia mieliśmy zjeść wspólnie z jej towarzystwem śniadanie, ale nagadać się nie mogliśmy, co skończyło się długim posiedzeniem i niemal zupełnym brakiem zdjęć z miejsca bajkowego, bo z wrażenia zostawiłam aparat w samochodzie.Iść mi się specjalnie po niego nie chciało, gdyż parking był w sporej odległości od domu w którym mieszkali nasi śniadaniowi gospodarze. Mam kilka zdjęć zrobionych telefonem Krzysztofa, ale złośliwie akurat wyszła bateria, gdy wpadłam na ten pomysł.
Po powrocie na parking chociaż dwa zdjęcia zapodałam z aparatu.
Skąd takie moje lenistwo? Agriturismo Poggio Nardini to bardzo rozległy teren z kilkoma domami, otoczonymi winnicami i gajami oliwnymi. Kilka mebli z apartamentów z chęcią bym przywłaszczyła, zwłaszcza moje marzenie zwane madia, bardzo charakterystyczny tutaj rodzaj komody kuchennej.
Z odrobiną wyrzutów sumienia, że zabieramy Dorotce cenne chwile w Toskanii, grubo po 11 wyruszyliśmy na dalszą wyprawę. Wyprawa miała w sobie też wymiar przyjemnie praktyczny, czyli dokupienie różowego wina od Mazza, gdyż w zeszłym roku już go nie mieli i trzeba było czekać na nową produkcję.
Opcja więc wyglądała tak: Wyszukałam jakieś zamki, pod którymś miałam ulokować się z blokiem i psami, bo bez tych tego dnia nie wyobrażałam sobie wyjazdu, a Krzysztof w tym czasie miał uzupełnić nasze piwniczne braki, a także kupić przy okazji wino, o które prosili także inni znajomi, ale że się zasiedzieliśmy, to po dojechaniu w pobliże Radda in Chianti postanowiliśmy zostać tam na obiedzie.
Miasteczko opanowane przez język angielski nie zachęcało aż tak mocno do szukania w nim wyszynku, lecz coś trzeba było zjeść, mimo upału. A że zaplanowaliśmy zamówić tylko drugie danie, no i jakoś podkreślić niezwykłość (dla mnie, po części zapewne i dla pryncypała) tego dnia, to zaszaleliśmy w przyjemnej restauracji o nazwie po polsku mało zachęcającej "W hałasie arkad" (Al Chiasso dei Portici).
Byliśmy pierwszymi klientami na obiedzie, więc miejsce mogliśmy wybrać dogodne dla ulokowania smoków, a i obsługa sprawnie uwijała się z potrawami jeszcze niepoganiana przez innych klientów. Najpierw podano michę wody dla psów.
U nas zgodnie z zamierzeniem wiele tego nie było: jedna porcja 3 bruschett (klasyczna z pomidorami, z fasolą oraz z pastą oliwną i serem) podzielona na dwie osoby, Krzysztof potem wziął kiełbaski w sosie fasolowym, a ja grillowanego tuńczyka z roszponką. Na moje życzenie ryba byłe mocniej podgrillowana, z odrobiną surowego mięsa w środku, co ciekawe, tak mało było ją czuć morskim stworzeniem, że spokojnie mogłam się delektować Chianti Classico Riserva Ricasoli. Na deser skusiły i Krzysztofa i mnie brzoskwinie w zalewie z czerwonego wina z lodami z pokruszonymi ciasteczkami. Rewelacyjny zestaw w upalny dzień.
Gdy kończyliśmy, niemal wszystkie stoliki były zajęte mocno międzynarodową obsadą.

Ruszyliśmy wyznaczonym przeze mnie w domu szlakiem. Wyszukałam ze zdjęć miejsca położone nieopodal Castellina in Chianti, żeby nie ulokować się zbyt daleko od zaprzyjaźnionej winnicy. Najpierw spróbowaliśmy podjechać do San Polo in Rosso.
Wiedziałam, że zamek jest w prywatnych rękach, ale nie pomyślałabym, że piękny romański kościół jest dostępny tylko podczas wielkich uroczystości.
Oblizałam się smakiem, nie znalazłam odpowiedniego miejsca do rysunku, więc pojechaliśmy dalej.
Kierunek: Ama.
I tu historia niemal się powtarza: do zamku wiedzie droga, na której stoi brama. Nieopodal za to ulokowało się dostępne zwykłym śmiertelnikom podzamcze. Wjechaliśmy autem w jego wąską uliczkę, która zawiodła nas na skraj osady. A tam ze zdziwieniem odkryliśmy jakieś działania z rodzaju sztuki zaangażowanej? Trudno mi zakwalifikować zbiór miniatur różnych ogrodzeń wskazujących głównie na totalitaryzm ich pochodzenia, był tam i jerozolimski mur i druty kolczaste z obozów koncentracyjnych oraz... Wielki Mur Chiński.
To takie przywrócenie człowieka do rzeczywistości, mimo, że wokoło sielskie winnice i spokój objętego sjestą miasteczka. Zaraz przy placu z miniaturami zacienione miejsce zapraszało pustymi stolikami. W kącie ktoś zbudował budkę obserwacyjną. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego luneta była wycelowana wprost w okno domku położonego po drugiej stronie doliny.

To jeszcze nie koniec niespodzianek. Psy zdębiały i nie wiedziały, co począć ze swoimi odbiciami. Tylu kolegów na raz? Lustra miały wycięte okna, przez co tworzyły świetną grę planów, nagle coś, co było oddalone wpisywało się w zieleń trawy, którą miałam pod nogami. Całość, mimo upału, miała wybitnie odświeżające właściwości. Świadomie nie dałam ramek w tym kolażu, żeby jeszcze spotęgować ten efekt :)
Lustra powiodły nas w lawendowy zakątek, pełen ciszy, bezludny. Tylko dochodzące skądś stukanie upewniało nas, że borgo należy do świata żywych.
Czas na tyle się skurczył, że w końcu postanowiłam zatrzymać się w Castellinie. Jeszcze gdzieś po drodze: "Zatrzymaj się! cofnij! te butelki!". No, możemy jechać. I dopiero po powrocie i powiększeniu zdjęcia zobaczyłam napis, że za butelkami jest ściana kaplicy San Clemente z freskami z XV wieku. Ciekawe, czy do obejrzenia?
Wraz z całym inwentarzem żywym i martwym w postaci sprzętu, który prezentowałam w poprzednim wpisie zostałam wysadzona z auta i ruszyłam na poszukiwanie cienia z widokiem dla pędzli. 

Najpierw wzięłam na papier kościół, ale musiałam uciekać, gdy słońce dopadło ławkę. Ja to bym może i wytrzymała, ale osiem łap już miało serdecznie dość upałów. Poszłam więc na drugą stronę placu i starałam się zdążyć do przyjazdu Krzysztofa z uchwyceniem na kartce choć odrobiny cienia. Rozwodnione farby dają możliwość dość szybkiego zapisu. Zaczynam się wciągać :)
W końcu udało się, że kościół był otwarty, więc najpierw Krzysztof poszedł go zwiedzić, a potem ja zajrzałam do wnętrza z aparatem. Miła przestrzeń nawiązująca odbudowaniem po wojnie do stylu romańskiego. 
Kościół jeszcze w szacie po Święcie Bożego Ciała. Szkoda, że girland z asparagusa nie pociągnięto do końca kolumn. Weszłam do kościoła, gdy przebywała w nim jedna staruszka. Szła od ławki do ławki i przebierała w stroikach przy ławkach, wyjmowała po kłosie i chowała go do swojej torebki. Trochę przypomniała mi spotykane w niektórych regionach Polski ogołacanie ołtarzy z witek brzozowych po przejściu procesji.
Lawenda już delikatnie przewinęła się przez ten wpis, a to ramką, a to kępą żywych kwiatów. Teraz będzie ich znacznie więcej. Właśnie na tym polu zrodził się pomysł na tytuł. Stanęłam w pełnym zachwycie, ktoś uprawiający lawendę na moją czwartą rocznicę podarował mi widok swojego pola. Nigdy nie byłam w Prowansji, a moim marzeniem było zobaczyć takie pole. Rośliny jeszcze młode, powierzchnia nie tak znowu olbrzymia, ale ... Ten zapach! I rozedrgane brzęczenie pszczół, przed którymi ostrzegają umieszczone na polu tablice.
Nie zważając na ryzyko weszłam między krzewinki o usiłowałam sfotografować lawendowych żarłoków. Ze ślimakiem nie miałam problemu, ale jak zawodowi fotografowie przyrody robią zdjęcia latającym owadom? No nie szło ich uchwycić ostro w kadrze.
Gdy tak polowałam na pszczoły i inne latające stworzonka, zobaczyłam bardzo niezwykłą ćmę latającą za dnia. Ponieważ kiedyś na forum ktoś pytał o kolibry w Toskanii, przeprowadziłam wtedy śledztwo, dzięki któremu teraz wiedziałam, że patrzę na fruczaka gołąbka ( łac. Macroglossum stellatarum), motyla z rodziny zawisakowatych, który ssawką spijał nektar z lawendy. Powiedziałam sobie, że nie zejdę z pola póki go nie złapię w obiektyw. Trudna bestia! W końcu wzięłam się na sposób ustawiłam ostrość na miejsce, w którym spodziewałam się za chwilę tego owada. I oto mogę pochwalić się zdjęciem, z którego jestem bardzo, ale to bardzo, dumna. Przed Wami FRUCZAK GOŁĄBEK:
Sama sobie podarowałam prezent na czwartą rocznicę zmiany mojego życia, o czym pamiętała też i Kasia, której tu bardzo dziękuję za życzenia. Pozwolę sobie część z nich zacytować, bo mnie ubawiły.
"Czterolatek śpi około 10-12 godzin w ciągu nocy. W dzień śpi rzadko lub wcale.
Ponieważ jest to wiek uporu, kładzenie do łóżka czterolatka jest sztuka niełatwą.  Można wieczorem dać mu książeczkę do pooglądania i poprosić żeby sam wyłączył światło"..... chyba, że ksiażka traktuje o toskańskiej sztuce wtedy pozwól mu czytać całe noce :-)

niedziela, 26 czerwca 2011

SOP czyli?

Dzisiejsze popołudnie pod hasłem ... Florencji.
A tak dla odmiany :)
Tym razem sama, bo Krzysztof mocno zajęty, aż po wieczór.
W zeszłym tygodniu kupiłam sobie większy blok akwarelowy, w sam raz i do moich mokrych szkiców, które zamierzam w nim umieszczać. Wybrałam z toskańskim motywem na okładce, jakże by inaczej. Przyznam, że  czas utworzenia firmy papierniczej robi na mnie dość duże wrażenie. Sprzęt przygotowany, tym razem nie zapomniałam nawet o opóźniaczu do akryli, żeby mi farby za szybko nie schły. Ołówki zatemperowane, wszystko do torby upchane. Tyle muszę targać ze sobą, z wielką chęcią mimo upału.
A jeszcze aparat fotograficzny, którego z racji robienia tych zdjęć nie widać, książka do czytania w pociągu i jestem gotowa.
Krzysztof odwiózł mnie na stację, szczęśliwa stanęłam w kolejce po bilety, a mój wzrok w tym czasie pobiegł ku tablicy odjazdów. Hmm. Przy wszystkich połączeniach dziwny napis SOP. Znaczy się, że co? Inna tablica wyświetla, że pociągi odwołane, a obok mnie człowiek przez telefon informuje kogoś, że nie dojedzie, bo jest ... strajk. W niedzielę? I to tylko na odcinku Pistoia - Florencja! Czyli, że SOP to sciopero? No kto by pomyślał.
Wróciłam do domu i odstawiłam błogie lenistwo. A Florencja już za tydzień, bo pryncypał znowu zajęty będzie.
Na koniec krótkie zadanie, bez nagród, jedynie za uśmiech słoneczny:
Który przedmiot odstaje od reszty i dlaczego znalazł się na zdjęciu?

sobota, 25 czerwca 2011

BRAK TYTUŁU

Dłuuugo pracowałam nad tym wpisem, nawet nad "brakiem tytułu". Nie chciałam nic sugerować, gdyż na początek pozwolę sobie przeprowadzić małe doświadczenie, czy znajdzie się choć jedna osoba tutaj zaglądająca, która nie rozpozna tego miasta?
Co sprawia, że od razu nasuwa nam się odpowiedź na pytanie o jego imię?
Florencja widziana z jakiegokolwiek wzgórza, z jakiegokolwiek kierunku, jest rozpoznawalna bez podpisu, dzięki bardzo charakterystycznej panoramie, nad którą dominuje kopuła Duomo.
http://www.lintervista.it/wp-content/uploads/2012/03/Dante-Alighieri.jpg
Myślę, że to jest trochę tak jak z profilem Dantego w czerwonej czapeczce, tak katedralna kopuła stanowi punkt odniesienia, jest jedyna taka na świecie, charakterystyczne nakrycie na głowie miasta
Moja absolutna fascynacja - począwszy od kształtu, przez historię powstania, a skończywszy na autorze. Kolejność dowolna.
Fioł na tyle duży, że nawet zastanawiałam się nad zakupem takiej oto parasolki:

Leon Battista Alberti napisał o niej z podziwem i dumą, że wznosi się pod niebiosa zdolna schronić w swoim cieniu cały lud toskański.
Nie mogłam jej potraktować po macoszemu, chciałam ją poznać jak najbliżej, które to dosłowne "najbliżej" było trudne do zrealizowania. W ogóle najpierw chciałam skończyć lekturę specjalistycznej książki, tylko i wyłącznie o kopule, napisanej (a jakże!) po włosku. Gdy już mniej więcej byłam gotowa, chciałam postawić kropkę nad "i" w postaci wizyty pod latarnią kopuły, a w tym celu trzeba było zgrać kilka elementów: gwarantowaną dobrą pogodę i godziny otwarcia (nie w niedzielę) oraz towarzystwo Krzysztofa, co w niedzielę po południu wcale nie jest zawsze oczywiste. Wizyty we Florencji, lub w jej pobliżu, mijały jedna za drugą, a kopuła kokietowała, kusiła i domagała się spotkania.
W końcu jednak mogę Wam opowiedzieć o swoim zachwycie i zdobytej wiedzy na temat sztandarowego dzieła Filippo Brunelleschiego.
Od razu na początku pojawia się pytanie, dlaczego pierwszy główny twórca florenckiej katedry, Arnolfo di Cambio, nie jest autorem kopuły? Czyżby zaprojektował ogromną świątynię z dziurą nad skrzyżowaniem naw? A może Brunelleschi jedynie zrealizował cudzy projekt? Był raczej kierownikiem budowy?
Coś tam jednak di Cambio zaplanował, ale niewiele śladów do czasów nam współczesnych przetrwało. Kopuła miała być hemisferyczna, czyli o kształcie półkuli, lecz nie znalazłam informacji o tym, jak pierwszy architekt katedry widział realizację jej budowy.
Być może miała wyglądać tak jak na fresku Andrei di Bonaiuto w Kaplicy Hiszpańskiej kościoła  Santa Maria Novella. Ten malunek powstał na 50 lat przed realizacją kopuły.
http://it.wikipedia.org/wiki/Cappellone_degli_Spagnoli
Intrygujące jest dla mnie takie podejście do projektowania. Wymyślić coś, czego nie da się zrealizować i niech się następne pokolenia martwią. A sprawa faktycznie szła w pokolenia.
Di Cambio zmarł w trakcie budowy świątyni w 1302 roku, podczas gdy konkurs na projekt i wykonanie kopuły przeprowadzono w 1418 roku!
Dlaczego nie dało się zrealizować pierwotnego projektu? Dlaczego tak długo czekano z rozstrzygnięciem konkursu? Przed jakim problemem stanęli architekci?
Otóż największą trudnością był ... największy wtedy otwór do przykrycia, jego rozpiętość to mniej więcej 43 metry, a wysokość na której miano rozpocząć budowę kopuły to 55 metrów. (Liczby nie są tu ścisłym wyznacznikiem, gdyż w różnych źródłach wahają się w przedziale kilku metrów.) Jedynym odniesieniem było nakrycie Panteonu w Rzymie (o podobnej średnicy), ale o tym za chwilę.
Mniejsze kopuły budowano przy użyciu krążyn, swoistych szablonów z drewna, na których formowano łuk kopuły i dopiero po ułożeniu zwornika demontowano drewniane wsparcie. Szkopuł tkwi w tym, że jeśli podstawa jest tak olbrzymia to trudno w ogóle o drewno pozwalające zbudować krążyny, a gdyby nawet takie się znalazło, to koszt ich zbudowania byłby niebotyczny, poza tym ich ciężar byłby tak wielki, że te tymczasowe formy podpierające konstrukcję załamałyby się pod własnym ciężarem. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, nad otworem florenckiej katedry powstał już bęben, zwany tamburynem. Nie miał zewnętrznych przypór, więc sam musiał udźwignąć ciężar kopuły. I mamy impas!
Na scenę wkracza Filippo Brunelleschi. Jego nazwisko było już znane we Florencji, startował w konkursie na drzwi do Baptysterium. Przegrał z Ghibertim, ponoć zezłościł się i wraz ze swoim przyjacielem Donatellem wyruszył do Rzymu. Donatello koncentrował się tam na studiowaniu rzeźby antycznej, a Brunelleschi namiętnie studiował wszystkie budowle starożytnego Rzymu, wraz ze sztandarowym Panteonem. Mierzył, obserwował, wyciągał wnioski. Sztuka powstania tych obiektów była w zapomnieniu, ale przyszły twórca florenckiej kopuły dzięki wnikliwym badaniom odkrył tajniki starożytnych. Pomyślicie? Kształcony na złotnika, a  dzięki własnemu zmysłowi obserwacji i wnioskowaniu doszedł do nowatorskiego rozwiązania, jak sobie poradzić z otworem Duomo. Był przekonany, że we Florencji nie można zastosować technik użytych przy Panteonie. Kopuła rzymska była postawiona na niższym poziomie. Jej grubość u podstawy wynosi 7 metrów! Składają się na nią także zewnętrzne pierścienie, schodkowo okalające podstawę kopuły. Bez nich siły rozporowe zniszczyłyby konstrukcję. Świetnie widać to na znalezionym w necie zdjęciu oraz schemacie:
http://cudaswiata.archeowiesci.pl/2009/04/panteon-w-rzymie/
http://it.wikipedia.org/wiki/Pantheon_(Roma)
We Florencji nie można było zrobić tak grubej kopuły, każde zewnętrze wzmocnienie, chociażby przyporami (znanymi z gotyckich katedr) zepsułoby wizualnie powstałą już bryłę świątyni.
Brunelleschi wiedział, że jego rozwiązanie jest nowatorskie i bezkonkurencyjne, lecz, według Vasariego, namówił komitet Opera del Duomo do zwołania wielu architektów z całej Europy, tylko po to, by przy nich zabłysnąć! Trochę się przeliczył. Faktycznie nikt nie przedstawił przekonującego projektu, ale nie znaczy, że od razu prace powierzono jemu. Pomysł rodaka wydawał się tak szalony, że doszło nawet do wyniesienia go z sali obrad komitetu Opera del Duomo z okrzykiem, że to wariat.
Jakie były inne propozycje? Na przykład ustawić w środku słup podpierający kopułę. Na stałe!

Przejdźmy do rozwiązań geniusza uważanego za ojca renesansowej architektury. Zaznaczę, że kopuła była pierwszą realizacją architektoniczną Brunelleschiego. Nieźle zaczął. Oczywiście na początku miał nad sobą nadzór, właśnie Ghibertiego, ale zaczął udawać chorego, by przekonać inwestorów o niekompetencji swojego przeciwnika. Z czasem tak zyskał sobie uznanie, że gdy trafił do więzienia za niepłacenie podatków, dzięki interwencji Opera del Duomo został natychmiast uwolniony.
     Zrezygnował z kształtu półkuli na rzecz ostrołukowego przekroju. Boczny nacisk wywierany przez tego typu konstrukcje jest dużo mniejszy od wytwarzanego przez żebrowe kopuły hemisferyczne.
     Ale co zrobić, by kopuła nie była za ciężka? Tu się pojawia podwójność czaszy. Pierwsza znana w historii architektury! To między wewnętrzną i zewnętrzną powłoką prowadzi droga na szczyt. Ale nie dla zwiedzających utworzono tę przestrzeń. Obydwie czasze powstały w oparciu  o system żebrowań wspinających się ku górze oraz poprzecznych.
http://it.wikipedia.org/wiki/File:Filippo_Brunelleschi,_cutaway_of_the_Dome_of_Florence_Cathedral_(Santa_Maria_del_Fiore).JPG
http://www.gramma.it/sussidiario/lezioni/09_abduzioni/09-abduzioni_esempi/09-20.html
Przebieg ośmiu wielkich żeber pokrywa się z tymi widocznymi na zewnętrznej czaszy, akurat nic niewnoszącymi do konstrukcji, mającymi jedynie znaczenie estetyczne, wspaniale podkreślają krzywiznę kopuły. Wydają się być smukłymi białymi liniami tnącymi ceglastość kopuły, ale z bliska ze zdziwieniem odkryłam, że to bardzo szerokie niemal metrowe pasma marmuru przypominające jakieś monstrum gadzine. 
     Brunelleschi zdawał sobie sprawę z tego, że w trakcie budowy może stanąć wobec problemów, których nie przewidział, zastrzegł więc sobie prawo do zmian na bieżąco. Taka sytuacja zdarzyła się między innymi, gdy łuk kopuły zaczął mocniej nachylać się ku jej osi. Architekt przerwał budowę i w oparciu o modele, po naradach z komitetem, zmienił materiał budowlany. Przeszedł z kamienia na lżejszą cegłę.
     A co z krążynami? Nie było. Brunelleschi nie podjął szalonych propozycji, by szablonem był piasek (jak to się robiło przy małych konstrukcjach). Ileż tego piachu trzeba by najpierw nanieść, by dojść do początku budowli? Przypominam, że zaczynała się ona 55 metrów nad ziemią. Martwiono się nie tylko jego objętością, ale i tym, kto to potem usunie. Chciano nawet w  piachu umieścić monety, by biedota z chęcią wynosiła zbędny piach. Co na to nasz geniusz? Brunelleschi zupełnie zrezygnował z tego typu pomocy technicznej. Wymyślił budowę pierścień po pierścieniu, każdym następnym o mniejszej średnicy, zachodzącym na poprzedni. Na łączeniach pierścieni stosował stawianie kamieni i cegieł w pionie tworząc znaną w starożytności jodełkę, zwaną po włosku spinapesce (albo spina di pesce) -  czyli rybie ości.
W ten sposób szerszy pierścień dźwigał następcę. Rusztowania były jedynie robocze i lokalne.
     Na koniec powstał problem obłożenia kopuły. Zastanawiano się nad marmurem. Odpadł ze względu na koszty i trudność operowania nim.  Ze względów ekonomicznych zrezygnowano także z miedzi czy ołowiu, tak jak na baptysterium w Pizie. Duże dachówki projektu Brunelleschiego położono na wapienną zaprawę, mocując każdą dwoma gwoździkami. Na części dachówek odkryto sygnowanie przez producenta. Terakotowe dachówki są cechą charakterystyczną kopuły, a kontrast, który tworzą z białym marmurowym żebrowaniem, pozwala natychmiast rozpoznać Florencję na każdym zdjęciu z katedrą. W kilku z nich widać pozostawione haki, by można było przez nie przewlec liny i konserwować kopułę, nie można było wtedy przewidzieć powstanie wysięgników na samochodach. Aż tak genialny to Brunelleschi nie był, a raczej aż tak proroczy :)
     Nie zasłonięte dachówką otwory ( po trzy rzędy i po trzy w jednym rzędzie na pojedynczym żaglu) mają średnicę łokcia florenckiego. Każdy otwór obramowano jednolitym blokiem kamienia. Jeśli dobrze przyjrzymy się kopule, zobaczymy, że czasami brakuje dachówek. To są także otwory wprowadzające światło i powietrze do przestrzeni pomiędzy czaszami. Część otworów spotyka się wędrując przejściem w kopule, wraz z oknami tworzą cudowny spektakl światła próbującego przebić się przez cień, światła które niesie ze sobą wspaniałe widoki.
Są jeszcze otwory, które zobaczymy tylko od wewnątrz. To miejsca pozostawione przez Brunelleschiego, miały służyć instalacji rusztowań potrzebnych do wyłożenia kopuły mozaiką. Mozaika nigdy się nie pojawiła, wnętrze kopuły wypełniają freski autorstwa Vasariego i Federico Zuccariego.  Treściowo są to kręgi według "Boskiej Komedii "Dantego.

Zupełnie osobną opowieścią jest organizacja pracy. Brunelleschi był nie tylko wybitnym architektem, ale i świetnym logistykiem. Skorzystał oczywiście też z doświadczeń innych podczas budowy katedry, wprowadził jednak mnóstwo innowacji. Całość organizacji budzi mój wielki podziw i zdumienie. Jesteśmy wszak w XV wieku:
- Plac budowy zorganizowano u stóp kopuły we wnętrzu katedry. Materiały budowlane gromadzono w prezbiterium, które oddzielono od naw, by w nich sprawować funkcje religijne.
- Z kolei przy tamburynie zostały zbudowane nisze zwane tribune morte, które miały odciążać siły nacisku. Tam też urządzono skład materiałów i narzędzi.
- Wokół katedry także urządzono filie placu budowy. Najważniejszy z nich umieszczony na północnym wschodzie służył przechowywaniu drogocennych tworzyw, lub wymagających zadaszenia. Był więc tam skład marmuru i drewna. Zaraz nieopodal była kuźnia, w której produkowano elementy metalowe potrzebne na budowie, na przykład łańcuchy. Trochę dalej na Via Ghibellina znajdował się piec do wypalania cegieł. Tam wypalono też cegły do murowanego modelu kopuły. 
- Wśród pracowników dominowali murarze, kamieniarze i ich pomocnicy. Nie mogło jednak zabraknąć ludzi sterujących maszynami oraz takich którzy wszystkiego doglądali,ważyli, mierzyli, rozliczali zakup materiałów.
- Pojawił się zalążek związku pracowniczego. Miał on listy pracowników zapewniające płynność przebiegu prac, a więc i zapisany robotnik miał pewność zatrudnienia i pracodawca nie musiał się obawiać, że zastanie pusty plac budowy.
- Na jeden bok ośmiokąta przypadała jedna załoga, którą kierował mistrz murarski.  Do naszych czasów dotrwało tylko jedno nazwisko mistrza Filippo di Giovnni, pracującego także przy kościele Św.Wawrzyńca. 
- W celu bezpieczeństwa robotników przewidywano budowę balustrad. Zabraniano picia czystego wina na rusztowaniach. Każdy podpisał zgodę  na wykonywanie niebezpiecznych prac. Stawki za pracę były zależne od ryzyka wykonywanych prac. 
- U wejścia na budowę umieszczono klepsydry mierzące przerwy w pracy, które skrzętnie odnotowywano na specjalnej tablicy. Dodatkowo też wprowadzono regułę, że pracownik mógł zejść raz dziennie z rusztowań. Robotnikowi nie wolno było iść po narzędzia, to kowal miał je przynieść na plac budowy.
- Brunelleschi kontrolował nawet sprzedawców chleba i wina oraz kucharzy.
- W przypadku deszczowej pogody część murarzy była oddelegowana do kamieniarzy, drogą losową wybierano tych, którzy nadal wykonywali prace murarskie, a reszta miała bezpłatny urlop.
- Komitet Opera del Duomo zorganizował uroczyste otwarcie budowy dostarczając między innymi wino. Świętowano także zakończenie każdego kręgu kopuły. A na zakończenie prac wydano olbrzymi bankiet.
- Brunelleschi rygorystycznie kontrolował jakość materiałów, zwłaszcza cegieł, wapna, zaprawy itp. Jego biograf Antonio Manetti wspomina, że żadna cegła, żaden kamień nie trafił na swoje miejsce bez kontroli architekta. 
- Florencka Signoria jako kontrybut na budowę przekazała drewno z lasów Casentino. Był to głównie świerk, którego wycinki dokonywano między styczniem a marcem.  Spławiano je Arno, więc w celu wyładunku wybudowano nad rzeką specjalną rampę, której fragmenty (schodki i pochylnię) zachowały się do naszych czasów (muszę ich poszukać, bo tylko o tym przeczytałam). Z koli w góry Pistoi udawano się po dąb.
- Złoża kamienia wydobywano z jaskiń Trassinaia na północny wschód od miasta. Wszystko odbywało się pod kontrolą zaopatrzeniowca. Na miejscu wybudowano specjalną halę, w której mogli odpoczywać robotnicy, a w razie złej pogody wykonywać tam obróbkę kamienia. 
- Biały marmur pochodził oczywiście z Carrary. Umowa przewidywała dostarczenie materiału bez defektu i o ściśle określonych rozmiarach. Bloki marmuru z gór ciągnięto wołami na plażę, statkami przewożono do Pizy, a po przeładunku na barki rzeczne dostarczano Arno do Florencji.  Konieczność zmiany środka transportu sprawiała kłopoty, cenny materiał ulegał uszkodzeniom,  więc Brunellesch wymyślił sposób zamiany łodzi na pojazd lądowy. Jak nic - prototyp amfibii :)
- Wspominałam już o metalu, którym głównie było żelazo. Robiono z niego łańcuchy, gwoździe, klamry itp. Miejscem pozyskiwania surowca była Elba, wytop odbywał się w Apeninie Toskańskim, gdzie było pod dostatkiem drewna. Tak wytopione żelazo dostarczano do miasta i tam przekuwano w konkretne przedmioty. 
- Liny sprowadzano z Pizy - silnego ośrodka ich produkcji

Tylko te kilka punktów wykazuje, jak olbrzymim przedsięwzięciem była budowa kopuły. A gdyby jeszcze sypnąć cyframi? 
- 400.000 cegieł na rok
- 200.000 dniówek (ok. 10 godzin) na 12 lat pracy
- przyrost muru 2,5 metra na rok

Budowę kopuły zakończono w 1436 roku. Zaczęło się świętowanie. Papież Eugeniusz IV przybył do Duomo 25 marca. Na tę okoliczność zjawiło się 200 tysięcy osób. 30 sierpnia biskup z Fiesole pobłogosławił położenie ostatniego kamienia. I to koniec? A latarnia?
No właśnie. Na latarnię ogłoszono osobny konkurs - policzek dla Brunelleschiego. Oczywiście wygrał konkurs, ale po co w ogóle było go organizować?
Znany jest kompletny model latarni. 
Latarnia pełni nie tylko rolę pięknego zakończenia, białą kropkę nad "i". Była niezbędna, by siły działające na kopułę nie rozerwały konstrukcji, musiała więc być odpowiednio ciężka, działać jak swoista zatyczka. Tak jak kopuła  tak i ona opiera się o ośmiokątny plan, choć były pomysły zaokrąglenia ścian. Gotyckie żebra samej kopuły przedłużone zostały w coś w rodzaju przypór, które klasycznymi ślimakami połączyły się z wieżyczką. Punktem odniesienia do niej była wieżyczka na pobliskim Baptysterium. Pod koniec 1436 ogłoszono zwycięski projekt. Niestety Filip umiera w 1446, niedługo po położeniu pierwszego kamienia. 
Prace kontynuuje przyjaciel artysty Michelozzo. 
Pozłacaną kulę wraz z krzyżem  (według projektu Verocchia) położono w 1471 roku. Była godzina 20.30, gdy  tej okazji odśpiewano uroczyste "Te Deum".
Faktycznie chce się śpiewać na widok tak perfekcyjnej struktury. 

Jeśli ktoś dotrwał do tego miejsca, to gratuluję, zupełnie straciłam poczucie długości wpisu, a to wcale jeszcze nie jego koniec. Przecież pojechałam na spotkanie z kopułą. Wyruszyliśmy rankiem bez śniadania i na pół godziny przed otwarciem (czyli o 8.00) byliśmy już na miejscu. W planie było śniadanie gdzieś w pobliżu. Zaraz na wprost wejścia na kopułę jest bar, więc spokojnie zasiedliśmy na zewnątrz obserwując powolny przyrost kolejki.
Gdy grupa zaczęła szybciej wzrastać, Krzysztof poszedł zająć miejsce, a ja dokończyłam swoje panino
Wejście 463 schodami to wyczyn dla mnie, niewysportowanej osóbki. 
Nogi drżały mi straszliwie nie po wejściu, lecz po zejściu, na tyle, że nie miałam ochoty już na żaden spacer po Florencji i z chęcią wróciłam do domu :)
Warto jednak było podjąć ten wysiłek. 
Podczas wspinaczki trafiamy na zaułek z rzeźbami. Wydaje mi się, że one tak niby z cicha pęk milczą tam dumnie, ale gdy wszyscy turyści przejdą, zaczynają w najlepsze plotkować. Ależ musi być wtedy harmider. Bo ludzie to najczęściej tylko sapią po pierwszej turze schodów :)
Widziane z wysokości bębna nawy kościoła zdają się być niewielkie, nieprzystające do olbrzymiego rozmiaru kopuły. Przedziwna gra proporcjami, widok z naw z kolei nie zapowiada obszerności otworu wynikającego z ich skrzyżowania. 
Kilka razy obeszłam latarnię wyszukując znane sobie obiekty z panoramy miasta: Palazzo Vecchio, Kościół Santa Croce, Orsanmichele a za nim olbrzymi Palazzo Pitti, zakątek z Ogrodów Boboli, Piazza Santissima Anunziata, czy niesamowicie wrzynający się prostymi liniami w organizm Florencji dworzec kolejowy.
Było jeszcze wcześnie, ale niektóre tarasy tętniły życiem, większość budziła oczywistą zazdrość, takie różne, takie zapraszające, by na nich usiąść i sącząc dobry trunek napawać się pięknym dniem.
Pozazdrościłam też amerykańskim studentom ze szkicownikami. Jakoś nie przyszło mi do głowy zabrać swojego. Poza tym i tak bym się z nim nieswojo czuła, bo oni, jak jeden mąż, mieli szkicowniki zakupione we Florencji w dobrych sklepach papierniczych,a mój jest  taki zwykły, powszedni, z miękką okładką.
Tego to im nie daruję i znajdę ten zeszyt, który mi się najbardziej spodobał, ze szkicami architektury na okładce. A że akurat mój szkicownik jest już niemal zapełniony, to okazja ku temu podwójna. 
Do czasu zakupu pocieszę się starymi rysunkami z widokiem kopuły:

Schodzić nam się nie chciało, przysiedliśmy w cieniu i gapiliśmy się na miasto, nie tylko zresztą na miasto. Błądziłam obiektywem po czym się dało. 
Czas odmierzała nam sama kopuła przy wtórze dzwonów z campanile Giotta sunąc cieniem po dachu katedry:
Schodząc w dół można zobaczyć część urządzeń z placu budowy. Żeby uzupełnić ich obraz dopiero teraz dołączam zdjęcia z jednej sekcji katedralnego muzeum, tej poświęconej budowie kopuły. Są tam i narzędzia i drewniane modele oraz niebywała lektyka zbudowana dla Medyceuszy, służąca specjalnie do wyniesienia władcy na szczyt między łukowo zakrzywionymi czaszami kopuły.

Niby rozumiem, jak zbudowano kopułę, ale wyjść z podziwu nie mogę. Spoglądam na nią rozmaślonymi oczami i wad nie znajduję. 

Nie znoszę pisania po ścianach (łapy bym poucinała!), lecz jeden napis pozostawiony przez wandali wyraża i moją myśl:
O niebo lepszy jest inny pomysł uczczenia głównych twórców Duomo. Znajdziecie go w pierzei na prawo od katedry.  Di Cambio siedzi chyba lekko zafrasowany, że zostawił pokoleniom taki kłopot. Brunelleschi z dumą spogląda na swoje sztandarowe dzieło.

Czy zdajecie sobie sprawę, że nie wyczerpałam tematu? Hi, hi, hi.