piątek, 30 grudnia 2011

ANIELSKIE CHWILE

Bardzo lubię ten czas po Bożym Narodzeniu, kiedy przyjemne zmęczenie i podążanie do wyznaczonego celu zostają zastąpione przez nieśpieszne chwile. W tle grają kolędy, ciasta dojadam nieprzyzwoicie, obraziwszy się na wagę. I myślę, co by tu począć z tak pięknie rozpoczętym dniem, a nawet dniami.
Od dłuższego czasu chodził za mną motyw utrwalony podczas zwiedzania Certosy di Firenze. Gra planów i świateł. W ramach wytchnienia chwyciłam więc za ołówek i oto Anioł z Certosy:

Przy okazji zaktualizowania programu Picasa pobawiłam się jego nowymi funkcjami. Kilka próbek prezentuję w poniższym kolażu, a nawet i w zdjęciu głównym, bo ramka to już teraz szast prast! 

wtorek, 27 grudnia 2011

POLSKIE ŚWIĘTOWANIE WE WŁOSZECH

Tuż przed Świętami moja przyjaciółka z Polski zapytała, co przygotowuję na Wigilię. Niczym jej nie zaskoczyłam, bo to niemal w każdym polskim domu pojawia się tego dnia na stole. Gdy w myślach robiłam szybki przegląd stołu i innych niezbędnych dla tradycji akcesoriów, zdałam sobie jednak sprawę, że przygotowanie takich samych, jak w kraju Świąt wymaga o wiele aktywniejszych zabiegów.
Choinka?
Nie jest tak popularna, jak w Polsce, rzadko na przykład wprowadza się ją do świątyń. A w tym roku zrobiło się dużo trudniej, bo w sieciówkach drzewka pojawiły się tak wcześnie, że nie wróżyłam im dobrej kondycji w odpowiednim czasie. Liczyłam więc na pewien punkt na skrzyżowaniu ulic. Zawsze stał tam człowiek i  sprzedawał pachnące lasem iglaki. W tym roku pusto! Co zrobić? Krzysztof zaczął dzwonić po szkółkarzach, dotarł w końcu do jednego sprzedającego świerki w donicach. W sam czas, załapał się na ostatnie drzewko! Nasz choinkowy donator w tym roku sprzedał wszystko, co miał. 
No to drzewko mamy.
Karp?
Oprócz pstrąga pływającego w bieżącej słodkiej wodzie, trudno tu o ryby słodkowodne ze stawów i jezior. Karp jest, i owszem, w stawach "sportowych". Są tu takie miejsca, do których ludzie jeżdżą dla relaksu, albo na zawody sportowe. I tam właśnie pływa sobie karp. Zamawiamy go zawsze w jednym rybnym sklepie, zbiorowo także dla innych Polaków. Lekkie przymrozki spowodowały, że zmniejszono nam zamówienie. Na szczęście wystarczyło nawet, by (oprócz opłatka) podzielić się rybą z koleżanką, która z powodu wypadku syna została we Włoszech.
Kompot z suszu? Świetnie nadaje się do tego suszona macedonia (do kupienia gotowa w torebkach).
Kapusta kiszona? Dobrze, że jest Lidl.
Buraki? W tym roku na wszelki wypadek sama wyhodowałam i przygotowałam w słoikach. 
Mak? Opłatki? Sprowadzone z Polski.
Kartki na szczęście są w sprzedaży, na własną produkcję już się nie porywam. Tym bardziej, że w tym roku   totalnie pochłonęło mnie przygotowanie dekoracji i jednego prezentu. 
A było to tak. Kiedyś namalowanego anioła postanowiłam sprezentować mojej siostrze. Krzysztofowi żal było się z nim rozstać, przywykł do obrazka. Jedynym sposobem na to, bym nie wydała swojej pracy, jest ją podarować. Tak więc zrobiłam z następnym aniołem, postanowiłam go namalować jako prezent pod choinkę. Zadanie utrudniało mi zachowanie niespodzianki. Polowałam na czas całkowicie pewnej nieobecności pryncypała w domu. Oznaczało to malowanie w dokładnie wyznaczonych godzinach. Do tego wymyśliłam, że spróbuję zrobić tak częstą w obrazach moich mistrzów przestrzenną aureolę. Zdążyłam! Został mi nawet jeden dzień zapasu. Dwa razy omal nie zostałam nakryta na machaniu pędzlami. Jakimś cudem Krzysztof nie zorientował się, co planuję. Był więc zaskoczony i bardzo zachwycony.
A gdy nie mogłam malować szykowałam świece.
Te do kościoła nie sprawiły problemu. Cylindryczne, pozłacane, z czerwonymi gerberami, zgodnie z zamówieniem osób szykujących tegoroczny wystrój.
Z domowymi też by nie było problemu, gdyby nie jedna świeca. Spędzała mi sen z powiek. I to dosłownie. Często witałam świt w pracowni.
Anioł to nie tylko temat mojego obrazu, to także miał być motyw przewodni domowej dekoracji. Ale nie znoszę, gdy aniołkom upalają się główki. Więc jaka świeca? Dopiero na dwa tygodnie przed Wigilią obudziłam się o 4 w nocy i olśniło mnie. Forma wymyślona, teraz "tylko" ją wykonać. Po żmudnych próbach, wielu odrzutach doszłam do efektu, który mogłam postawić na stole. Nie jest to szczyt doskonałości, wiem, co bym teraz zrobiła inaczej, ale czas już nie pozwolił na poprawki. Mam kilka zapasowych świec, gdy ta obecna już się wypali. A głowie anioła nic nie grozi :)
Figura jest wysoka na ok 70 cm, a skrzydła ma tak kruche, że prosiłam Krzysztofa, by mi go zniósł z pracowni. Ja jestem zbyt roztrzepana na taką operację. 
Resztą mogłam zająć się samodzielnie.
Na choince niewiele zmian, oprócz piórek.
Na szczęście pod choinką zmiany, nowe książki, smakołyki (w stanie stałym i płynnym), skórzana teczka na dokumenty, no i obrazy (jeden od kochanej Joasi z Wrocławia).
Idąc za włoskim przykładem przygotowałam żłóbek, tutaj to ważniejszy od choinki element wystroju. Nietypowe jest tylko jego osadzenie, część na kapitelu średniowiecznej kolumny (nie mamy pojęcia, skąd się wziął na plebanii, może to pozostałość po pierwszej budowli sakralnej w tym miejscu, wszak parafia jest dużo starsza niż jej obecne zabudowania). Druga część szopki została ustawiona na dużo młodszym gramofonie.
Większość wystroju przygotowałam na Wigilię, najwyżej przestawiałam świece, ucinałam im knoty, tylko krzesła dokładałam z każdym dniem. W niedzielę na obiedzie gościliśmy organistkę - Japonkę. Już drugi rok raczyła się polskimi specjałami. Najbardziej przypadł jej do gustu barszcz z uszkami oraz ... bigos!
W poniedziałek dołożyłam jeszcze 4 krzesła. Niestety mogło ich być więcej, ale choroba dopadła parę naszych potencjalnych gości. Pozdrawiam ich stąd serdecznie.
Obiad wypadł w skromniejszym gronie, więc nie musiałam go wyprowadzać do sali parafialnej. Dzięki temu atmosfera była o wiele bardziej przytulna i prawdziwie domowa.
Podjedliśmy, pokolędowaliśmy sobie. Andrea (jedyny Włoch w towarzystwie) nie znający polskich kolęd potańczył z młodszą córcią.
Aaaaa, jeszcze skromnie, ale udekorowałam też i inne fragmenty domu:
Klatkę schodową.
Korytarz.
Część ozdób to prezenty od niezastąpionej czytelniczki, Pani Marzeny. Dziękuję!
To były bardzo piękne Święta i w wyjątkowo łagodnej za oknem aurze.
Niestety nie dałam rady wysłać życzeń drogą elektroniczną. Proszę o wybaczenie. Kartki i prezenty poszły a internet leżał odłogiem i dopiero się do niego przyzwyczajam.
No i zapomniałabym o dwóch bohaterach, którzy ludzkim głosem narzekali o północy na zbyt małe porcje jedzenia.


czwartek, 22 grudnia 2011

GLORIA IN EXCELSIS DEO!

Omal bym się już tu nie pojawiła przed Bożym Narodzeniem, bo akurat zmienialiśmy operatora i nowemu dostawcy usługi przyszło na myśl dokonać zmiany tuż przed Świętami. Zostaliśmy odcięci od internetu. Najbardziej było mi przykro, że nie złożyłam Wam życzeń. Jednak udało się, internet załączono i oto:

sobota, 17 grudnia 2011

TUP, TUP, TUP

Po czterech latach zmagania się z deszczem stworzyłam na zewnątrz wodoodporną dekorację. Na razie mało w niej światełek, ale trzeba stopniować wrażenia. Ciąg dalszy w następnym roku. I tak jedna parafianka  dopytywała się, czy mogłabym ją nauczyć robić takie kule :)
W domu po uszkach i bigosie przyszła kolej na słodkości.
Czy u Was też pachnie Świętami?

piątek, 16 grudnia 2011

NIETYPOWE ZAMÓWIENIA

Pomiędzy zwyczajnym prowadzeniem domu i przygotowaniami do Bożego Narodzenia miałam do wykonania dwa malowidła. Niby nietrudne, ale przy użyciu farb do tkanin malowałam fragmenty ornatów. Znajoma krawcowa szyje je dla pewnych księży i zamiast drogiego haftu umyśliła sobie malowanie. Na pewno wyszło ją to taniej.  Właściwie to nie tylko ją.
Jeden ornat jakaś grupa chce sprezentować znajomemu księdzu. Ponieważ ma to być szczytny podarunek, poprosiłam o symboliczną kwotę, ale nawet Paula uznała, że to za mało. Nie protestowałam. Zaraz jednak sama wpadła na pomysł, że wraz ze znajomą podaruje ornat innemu księdzu. Ponoć ksiądz lubi bardzo proste wzory, więc dostałam ścisłe wytyczne, czyli co i jak, i gdzie. Tym razem umówiłyśmy się, że powiem cenę realną dopiero po szyciu, a i tak nie wezmę pieniędzy tylko zamienię je na uszycie jakiejś kiecy dla mnie. Dobrze się stało, bo ten malunek z pozoru prosty, jest dowodem na to, że prosto nie znaczy łatwo i szybko. Nie dość, że nie miałam jak naciągnąć tkaniny, to jeszcze był to taki rodzaj jedwabiu, który spokojnie nie usiedzi. Dodatkowo linie proste z farbami do tkanin to wyzwanie samo w sobie. Farby są na tyle gęste, że nie da rady długo ciągnąć pędzla jednym ruchem, trzeba co chwilę zanurzać włosie w pojemniczku.
Oto owoc moich męczarni  i zbyt wczesnych pobudek, niełatwy nawet w fotografowaniu, gdyż tkanina szaleje:
No i dużo łatwiejsze dla mnie, miłe do malowania realistyczne wzory, no i tylko pas, który będzie wszyty do reszty:
A skoro już o nietypowych zamówieniach, to jeszcze pokażę Wam wykonane parę tygodni temu świece w kształcie chłodni kominowych do wręczenia komuś z okazji rocznicy powstania elektrociepłowni.
Miało być bez wielkich artyzmów, ale mile widziana właśnie forma chłodni plus akcent ekologiczny. No to było wyzwanie! Mam nadzieję, że obdarowani docenią mój wysiłek.

czwartek, 15 grudnia 2011

ŚWIĘTA WE FLORENCJI

Nie będę pisać o nich ja, ale napisała o nich Tessa Capponi-Borawska. 
Do przeczytania w miesięczniku "W drodze" - numer 12 z tego roku. 
http://www.facebook.com/pages/W-drodze-Wydawnictwo/113221545354706
A ja się tylko pochwalę, że zdjęcie do artykułu zostało zakupione ode mnie. To dla mnie zaszczyt, że moje zdjęcie towarzyszy tekstowi Tessy Capponi-Borawskiej. Przy okazji nadmienię, że taka współpraca to sama przyjemność. Szybko, bez zbędnych ceregieli i bardzo słownie. Dzisiaj dotarł pocztą autorski numer, właśnie leży przede mną i jeszcze pachnie farbą drukarską.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

ZAPROSZENIE

Skoro idą Święta, to czas najwyższy serdecznie zaprosić wszystkich chętnych rodaków na bożonarodzeniowe spotkanie.
 Wracamy do 26 grudnia, gdyż w zeszłym roku mieliśmy chętnych spod Parmy i z Rzymu, którzy z wielkim zacięciem, wbrew fatalnej komunikacji 25 grudnia, dotarli szczęśliwie na obiad pełen polskich potraw. Z zagadania zapomnieliśmy w zeszłym roku pośpiewać, mam nadzieję, że tym razem uda nam się pokolędować.

Kto ma ochotę na wspólne biesiadowanie 
26 grudnia o 13.00 
w sali parafialnej w San Pantaleo,
proszę o kontakt na maila. 
Mile widziane pojawienie się z jakąś potrawą :)

niedziela, 11 grudnia 2011

IDĄ, IDĄ

W zeszłą niedzielę byliśmy na wystawie, o której niebawem osobny wpis, ale dzisiaj na trzecią niedzielę  adwentu, która zaprasza do radości wkleję kilka świątecznych migawek z Florencji. Choinka przed Duomo nie miała jesczze zapalonych lampek, bo to następuje 8 grudnia.
Za to pięknie świeciły lampiony obłożone żywymi gałązkami.
Nie może zabraknąć choć kilku wystaw. Jest wśród nich jeden niepokojący akcent. Nie spotkałam ani jednego napisu po włosku, wszędzie królowały merrychirstmasy albo xmasy. Tfuj!Jedni twórcy witryny zaszaleli z kolorystyką, pewnie z oszczędności - odkleją potem napisy i będzie dekoracja jak znalazł na Sylwestra i karnawał. Moją sympatię wzbudziły dziergane ubranka dla bombek oraz nieświąteczne słonie od Vuittona.
Radosnej niedzieli i przygotowań!

PS. Zapomniałam dodać, że tego dnia trafiliśmy znowu na akcję "Przytulenie za darmo". Chodzi sobie grupka ludzi po Florencji i rozdaje objęcia. Skorzystałam z radością, czego i Wam życzę. Świat od razu bardziej uśmiechnięty. A ja tymczasowo ściskam wirtualnie, przy okazji odliczając 900 wpis na blogu. Ale papla ze mnie!

sobota, 10 grudnia 2011

SPOTKANIE ZE STARĄ MIŁOŚCIĄ

Znacie to uczucie? Najpierw czujecie lekki dreszczyk, szykujecie się, chcecie przedstawić w jak najlepszym świetle, że czas Was nie nadgryzł, że macie się świetnie? Dochodzi do spotkania, a myśli zaprzątnięte są tylko jednym pytaniem: Co ja w nim widziałam?
No i ja tak miałam w Paryżu. To był drugi motyw - spotkanie po latach.
Usiadłam naprzeciw niego i patrzę, mizerny jakiś, wyblakły, sylwetka jakby drewniana.
Ludzie przechodzą koło mnie i chyba się dziwią, czemu tak się jemu przyglądam.
Miejsce akcji: Luwr
On: "Pokutująca Maria Magdalena"  Georgesa de La Tour - obraz zanalizowany w części teoretycznej mojego dyplomu.
Już po wejściu do muzeum i wykupieniu biletu podeszłam do punktu informacji dowiedzieć się, gdzie dokładnie w tym olbrzymim labiryncie mam znaleźć rzeczony obraz. Pani rozbrajająco powiedziała mi, że malarstwo francuskie z tego okresu jest niedostępne z powodu remontu, że za rok, że jedynie mogę zobaczyć "Grających w karty" tego artysty.
Jęknęłam, że ja chciałam z Magdaleną się spotkać. A pani  wtedy coś tam zaiskrzyło w oczach i powiedziała, żebym jeszcze chwilę zaczekała. Poszperała w komputerze, zawołała na pomoc kolegę i razem z nim ustaliła, że i owszem "Pokutująca Maria Magdalena" jest dostępna.
Hurra!
No i dotarłam na drugie piętro, usiadłam i długo nie mogłam zebrać myśli. Tym spotkaniem dotrzymałam słowa danego przy okazji obrony pacy. W czasie, gdy stawałam się magistrem nie miałam środków, by zobaczyć dzieło de La Tour na żywo. Dziwne teraz wydaje mi się, że dostałam zgodę na analizę reprodukcji, przecież w Poznaniu znalazłoby się wiele cennych dzieł do badania. Minęło 18 lat, a ja dopiero teraz dopełniłam obietnicy.
No i siedziałam, siedziałam i siedziałam.
To faktycznie było spotkanie z dawną miłością, teraz jej miejsce zastąpili starsi panowie - Fra Angelico, Giotto, Cimabue, Duccio ...
Gdy tak gapiłam w obraz, zobaczyłam, że ludzie robią mu zdjęcia. No to było zaskoczenie! W Luwrze można fotografować!
Tylko co, tylko kiedy, tylko skąd wziąć siły na całe muzeum?
Rozmiary Luwru zdumiały mnie jeszcze bardziej, niż Paryża. To miasto w mieście.
Zaczęłam zastanawiać się nad sensem takiego nagromadzenia dzieł, nad taką ich liczbą, że zapewne niewiele osób może poszczycić się dogłębną znajomością zbiorów. Poza tym strasznie one jakieś takie odcięte od swych źródeł. Od razu założyłam, że nie będę starała się zobaczyć całego Luwru, plan był taki: Maria Magdalena i włoskie malarstwo, oczywiście  średniowieczne i renesansowe. Bez problemu zachwyciłam się Madonnami i całym mistycznym światem dawnego malarstwa.
Ale przecież jakoś do tych obrazów musiałam dotrzeć. Gdy szłam i rzucałam okiem, coś mnie skusiło, by zajrzeć do pokoiku, pustego, bez zwiedzających. Patrzę, a tam witryna z malutkim obrazem, którego autorem był Bruegel. Zapewne namalowany do jakiegoś mieszczańskiego domu, utonął samotnie wśród dzieł niemal niezliczonych.
Człowiek nie dziwi się obecności jeńców Michała Anioła, stoi z rękami w kieszeni przy jednej z najsłynniejszych kobiet na świecie - Wenus z Milo.
Albo nawet taka Nike z Samotraki, stoi pomiędzy piętrami, przypuszcza się, że dumnie prowadziła kiedyś okręt po morzach. Teraz morze głów przepływa koło niej. Ona smutna, nie dumna.
Też bym straciła głowę.
A olbrzymie płaskorzeźby z Mezopotamii? Gdzie stały, jakie silne słońce je spiekało?
Może gdybym mieszkała w Luwrze, inaczej bym widziała jego zasoby?
Dla mnie już Uffizi za duże. Jaki jest więc sens tak olbrzymich muzeów?

Gdyby nie zdjęcia, połowy z tego, co zdołałam zobaczyć, bym nie zapamiętała. Może dlatego pozwala się je robić w Luwrze :)
Bardzo zadowolona wróciłam do domu. Znowu dowiedziałam się czegoś o sobie, o zmianie gustów, o prowincjonalności, z którą dobrze mi jak z książką czytaną w bujanym fotelu i z filiżanką herbaty.

czwartek, 8 grudnia 2011

POGODYNKA

Dostałam dzisiaj zdjęcie ze Szczecina zasypanego śniegiem (nie wiem, czy aktualne). Pomyślałam więc, jakie ja bym miała podesłać? Bo okazuje się, że przesadziłam z tą porą deszczową. Słońce nie odpuszcza. Dzisiaj było tak ciepło, że na spacerze z psami wystarczył jeden, wcale niegruby rękaw. Psom temperatura niewiele robi, ale przynajmniej raźniej wchodziły do wody,pławiły się w liściach. A i biegało się całkiem przyjemnie.
Jedno zdjęcie przypadło mi tak do gustu, że musiałam je wydzielić z kolażu.
Ale, ale ... miało być o pogodzie i jej wpływie na otoczenie. No więc sprawa ma się tak: nie ma śniegu,nie ma deszczu, jest bardzo kolorowo.
A jeśli mniej kolorowo, to na pewno nie biało, tylko przestrzennie.
Z tej przestrzeni korzystały ptaki, a zwłaszcza olbrzymie zdumiewające czaple. Na szczęście Boguś żadnej nie dogonił.
Taki grudzień.

środa, 7 grudnia 2011

RZADKO PROSZĘ, ALE JEŚLI MOŻECIE - POMÓŻCIE

W Polsce pracowałam przez 10 lat w Gminnym Ośrodku Kultury "Sokół" w Czerwonaku. Praca to była niezwykła, dająca wręcz nadmiar satysfakcji. Najmniej istotne w tym wszystkim były nagrody, choć i te były, nawet na ogólnopolskich festiwalach.
Najważniejsi byli ludzie! Obserwowałam rozwijanie się pąków, wyrastanie łabędzi z brzydkich kaczątek. Widziałam wielkie osobowości budzące nadzieję, że młodzież to nie tylko blokersi. To działało zresztą na osoby w każdym wieku, od maluszków po staruszków. Na pożegnanie przeczytałam słowa jednej z uczestniczek moich zajęć: "bez Ciebie zeszłabym na złą drogę" (cokolwiek miała na myśli). Istotne jest, jaki potencjał budzą wszelkie miejsca związane z rozwijaniem się wrażliwego człowieka, wielu wrażliwych ludzi.
Miejsca, w których tworzy się kulturę, i to tę od podstaw, które przygotowują do odbioru Kultury, powinny lęgnąć się jak grzyby po deszczu. A jest odwrotnie, boleśnie odwrotnie.
Wczoraj władze Poznania jednym podpisem prezydenta (dopisane później: chyba jeszcze samego podpisu nie ma, ale tego nie wie nikt, nawet dyrektorzy placówek) wskazały, że takie poziomy piękna i dobra będzie można znaleźć na boisku piłki nożnej. Motywując decyzję szukaniem finansów na organizację Euro 2012 zdecydowano, że należy zamknąć Młodzieżowy Dom Kultury nr2 w Poznaniu.  (dopisane później: wszystkie MDK)
Wiele razy współpracowałam z tym miejscem, jeździłam tam z moimi zespołami na przeglądy, poznałam wspaniałych pracowników.
MDK2 to organizator ciekawych imprez, także na poziomie ogólnopolskim. 
Takie miejsce ma zniknąć z mapy Poznania?
Jeśli widzicie totalny absurd tej sytuacji, podpiszcie się proszę pod petycją:
PS. Ponieważ w komentarzu ze strony T.B.padł zarzut nierzetelności, śpieszę wyjaśnić sprawę i nikłe o niej informacje w mediach. Jak dotąd informacja pojawiła się w "Gazecie Wyborczej" z 2 grudnia. Wiem też od mojej serdeczniej przyjaciółki, właśnie pracownika MDK 2, że dyrektorzy wszystkich trzech placówek byli wezwani do magistratu i przedstawiono im taki projekt.Może i pośpieszyłam z akcją, ale nawet jeśli decyzja ostatecznie jeszcze nie zapadła, to oczywiste jest, że sam pomysł należy właśnie teraz oprotestować. MDK nie może umieścić takiej informacji na swojej www, bo nie ma na to oficjalnego papieru. Nie wydaje mi się to istotnym, gdzie kto mieszka, tylko czy go to obchodzi. Bo przykład położenia akcentu na Euro 2012 kosztem wielu innych działalności idzie z góry i dotyczy całego kraju. Widziałam zajawki o przymiarkach do likwidacji placówek kulturalnych także w innych częściach Polski. 
A tak nawiasem dodam, że mój znajomy "kibol" też jest oburzony takim pomysłem. 
Na koniec dodam tylko hasło: "CHLEBA I IGRZYSK". Tłumaczyć nie muszę?

wtorek, 6 grudnia 2011

CUD, ŻE SIĘ NIE PRZEZIĘBIŁAM

Po niezwykle pięknym listopadzie, pełnym ranków Bogusia pławiącego się w słońcu, wszyscy związani z uprawami z ulgą przywitali grudniowe deszcze. Poziom wód spadł tak nisko, że ze strachem przyglądano się dziwnej jesiennej suszy. Z pierwszym dniem grudnia pogoda wróciła do normy, czyli przywlokła porę deszczową. Sezon wycieczek czas zakończyć, ale nie sezon na zwiedzanie. Trochę wnętrz jeszcze pozostało, ciągle pojawiają się nowe wystawy. Wystarczy znaleźć czas. Taaa! W grudniu!
Ale ja znalazłam, nie mogłam sobie odmówić propozycji "Przyjaciół Uffizi" zapraszających na wykład o narodzinach malarstwa zwanego florenckim. Gratką  samą w sobie był dzień spotkania - poniedziałek, gdy w pomieszczeniach muzealnych nie znajdziesz turysty. Wykład poprowadził Angelo Tartuferi wybitny specjalista w dziedzinie malarstwa średniowiecznego, co było słychać w pasji z jaką opowiadał o czterech dziełach tymczasowo wystawionych w drugiej sali Uffzi, tam gdzie są trzy wielkie "Maesty". Ja to bym chciała, żeby się rozpędził i detal po detalu omówił, ale pewnie trwałoby to aż do następnego dnia, do wpuszczenia zwiedzających :) Na przykładzie czterech dzieł pokazał nam cechy charakterystyczne wczesnego malarstwa florenckiego, bliskiego warsztatowi Coppo di Marcovaldo, pierwszego bodajże artysty z tego rejonu znanego z nazwiska, a którego przepiękne dzieło ma też szczęście posiadać katedra w Pistoi (z prawej strony).
Krzyż oznaczony przez muzeum numerem 434 różni się oczywiście od tego z Pistoi, ale widać w obydwóch silne wpływy malarstwa bizantyjskiego. Dzieła eksponowane w Uffizi mają jeszcze silnie zaznaczone światło w postaci cienkich białych kresek, tak dobrze znane z ikon. Wyznaczona nimi muskulatura to raczej ozdobny układ graficzny a nie odzwierciedlenie rzeczywistego umięśnienia człowieka. A już bliki na obojczykach to niemal dialog z ciemnymi lokami Chrystusa.
Ten krzyż i mały obraz przedstawiający stygmatyzację św. Franciszka pochodzą z zasobów Uffizi, dwa następne dzieła - tablica ze świętym oraz "Madonna z Dzieciątkiem" zostały wypożyczone z Muzeum Puszkina, w ramach obchodów kończącego się już roku "Italia - Rosja 2011".
Tablica ze świętym nosi niestety ślady jakiejś późniejszej ramy oraz nieumiejętnych prac konserwacyjnych. Mocno zniszczona i tak budzi podziw detalem. Co ciekawe, tego detalu nie mają aureole, to co mnie zachwyca u Fra Angelico tutaj jest mocne wyraziste, to jeszcze nie czas na finezyjną koronkę.
Madonna jest bardzo mocno powiązana z jednym z trzech typów ikon, zwanym eleusa, w którym Matka Boża poniekąd zatraca dostojeństwo na rzecz czułości. Jezus (tutaj znowu jako dorosły) ręką czule otacza szyję swojej Rodzicielki. Tak sobie myślę, że nie od parady są te małe sceny po bokach. Gdy patrzę na oczy Madonny to mam wrażenie, że rozważa najważniejsze wydarzenia ze swojego życia.
Nie zastanawia Was fakt, że mam zdjęcia?
Otóż już po skończonym wykładzie, po narzekaniu na przedziwną organizację funkcjonowania Uffizi w internecie (samo muzeum nie posiada własnej strony!), gdy niemal wszyscy już wyszli, zapytałam nieśmiało dottore, czy mogę zrobić zdjęcia. On się tak mile uśmiechnął, jak by czekał, aż ktoś go w końcu o to poprosi i powiedział "oczywiście!". Jeszcze jedna ociągająca się pani szybko skorzystała i chociaż telefonem zrobiła sobie kilka fotek.
Po takiej dawce pozytywnej adrenaliny nie mogłam zachorować, mimo, że od kilku już godzin byłam w mokrych zupełnie butach (kto w lekkich półbutkach wybiera się na taki deszcz?). Czekając na spotkanie salwowałam się najpierw herbatą w jakimś barze, gdzie kelner nim otworzyłam usta powiedział do mnie "priviet", a barmanka dowiedziawszy się, że jestem Polką stwierdziła, że Polska to gdzieś tam na Ukrainie!  To mogło rozgrzać. Potem poszłam na portiernię Uffizi i poprosiłam czy mogę poczekać pół godziny, bo ciepło. To znaczy nie siedziałam w samej portierni, tylko na ławce w przejściu służbowym.  Jakież inne z tej strony muzea. Takie bidne, obdrapane z zegarem rejestrującym wejścia i wyjścia pracowników. Zaniedbane, ale ciepłe, pomogły mi uniknąć wychłodzenia.
Zanim jednak wymyśliłam, żeby tam pójść, usiadłam w Loggi dei Lanzi i obserwowałam turystów, dobrze, że byłam po wizycie w księgarni, mogłam zakupami szlachetną część ciała odizolować od zimnego kamienia. Co tam deszcz! Już nie lało, czasami tylko jakaś kropla zabłądziła. A zdjęcia trzeba zrobić. No to ja sobie też takowe robiłam :) Najpierw fotografującym:
Potem rozmaitościom, a tak mnie jakoś wzięło:

A nogi przez 5 godzin były mokre....

SKŁAMAŁAM

Na widok protestu "Pękniętej Dachówki" w komentarzu z poprzedniego wpisu w te pędy lecę sprostować, żeby nie było że zapomniałam, iż  pomogłam też dzisiaj św. Mikołajowi w obdarowaniu Owejż świeczką wybraną ze stadka, które już się rozeszło po świecie:
Zostały mi jeszcze dorobione świece z rysunkami, bo poprzednie też już znalazły nabywców.

Piszecie, że szkoda takie zapalać, a ja uparcie powtarzam, że je należy zapalać, bo świeca bez ognia jest martwym przedmiotem. Jeśli chcecie zachować ją w dość nienaruszonej formie, to wystarczy po wypaleniu dołka włożyć do niego malutką świeczkę do podgrzewaczy (czyli teaglihta). Nie do wszystkich oczywiście da się włożyć taką świeczkę, ale i tak optuję za żywym płomieniem, a nie kurzołapem.


POMOCNIK ŚW. MIKOŁAJA

Dosyć marny ze mnie pomocnik, bo raptem dwie osoby pomogłam świętemu obdarować. Jedną jest pryncypał, który dostał dosyć przewrotną książkę "Firenze imaginaria". Jeśli wrzucicie w wyszukiwarkę zdjęć tytuł, to otrzymacie zawartość tomu.
Drugi prezent, znany już od 25 listopada, został przed chwilą rozlosowany po wrzuceniu do "maszynki losującej".  Ale zanim napiszę, kto zostanie adresatem mojej przesyłki, chciałam Wam serdecznie podziękować za udział w konkursie. Nie stawiałam żadnych warunków, poza rozpoznawalnością. Czasami więc niektórzy mieli problem, że się pierwszy raz odzywają. Ależ ja się bardzo ucieszyłam, że udało mi się Was wyciągnąć z cienia milczenia. W zabawie wzięło udział 70 osób!
Sama zostałam obdarowana taką ilością dobrych słów, że za żadną świecę bym ich nie zamieniła. Jeszcze raz bardzo dziękuję.
A oto maszynka losująca i prezent:
Powędruje on do Anety zapisanej 3 grudnia o 22:49, a "dającej swojemu szczęściu szansę". Szczęście tę szansę wykorzystało. Proszę jeszcze raz o kontakt mailowy i podanie adresu pocztowego, na który mam wysłać przesyłkę. Aneto gratuluję!

sobota, 3 grudnia 2011

TOSKAŃSKIE KOŁO GOSPODYŃ WSZELAKICH

Bardzo lubię te spotkania, babskie, przegadane i z farbkami, czy innymi akcesoriami. Z powodu choroby dwie uczestniczki nie dojechały, ale i tak stanowiłyśmy przyjemne stadko 5 kobiet.
Tym razem zaproponowałam oklejenie dachówki. Najtrudniej było wybrać serwetki - dziewczyny zachowywały się jak osioł, któremu w żłoby dano, buszowały w kartonach i nie mogły się zdecydować. Pewnie dlatego Ola z bloga "Moja Toskania" nie zdążyła dokończyć swojej pracy, ale nic straconego, dachówka jeść nie woła, spokojnie na nią poczeka w jakimś kątku mojej pracowni.  A poza tym dużo ważniejsze było samo spotkanie, które to właśnie Ola zabezpieczyła nam słodkościami pasującymi do tematu spotkania: "Decoupage przy herbatce" - były to smakowite kruche ciasteczka nadziewane nutellą oraz muffiny cynamonowe. Trochę ciastek zostało. Może ktoś jest chętny? Bo inaczej sama zjem, a to niebezpieczne zajęcie dla i tak krągłej figury :)
Ruch w pracowni tak skołował psy  że nie zauważyły nawet, gdy znalazły się razem na jednym fotelu (Bogusiowym zazwyczaj), ze zdziwieniem obserwowały ten babski zlot. Ja tam się nie dziwię ich zdziwieniu, bo to mieszanka przedziwna, pędzle, farby, ciastka, których nikt nie chce dać biednemu czworonogowi (czytaj: Drusowi).
Bardzo lubię obserwować, jak charakter osoby odbija się w jej pracy, pewnie gdybym zobaczyła te prace bez twórczyń i tak umiałabym je przypisać konkretnym autorkom.  
Nie lubię za bardzo ingerować w czyjąś pracę, więc zawsze przygotowuję swoje egzemplarze ćwiczebne i na nich wyjaśniam tajniki techniki. Miałam wycięte wcześniej motywy, część nawet już przykleiłam. Tym razem powstały dwie prace, trzecia wymaga jeszcze dokończenia.
Dziewczyny bardzo dziękuję za przemiłe spotkanie :)