sobota, 29 czerwca 2013

WIECZERZA BEZ BŁĘDÓW

Tytuł artykułu jest zarazem tytułem wykładu Luca Vivony z Grand Tour, o którym z lekka już napomknęłam, a który chcę, by w końcu ujrzał światło dzienne, a raczej blogowe.
Pisałam, że musiałam jechać z przesiadką, ale nie wspomniałam, że cały czas chodziło o Florencję.
W rozkładzie na stronie włoskich kolei jak byk było napisane że mam wysiąść na Rifredi i potem skorzystać z "urbano". No dobra, urbano, to może być miejska komunikacja, ale takiej nie uwzględnia się przecież w kolejowych w rozkładach jazdy, więc jakiś pociąg miejski? Taaaaaaa! Niedziela, ranek, kasy pozamykane.
Wsiadłam w jakikolwiek następny pociąg jadący do Firenze Santa Maria Novella i tam przesiadłam się na kierunek Arezzo.
Musiałam dotrzeć do stacji Firenze Campo di Marte, a stamtąd około kilometra przejść pieszo na Via di San Salvi, by zobaczyć następny wieczernik - Cenacolo di Andrea del Sarto.
Gdzie się znalazłam późnym niedzielnym porankiem?
Pod klasztorem stanowiącym część kompleksu klasztornego, do którego należy też i kościół San Michele in San Salvi.
Klasztor założono w 1048 roku, na miejscu małego oratorium. Była to podflorencka wieś, gdzie ukazał się święty Salvi, biskup z Amiens. Miało to być też miejsce odpoczynku dla pielgrzymów wędrujących do Santissima Annunziata. Jednak najważniejszą motywacją dla św. Jana Gwalberta, założyciela zakonu walombrozjanów (tzw. białych benedyktynów), była walka z symonią, czyli kupczeniem świętościami, funkcjami kościelnymi.
Ta część zespołu klasztornego, która zachowała wieczernik, przedmiot wykładu, jest młodsza, pochodzi z początków XVI wieku. Jesteśmy w 1511, kiedy 25 letni artysta, Andrea del Sarto, zostaje poproszony o namalowanie w refektarzu "Ostatniej Wieczerzy". Po dacie zakończenia prac, można się zorientować, że coś one za długo trwały. Otóż zostały wstrzymane w 1512 roku. Dzieło uzyskało końcową formę na przełomie 1526/27 roku. Jest kilka przyczyn. Mnisi, z lekka kłótliwi, w dodatku, o ironio!, zostali oskarżeni przez Papieża o symonię. No ładnie! A mieli z nią walczyć. Opat wyruszył na wezwanie Ojca świętego. Poza tym w 1513 umarł zamawiający dzieło Ilario Panichi.
Czas, w którym Andrea del Sarto dokończył dzieła, był bardzo trudnym dla całego Półwyspu - to rok złupienia Rzymu, traumatycznego wydarzenia porównanego przez Luca Vivonę ze współczesnym 11 września. Dokończył, ale w jakim tempie? Fachowcy doszukali się śladów tylko 64 dniówek. Dwa miesiące!
Wracając do Sacco di Roma, to historyczne wydarzenie miało bezpośrednie przełożenie także na swoisty kryzys w sztuce, właśnie od tej daty możemy mówić o manieryzmie, lecz Andrea del Sarto raczej zapowiada ten styl, bo właśnie w tym momencie kończy już swoją Ostatnią Wieczerzę.
Kilka lat potem Florencja zostaje oblężona przez wojska Karola V z papieskimi wojskami Klemensa VII. To ten czas, gdy Michał Anioł zorganizował obronę, między innymi poradził obłożenie siennikami dzwonnicy z klasztoru San Miniato.
Wyobraźcie sobie, że klasztor był jedynym zespołem budynków, wokół same pola, lecz tędy wiodła droga ku miastu. Florentczycy objęli strategię "spalonej ziemi", nie chcieli zostawić nieprzyjacielowi jakichkolwiek budynków, zwłaszcza takich, które mogłyby dać schronienie wojskom Karola V.
Takim mógł być klasztor. Wysłano z miasta specjalnych niszczycieli, którzy w większości wywiązali się z zadania. Świadectwem ich działań są płaskorzeźby pozbawione głów.
Ciekawi mnie, że nie chodziło jedynie o budynek, ale i o dzieła sztuki. Niszczyciele z Florencji nie dali rady zlikwidować dzieła Andrei del Sarto, nie z powodu niemocy, lecz z zachwytu dla dzieła, serce im się krajało i nie zniszczyli fresku. Uff!
Malunek zachował się w rewelacyjnym stanie.
Nie był jednak tak dostępny, jak dziś. W 1534 roku osiadły tam mniszki klauzurowe. Podejrzewam, że podczas najazdu Napoleona, i ten klasztor zamknięto. W 1845 roku otwarto tam muzeum, na które składa się refektarz, pokój przed nim, służący obmyciu rąk, kuchnia z olbrzymim kominkiem i wiodący do tych pomieszczeń korytarz.


Nie miejsce tu, by opisać dzieła znajdujące się głównie na ścianach, przyznam, że z chęcią jednak kiedyś wrócę do prezentowanych w tym niewielkim muzeum dzieł.
Refektarz jest długi i zapewne tak cichy, jak kiedyś podczas posiłków, gdy mnisi, a potem mniszki, słuchali czytań z Pisma św. podczas posiłków. Nasza grupka ożywiła znacznie miejsce, poza nami nikt nie pojawił się podczas wykładu, dopiero na koniec zajrzała jakaś para zbłąkanych turystów.
Z każdym krokiem ku przeciwnej do wejścia ścianie odczuwałam radość, radość obcowania z pięknem, ze wspaniałym warsztatem malarskim.
Ściana jest rodzajem niszy, której łuk wypełniają święte osoby związane z zakonem Walombrozjanów, a całość wieńczy bardzo ciekawe przedstawienie Trójcy św., co mnie bardzo ucieszyło, bo ostatnio kolekcjonuję właśnie ten typ wyobrażenia Niewyobrażalnego. Przestrzenie między wizerunkami zajmują tak modne w tamtym czasie groteski.  Wielce prawdopodobne, że nie namalował ich sam mistrz, gdyż we Florencji był malarz specjalizujący się tylko w tych ornamentach - Andrea di Cosimo Feltrini. W zamówieniach często wyodrębniano wręcz życzenie, że na fresku mają pojawić się motywy w stylu groteski. Taki ślad zachował się w dokumentach dotyczących np. Biblioteki Piccolominich ze Sieny. Niebieskie partie wypełnień zblakły, gdyż ten pigment kładziono na sucho, nie w technice świeżego tynku, z czasem więc lazur tracił na intensywności.

Andrea del Sarto zademonstrował w swoim dziele wielką znajomość sztuki jemu współczesnej, interesowały go i dzieła Rafaela i Dürera i Leonarda da Vinci. Zapewne mógł też mieć kontakt z innymi, a to dzięki pewnemu artyście specjalizującemu się w grawerowaniu, Marcantoniowi Raimondiemu, który, nawiasem mówiąc, dzięki reprodukcjom słynnych dzieł zbił znaczącą fortunę.
Pokazywałam już na blogu kilka tzw. wieczerników florenckich, muszę więc powtórzyć się, chcąc opisać temat dzieła. To ten moment z Ewangelii, gdy Jezus zapowiada zdradę Judasza. Zastanawiający jest gest, który miał wskazać zdrajcę, czyli dzielenie się chlebem. Tak piękny gest zapowiada tak okrutny czyn. Co ciekawe, Judasz zdaje się być zaskoczony na równi z innymi apostołami. Gdyby nie właśnie podawany mu kawałek chleba, mogłyby być trudności z jego rozpoznaniem, nie został oddzielony stołem, tak jak to bywa w innych tego typu dziełach, nie siedzi do nas tyłem, ani na mniej znaczącym miejscu przy stole. Zajął miejsce przypisane św. Piotrowi.
Skoro jestem przy gestach, przesuńmy wzrok na św. Jana. Także on nie jest pewien samego siebie, lecz tu otrzymuje inny, jakże czuły gest, Zbawca gładzi go czule po ręce, zdaje się mówić: spokojnie, Ty się nie martw.
Wyrazisty jest też podział na "starych" i " młodych". Ci pierwsi analizują słowa Mistrza, siedzą w miarę spokojnie, za to młodsi podrywają się energicznie ze swoich miejsc, gestykulują, aż do bólu ściskają ławę.
Takim poniekąd przedłużeniem gestykulacji rąk są stopy, mistrzowsko przedstawione, ileż ujęć, ileż w nich samych emocji. Czasami mam wrażenie, że stopa jest trudniejsza do narysowania od dłoni. Nie dla Andrei, ten nie miał z tym problemu.
Oczywiście, trudno nie zauważyć świetnie wyznaczonej perspektywy, czy cieni rzucanych przez postaci, a sugerujących, że powstały pod wpływem naturalnego światła padającego z prawdziwych okien refektarza.
Pewnym rodzajem zabawy, żartem trudnym obecnie do odczytania, są dwie postaci w oknie. Tak jak i u Leonardo, z tyłu są okna "wpuszczające" światło do namalowanego pomieszczenia, ale co robi tam ten mężczyzna z kobietą?
Wydaje się, że to jakaś scena z karczmy, która nie ma nic wspólnego z głównym tematem obrazu. Chyba, że Andrea del Sarto wyobraził sobie, iż Jezusowi i Apostołom ktoś posługiwał w wieczerniku? Historycy sztuki jednak nie podają takiej możliwości.
Malarz określany był jako klasyk florencki, wszystko u niego było perfekcyjnie namalowane, bez względu na szalejące wokół wydarzenia, on pozostawał nienaganny, klasycznie i idealnie doskonały. Nawet jego postaci, owszem dyskutujące z ożywieniem, pozostają jednak w miarę na swoich miejscach, trzymają się wyznaczonych im dostojnych ról. Według tych klasycystycznych zasad powinien elegancko zamknąć kompozycję w łuku wyznaczonym architekturą, a tu nie, wyłom jakiś, ludzie w oknie.
Leonardo umieścił tylko krajobraz.
Inną niezwykłą cechą malarstwa Andrei del Sarto są tkaniny, od razu je się widzi, szeleszczą, mienią się, tworzą bardzo trudne drapowania. Majstersztyk, manierystyczny, ale majstersztyk!
We Florencji po śmierci Savonaroli pozostają frakcje polityczne, zwolennicy Medyceuszy, naśladowcy Savonaroli oraz, rzec by można, skrajna lewica - ludzie mocno wzburzeni, ferment, silna opozycja wobec współczesnego życia. Malarze wpisują się w istniejące partie. Uczeń Andrei - Rosso Fiorentino wyraźnie sympatyzuje ze skrajnymi, ale pracowniany mistrz pozostaje w kręgu wpływów Savonaroli.  Nie interesuje go piękno jako idea sama w sobie, jego głównym zadaniem jest proste przekazanie przesłania religijnego. To jest ciekawe, bo ta prostota jest uzyskiwana wielkim nakładem pracy, wnikliwymi studiami, rzetelnym przygotowaniem, wieloma roboczymi rysunkami, których część w postaci kopii znajduje się w gablotach pod boczną ścianą refektarza.
Kompozycja "Ostatniej wieczerzy" zdaje się nie być mocno wyszukaną. Chrystus w środku, Apostołowie symetrycznie po bokach, podzieleni na trzyosobowe grupy. Nic bardziej mylnego, że ot tak sobie ich namalował.
Każda postać jest wystudiowana, co ciekawe postacie ze szkiców są nagie.
Malarz renesansowy musiał znać muskulaturę, anatomię postaci.
Tu Luca Vivona opowiedział anegdotę o Viscontim, który kręcąc jakiś historyczny film kazał schować do szaf ubrania charakterystyczne dla epoki. Ktoś się mocno zdziwił, czemu to robi, reżyser wtedy odpowiedział, żeby ten siedział cicho, on wie, że one tam są, a i aktor inaczej gra, gdy wie, że one są w środku. Nie widzi się ich, ale się czuje.
Mnie się przypomniały warsztaty z Edytą Jungowską, na dziecięcym festiwalu teatralnym. Aktorka poprosiła, by ktoś z widowni powiedział wiersz. Wyszedł chłopiec i powiedział fragment Inwokacji Mickiewicza. Powiedział fatalnie. Jungowska nic nie skomentowała, tylko poprosiła, by dzieci zaczęły wymyślać, kim jest człowiek, który mówi te słowa. Dlaczego tęskni do tej ojczyzny, co się stało, że wyjechał, itd. Po nakreśleniu postaci, chłopak powiedział ten san fragment w zupełnie odmienny, o wiele lepszy, sposób.
Tak też można zrozumieć wstępne przygotowanie postaci do fresku. I faktycznie, czujemy, że nawet pod bardzo pięknymi draperiami kryje się ludzkie ciało, z całą jego muskulaturą, proporcjami, ruchem.
Zresztą same draperie także są wystudiowane, przygotowane precyzyjnie we wstępnych szkicach.
Andrea del Sarto nie tylko przestudiował układ ciała, ale wniknął w psychologię swoich postaci, w oparciu o ich zachowania, wiek, ruch, można spróbować zidentyfikować poszczególnych Apostołów. Nie jest to pewna interpretacja, ale możliwa.
A więc po kolei jest to:
Bartłomiej, Jakub (ten, który stoi), Andrzej (brat Piotra), Mateusz (stoi), Szymon Piotr, Judasz Iskariota, oczywiście w centrum Chrystus, Jan Ewangelista (syn Zebedeusza), Jakub zwany Większym (syn Zebedeusza), Juda Tadeusz, Szymon, Filip z Betsaidy (stoi), Tomasz zwany Didymos.
Całą przyjemność oglądania pogłębia to, co bardzo lubię robić, dodawanie słów, robienie swojego rodzaju dubbingu. Nieprzypadkowo mam taką chęć, gdy oglądam kolejną Ostatnią Wieczerzę. Wynika to też z tego, że Florencja jest w tamtych czasach miastem, gdzie intensywnie rozwija się opowieść, narracja jest ważnym elementem literatury i przenika także do obrazów. Głęboki manieryzm porzuca opowieść, pozostawia bogactwo kompozycji, ale bez treści.
Na koniec warto zadać sobie pytanie, skąd akurat we Florencji taka tradycja, skąd tyle malarskich wieczerników. Ha! Trudno odpowiedzieć. Wiadomo, że idea narodziła się wśród franciszkanów, by do profanum (spożywania posiłków) wprowadzić sacrum (sceny religijne).  Historycy sztuki się głowią, a my pozostajemy bez odpowiedzi.

piątek, 28 czerwca 2013

MNIAM!

Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej jestem przekonana, że mało jeszcze wiem o kuchni toskańskiej. Kiedy więc Joanna z VisiToscana opowiedziała mi o swoim projekcie warsztatów kulinarnych, od razu poprosiłam o dopisanie mnie na listę uczestników. Byłam już przekonana w 100%. ale po przeczytaniu artykułu zapowiadającego wydarzenie, ślinka cieknie, w brzuchu burczy i tylko doczekać się nie mogę jesieni.
Miejsce znam, jadłam u nich, więc i Was namawiam na:



czwartek, 27 czerwca 2013

SZEŚĆ

Sześć lat temu byłam w drodze do Toskanii.
Tym razem nie będę pisać żadnych długich podsumowań.
Sami wiecie!
Jest dobrze :)
Bogu dziękuję za ten czas.

Wasze i swoje zdrowie!

Z tej okazji rozpisałam konkurs na temat Palazzo Pfanner, którego wyniki są w poprzednim artykule.

niedziela, 23 czerwca 2013

ZACISZE

Wydawać by się mogło, że Lukka w niedzielne popołudnie i cisza, to dwa światy, nie do połączenia.
A jednak!
Ilekroć przechodziłam murami w kierunku San Frediano z jakimś utęsknieniem wpatrywałam się w ogród, który jest zaraz tuż przy zejściu. Ileż można czekać na jego zwiedzenie?
Jedziemy!
Zabrałam blok, akwarelki, mając nadzieję, na spokojne malowanie.
Najpierw widok z miejskich murów.
Ogród stanowi fragment posiadłości należącej do rodziny Pfanner, której przodek w połowie XIX wieku odkupił Palazzo od rodziny Controni, handlarzy jedwabiem. Sam budynek powstał w 1660 roku na zamówienie kupieckiego rodu Moriconi, który już po 20 latach, z powodu problemów ekonomicznych sprzedał wszystko Contronim.
Pierwszy Pfanner - Felix - piwowar, urodzony w Austrii, ale z rodziny bawarskiej, zamieszkał w Lukce i tu otworzył jeden z pierwszych browarów we Włoszech.
Biznes zamyka się w 1929 roku, lecz historia rodziny trwa ciągle powiązana z posiadłością.
Pfannerowie wpisali się w krajobraz Lukki, byli lekarzami, a jeden, chirurg, został nawet burmistrzem miasta.
W 1995 roku udostępnili część posiadłości dla zwiedzających, sami zamieszkują w prawym skrzydle, patrząc od strony ogrodu.
Zanim jednak ulokowaliśmy się w ogrodzie, kupiliśmy bilet w zacienionej sieni.
Potem poszliśmy zwiedzić kilka pomieszczeń. Dziwnym zrządzeniem losu od razu skręciłam w lewo i trafiłam do kuchni.
Kocham stare sprzęty, gdyby nie identyczna waga, jak ta, którą nabyliśmy w Abbadii San Salvatore, zżarłaby mnie dokumentnie chęć posiadania wszystkich tych młynków, garnków, butelek.
Z kuchni płynnie przechodzi się do jadalni, której ściany są wyłożone tkaniną, a mimo tego prawie słychać kroki nadchodzących biesiadników. Bardzo lubię takie aranżacje, które sprawiają wrażenie, że ludzie tylko na chwilę zniknęli, a pozostawione  przedmioty nie stanowią wyniku wielu poszukiwań na targach staroci.
Z jadalni skręca się do głównego hallu, przez który już przechodziłam, lecz się nie zatrzymałam "ciągnięta" przez kuchnię.
Tutaj, i jeszcze w innych pomieszczeniach w gablotach wystawiono narzędzia chirurgiczne, przenośne apteczki, wzierniki, mikroskop, strzykawki, i, o zgrozo! szkielecik, szkieleciątko maleństwa z okresu płodowego.
Smaczki i gotowe tematy do malowania.
To tutaj gościł przyszły monarcha duński, wtedy jeszcze książę Fryderyk, o czym ma nam przypominać gustowna sypialnia.
Wspominałam o nim przy okazji florenckiej Bramy San Gallo, ale przypomnę ten miłosny wątek, który zaczął się właśnie w Lukce.
Otóż młody książę rozkochał w sobie młodą szlachciankę Marię Magdalenę Trenta, która dla niego zerwała zaręczyny. Nadzieje na ślub z Duńczykiem nie mogły się spełnić, młodzieniec wrócił do kraju i potem został królem. Nie zapomniał jednak swojej ukochanej i poprosił o jej miniaturowy portret oprawiony w strojną brylantami ramę. 
Już jako władca, po 18 latach, pojawił się we Florencji, dokąd także przeniosła się Maria Magdalena. Chciał się z nią spotkać, lecz ona bez nadziei na ślub, została zakonnicą klauzurową. 
Swoim życzeniem Fryderyk IV wywołał konsternację całego środowiska kościelnego. 
Trudno jednak odmawiać królowi, więc za przyzwoleniem biskupa i ksieni, dawni kochankowie spotkali się, lecz wieść niesie, że była to tylko rozmowa na tematy religijne, dotyczące zwłaszcza różnic między Kościołem Katolickim a protestantami.  Prawdopodobnie zakonnica została poinstruowana przez przełożonych, by starać się nawrócić duńskiego władcę. Historia pozostawiła obydwoje przy swoich stanowiskach, ale musiała wywrzeć wrażenie na Fryderyku, gdyż po kilku dniach klasztor otrzymał od niego sporą dotację.
To były jednak czasy jeszcze sprzed Pfannerów, barok w pełni, a nawet w przepełnieniu. Z tej epoki, poza historią, pozostało założenie ogrodowe, ciągle pielęgnowane i podtrzymywane w bardzo dobrej kondycji.
Z apartamentów do giardino wiedzie imponująca klatka schodowa z aniołkami na sklepieniu. Czyż mogłam się tam źle czuć?
Rodzina zatrudnia firmę ogrodniczą, która wyśmienicie wywiązuje się ze swoich zadań.
Hortensje oszałamiają wielkością, specjalnie zrobiłam zdjęcie z jakąś turystką, żeby mieć porównanie.
Rzeźby są niezbędne w barokowym ogrodzie, te u Pfannerów lśnią zadbaną bielą.
Chyba każdy zwiedzający znajdzie sobie coś do siedzenia, krzesło, ławeczkę. Tutaj jeden, wiadomo dlaczego, elegancki :)


Zadbane cytryny, przechowywane zimą w wielkiej limonai, wzbudziły żal nad naszymi dwoma krzakami, które powoli zaczynają odżywać.
Dzięki temu, ze zostaliśmy w ogrodzie niemal do jego zamknięcia, spokojnie porozmawialiśmy sobie z przemiłą panią z obsługi, która akurat przyszła sprzątnąć toaletę dla turystów w rogu (czystą! ).
Pani wręcz nas zachęciła, byśmy sobie zerwali z dwie cytryny, bo to odciąża roślinę, która może spokojnie spożytkować energię na dojrzewanie owoców.
Okazało się też, że mogliśmy zabrać ze sobą psy. Auć! Zawsze mi żal, gdy dowiaduję się po czasie.
Także dzieci są bardzo mile widziane w ogrodzie, nikt nie robi rwetesu, gdy zerwą jakiegoś kwiatka, by ofiarować swojej mamie.
To się nazywa gościnność!
Spokój ogrodu jest jego dodatkowym walorem. Czasami tylko dobiegają z góry głosy turystów zatrzymujących się, by pozaglądać do niego, bądź popatrzeć na imponującą absydę i wieżę Bazyliki San Frediano.
Szkoda tylko, że nie ma baru :)
Krzysztof po krótkiej drzemce, musiał wyjść na kawę, w przeciwnym razie chyba by został w ogrodzie na noc. Nie było problemu z ponownym wejściem. Wszystko to wydawało mi się tak skoncentrowane w czasie, że wierzyć nie chciałam, gdy okazało się, że jest już czas do odwrotu.
A dlaczego czas mi tak płynął?
A, bo jak już wspomniałam na początku, zabrałam sprzęt do malowania. I znowu szkic, ale tym razem, malarski.
Jest on też przyczynkiem do ogłoszenia konkursu.
Otóż wydruk z tej akwareli naniosę na świecę i podaruję osobie, która odgadnie, jaki dość współczesny polonik wiąże się z Palazzo Pfanner. Krzysztof twierdzi, że znowu zadałam trudną zagadkę, a ja myślę, że jeszcze dzisiaj ktoś napisze w komentarzu, albo mailu,  rozwiązanie.
Na wszelki wypadek daję jednak czas do 27 czerwca, czyli dnia mojej przeprowadzki do Toskanii oraz dnia powstania bloga.


dopisane 27 czerwca:
A jednak tym razem Krzysztof miał rację. Nie myślałam o tak dogłębnych poszukiwaniach, jakimi wykazali się dwaj czytelnicy, dlatego chciałam obydwóch uhonorować upominkiem. Adres do Pana Rafała przynajmniej mailowy na pewno mam, ale TaTę proszę o kontakt z podaniem adresu do przesyłki. Chyba, że pojawicie się tego lata w okolicy, to przekażę świece osobiście.
Moja zagmatwana odpowiedź:
W Palazzo Pfanner kręcono niektóre sceny "Portretu damy" Jane Campion z Nicole Kidman i Johnem Malkovich, a muzykę do tego filmu napisał Wojciech Kilar:




przydatne informacje:
Palazzo Pfanner
bilet wstępu 
6 euro (pałac i ogród)
4, 50  euro każde osobno
zniżka odpowiednio 5 euro, 4 euro (dla dzieci od 12 do 16 lat, studentów oraz osób powyżej 65 lat)
dla grup powyżej 10 osób 4 euro, albo 3 euro 
dzieci poniżej 12 lat - wstęp bezpłatny

godziny otwarcia: 10.00 - 18.00



piątek, 21 czerwca 2013

NA WSTRZYMANYM ODDECHU

Zamysł był taki: przestrzeń, maki, jeszcze trochę sztuki romańskiej (tej wszak nigdy dosyć), złapać ciepły i słoneczny dzień (wtedy przypominało to deszczowo-burzową ruletkę), wymoczyć się w termach oraz zobaczyć miasteczko, które zawsze mnie kusiło z murów innego miasteczka. A do tego wpasować się tak, by Krzysztof mógł wyjechać na cały dzień.
Niezły misz masz, nieprawdaż?

Ogólnie kierunek:

Wydawać by się mogło, że plan miałam dobrze opracowany, ale ....

trochę sztuki romańskiej
Pierwszy cel był położony najdalej od domu, to Abbazia San Salvatore w miejscowości o niemal identycznej nazwie Abbadia San Salvatore, położonej u stóp Góry Amiata.
Raz już kiedyś zrobiłam podejście do tej miejscowości, coś mi się kołatało po głowie, ale po zobaczeniu dość współczesnej zabudowy, z braku rozeznania, wycofałam się z przebłysków wiedzy.
Gryzło mnie to latami. W końcu siadłam i sprawdziłam. Jest miejscowość, jest i klasztor, jest i romanizm.
Wskazówki dojazdu na nic się zdały. "Skręcić w prawo z Via Cavour". Taaaaaaa, ale w której części ulicy?
GPS w ogóle nie miał w spisie nazwy Via del Monastero, teraz się nie dziwię, bo nie da się tam wjechać. Trzeba albo wstukać nazwę via Cellini, bądź Piazzale Michelangelo (może być problem z miejscami parkingowymi), albo ... zaczepić panią na stacji benzynowej i usłyszeć, że trudno trafić, bo pozdejmowali drogowskazy. A co sobie mieli żałować!
Poradziła nam opcję pojechania Via Bolzano, za szpital, nieopodal marketu COOP i tam pozostawienia auta na dużym parkingu, tuż obok lądowiska dla helikopterów.
Następnie należało przejść chodnikiem tylko dla pieszych, w kierunku widocznej wieży kościelnej.
Idziemy krótko i wychodzimy na plac z nowoczesną fontanną, za którą kuszą mury Abbazia San Salvatore.
Co to za miejsce?
Dlaczego tak daleko od ludzi powstał znaczący w dawnych czasach klasztor?
Legenda miesza się z historią, ale dlaczego nie wierzyć, że longobardzkiemu królowi (wtedy jeszcze księciu) Rachisowi w VIII wieku, podczas polowania, na szczycie świerku ukazał się Chrystus i to było motywem ufundowania opactwa?
Wręcz logiczne wydaje się, że tylko nadprzyrodzone zjawisko mogło przekonać króla do takiego niestrategicznego przedsięwzięcia.
Kiedyś znaczące opactwo, potem już tylko zwykły kościół parafialny. Jak wielką było strukturą można się domyślić, gdy zechce się iść pieszo od Via Cavour, przez łukowatą bramę znaczącą granicę dawnych mniszych włości.
Na lewym zdjęciu, zrobionym spod kościoła, widać ją mocno w głębi. Na prawym ta sama brama ale od strony Via Cavour.

Już na pierwszy rzut oka widać niezwykłość budynku.
Wydłużoną, prostą sylwetkę fasady oraz dwie wieże, w tym prawa z nieznanych przyczyn jest niedokończona. To wielka rzadkość na terenie Włoch, a jedyny w Toskanii - kościół flankowany dwiema wieżami, co jest typowe dla przedromańskiego westwerku. Choć cała typowa struktura nie zachowała się do naszych czasów.
Ściśnięcie fasady dodało świątyni lekkości, zabrało romańską przysadzistość.
Ściana jest skromna, zdobi ją głównie tryforium, nad nim pojedyncze okno, a do wnętrza prowadzi równie prosty portal.
Zaraz po wejściu zdumiewają współczesne schody, przecinające nawę.
Okazuje się, że to wynik jakiejś dziwnej rekonstrukcji z XX wieku, podwyższono wtedy tę część nawy, by pod nią dobudować czwarte skrzydło krypty.
Krypty?
A tak, tak.
To właśnie dla niej ciągnęłam Krzysztofa i siebie.
Jeśli ostatnio zachwycałam się tą z San Baronto, to w Abbazia San Salvatore tarzałam się w romańskiej radości.
Spośród 35 kolumn 24 są oryginalne, o bardzo urozmaiconych kapitelach, choć dość prostych rzeźbieniach.
Najmniej urozmaiceń widać w bazach kolumn.
Może dlatego, że myśli człowieka, jako i wzrok mają ku górze ulatywać?
Bardzo spektakularna jest kolumna z wyrzeźbioną plecionką w węzły zwane gordyjskimi albo salomonowymi, dla chrześcijan symbol Boskiej wieczności, czyli ani początku, ani końca. Zresztą więcej kolumn ma ciekawie opracowane trzony.

Kilka kapiteli wypełniają wyrzeźbione głowy, ludzkie i zwierzęce. Jest też kolumna z prostym krzyżem, na tak długim ramieniu, że można podejrzewać jakieś drzewce.
Są kolumny ze stylizowanymi liśćmi akantu, jest też eucharystyczna w symbolice winorośl.
Trudno nie wyróżnić "historycznej" kolumny, niemal na samym środku krypty, w której kapitelu, wśród głów pojawia się brodata twarz, uważana za portret króla Rachisa. Cała kompozycja to król wraz z dworem. Trzon kolumny ma dziwne żłobkowania, w środku z trzema niewielkimi otworami. Według starego zwyczaju chowano w takich miejscach konsekrowane hostie.
Jest jeszcze jedna podoba kolumna, według legendy odtwarza dokładnie miejsce świerku, na którym ukazał się Rachisowi Chrystus.
Chodzę po krypcie w różne strony, oglądam po kilka razy każdą kolumnę, z boku, z dołu, z daleka.
Czujecie dreszczyk wieków?
Wycieczka miała swoje dalsze plany, więc wracamy na górę i dopiero teraz zwiedzamy kościół.
Jedna nawa, plus transept, którego zakończenia prowadzą do dwóch kaplic.
Ta z prawej poświęcona jest Najświętszemu Zbawicielowi (Santissimo Salvatore).
Pokrywają ją XVII wieczne freski z historią powstania opactwa - czyli polowania i potem wizji Rachisa.  W tej samej kaplicy uhonorowano św. Marka Papieża, którego relikwia w postaci głowy przechowywana jest w pięknym relikwiarzu. Jakoś nie przekonam się nigdy do podziału ciała, nawet po śmierci i nawet dla zbożnych celów. Tu na zdjęciu jest tylko zdjęcie tego relikwiarza, jako cenny zabytek przechowywany jest w małym muzeum, które było zamknięte.
W ołtarzu pod relikwiarzem ciekawe złożenie do grobu, nie ma nikogo poza aniołami.


Przechodzimy do prezbiterium, miejsca z racji "zawodowej" bardzo interesującego dla Krzysztofa. Od razu rozpoznaje przeznaczenie dwóch ciekawych XVII wiecznych szaf - to zbiór relikwiarzy.
Nie mam pojęcia, dlaczego nie sfotografowałam przepięknego krucyfiksu z XII wieku. Chyba byłam zbyt rozedrgana po krypcie. Mówi się, że to miała być kopia tego z Sant'Antimo. Coś w tym jest.
http://www.abbaziasansalvatore.it/images/Il-Crocifisso.jpg
A na drugim krańcu transeptu Capella della Madonna della Pieve z gorzej zachowanymi freskami .
Można stamtąd zajrzeć na chiostro, które za chwilę zwiedzamy. Jakiś ubogi ten dziedziniec, nawet w porównaniu z tym naszym lokalnym, w Giaccherino. No, ale musiał być, bo jeśli klasztor, to i krużganki.
Gdy wyszliśmy z opactwa, poszliśmy w kierunku "średniowiecznego miasta", czyli najstarszej części Abbadii San Salvatore.
Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepiku z mydłem i powidłem, dosłownie.
Czego tam nie było!
Wyszliśmy ze starą podwieszaną wagą jednoszalkową, oleodrukiem z Madonną, pecorino z Amiaty (już pozostało po nim wspomnienie) i ziołową nalewką z okolicznych ziół (ta jeszcze czeka na swoją kolejkę).
Pani przemiła, choć powolna niezwykle, lecz nie dziwię się, bo w takiej ciasnocie musi poruszać się wolno i nad wyraz ostrożnie. Dała też ze sobą ponegocjować ceny :) I podpowiedziała, gdzie możemy zjeść obiad, gdy nadejdzie głód.
Ze zróżnicowanym mocno bagażem ruszyliśmy do borgo medievale. Ciągle szarość kamienia, trzeba się na nią nastawić, żeby odbierać urok uliczek, kluczenia pomiędzy nimi i wyszukiwania ciekawych detali.
Nie ma tu zbyt wielu kwiatów, jak w kilkanaście kilometrów dalej położonych miasteczkach Val d'Orcii, jak np. Castiglione, San Quirico, czy Pienza.
Obiad, zgodnie z zaleceniem sprzedawczyni, zjedliśmy w La Bocca di Bacco. Mimo, że to hotelowa restauracja, od razu było wiadomo, że zje się tam dobrze, gdyż oblegali ją robotnicy. Przystawki z lokalnych przetworów mięsnych rewelacja! Gorzej z głównym daniem. To znaczy, ja byłam mniej zadowolona, bo sos ragù bez zarzutu, ale makaron - zbyt miękki, jak na mój gust. Za to Krzysztof z zachwytem zjadł zupę borowikową ze świeżych grzybów. A na deser obydwoje zjedliśmy pyszną crema catalana.
Obiad nie był ciężki, i  dobrze, bo następna w planie była kąpiel.

wymoczyć się w termach
Tylko pięć kilometrów od Abbadia San Salvatore są Bagni di San Filippo. Pamiętałam, że na forum jeden z uczestników opisał dokładnie, jak się tam dostać, więc poczytałam sobie i ...
Z parkowaniem nie było problemu, pustki.
Pierwsza struktura zgadzała się, czyli dobrze idziemy. Ale potem zaczęła się ostra wspinaczka wzdłuż strumienia, myślałam, że ducha wyzionę. Co pewien czas pojawiały się sztucznie wybudowane kaskady. Ścieżka była bardzo umowna, upał wzmagał się z każdym metrem wzwyż.
W końcu trasę przecięła nam w miarę szeroka piaszczysta droga. Zaczęliśmy nią iść, lecz nadal nic. Zasięgu internetu też nie było, więc nawet nie mogłam sprawdzić wskazówek.
Zrezygnowaliśmy.
Zeszliśmy tą drogą, a gdy złapaliśmy kawałek cywilizacji, zorientowałam się, że umknął mej pamięci drobny szczegół: mieliśmy schodzić do term, a nie wchodzić!
Teraz trzeba było wybierać, albo termy, albo ..
Wybrałam to drugie, bo dzień był już dość ciepły, pomnożony przez wysiłek wspinaczki (zakwasy odczuwałam przez cztery dni!), więc ostatnie o czym w tym momencie marzyłam, to kąpiel w gorącej wodzie.
Ja tam jeszcze wrócę!

maki
Po drodze do następnego punktu wyprawy.
Od początku przyjazdu do Toskanii marzy mi się zobaczenie pól makowych. I jakoś ciągle mi umykają, albo jadę za wcześnie, albo nie w to miejsce, albo większość pól już skoszona wraz z makami. Tym razem sukces nawet nie połowiczny, ale zawsze to już coś. Oczywiście, wątek uważam za rozpoczęty, niemal tylko muśnięty i obiecuję do skutku polować na maki!









zobaczyć miasteczko
Przeprawiliśmy się na drugą stronę Doliny Orcii, do Monticchiello, wiele razy wypatrywanego z murów Pienzy, ale dotąd niewidzianego z bliska.
Już ogólna panorama zapowiada ucztę, chociaż do samych bastionów nie dotarłam, ale wystarczyło wnętrze murów, by zaspokoić zapotrzebowanie na wakacyjną bajkę.
Po chłodnych szarościach Abbadii San Salvatore, wjechaliśmy w świat tufowego, miodowego kamienia, olbrzymiej ilości kwiatów doniczkowych i wielu, wielu interesujących detali.

Miasteczko musiało kiedyś być chyba ważniejszym punktem od Corsignano przebudowanego potem na Pienzę. A może takie wrażenie mam, gdyż w Monticchiello zachowała się średniowieczna zabudowa?
Wchodzimy efektowną bramą św. Agaty, przy której ulokował się bar.
I dobrze, bo, po porannym cappuccino gdzieś po drodze i po poszukiwaniach źródeł termalnych, miałam intensywne zapotrzebowanie na herbatę. Powiedzmy, że zaspokojone - zwykłej czarnej nie było, musiałam zadowolić się niby czarną, niby cytrynową.
Głównym świadkiem dawnej świetności Monticchiello jest XII wieczny kościół Świętych Leonarda i Krzysztofa.
Portal i rozeta wskazują na czas największego splendoru oraz zamiłowanie twórców do gotyku, może to wpływy rezydujących tu kiedyś Krzyżaków?
Lecz zanim wejdzie się do kościoła, trzeba pokonać "strażnika kruchty", jakim był totalnie rozleniwiony i rozłożony dokładnie na progu kot. Ani myślał zejść.
Mruczał coś niewyraźnie: Wy tu tylko na chwilę, a ja całe życie tu wiodę.
Żeby nie było, że Krzysztof tylko psiarz, kota też by z chęcią do domu przygarnął, gdyby nie zła sława Bogusia, pogromcy kotów.
W końcu wchodzimy. Przed nami prosta nawa przecięta transeptem.
W XX wieku odkryto pod farbą sporo XIV wiecznych fresków, między innymi ze szkoły sieneńskiej, na przykład cykl poświęcony Katarzynie Aleksandryjskiej, którą zawsze łatwo rozpoznać po atrybucie koła (na którym ją łamano).
Innym, niezwykle rzadkim tematem w średniowiecznym malarstwie są zachowane dwa epizody poświęcone sakramentowi spowiedzi. Temat w ogóle rzadko obrazowany, więc tym bardziej wart obejrzenia i opowiedzenia.
Freski znajdują się po lewej stronie prezbiterium (patrząc od nawy).
W scenie po prawej stronie (na kolażu z lewej) Archanioł Michał prezentuje papieżowi klęczącą penitentkę. Podczas aktu pokuty uchodzi z niej zło w postaci widma (taka jakby czaszka), a z nieba zlatuje cnota. Jednak diabeł (słabo zachowany) za plecami Archanioła czuwa, a może uda się znowu przyłapać duszę na grzechu?
Druga scena, z lewej, przenosi nad przed oblicze św. Piotra - Strażnika Bram Raju. Kładąc rękę na głowie kobiety wyzwala ją od grzechów, dając przyzwolenie na wejście do Nieba. Tu już Zły nie ma szans, św. Michał przebija go dzidą.
Po tym wnętrzu od razu można rozpoznać, kto jest patronem świątyni.
A przynajmniej jednym z nich, bo św. Leonarda nie znalazłam, za to św. Krzysztof pojawia się i we fresku (w niemal pięciometrowej wielkości sylwetce) i w rzeźbie. Leonard był bardzo popularny w średniowieczu, choć jako patron między innymi od szczęśliwego przebiegu porodu i ochrony przed złodziejami nie powinien być nam obcy. Był pierwszym patronem miejsca, św. Krzysztof dołączył do niego później.
Przestrzeń budynku nie jest przeładowana, łatwo w niej wyszukać bardzo interesujące obiekty, jak XV wieczny krucyfiks z krzyczącym z bólu Chrystusem, czy puste tabernakulum zakryte stareńką kratą.

Kościół nie uniknął przeróbek, gotyk ustąpił XVII wiekowi. Zamalowano ściany (freski odkryta w XX wieku), zamurowano niektóre okna. Zrobiono murowane sklepienie, zakrywając typową odkrytą drewnianą więźbę dachową. Z mieniono proporcje wnętrza.
Zazwyczaj miewałam złe wrażenie po takich  przeróbkach.  Tym razem jeden efekt, zapewne niezamierzony - łuk nachodzący na rozetę, od wewnątrz, przy niedoświetleniu, nadał przeróbkom niemal mistycznego charakteru - Oko Pańskie!


W Kaplicy Najświętszego Sakramentu, z drewnianym tabernakulum kusi obraz Madonny.
Ale to zdjęcie.
Kiedyś faktycznie było tu przepiękne dzieło Pietro Lorenzettiego, było prawdopodobnie poliptykiem, lecz roczłonkowano je, a sama Madonna znajduje się w niedalekiej Pienzy w Muzeum Diecezjalnym, które może uchroni obraz od ponownej kradzieży.
możliwa rekonstrukcja https://it.wikipedia.org/wiki/Polittico_di_Monticchiello
Po wyjściu z kościoła szwendałam się sama, gdyż Krzysztofa już bardzo mocno atakowała wiosenna alergia. Bogu dziękować, że mnie nie nęka sienny katar.
Myszkowałam więc z aparatem.
Wypatrzyłam kilka interesujących głów.
Kilka studzien - jedną chociaż zaopiekowałabym się bez wahania i przetransportowała do ogrodu.
Pewien malarz wpadł na pomysł, by w zapuszczonym gaju oliwnym poustawiać reprodukcje swoich obrazów. Spodobał mi się zamysł plenerowej galerii.
Zaraz za tym ogrodem, ulokował się rzeźbiarka, artystka z Finlandii. Ulokowała się bardzo atrakcyjnie i w sposób niedostępny dla turystów. Do niej należy wieża - pozostałość po średniowiecznych koszarach.
Widziałam kilka domów na sprzedaż. Ktoś chętny? Na przykład taki z przednią strażą w postaci dorodnych cyprysów. Obok był ogród, nie wiem, czy należał do tej posesji, ale zachęcający mocno.
Oj! Tak. Monticchiello to miejsce, do którego już chcę wracać.

Został do opisania pierwszy punkt wycieczkowych założeń, lecz ten nie wymaga słów.


przestrzeń