środa, 31 lipca 2013

NI Z GRUSZKI NI Z BAZYLII

Dosłownie kilka zdjęć. Nie mogłam jednak zostawić ich schowanych na dysku. 

Dość rzadkie to u mnie. Zapomniałam sfotografować refektarz, a sąsiadował z kuchnią. Tylko, że my szliśmy z talerzami na zewnątrz, wynikiem czego mam tylko to zdjęcie z XVII wiecznym freskiem.



Dorodna figa na środku trawnika. Niestety, owoce jeszcze niedojrzałe.


Myśl konstruktorska chłopca z poprzedniej grupy.
Światło w oknie sygnalizuje wieczór i zakończenie pobytu.
Bazylia nie ma ani jednego listka. Koniec.

wtorek, 30 lipca 2013

MIEJSCE

Policzyłam, że mam do napisania około 10 artykułów, sprzed wyjazdu, z wyjazdu i po wyjeździe. Tyle się działo, że nie miałam kiedy pisać. Skoro jednak pokazałam już Wam wyniki mojego milczenia, postanowiłam zacząć właśnie od Monteripido.
O kursie kaligrafii dowiedziałam się od wirtualnej (obecnie już nie tylko) znajomej, a mojej czytelniczki - Beatki. Rozmawiałyśmy poprzez Facebooka na zupełnie inne tematy i już niemal na pożegnanie powiedziała mi o swoich wakacyjnych planach.
W głowie włączył się alarm zaprogramowany na słowo "kaligrafia" - zawsze chciałam jej się nauczyć. A do tego jeszcze ozdobne inicjały.
A do tego pewien mój wierny czytelnik, który miał prowadzić rozważania wokół Księgi Tobiasza - motywu tych warsztatów. Piszę o dominikaninie Ojcu Romanie Bieleckim - naczelnym redaktorze miesięcznika "W drodze".  Takiej gratki nie mogłam sobie darować. Nie udało mi się zrobić mu niespodzianki i po prostu podejść i przywitać się, już go uprzedzono, że będę. A tak starałam się trzymać to w tajemnicy. Nie szkodzi, osobiste poznanie Romana wynagrodziło brak zaskoczenia.

Był jeszcze jeden silny motyw wyjazdu do Perugii - Monteripido.
Trafiłam kiedyś tam na wystawę Małgosi i jej studentów, o czym wspominam w artykule "Kierunek Umbria".
Nie podejrzewałam wtedy, że dane mi będzie choć na tydzień zamieszkać w tym przesiąkniętym mistycyzmem miejscu.
Moje wspomnienia z minionego tygodnia zaczynam więc od zdjęć i opisu klasztoru, z pominięciem jednego pomieszczenia, które wyróżnię w następnym artykule.

Do klasztoru podjechałam od strony Porta San Angelo, przy której zatrzymałam się na drobny posiłek oferowany przez sklep z winami "Il Tempio" (warto tam zajrzeć i zakupić pyszne wina).
Z tej strony nie da się autem podjechać do klasztoru, gdyż wiedzie do niego stroma wyłożona cegłami i kamieniami droga krzyżowa z XVII wieku. W ciągu tygodnia nie raz dała nam się we znaki, gdyż to najkrótszy trakt ku centrum miasta, lecz jego stromizna i długość osłabiłaby każdego w silne upały.
Wspomnę od razu o scence zaobserwowanej następnego dnia. Otóż w kościele klasztornym w niedzielę  miał się odbyć ślub. Wszyscy goście zgromadzili się na placu utworzonym przez jeden z wewnętrznych dziedzińców. Panna Młoda wraz z ojcem weszła właśnie Via Crucis. Jak ona to zrobiła na obcasach? Nie mam pojęcia. Ona, jak ona, ale ojciec - myślałam, że go zaraz będą reanimować. Cóż za wymowna scena! Nawet, jeśli zrobili to tylko dla efektu wizualno-zdjęciowego. Pan Młody oczywiście czekał u góry :)
Myślę, że wszyscy oczekujący na narzeczoną byli świetną motywacją, na pewno wywarło to na nich spore wrażenie, tym bardziej, że sami kryli się w cieniu dziedzińca, unikając nasłonecznionych miejsc, a na miejsce zajechali samochodami z drugiej strony klasztoru.

Wspomniałam o dziedzińcu, że jest jednym z kilku.
Tak, tak.
Wiecie, że kocham krużganki.
W klasztorze św. Franciszka z Monteripido w końcu nasyciłam się ich niewątpliwą urodą. Tutaj nie są wielce wyrafinowane. Proste kolumny arkad świetnie pasują do franciszkańskiej duchowości.
Każdy chiostro ma swój charakter.
Najstarszy z dziedzińców, ukwiecony pelargoniami, wybudowano w XV wieku. Zawsze, gdy na niego wchodziłam, szukałam słów, które wyraziłyby zachwyt. Nieważne, czy dzień, czy noc. Tak samo piękny w swej prostocie.
Dziedziniec zwany przeze mnie Cytrynowym, ze względu na krzew stojący w środku, zostawiłam fotograficznie takim, jakim chcieli franciszkanie, byśmy go widzieli. Zagrodzili wejście donicami, co postarałam się uszanować.
Trzeci natomiast miałam niewątpliwą przyjemność poznać i z poziomu wędrówek do kuchni, i z poziomu pokoju, w którym zamieszkałam, a którego okna wychodziły właśnie na dziedziniec. Stamtąd też zrobiłam zdjęcie dołączone do informacji, że wyjechałam.
Jakoś tak wyszło, że i w domu sąsiaduję z kościołem i tutaj miałam każdego ranka i wieczora widok na absydę właściwie od nowa zbudowanego w XIX wieku kościoła.
Sam kościół właśnie dość nowy, jak na miejsce, ma jednak w swym wnętrzu kilka smaczków. Chciażby niezwykle jasny krucyfiks z XV wieku, fragment zachowanego starego fresku, czy piękne, XVI wieczne stalle.
W zakrystii pieczołowicie przechowuje się relikwie związane z błogosławionym Idzim z Asyżu, jednym z pierwszych dwunastu współbraci św. Franciszka.  To za przyczyną Idziego (inaczej Egidiusza) powstała pustelnia poza murami Perugii, przekształcona potem w klasztor Monteripido. Widzimy kamień, który służył błogosławionemu za poduszkę, jego habit. Są i materialne ślady po innych świętych franciszkańskich.
Szczątki doczesne Idziego spoczywają nieopodal, w miejscu, do którego można przejść małym korytarzem z zakrystii. W korytarzu zatrzymaliśmy się, by odtworzyć scenę tam namalowaną, akurat mieliśmy taką możliwość, czyli spotkanie franciszkanina z dominikaninem :)
Korytarzyk wiedzie do perły i serca klasztoru, którym jest niewielki kościółek, najstarsza część całego obiektu. Kościółek? Wręcz kościółeczek, mniejszy niż Porcjunkula św. Franciszka. Pod prostym ołtarzem umieszczono zdobioną skrzynię, a w niej złożono kości bł. Idziego z Asyżu. Nad ołtarzem zachwyca anonimowo namalowany fresk, na którym po prawej stronie przedstawiono właśnie owego "Nieuczonego Teologa", analfabetę, a jednak autora wielu "złotych myśli" w duchu franciszkańskim.
I pomyśleć, że na zewnątrz kościółka wiodła nasza codzienna trasa pod dwa rozłożyste kasztanowce i lipę, gdzie oddawaliśmy się przyjemności prostych posiłków i czasami bardzo skomplikowanych rozmów.
Nasze życie klasztorne było o wiele mniej ascetyczne, od tego, które wiedli mnisi zamknięci w swoich celach. Kilka z nich przekształcono na małe muzeum, drobiazgowo oddające atmosferę średniowiecznego życia zakonnego, łącznie z klasztorną apteką. Ojciec Roman postarał się nam nawet unaocznić, jak to mogło wyglądać. Oczywiście w wyobraźni musicie zamienić biel dominikańskiego habitu na zgrzebny brąz franciszkański.
Trudno wszystko opisać, emocje, stan ducha, gdy rano z lekka zaspana szłam na Mszę św., gdy wieczorem zachwycałam się wraz z kotem wschodem księżyca nad Perugią, gdy pokonywałam długie korytarze Domu Monteripido - części zamieszkałej przez studentów w każdym wieku.

Do dyspozycji tych tymczasowych mieszkańców są dwie olbrzymie kuchnie, z których jedną zaanektowała nasza grupa.
Było mi tam tak dobrze, że nie miałam wielkiej ochoty na zwiedzanie okolicy, chociaż i tak zrobiłam parę wypadów. Chciałam też rysować, rysować i rysować. Zamknąć na papierze grę światła z cieniem. Zdołałam wykonać jeden rysunek, i to nie do końca.
Tym razem jednak nie mogłam go zostawić w takim stanie, więc po powrocie, wykorzystując osłabienie spowodowane przeziębieniem, doprowadziłam pracę do finału.
To widok towarzyszący nam w tzw. ogrodzie.

niedziela, 28 lipca 2013

WRÓCIŁAM

Usiłuję ochłonąć i pozbierać myśli wraz ze słowami. Wrażeń dużo, ale czasu na ich spisanie na razie niewiele. Na początek zdradzę, gdzie byłam:




sobota, 20 lipca 2013

ZARAZ WRACAM

Jestem na wakacjach :)

czwartek, 18 lipca 2013

SKOCZKIEM PO SZACHOWNICY

W wersjach roboczych mam kilka zaczętych wpisów, istna szachownica, chronologia już dawno się zatarła, więc właściwie, czemu mam się nią przejmować?
Dzisiejszy artykuł jest wynikiem wizyty we Florencji na wystawie "Wiosna renesansu", ale wcale nie będę pisać tutaj o wystawie. Do tego chcę się porządnie przygotować, bo wystawa niezywkle ciekawa, a i katalog z niej nie jest jedynie katalogiem, lecz też zbiorem świetnych artykułów wokół tematu, muszę się w nie wgryźć.
Zacznę od momentu po wystawie.
Pojechałam na nią sama, Krzysztof miał potem do mnie dołączyć, gdyż wyjątkowo miał zajęte i niedzielne popołudnie, pozostał mu wieczór.
Umówiliśmy się, że na spacer zabierze też dwa smoki, dawno ich tu nie było.
Oczekiwanie na zacną ekipę umiliłam sobie akwarelkowaniem na dziedzińcu Palazzo Strozi. Na początku i pod koniec przechodzili koło mnie dwaj panowie i zatrzymali się porozmawiać o efekcie, który im się spodobał. Jak zwykle w plenerze, nie nastawiam się na studium, tym bardziej, że nie miałam pojęcia, kiedy uda się Krzysztofowi dotrzeć po błogosławieństwie ślubu, czytaj: "ile spóźni się panna młoda".
Jeden z tych dwóch panów zaskoczył mie kwotą, na jaką wycenił moją akwarelę. Niepytany powiedział, że biorąc pod uwagę czas (mniej więcej 2,5 godziny), wyceniłb pracę na około 100 euro. Z chęcią bym się zgodziła, tylko kto tyle zapłaci? Nie mówiąc o tym, że akwarela jest mi obcą techniką i długa droga przede mną. Bardzo powoli ją oswajam.
Krzysztof jeszcze nie dotarł - ślub opóźnił się bodajże o godzinę! Ale już zamykali Palazzo Strozzi, no to wyszłam na zewnątrz, na jakże idealne w tym momencie kamienne ławki. Właściwie nic mi więcej do szczęścia nie było potrzebne, z jednego kawiarnianego ogródka docierały dźwięki świetnie grającego zespołu, zwłaszcza balsamem były bardzo wprawnie zagrane fragmenty Santany. 
Smoków jak nie było, tak nie było, ale za to ja miałam widok na inne czworonogi, gdyż akurat koło mnie zrobili sobie spotkanie ich właściciele. Najsłodsze w odbiorze zawsze są szczeniaki, tym bardziej jeśli jest to tak niezywkle uroczo pokraczny buldog angielski. 
Dotarł w końcu i Krzysztof. 
Zespół przestał grać, więc przemieściliśmy się na Piazza Signoria, choć nie mieliśmy pojęcia, że i tam trafią nam się muzyczne atrakcje.
Krzysztof ubrał stosowną koszulkę, nieprawdaż? Niestety nie było takich z chartem, musiał zadowolić się mopsem :)
Najpierw zagrała nieźle chałturząca orkiestra dęta. Rozbujali ludzi na placu zwłaszcza coverami Abby i Copacabaną, choć ja tam wolę muzykę filmową, której także nie zabrakło.
Filmiki denne, jak zwykle, ale nie oczekuję za wiele w tym dziale od mojego aparatu. Trochę jednak atmosfery oddają.
Zaszłam do otwartego Palazzo Vecchio, zawsze mnie oszałamia wystrój pierwszego dziedzińca. Groteska na grotesce, groteskę pogania. I ta podświetlona wieża widziana od wewnątrz. 
Zapadł już późny wieczór, lecz było tak przyjemnie ciepło, ani gorąco, ani zimno, że żal byłoby wracać.





W stałym punkcie rozłożył się jeden z dwóch polskich gitarzystów i idealnie wpisał się dźwiękami gitary w klimat leniwego letniego wieczoru.
Nie znaczy, że on grał leniwie, o co to, to nie. Ludzi już było o wiele mniej, więc zrobiło się kameralnie i można było smakować niemal każdą nutę. Nawet Boguś kładł się na schodach tak, by łbem być skierowanym do gitarzysty - meloman!
Nie nagrałam, bo szkoda tak dobrej muzyki na mój aparat.
Swoistego smaczku dodał krwiście czerwony jaguar, przy którym ludzie z chęcią robili sobie zdjęcia. Jedna turystka wskoczyła nawet do środka. Przesadziła?

Wyprawa z psami jest zawsze okazją do wielu, wielu rozmów z przechodniami, zaczepiają, chcą głaskać, wymieniają uwagi o swoich pupilach. Najbardziej rozśmieszyli mnie czterej panowie, którzy nas zaczepili rozczulając się nad psiakami. Wyglądali dokładnie na czterech z lekka już podstarzayłych playboy'ów, którzy wyruszyli na "nocne łowy". 
Gdy tak co chwilę byliśmy zaczepiani, fotografowani pomyślałam o Ani, autorce książki "Kudłacze w podróży". Wraz z synem opisali swoją podróż po Włoszech. Niby nic, ale przemieszczali się kamperem i z trzema (!) owczarkami szkockimi. Podziwiałam ich zorganizowanie, poświęcenie, kto kiedy zostaje, pilnuje psów, a kto wyrusza zwiedzać. Przyznam, że jako psiara miałam wręcz niedosyt opisów podróżowania z pupilami. Nasze dość ciężko znoszą zwykłe spacery, Boguś z racji wieku, a Druso upałów, ale i wcześniej wycieczki zawsze je nieźle wymęczały. Ciekawi mnie, czy tym psom nic nie dolegało, czy zdarzyły im się wyraźnie nieprzyjazne wobec psów spotkania, w jakich okolicznościach?
Tak czy siak, brawo za pomysł i jego realizację, bez (chyba?) szkody dla psów :) Gratulacje Aniu!

środa, 17 lipca 2013

ZREZYGNOWANY ANIOŁ

Milczenie blogowe zazwyczaj u innych oznacza nadmiar zajęć, jakieś wydarzenie, itp. Tak jest i u mnie, wpisy leżą odłogiem, bo się dzieje.

Na razie mogę jedynie pokazać ostatnio namalowanego anioła, którego przygotowałam odstawiwszy wszystko inne na bok, bo miałam ścisły termin. 
Zamawiający zrezygnował, dlatego przekornie dałam taki tytuł wpisu.
Anioł bardzo, bardzo mu się podobał.
Nawet nie chcę pisać, z jakiego powodu nie został sprzedany, bo było mi niezwykle przykro. Wcale nie chodzi o brak zarobku, ten to rzecz wtórna.
Postawiono mnie w bardzo niezręcznej sytuacji.
Anioł pozostaje ze mną, a z tego powodu nie jest mi przykro. 
Albo zamieszka w San Pantaleo na stałe, albo ktoś go kiedyś przygarnie :) 
Jeść nie woła - jak to anioł. 


czwartek, 11 lipca 2013

TROCHĘ TEGO, TROCHĘ OWEGO, TROCHĘ TAMTEGO

Wróćmy jeszcze do Sieny.

Na początku kilka słów o Duomo. 
Jak w wielu świątyniach, tak i w katedrze chowano ludzi, oczywiście tych co bardziej zasłużonych, ze znakomitych rodów. Często rodziny sieneńskie fundowały ołtarz boczny mający upamiętniać ten pochówek. Wszystkie obecne ołtarze są z końca XVII wieku, barokowe, ale jest pomiędzy nimi jeden dużo starszy, przywołujący wędrowca bielą marmuru.
To ołtarz Piccoliminich, który według przewodniczki ma cztery figury dłuta Michała Anioła - na dole św. Piotra i św. Pawła, wyżej św, Augustyna i św. Grzegorza. Zapisuję to do wyjaśnienia, bo byłam bardzo przekonana o autorstwie względem dwóch najniższych, inne wydają się zbyt odbiegać stylem od dłuta wielkiego geniusza. Chociaż może to i być prawdą, bo wszak Michał Anioł był wtedy jeszcze młodym rzeźbiarzem i mógł być mniej "zdecydowany". Ponoć atrybucję dzieł potwierdza sam artysta w liście do Piccolominiego, w którym przeprasza, że tylko tyle zdołał zrobić i dzieła nie dokończył. Patrząc na daty, od razu domyślamy się przyczyny wyjazdu ze Sieny - kierunek Florencja, olbrzymi złom marmuru zamieniony po 4 latach w Dawida.

Siadamy pod kopułą, na skrzyżowaniu naw. Jak już wcześniej wspomniałam sześć filarów podpiera tambur kopuły. Na zwieńczeniu każdego widzimy patrona Sieny, sześć filarów - sześcioro patronów. Ansano (wprowadził chrześcijaństwo do Sieny), Savino, Crescenzio i Vittore - rzymscy żołnierze oraz św. Katarzyna i św. Bernardyn.  Dwie figury pokazałam w artykule "Brama niebios".

Specjalnie dla Moniki Z. zrobiłam zdjęcia rzeźb z Kaplicy Wotywnej. Wielka miłośniczka Berniniego musiała mi się przypomnieć wobec jego dzieła, jakim jest projekt przebudowy kaplicy oraz dwie (św. Magdalena i św. Hieronim) z czterech rzeźb w niszach. Dwie pozostałe (bliższe obrazu) wykonali uczniowie rzeźbiarza.
Kaplica uważana jest przez Sieneńczyków za najświętsze miejsce w mieście, nazywają ją Sancta Sanctorum (święta świętych), jest Kaplicą Madonny Wotywnej. Każdego roku składa się tu mnóstwo przeróżnej postaci podziękowań za otrzymane łaski. Całe szczęście ściana przed kaplicą szybko się zapełnia. Całe szczęście, bo oznacza to, że ludzie mają za co dziękować. Najpiękniejsze się zostawia, ale wszystkie zdjęte nie zostają wyrzucone, tylko przechowuje się je w archiwum.

Trudno nie wspomnieć o ambonie Nicoli Pisano, zrealizowanej w połowie XIII wieku. Nicola jest uważany za pierwszego wielkiego rzeźbiarza Italii. Nazwisko wskazuje na Pizę jako miejsce urodzenia, ale to tylko miasto, z k†órym bardzo się związał, w rzeczywistości pochodził z Apulii. Tam spotkał Fryderyka II, stamtąd przywiózł bagaż artystycznych doświadczeń. Rzeźbiarz wydał na świat nie tylko dzieła w kamieniu, ale i syna, także wielkiego rzeźbiarza, tworzącego już w odmiennym stylu. Ojciec inspirował się starożytnymi sarkofagami, czy to rzymskimi, czy to etruskimi, syn (Giovanni) wszedł w kręgi rzeźby francuskiej, gotyckiej. Nicolę uważa się za pierwszego włoskiego twórcę, który w chłodnym kamieniu wyraził ludzkie emocje, podobną zasługę w malarstwie przypisuje się Giotto.
Niewyobrażalne, że ambona na początku była biała, zrobiono ją z marmuru z Carrary. Widzimy ją brudną, nigdy nieodczyszczoną. Czy zmieniać ten fakt? Czy brud jest jej integralnym elementem? Czy wrócić do bieli, tak jak to zrobiono z ołtarzem Piccolominich?

Z drugiej strony, naprzeciw Kaplicy Wotywnej, możemy podziwiać Jana Chrzciciela autorstwa Donatella. Kto czytał artykuł o jego twórczości z Muzeum Katedralnego we Florencji, ten sam się domyśli, że figura świętego jest jednym z ostatnich dzieł artysty.  Przypomina podobne podejście do ciała, jak w przypadku Pokutującej Marii Magdaleny, z tym że tamta jest drewniania, a Jan Chrzciciel to odlew z brązu, mistrzowsko operujący światłem, połyskiem i matem.
http://it.wikipedia.org/wiki/File:Cappella_di_s._giovanni,_siena,_16_s._giovanni_di_donatello.JPG

I moje małe prywatne "odkrycie". Wśród pasów, rzeźb, obrazów, światła, przestrzeni, nigdy wcześniej nie dostrzegłam kapiteli. Ile jeszcze jest niezobaczonego? Ile nie widzę?

Ile "widzi" niewidomy?

To tylko niewiele słów o katedrze, pożegnaliśmy się z przewodniczką i wyszliśmy na zewnątrz. Słońce stało jeszcze wysoko i jak wysoko było, tak mocno grzało. Schowaliśmy się na dziedzińcu Palazzo Chigi. Przymierzyłam się do rysowania. Znowu mogę pokazać tylko szkic, bo o 19 wyproszono nas, by zamknąć podwoje.
Jakoś tak nam się nie chciało wracać.
To może zajdziemy na Il Campo, zobaczymy przygotowania do próby?
Ha! Zobaczyliśmy nie tylko przygotowania, ale i samą próbę.
W oczekiwaniu na bieg (mało ciekawy, nie wiem czemu służący) rozglądałam się po ludziach, no i znowu rysowałam.
Trudno się dziwić zaangażowaniu w przynależność do contrady, jeśli już od dzieciństwa wychowuje się dzieci w jej duchu. Film, oczywiście, podłej jakości, ale ta siła śpiewu!


Powiem tak: wiem już, że nie jestem wielką fanką próby, sądząc po niej, nie zostałabym i fanką samego Palio.
Owszem, patrzę na wszystko z zainteresowaniem, ale takim socjologicznym, nie porywają mnie emocje tłumu, czuję się klaustrofobicznie w morzu głów.
Nie rozumiem tak niebezpiecznego dla ludzi i zwierząt wyścigu, bardziej już jestem w stanie pojąć niezwykłą identyfikację ze swoją dzielnicą, w której wiele znaków mówi, którą contradę się przemierza.
Krzysztof wypatrzył, że nawet zewnętrzne puszki elektryczne mają swoje oznaczenia. Żelazna konsekwencja! Najbogatszy zbiór mam z Contrady Ślimaka, którą idzie się z parkingu przy Bramie św. Marka. Tym razem głównie nowinki, bo część już kilka lat temu pokazywałam.


Podobał mi się widok stołów na ulicach i zasiadających przy nich biesiadników.
Trochę już znam to uczucie siedzenia, gadania właściwie o niczym, jedzenia na plastikowych talerzykach, wychodzenia z posiłku w wyśmienitym humorze. Może nie mogłabym tak co tydzień, ale czasami bardzo lubię te tłumne biesiady. No, nasze parafialne, maksymalnie na 70 osób, nie mamy gdzie pomieścić setek :)

Nie burczało mi w brzuchu, gdy przechodziliśmy koło stołów, bo gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się na jednodaniowy posiłek. Lokal nazywa się Numero Unico i stara się troszkę modyfikować i unowocześniać tradycyjne przepisy. Szybciej domyśliłabym się tego, gdybym zobaczyła wnętrze restauracji, ale zasiedliśmy na zewnątrz przy bardzo stromej uliczce, z boku lokalu, więc dopiero menu powiedziało trochę o kuchni Numero Unico. Warto spróbować. Z wielkim aptetytem zjadłam makaron wstążki z kakao jako barwnikiem ciasta oraz do tego sos z królika z vinsanto - przepychota, dwa składniki kojarzące się ze słodkością (kakao i wino), a potrawa jakże wytrawna i wyśmienita.

I takim pełnym wrażeń był dzień, gdy zobaczyłam Bramę Niebios, gdy zjadłam pyszne lody i co raz bardziej upodobałam sobie Sienę.

PS. Dzień, albo dwa dni, po Palio przeczytałam informację, że jedna z contrad tymczasowo wykluczyła ze swojej społeczności dwóch mężczyzn, którzy skopali dżokeja konkurencyjnej dzielnicy. To chyba w tym mieście musi być dotkliwa kara?