wtorek, 29 października 2013

GRZYBOBRANIE


Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,
Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem.
Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy
I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
Czy zimą. Ale Wojski zbierał muchomory.

Z całego fragmentu naszego wieszcza zgadzają się panienki, a raczej jedna, czyli ja, i prawdziwki. Choć zdarzały się i podgrzybki.
Czas: przed wyjazdem na wakacje
Miejsce: północne, bardzo górzyste skrawki Toskanii, blisko miejscowości o nazwie Doganaccia
Bohaterowie: Tata, Krzysztof, psy i ja

Czy ja już Wam zdradziłam, że jestem namiętną zbieraczką grzybów? Potrafiłam nawet po imprezie poprawinowej u koleżanki wstać bladym świtem, by jechać na grzyby. Wychowałam się na płaskich lasach wokół Gorzowa Wielkopolskiego oraz cudownej puszczy na Kaszubach. Takich lasów we Włoszech nie spotkałam. Nie miałam pojecia, gdzie jechać, by oddać się namiętności zbieracza?
Krzysztof przetarł szlak. Pojechał z wytrawnym toskańskim grzybiarzem, który zdradził mu swoje miejsca i pouczył, pod którymi drzewami znajdzie prawdziwki późną wiosną, a pod którymi jesienią.
Nauka zaowocowała zbiorem, z którego ugotowałam obiad. Aha! Sama go zjadłam, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło, bo grzyby to ja mogłam zbierać i zbierać, ale jeść? Jeno w bigosie, barszczu i uszkach. Tym razem uzbroiłam się w przepis z kursu kulinarnego - zdradzę go na końcu wpisu.

Trzy dni po grzybobraniu pogoda nadal rozpieszczała nas słońcem, więc ruszyliśmy całą ekipą, właścwie bardzie w celuj, by Krzysztof mógł utrwalić w pamięci miejsca, niż z nadzieją, że coś uzbieramy.
No, i ważny był sam spacer.
Zanim wyruszyliśmy, na poczcie Krzysztof uiścił opłaty.
Opłaty?
Ano tak.
Przepisy nie pozwalają na grzybobranie bez wpłacenia pieniędzy na rzecz Regionu Toskanii.
Mieszkający na terenie Toskanii chcąc zbierać grzyby, muszą zapłacić 13 euro za pół roku, albo 25€ za rok. Turyści mają dużo drożej - 15 euro za dzień, albo 40€ za siedem dni, bądź 100€
Określona jest też wielkość grzybów, prawdziwki, których kapelusze nie przekraczają średnicy 4 cm, muszą pozostać na swoim miejscu. No, nie wspomniałam jeszcze o wadze - maksymalnie 10 kg w koszyku, ale kto tyle na raz znajdzie? Tym bardziej, że tubylcy zbierają wyłącznie prawdziwki.

Powiem tak: wyprawa warta opłaty! Zbiór niewielki, za to spacer doskonały.
Nie miałam pojęcia o pięknie lasów, ani o wysokości, na jaką wjechaliśmy.
Piałam z zachwytu i nie wiedziałam, czy gapić się pod nogi, czy sięgać wzrokiem najdalej, gdzie się da.



Tylko miejsce upamiętniające śmierć (chyba jakiegoś narciarza) przypominało, że nie znaleźliśmy się w raju. Narciarza? A tak, kilka razy przecinaliśmy narciarskie trasy, a w miejscu zaparkowania auta powitała nas ekipa armat do naśnieżania.

Nie jeżdżę na nartach, słyszałam, że toskańskie ośrodki do szałowych nie należą, choć pewnie dla miłośników Toskanii, to może być ciekawa zimowa propozycja - trochę nart, trochę sztuki, duuuuużo jedzenia :)
Psy szalały po chaszczach, Druso zgubił szelki, na szczęście nie wymienił ich na kleszcze. Boguś dosyć szybko się zmęczył, staruszek.
Miał jednak towarzystwo drugiego wiekowego pana. Tata czasami przysiadał i razem z chartem podziwiał widoki.
A my w tym czasie smykaliśmy po pagórkach. W końcu zakończyliśmy grzybobranie z efektem, powiedzmy, ratującym honor grzybiarza. Kilka podgrzybków, kilka prawdziwków i pełen kosz zadowolenia. Na zdjęciach są i grzyby, które na koszyk nie zasłużyły.

Poszliśmy jeszcze dalej pięknym, bukowym lasem, aż wyszliśmy poza strefę drzewostanu. Znaleźliśmy się na wysokości 1600 m n.p.m.
Wszyscy przysiedliśmy oniemiali, ja wśród intensywnie czerwonych krzewinek czarnych jagód. Z radością rozkoszowałam się słodkimi owocami, z chęcią je rwałam i zajadałam, dołączył do mnie Druso.
Boguś jakoś nie był chętny na ciemne kuleczki.

Aż żal było stamtąd wracać.
Zwłaszcza od takich obrazów:













Na pocieszenie zostaje przepis na prawdziwki, oczywiście według Elizy.

SOS Z PRAWDZIWKÓW
prawdziwki ok. 400 g (miałam dużo więcej, więc na zdjęciach widzicie proporcjonalnie zwiększone ilości składników)
mały pęczek pietruszki
1 duży ząbek czosnku 
białe wino (około szklanki)
peperoncino (według uznania, całe, zmielone)
odrobina mąki
sól
oliwa

Grzyby pokroić w plastry, wrzucić je wraz z posiekanym czosnkiem i pietruszką na oliwę (chłodną). Gdy czosnek delikatnie zbrązowieje, zalać białym winem.  Po kilku minutach, czyli po odparowaniu alkoholu,  zagęścić sos  emulsją z mąki rozrobionej z oliwą. Gdy płyn się zagęści, zdjąć z ognia. Jeśli sosu wydaje się być za mało, to, po odparowaniu wina, zalać chochelką wody, a potem zagęścić emulsją. 
My zjedliśmy z chlebem, ale tutaj często podaje się ten sos z polentą, albo jako dodatek do mięs, albo do risotto, albo ...  smacznego!



piątek, 25 października 2013

TANIEC LUKRECJI?

We wrześniu miał się odbyć pierwszy po wakacyjnej przerwie wykład Grand Tour , ale stanęły nam na przeszkodzie Mistrzostwa Świata w Kolarstwie, dlatego w październiku, w odstępie dwóch tygodni wysłuchałam dwóch wykładów. Zaczynam od drugiego, by zrobić niespodziankę Iwonie Magdalenie, czytającej ten blog, a niedługo wybierającej się do Prato.

A więc znowu Prato?
Tak, znowu Prato i znowu Lippi, lecz nie wystawa w Palazzo Pretorio, na którą i tak mam zamiar jeszcze pojechać. Włochy mają to szczęście posiadać tyle dzieł. że obyłyby się bez tymczasowych wystaw, życia i tak nie wystarczy, by poznać wszystkie skarby, które są dostępne na co dzień.
Tak jest z freskami Filippo Lippiego w katedrze w Prato.
Już o nich pisałam, ale warto pogłębić wiedzę o tę przygotowaną przez specjalistów.
Tym razem nie wzięłam aparatu, myślałam, że będą nas pilnie strzec. Inni robili zdjęcia, choć myślę, że większość fotografii musi być mocno zniekształcona, gdyż cykl znajduje się w wąskim prezbiterium.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a1/Wga_filippo_lippi_prato_cathedral_fresco_cycle_01.jpg
Zazwyczaj, gdy mówi się o Filippo Lippim, od razu wspomina się o pewnej historii z jego życia (historii, czy legendzie? - nasz wykładowca wcale nie był przekonany o stuprocentowej prawdziwości przekazu).
Otóż Filippo Lippi był karmelitą, bardzo uzdolnionym, cenionym, ale jednak zakonnikiem, mało z powołania, bardziej z biedy. W wieku 46 lat, po odmowie wykonania dzieła przez Fra Angelico (ah!), podejmuje się namalowania scen z życia św. Szczepana i św. Jana Chrzciciela w prateńskiej katedrze.  Pojawia się w Prato, gdzie po pewnym czasie zostaje kapelanem w żeńskim klasztorze św. Małgorzaty. Tam spotyka piękną Lukrecję Buti, młodą mniszkę (nowicjuszkę?), która staje się nie tylko jego modelką, ale i kochanką. Ze związku, będącego skandalem obyczajowym, rodzi się dwoje dzieci, lecz nigdy nie dochodzi do zawarcia związku małżeńskiego, mimo że Cosimo Vecchio wystarał się u papieża o zwolnienie obydwojga ze ślubów zakonnych, Lippi wolał pozostać "wolnym strzelcem". Wynikiem romansu było nie tylko potomstwo, lecz i, być może?, kanon pięknych Madonn, w których rysach przeżyła Lukrecja. Ona też pojawi się podczas naszego wykładu.
Rzadko kiedy wspomina się o dalszych jej losach, a po burzliwym romansie i urodzeniu dwojga dzieci, wróciła do klasztoru. No cóż, życie z podstarzałym (jak na owe czasy), acz rozpustnym malarzem mnichem nie dawało raczej poczucia bezpieczeństwa, nawet jeśli ten kupił w Prato aż trzy domy. Kto wie, ile kobiet zechciałby w nich gościć? Lukrecja na pewno tego nie chciała wiedzieć.
Przytoczenie tej historii jest o tyle ciekawe, że współcześni mieszkańcy Prato, niezbyt zainteresowani sztuką, ów detal życiorysu malarza znają doskonale. Jest więc nić porozumienia :)

W końcu stajemy przed freskami.
Pamiętajmy, że to nie są czasy swobodnego doboru tematu oraz jego realizacji, ten zostaje ustalony z zamawiającym. W Prato zamówiono sceny z życia św. Szczepana oraz Jana Chrzciciela.
Św. Szczepan jest patronem nie tylko Katedry, ale i miasta. A wszystko dlatego, że Prato szczyciło się posiadaniem kamienia uważanego za jeden z wielu, którym obrzucono pierwszego męczennika chrześcijaństwa. Natomiast Jan Chrzciciel od razu wskazuje na wpływy medycejskie, a co za tym idzie, florenckie, no a jeśli Florencja - to jej patronem jest właśnie ów święty.
Pamiętajmy też, że to, co widzimy (czy to w Prato, czy w wielu innych miejscach, gdzie są olbrzymie freski), jest wynikiem pracy całego zespołu. Często najważniejsze sceny są autorstwa mistrza, reszta została wykonana pod jego nadzorem i według jego projektu.  Te najważniejsze sceny są na dole, gdyż poddane są najbardziej drobiazgowemu oglądowi.
No, i pamiętajcie, że dzisiejszy tekst jest kompilacją wykładu z moimi "trzy po trzy". Jakoś muszę dać ujście swoim wrażeniom :)
Malowidła w Prato mają podział na dwa tematy, a ogląda się je z góry na dół. Chociaż obydwa cykle przedstawione są równolegle, poszczególne sceny odpowiadają sobie nawzajem.

Po lewej stronie (wchodząc do prezbiterium) widzimy sceny związane ze św. Szczepanem, pogrupowane w trzech panelach.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/00view1.jpg

Najwyżej oglądamy narodziny przyszłego męczennika.
Naszukałam się choć jednego źródła z legendą przedstawioną w lunecie prezbiterium. Nie znalazłam. A legenda stanowi niemal prototyp "Dziecka Rosemary".  No dobrze - prawie - bo ta malarska kończy się happy endem, ale tylko wtedy, gdy zapomnimy o okrutnej śmierci młodego diakona.
Szczepan rodzi się w dobrze usytuowanej rodzinie. Niestety, zaraz po narodzeniu diabeł podmienia niemowlę na swój czarci pomiot, a ludzkie dzieciątko porzuca.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/11birth1.jpg
Chłopiec przeżywa karmiony mlekiem przez sarnę. Znajduje go jakaś kobieta i zanosi do biskupa Giuliano, który odtąd sprawuje pieczę nad przyszłym pierwszym męczennikiem (prawy fragment panelu).
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/11birth2.jpg
Sposób przedstawienia pokoju, w którym urodziło się niemowlę jest bardzo typowy dla tego okresu. Wydaje się, że oglądamy teatralną scenę pudełkową. Renesansowość architektury izby sąsiaduje z czternastowiecznym stylem malowania budynków po prawej stronie fresku, za biskupem przyjmującym dziecko.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/3c/Wga_filippo_lippi_st_stephen_is_born_01.jpg


Ze środkowego panelu możemy odczytać znaczące momenty życia św. Szczepana.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5b/Lippi%2C_disputa_nella_sinagoga.jpg
Podkreślałam to już pisząc o tych freskach za pierwszym razem, że mamy do czynienia ze scenami symultanicznymi, niemal komiksem, tak więc po lewej widzimy biskupa Giuliano, który posyła młodego diakona w świat. Po środku Lippi namalował pierwszy cud uczyniony przez Szczepana - scenę wypędzenia demona. Przed budynkiem pewien mężczyzna mówi świętemu na ucho, o opętaniu swojego syna. Szczepan egzorcyzmuje skutego łańcuchami młodzieńca, z którego uchodzi zły duch, bardzo źle widoczny na malowidle, gdyż prawdopodobnie był domalowany na sucho.
Po prawej stronie św. Szczepan przemawia w Synagodze.
Wzbudził śmiech, zwątpienie i oburzenie swoim wyznaniem boskości natury Chrystusa.
I za to zostaje ukamienowany, co przedstawia fragment poniekąd zepchnięty do narożnika dolnego panelu.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/14martyr.jpg
W końcu widzimy scenę egzekwii męczennika, wielką, dostojną, umieszczoną w świątyni niczym z projektu Brunelleschiego. To jeden z takich obrazów, o którym mówi się, że jest jednym z najpiękniejszych włoskich przedstawień renesansowych, składa się na to poczucie przestrzeni, światło, architektura, doskonała perspektywa, realistyczne portrety współczesnych malarzowi.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/13funer.jpg
Na katafalku leży zmarły, a  wokół niego zgromadzili się żałobnicy, wcale nie z jego czasów. Część z nich jest rozpoznawalna.  Wzrok od razu wędruje ku dominującej czerwienią i opasłością postaci Papieża Piusa II Piccolominiego, tego samego, który dał Lippiemu możliwość ożenku z Lukrecją - przyjaciela Cosimo Vecchio.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/13funer1.jpg
Zaraz za nim stoi syn Kosmy Medyceusza - Carlo, prepozyt.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/13funer3.jpg
Dwie postaci zupełnie z prawej strony tej grupy, w zakonnych habitach, to sam Filippo Lippi i Fra Diamante, jego współpracownik i nauczyciel osieroconego potem przez niego syna - Filippino.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/13funer2.jpg

Pewność autoportretu Lippiego jest wzmocniona nie tylko podobieństwem do innego autoportretu z florenckiej "Koronacji Najświętszej Maryi Panny", możemy z przekonaniem uważać, że na obrazach z  XV wieku jedyna postać patrząca i zwrócona bezpośrednio do widza była na pewno portretem artysty. Choć co do tego podobieństwa, to ja mam wątpliwości. Może wy doszukacie się wspólnych cech?
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5f/Fra_Filippo_Lippi_007.jpg


Wędrując po źródłach, dotarłam do przypuszczenia, że wśród żałobników u stóp świętego przedstawiony jest młody Lippi - Filippino. Czyżby ten z odwróconą głową?
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/13funer.jpg
Trudno nie zauważyć popisu mistrza w posługiwaniu się perspektywą. Matematycznie wykreślone linie zbiegu tworzą czystą, renesansową przestrzeń. Widać wpływy imiennika malarza - Filippo Brunelleschiego.
Zanim spojrzymy na prawą stronę, warto spojrzeć w lewy dolny róg cyklu ze św. Szczepanem, by zobaczyć podpis upewniający nas o autorstwie dzieła.

Przed nami nowy cykl, z układem tematycznym według tego samego schematu.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/00view2.jpg
Zaczynamy od lunety, która mieści sceny z narodzin Jana Chrzciciela. Tak, jak po drugiej stronie, tak i tu w perspektywicznym pudle widzimy dom Zachariasza. Pierwsza scena, to sam moment narodzin.
http://www.rosifontana.it/obj/image/a/0riginali/filippo-lippi-nascita-del-battista-imposizione-d.jpg
Tym razem druga historia oddala się tylko w czasie, ale dzieje się w podobnym miejscu, właściwie w sali obok - Zachariasz nadaje imię swojemu synowi.

Środkową część cyklu zapełniają sceny z życia Jana Chrzciciela.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/22leave.jpg
Odczytujemy je od prawej strony. Najpierw młodziutki Jan. przed wyruszeniem na pustynię, by spełnić swoją misję, zostaje pobłogosławiony przez rodziców. Ale kim jest trzecia osoba? Służącym?
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/22leave2.jpg
Pustynią są nagie skały. Podczas osamotnienia chłopiec zostaje nawiedzony przez anioła - dziś już niewidocznego. Możemy domyślać się objawienia po uniesionym spojrzeniu klęczącego. Jeśli wytężymy wzrok, zobaczymy krzyż, który anioł trzymał w rękach. O tym, kim była postać ponoć można się dowiedzieć ze starszych reprodukcji, a raczej rycin, niestety, nie znalazłam żadnej w internecie. 
Po lewej stronie Jan Chrzciciel naucza na pustyni. W głębi widzimy postać wynurzającego się zza skał młodego Chrystusa z gestem błogosławieństwa.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/22leave3.jpg
I tak dochodzimy do ostatniego, najsłynniejszego fragmentu prateńskiego dzieła, czyli sceny męczeńskiej śmierci i okoliczności, jakie jej towarzyszyły.
Właściwie wszystko dzieje się podczas uczty u Heroda.  Początek tych scen mieści się w środku, to taniec Salome  - córki Herodiady. Młoda, piękna dziewczyna tańczy niezwykle zwiewnie i Herod jest nią zauroczony. 
W samym obrazie malarz zostawia jej dużo wolnej przestrzeni, zostawia miejsce na następne kroki. Niby nic się nie dzieje, żadna ludzka sylwetka nie zapełnia podłogi. To jak pauza w muzyce, nierozłączny jej element. 
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/23herod1.jpg
Władca prosi o taniec, w zamian obiecując wszystko, czego tylko zażąda Salome. Ta delikatna dziewczyna, za namową swojej matki chce głowy uwięzionego Jana Chrzciciela.
Po lewej stronie ściętą głowę kładą na tacę, którą trzyma niewolnica, odwracająca głowę od okropności. 
http://www.rosifontana.it/obj/image/a/0riginali/filippo-lippi-salom-riceve-la-testa-del-battista.jpg
Ta sama niewolnica zanosi głowę na tacy przed oblicze Herodiady. I niewolnica i Salome zdają się mieć podobne rysy twarzy.
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/23herod3.jpg
Inne osoby obecne przy tej makabrze, żywą gestykulacją okazują swoje emocje, przerażenie.  Chcą się oddalić, nie mogą patrzeć na to, co Herodiada przyjmuje ze spokojem. Bezduszna!
http://www.wga.hu/art/l/lippi/filippo/1450pr/23herod2.jpg
Tak przedstawia się treść dzieła Filippo Lippiego.

Jednak to nie koniec wykładu, musi wszak pojawić się opis stylu, tego, co wyróżnia artystę, co budzi uznanie odbiorców.
Aby zrozumieć jego twórczość, należy wspomnieć o Masaccio, od którego zaczynają się wszelkie dywagacje na temat renesansowego malarstwa. Którego sztuka nadała ciałom objętość i masę, postaciom formę plastyczną, wręcz rzeźbiarską. 
Wczesne dzieła Lippiego (np. w Kaplicy Brancacci)  niezwykle czytelnie wiążą go z Masaccio. Taką jest i męska postać stojąca po prawej stronie niewolnicy, zaraz po ścięciu Jana Chrzciciela. 
Jednak w tamtych czasach malarstwo Masaccio nie zyskuje uznania, we Florencji rozwija się malarstwo dworskie, afirmujące panowanie Medyceuszy. Bazą dla niego jest linia, kontur, a nie masywne ciało wydobyte światłem. Filippo Lippi jest wręcz nazywany ojcem linearyzmu florenckiego, którego maksymalną ekspresję znajdujemy w dziełach Sandro Botticellego. 
Kontur więc jest tym co określa postaci we freskach Lippiego. Niczym pisakiem, malarz określa granice postaci, wszelkich kształtów. Skąd takie zainteresowanie konturem? Luca Vivona bezpośrednio wiąże je z florenckim neoplatonizmem - linia wytycza ideę, określa ją, wyznacza jej granice. Rysunek nie zastępuje rzeczywistości, lecz ideę. Boticelli nie maluje konkretnych róż, tylko ich ideę, wyobrażenie, a takie pojmowanie sztuki przejął od swojego mistrza - Filippo Lippiego, inicjatora linearyzmu. 

Kilka razy podczas tego wykładu pojawiło się słowo "perspektywa" - określana jako wybitnie precyzyjna, wręcz matematyczna, widziana w architekturze, w podłodze z barwnych marmurów. Ciekawym więc jest jeden niezwykły wyjątek, jedna postać, która wyrywa się z praw narzuconych przez perspektywę, istnieje we własnej przestrzeni. To właśnie sylwetka Salome, roztańczona, z powiewającymi wstążkami, wyrywająca się nawet poza czas. To ona jest iskrą zapalną intuicji obecnie uznanego teoretyka sztuki z przełomu XIX i XX wieku - Aby Warburga, znawcy włoskiego renesansu, który odczytywał sztukę poprzez archetypy, sam będąc niemal archetypem artysty, performera, czy też chorego psychicznie naukowca.  Czym są archetypy? Uniwersalnymi obrazami, praobrazami, są zapisane w naszej duszy, w nieświadomości, rodzimy się z nimi. Ich pojęcie do psychologii wprowadził Gustaw Jung. 
Znajdujemy je w wielu obrzędach, dziełach sztuki, znajdujemy je i we freskach Lippiego - diabła, osąd.
Aby Warburg w postaci tańczącej Salome doszukał się archetypu Menady, nimfy, bachantki. To obraz powrotu do antycznego archetypu tancerki. To tancerki i nimfy zaludniają obrazy ucznia Lippiego - Botticellego. To one wydobywają dla ludzkiej pamięci zapomnianego przez 400 lat malarza, dzięki wielkiemu zainteresowaniu balerinami w XVIII wiecznej Anglii. A Aby Warburg pierwszy nowożytny archetyp znalazł właśnie w Duomo z Prato. 

Każde dzieło sztuki, oprócz swojej treści, znaczeń, stylu, posiada też strukturę materialną, zostało stworzone przy użyciu konkretnych środków. Nasze, tu omawiane, jest freskiem, czyli farbą naniesioną na mokry tynk, z którym wiąże się trwale w wyniku reakcji chemicznej. Jednak część dzieła nie została wykonana tą techniką. Zwłaszcza domalowania, przecierki, powstały już na suchym tynku, co miało w zwyczaju wielu malarzy. Niestety, na wiele lat wiedza ta została zapomniana, odnawiający freski nie wiedzieli o domalówkach. Konserwatorzy np. w Spoleto (gdzie zakończył swój żywot mistrz Filippo i pozostawił po sobie także piękne freski) byli wręcz przekonani, że wielki malarz nie posługiwał się wykończeniem na sucho, więc gdy znajdowali takie fragmenty, uznawali je za dodatki naniesione przez innych artystów, interwencje wieków następnych, usunęli je. Ale gdy zdali sobie sprawę z tego, że usunęli jakąś ważną część, domalowali własne wyobrażenia! To samo spotkało w poprzednich wiekach freski z Prato, stąd brak niektórych postaci, albo bardzo wyblakłe sylwetki, jak chociażby te zanikające na bankiecie u Heroda, po lewej stronie w tle.
Nasz wykładowca pamięta jeszcze freski sprzed odnowienia (na nowo udostępniono je w 2007 roku), były mało czytelne, ciemne. Ostatnia konserwacja nie przyniosła już większych strat, odkryła jedynie to, co stało się z dziełem przez 5 stuleci. Nie pokuszono się o ponowne pozłocenie utlenionych fragmentów. Widzimy być może wierne barwny, ale całości nie rozświetlają delikatnie błyszczące złote aureole, czy zdobienia szat.  Z wielką atencją wzmocniono podłoże, oczyszczono ściany. 

Na koniec wracamy do romansu, który rozbudził nie tylko samego mistrza, ale i wyobraźnię wielu osób stojących przed wyobrażeniem Salome, której rysów użyczyła właśnie Lukrecja  Buti. 
Jedną z takich osób był Gabriele D'Annunzio, urodzony w XIX wieku pisarz, który swego czasu studiował w Prato. Często przychodził do katedry, by fantazjować przed sylwetką Salome-Lukrecji.  Wynikiem tego powstaje utwór "Drugi kochanek Lukrecji Buti".
W tym czasie ludzie nie byli przekonani. co do faktu odtworzenia rysów kochanki pod postacią tancerki. Annunzio, w swoim dziele,  zastanawia się, która z kobiet jest Lukrecją - czy Salome, czy Herodiada?  Nie uznaje  faktu, nie mieście się w jego sercu, że piękna Lukrecja była matką Filippino, w jego wyobrażeniu była piękną i niewinną dziewczyną, dziewczyną tańczącą przed Herodem. Odczuł więc, komu Lukrecja użyczyła swoich zachwycających rysów. 
Pisze: "Jak bardzo sprawiały mi przyjemność poranki w katedrze. Być może tak samo, jak Fra Lippiemu było przyjemnie, nie podczas malowania pogrzebu św. Szczepana, lecz gdy pracował nad Ucztą u Heroda odurzony Lukrecją Buti."

Cóż za ironia i nałożenie znaczeń. Jan Chrzciciel stracił głowę z powodu kobiety, a malujący tę scenę stracił głowę dla kobiety. Ludzie doszukują się rysów Lukrecji w Salome, w Madonnach Lippiego, nawet w kobiecych postaciach Botticellego. Trzeba zaznaczyć, że być może Salome wcale nie jest Lukrecją, nie ma żadnych źródeł, które nas upewnią. Pozostaje wiele miejsca dla wyobraźni, jak przestrzeń przed Salome na fresku w katedrze.

poniedziałek, 21 października 2013

wtorek, 15 października 2013

DLA KASI

Dawno nie dłubałam dekupażowo. W końcu jednak mogłam odwdzięczyć się Kasi za zrobioną mi biżuterię. To był jej pomysł, by ozdobić drewniane segregatory według wzoru znalezionego wśród moich starych prac. Ściśle ustaliłyśmy motywy, czyli mlecze, słoneczniki  cyprysy oraz ciepłą tonację. Miało być toskańsko. Całość najpierw okleiłam ulubionym papierem zakupionym w papierniczym sklepie przy muzeum Leonarda w Vinci. To jego zapiski i szkice.

W końcu udało mi się zapamiętać, by zrobić zdjęcia przed lakierowaniem. Mniej problemów z blikami. Chociaż lakier dałam satynowy, ale wolałam nie ryzykowac z odbiciami.

niedziela, 13 października 2013

Z TAJNIKÓW ELIZY

Jestem przekonana, że żaden przepis podany pisemnie nie odzwierciedli tego, czego można nauczyć się oglądając Elizę w akcji. Zapewne długo też będzie trwało nim wypróbuję wszystkie poznane potrawy. Pomyślałam jednak, by zdradzić Wam pewien sekretny sposób na smaczne mięsa, pieczone kartofle, czy inne smakowitości.

Otóż jest to aromatyzowana sól.
Proporcje są mniej więcej.

1 kg drobnej soli
2 główki czosnku
szałwia, rozmaryn - pełna micha, wolę przewagę rozmarynu, szałwia jest zbyt "perfumowata"
skórka z jednej cytryny

Wszystkie składniki bardzo drobno posiekać i wymieszać z solą. Dobrze tnie się je w malakserze, ale wszystkie razem. Docinałam rozmaryn i musiałam siekać ręcznie, malakser nie dawał rady rozdrobnić samego rozmarynu, chyba jest za suchy.

Sól należy przechowywać szczelnie zamkniętą, w pokojowej temperaturze. 

sobota, 12 października 2013

POKŁON

Tydzień temu byłam na wykładzie we Florencji (wkrótce na blogu), zmokłam przeraźliwie, więc złapałam bakcyla. Dosłownie.
Bakcyl był dziwny i rzucił mi się głównie na siły motoryczne, siedziałam więc i rysowałam.

Idąc ulicami prowadzącymi do Florenckiego Duomo, ma się wrażenie,
że domy składają pokłon tej niezwykłej świątyni.





wtorek, 8 października 2013

KALENDARZ NA 2014 ROK

Jeszcze przed kursem gotowania skończyłam projekt nowego kalendarza. Tym razem malowałam jedynie okładkę, a reszta to obróbka komputerowa, gdyż tematem każdego miesiąca jest kapliczka znaleziona na ścianie domu z terenu naszej parafii.
Była to dobra okazja, bym w końcu poznała dokładnie jej zasięg. Prowadził Krzysztof, kto inny lepiej zna całą parafię? Chociaż, okazało się, że nawet on był zaskoczony liczbą odnalezionych kapliczek. Gdy wyruszaliśmy na objazd, był przekonany, że znajdziemy cztery takie obiekty. Ha! Może jeszcze kiedyś zrobimy kalendarz o takiej tematyce? Materiału wystarczyłoby nawet na dwa.

Najpierw, chyba, wszystkie kapliczki z parafii San Pantaleo:


A oto wybór w oprawie:

Ugięłam się pod zapotrzebowaniem na użyteczność - czyli wprowadziłam miejsca na zapiski.

Rzutem na taśmę, w piątek z drukarni wyszła pierwsza partia kalendarzy. Dzięki uprzejmości Maszki kilkanaście sztuk powędrowało już do Polski.
Chętne osoby proszę o kontakt poprzez formularz z prawej kolumny, wyjaśnię zasady nabycia kalendarza.