niedziela, 12 lutego 2017

OPOWIASTKA

W drugiej parafii Krzysztofa, w Fognano, zachorował zakrystianin. Był w szpitalu, teraz jest w domu, ale ma problemy z chodzeniem. Proboszcz wybrał się do niego z wizytą. Giulio chciał od razu zaprezentować, na czym polega problem, ale został powstrzymany. Jednak, po Spowiedzi i przyjęciu Komunii św., ponowił próbę. Słabo mu to szło, co skwitował słowami: "To chyba starość".
Patrzył poważnie, więc Krzysztofa zatkało i powiedział, że być może, ale jeśli starość przyjdzie, to żeby Giulio odesłał ją do niego. Wtedy dopiero pan się roześmiał.



Niby nic, ale Giulio ma ... 97 lat! 
W zeszłym roku przychodził jeszcze sam do kościoła. 

środa, 8 lutego 2017

NAMIĘTNA HISTORIA

Wspomniałam w poprzednim artykule, że podczas wizyty Moniki wybrałyśmy się do muzeów.
Zimą to takie oczywiste. Bezpieczniej jest zaplanować zwiedzanie pomieszczeń.
Przekornie wyszło na to, że każdego dnia mogłyśmy odbywać plenerowe wycieczki, ale choćby nie wiem, jak piękna byłaby pogoda, jednego florenckiego muzeum Monika nie mogła sobie odpuścić, mimo, że już w nim była.
Niestety, wtedy całe piętro było zamknięte, co wykluczało obejrzenie konkretnego portretu. Okazało się, że i tym razem nie było pewności, czy uda nam się zobaczyć bardzo niezwykłe dzieło, które wiąże się z jeszcze bardziej niezwykłą miłosną historią.
Jak zapewne wielu Czytelników wie, nie jestem zbytnią entuzjastką baroku i przyznam się, że moja wiedza o tej epoce jest dość pobieżna, gdyby więc nie Monika, nigdy nie szukałabym w Bargello pewnej sali na uboczu ostatniego piętra, nie pomyślałabym, że wśród nużących w oglądzie medalionów ustawiono skarb nad skarby. Monika wiedziała, że jest on we Florencji, resztą zajęłam się ja.

Przed wyprawą do muzeum upewniłam się telefonicznie, czy sala jest ogólnie dostępna. Niby jest, a nie jest. Uprzejmy kobiecy głos, zapewnił mnie jednak, że w przypadku zamknięcia sali medalierskiej, mam pójść do biura i poprosić o jej otwarcie,
Nie trzeba było. Sala była zamknięta, i owszem, ale akurat w pomieszczeniu ją poprzedzającym, poświęconym Verrocchio, była grupa studentów i ich wykładowczyni poprosiła o otwarcie. Gdy tylko przyszła strażniczka z kluczami, ruszyłyśmy do wnętrza, by zdążyć bez tłumu oczu spotkać się z młodą kobietą.
O kim mowa?
Moja przyjaciółka, będąc wielką miłośniczką Berniniego, marzyła od lat o zobaczeniu portretu Costanzy Bonarelli. Jest to absolutnie unikatowe dzieło, bo nie powstało na zamówienie, bo Gianlorenzo wyrzeźbił je prawdopodobnie dla siebie samego, bo odbiega stylem od portretów ważnych osobistości, bo jest subtelne, delikatne, wręcz intymne, a zarazem pokazuje cały kunszt mistrza.

Przez wiele lat panowało przekonanie, że Costanza pochodziła z ludu. Może zwiodła ludzi prosta koszula? Może nie przystało szlachetnie urodzonej kobiecie pokazać się publicznie z włosami w nieładzie? No cóż, trudno o szlachectwo w niemal negliżu.
Skąd więc pełna zmysłów Costanza?
Historia to zarówno namiętna, jak i tragiczna, dzisiaj chciałoby się powiedzieć, że filmowa.
Costanza wywodziła się z mniej znaczącej gałęzi rodu Piccolomini, spod Viterbo. Tak, tak, tego samego rodu, który wiąże się nierozerwalnie z Pienzą. Odnoga, której potomkinią była nasza bohaterka, przeniosła się do Rzymu i tam ojciec poślubił Tiberię, o której niewiele więcej wiemy. Zubożałość ojca Constanzy dobrze obrazuje to, czym się parał - przytrzymywał strzemię, gdy jego pan wsiadał na konia. A jednak zachował prawo do posługiwania się nazwiskiem Piccolomini.
Costanza zostaje wydana za mąż za rzeźbiarza. Ma wtedy 18 lat, ale tym rzeźbiarzem wcale nie jest Bernini, tylko Matteo Bonarelli (zwany też Bonucelli) - asystent rzymskiego geniusza, utalentowany artysta z Lukki, który tworzył w cieniu mistrza. Pomagał mu w detalach nagrobka toskańskiej Hrabiny Matyldy w Bazylice św. Piotra.
Zapewne podczas tych prac Bernini poznał młodziutką żonę rzeżbiarza, miała wtedy 22 lata, mistrz - bagatelka - 38!

Zostali kochankami, ale nie wiadomo, kto był bardziej kim zafascynowany, gdyż dwa lata później uprzejmi plotkarze donoszą Gianlorenzo, że Costanza wdała się w romans z jego dużo młodszym bratem, Luigim, także rzeźbiarzem, pracującym, zresztą, u niego.

Bernini obmyślił plan, by przyłapać kochanków na schadzce, wszem i wobec ogłosił, że wybiera się na wieś, gdy tymczasem zasadził się przed domem Costanzy. Przekonał się na własne oczy o prawdziwości plotek i zawrzał. Pogonił swojego brata, zaczął go obijać łomem na terenie przebudowywanej Bazyliki św. Piotra. Na szczęście nie zabił go, "tylko" połamał mu żebra. Chciał potem jeszcze raz rozliczyć się za zdradę przy pomocy szabli. Sam nie pomyślał, że też był przyczyną zdrady.
Najciekawsza i najtragiczniejsza w tym jest postawa Matteo, o którego reakcji na obydwa romansy nie mówi się wcale.
Berniniemu mało było zemsty. Wysłał służącego do domu kochanki, by ten brzytwą oszpecił jej twarz, co wierny sługa uczynił.
Pomyśleliście, że za usiłowanie zabójstwa Bernini powinien trafić do więzienia? Pamiętajcie, że władcy wszelkiej maści cenili sobie w tamtych czasach artystów tak bardzo, że wybawiali swoich pupili z opresji. Nasz czarny bohater wyłgał się dużą grzywną. W dodatku ożenił się potem z jedną z piękniejszych Rzymianek Cateriną Tezio, wiodąc szczęśliwe i obfite w dzieci życie małżeńskie.
Luigi salwował się ucieczką z Rzymu, do którego powrócił po roku.
Służący trafia do więzienia.
A Costanza?

Też zostaje aresztowana i oskarżona o cudzołóstwo. W końcu wychodzi na wolność.
Nadal była mężatką, a po śmierci Matteo przejęła z pewnym sukcesem prowadzenie jego interesów, jako handlarka sztuką. Zachowała też prawo do nazwiska rodowego. W pewnym spisie ludności widnieje jako matka małej dziewczynki, niebędącej jednak pogrobowcem, bo narodzonej ponad rok  po śmierci Bonerellego, ale i w wieku, w którym trudno byłoby już jej samej urodzić, chociaż dzisiaj zdarzają się 40 letnie matki. Trudno więc orzec, kim była Olimpia Caterina Piccolomini. Costanza umiera w 1662 roku, na 18 lat przed Berninim. Nie zostaje pochowana przy mężu, lecz w Bazylice Santa Maria Maggiore, w tym samym kościele, w którym kilkanaście lat później złożono doczesne szczątki jej obydwóch kochanków.

W wątek tej opowieści wklejałam zdjęcia niezwykłego portretu Costanzy. Najwyższy czas przyjrzeć się jej dokładnie.

Naturalnej wielkości popiersie od razu zwraca uwagę nie tylko naturalną wielkością, ale i naturalnym pięknem młodej kobiety. To nie jest wyfiokowana barokowa dama, ma się wrażenie, że nasza bohaterka przed chwilą wstała, lekko jeszcze niedospana po namiętnej nocy. Prosta koszula nocna, bez żadnych ozdób, ma rozwiązany dekolt.

Włosy zagarnęła do tyłu,  usiłowała szybko upiąć warkocz, ale jeden kosmyk wysunął jej się na kark.


Pełne kształty twarzy i wielce kształtny biust każą domyślać się kobiecych krągłości poza tym popiersiem.



Patrzy przed siebie trochę zaskoczona?


Pyta o coś? Czemuś nie dowierza? Aż trochę nieswojo, bo ma się wrażenie wejścia do sypialni kochanków podczas ich intymnej rozmowy. Przypominają się słowa Berniniego o dosłownym podobieństwie, uważał, że charakter człowieka poznajemy najlepiej, gdy zaczyna, albo kończy mówić - do... słowne podobieństwo. Język uniesiony do góry pozwala zawęzić słowo do w ten sposób wypowiadanej głoski.

A wszystko to w kawałku marmuru. Ciało jest ciałem, wargi miękkie, namiętne, tkanina lekko szeleści.

Syn Berniniego wspomina obraz, na którym ojciec sportretował Costanzę. Niestety, dzieło zaginęło, na szczęście, rzeźba przetrwała. Prawdopodobnie sam artysta (po dość szybkim ożenku) sprezentował portret kochanki Giovanniemu Carlo de'Medici, podczas jego pobytu w Rzymie. Kardynał przywiózł dzieło do Florencji, najpierw ulokował je w Uffizi, a jeszcze w tym samym wieku popiersie zostało przeniesione do Bargello. Sala na ostatnim piętrze, trudna do znalezienia, najczęściej zamknięta, nie przeszkadza wytrwałym miłośnikom sztuki.
Poszukiwania innego wizerunku Costanzy przywiodły historyka sztuki Alvara Gonzalez Palacios do Meadows Museum w Dallas, w USA. Znajduje się tam "Sybilla" Velazqueza uderzająco podobna do Costanzy. Velazquez? Costanza? Wszystko się zgadza. Hiszpan podróżował po Włoszech i prawdopodobnie widział rzeźbę Berniniego, ale też i współpracował z mężem Costanzy, co pozwala przypuszczać, że jego Sybilla przechowała rysy słynnej kochanki Berniniego.
http://www.katarte.it/wp-content/uploads/2015/03/Velazquez_Sibyl_Meadows_Museum.jpg
Bardzo lubię obserwować ludzi, którym spełniają się marzenia, więc ten artykuł dedykuję Monice. 

sobota, 4 lutego 2017

WSZYSTKO PRZEZ TRZECH KRÓLI

Monika to ma jakieś specjalne pogodowe błogosławieństwo.
Kiedyś umówiłyśmy się na trzy dni w Rzymie, był koniec listopada, a nam się zdarzało chodzić po mieście w krótkim rękawku.
Jej tegoroczny pobyt wpisał się dokładnie między mrozy z silnymi wiatrami, a deszczowe, acz ciepłe dni. Wszystko zgodnie z programem.
W planach były nie tylko muzea, o czym w przyszłości, ale i wycieczka plenerowa.
Nie prowadziła nas Gwiazda Betlejemska, ale sami bohaterowie historii o Epifanii.
Wycieczka była bardzo przyjemnie babska, gdyż pojechała z nami też i Asia.
Plan luźny i swobodny na końcu jedynie spinała godzina powrotu, ale udało nam się wyśmienicie wpisać w czas, którym dysponowała mocno już zajęta klientami Joanna.
Zaczęłyśmy od Monteriggioni.




Miałam ochotę na sklep z butami, bo czas wyprzedaży sezonowych trwał w najlepsze, ale okazało się, że byłyśmy za ... wcześnie.
Chyba jako pierwsze turystki pojawiłyśmy się tego dnia w osadzie, nawet dwie Japonki nie zdążyły nas wyprzedzić. Koty uwzięły się na Joannę, pręgowany nawet pokazał kły, ale dała dzielnie radę :)


Monteriggioni zachwyciło nieznanym mi tam spokojem i ciszą. Wszystko niby takie samo, a jednak ciut inne, oświetlone zimowym słońcem.
















Po raz pierwszy zobaczyłam, że i od tej strony widać na horyzoncie San Gimignano, rozbielone niskim światłem.

Wąska gama barwna pól kazała przyznać naturze tytuł maestra di sfumatura (mistrzyni odcieni).








Biały koń tylko na chwilę przestał być jednorożcem.


Drugi punkt naszej wycieczki był bardzo wesoły, a raczej stał się nim w trakcie. Pojechałyśmy do winnicy Mazza, zahaczając po drodze o zamek w Staggia Senese (pisałam o nim w artykule Jesienne  Chianti).
Nie oparłyśmy się widokom ogołoconych zimą winnic.
Snujące się po polach dymy oraz mniej snujący się robotnicy przycinający winorośle kazali z nadzieją wypatrywać wiosny.












Do zwariowania fotografowałam dalekie drzewo, więc i Was trochę nim podręczę.







A u Mazzy wiosna w sercach nam zawitała, gdy poddałyśmy się dobrowolnej degustacji win.
Wypróbowałam już wiele win stołowych, ale żadne nie umywa się do propozycji tego gospodarstwa.
Dobrze zaopatrzone wstąpiłyśmy jeszcze do niedalekiej Castelliny, by, zamiast obiadu nasycić się przelotną kanapką w barze i widokami zaspanego miasteczka.

















Nadszedł czas na wyjaśnienie tytułu artykułu.
6 stycznia pokazałam na Facebooku zdjęcie z portalu pewnego kościoła w Chianti. Monika na jego widok zapragnęła zobaczyć to miejsce.
Prosisz - masz.
Niemal trzy tygodnie później znalazłyśmy się w Talcionie, której kościółek niby Gwiazda Betlejemska prowadził nas widoczny już z daleka.

Obfotografowałyśmy każdy detal, mimo, że cienie rzucane przez drzewo cięły niemiłosiernie romańską nieporadność. Nie mogę znaleźć wśród wcześniejszych wpisów, czy już pokazywałam kościół w Talcionie, więc wybaczcie, jeśli się powtórzę. Dla takiego cudu, dla min Trzech króli, dla opasłej Madonny i uśmiechniętego zwierzątka (kto wie jakiego) - warto się powtarzać.









Tak to Trzej Królowie zawiedli nas do Chianti. Wróciłyśmy w doskonałych humorach i z całymi naręczami pięknych widoków.