poniedziałek, 20 marca 2017

ZANIEDBANE PIĘKNO

Wyjątkowo zacznę od narzekania, żeby zostawić potem obraz czystego piękna.
W końcu udało mi się zobaczyć Museo Civico (Muzeum Miejskie) umieszczone w Palazzo Pubblico (Ratuszu) w Sienie.
W końcu też zabrałam się do napisania o tym, a trochę to trwało, bo zwiedziłam owo muzeum w grudniu zeszłego roku.
Chyba "zepsuły" mnie florenckie muzea: odnowione rewelacyjnie Muzeum Katedralne, czy Muzeum Niewiniątek.

W Sienie zaskoczyło mnie smutnie zaniedbanie, jakieś dziury po pracach, widoczne w nich przewody, rury. Podesty w oknach, do oglądania Palio, z numerami, brzydkie, jak noc. Cały rok straszą, by dwa razy w roku ludzie mogli patrzeć przez okna szacownego ratusza na biegnące w szalonym pędzie konie. Tragiczne oświetlenie, które przeszkadza, czasami wręcz oślepia zwiedzających. Nikła informacja, stare tablice, z nieaktualnym zakazem fotografowania. Zero intuicyjności. Specjalnie starałam się nie posługiwać mapką. żeby zobaczyć, na ile muzeum promuje samo siebie. Okazuje się, że bez planu i wielkiego wkładu ciekawości można przegapić parę pomieszczeń. Tylko wszędobylskie zaglądactwo pozwala mi odkryć, że szklane drzwi na szczycie schodów rozsuwają się przed podchodzącą do nich osobą i pozwalają zobaczyć wspaniałą loggię.
Zasmucił mnie dziwny zaułek z pięknymi dziełami sztuki, czasami brak tabliczki z opisem. Liny opasujące jakiś eksponat, a nie grodzące dostęp. Gabloty takie bardzo techniczne, smutne, nie  z tej bajki. No, i gaśnica w roli jednego z ważniejszych obiektów. Perełką wręcz jest kabel biegnący przez środek postaci z fresków.

Siena

Pani w sklepie mocno niezainteresowana klientem - co ja się naszukałam katalogu z muzeum. Cena biletu (9 euro) mało zrozumiała wobec tego zaniedbania. W dodatku, z rezerwacją jest niższa o euro, co jest absolutnym "rarytasem" wśród opcji zamawiania biletów w muzeach. Własna strona internetowa? Zapomnijcie. Jedna z wielu zakładek na stronie gminnej, albo też jedno z wielu muzeów na stronie gromadzącej wszystkie okoliczne muzea. To akurat jest częsta przypadłość, nawet Uffizi mają teraz jakąś podłą stronkę, po tym, gdy rozwiązano Polo Museale.

To wszystko warto, ale to bardzo warto pokonać, bo niedogodności bledną wobec ferii barw na ścianach Palazzo.
Zauważyliście pewnie, że pojawiły się tutaj już dwa określenia Palazzo Pubblico oraz Museo Civico. Nie ma pomyłki, bo po prostu najbardziej reprezentacyjne wnętrza ratusza zamieniono w część muzealną. Możemy więc zobaczyć, w jakim otoczeniu rządzono Sieną, począwszy od późnego gotyku.
Palazzo Pubblico powstało na zamówienie Rady Dziewięciu, która chciała pracować w miejscu eleganckim, pełnym przepychu i majestatycznym. Każda delegacja, na przestrzeni wieków, musiała być oszołomiona pomieszczeniami, do których ją wprowadzano.
Budynek po dziś robi wrażenie na przybyszach, zabiera niemal całą pierzeję Placu Il Campo, a jego wieża (dobudowana później) to pieczętujący go efekt śmiałości i dumy aż ośmiu architektów.
Zjednoczenie i powstanie Państwa Włoskiego Siena postrzega jako wielką szansę dla miasta, jako długo oczekiwaną autonomię i wyzwolenie się spod wpływu Florencji. Chcąc podkreślić splendor miasta, już w XIX wieku uruchamia się muzeum w ratuszu, dając zwiedzającym dostęp głównie do piano nobile.
By się tam dostać, należy wejść na Dziedziniec Podesty, w którym ulokowano kasę. Zawsze zachwyca mnie doskonałość obrazu słynnej ratuszowej wieży widzianej od dołu, obramowanej misternie ząbkami krenelażu. Niemal za każdym razem zaglądałam tutaj będąc na Piazza Il Campo, ale po raz pierwszy przekroczyłam granicę drzwi i znalazłam się wśród niezwykle wymalowanych ścian.
Jeszcze chwilkę ponarzekam, ale możecie już wygodnie się rozsiąść, będzie długo, czasami bardzo szczegółowo.
Najpierw wielkie zaskoczenie, zwiedzający wchodzi do swoistego pomnika na cześć króla Vittorio Emanuele II. Nie mogę pojąć, co kazało ludziom zniszczyć poprzedni wystrój na rzecz hołdu złożonego pierwszemu królowi Włoch? Jedynym uzasadnieniem jest polityka, ale tej ja nigdy nie zrozumiem. Bezlitosna ingerencja zniszczyła pomieszczenia, w których podesta podejmował ludzi, dała pole do popisu bardzo sprawnemu malarzowi historycznemu Luigiemu Mussini i jego współpracownikom. Efektem jest cykl poświęcony życiu króla.
Na środku sali bardzo prywatny akcent, pełna urody rzeźba śpiącej córeczki artysty.
Siena Museo Civico13 Z sali można skierować się do następnych, już w pełni późnogotyckich sal, albo zajrzeć jeszcze do zaułka z chaotycznym zbiorem sztuki sakralnej. Co ciekawe, za salami ze słynnymi freskami też jest jeszcze tego typu zaułek.
Zajrzyjmy więc do obydwóch od razu.
W pierwszym oko zatrzymało się na starych drzwiach. Mam wielką słabość do drewna, zwłaszcza do tak wiekowego.  Wśród obrazów trudno nie zauważyć rzadkiego wyobrażenia Chrystusa w kapeluszu. To scena "Noli me tangere", w której Maria Magdalena myśli najpierw, że spotkała ogrodnika.
W drugim zaułku, za wyfreskowanymi salami spostrzegam detal zupełny, ale bardzo ciekawy - gwóźdź w krucyfiksie.  Trudno też przejść obojętnie koło małego obrazka z jakimś świętym na marach (być może to św. Bernardino, bo symultanicznie po lewej stronie widać go przemawiającego). Mnie jednak nie zatrzymuje scena za jego życia, ale gdy w sąsiedztwie jego zwłok opętana zostaje uwolniona od złego ducha.
Siena Museo Civico12 No, to teraz mogę już spokojnie zanurzyć się z Wami w świat bogatego sieneńskiego malarstwa, i nie tylko.
Zaczynamy od SALA DI BALÌA,
zwanej inaczej Nową. Tu zbierał się organ wykonawczy sieneńskiego rządu - właśnie nazywany Balìa. Na ścianach znowu hołd wobec postaci historycznej, z tym że XV wieczny, w wykonaniu Spinello Aretino i jego szkoły. Widzimy papieża Alessandro III, z pochodzenia Sieneńczyka. Wokół zwiedzających rozgrywają się między innymi sceny walk, które w tym czasie były prowadzone z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą. Tak, jak nie lubię bitw, ani scen bitewnych, tak wyjątkowo spodobała mi się kompozycja z bitwą morską. Może z powodu układu łodzi? Ich pionowego stłoczenia, odrealniającego, niemal odrywającego od wodnego żywiołu.
Siena Museo Civico14 Z ferii barw przenosimy się do SALI KARDYNAŁÓW,
spokojniejszej, choć niepozbawionej fresków. Nie powstały one dla tych ścian, to zbiór malowideł z różnych innych miejsc.
Siena Museo Civico16 Sala Kardynałów jest przedsionkiem do SALI KONSYSTORZA, gdzie zbierali się rządzący miastem. Zastanawiam się, dlaczego słabo zapamiętałam to pomieszczenie. Może dlatego, że freski na nim pochodzą z XVI wieku i wypełniają jedynie sufit, trudny do obejrzenia z powodu oślepiających żyrandoli?
Siena Museo Civico15 A może dlatego, że chwilę potem zapominam o świecie zewnętrznym.

Wyobraźcie sobie palce zawieszone nad klawiaturą komputera. Długie chwile zbierałam się na odwagę, by się nie pogubić, by jakoś zgrabnie ująć w słowa jeden z piękniejszych owoców ludzkiej pracy. Nie znalazłam pomysłu na całość, przedstawię więc Wam luźne fragmenty:

WESTYBUŁ I PRZEDSIONEK KAPLICY
Lubię mapy. I tę niewielką, rzymską z łuku zapamiętuję. Szukam znajomych kształtów, które przetrwały do naszych czasów.
Za plecami olbrzym - św. Krzysztof. Piękny skrót myślowy, gigantyczny człowiek niesie na ramieniu małego Jezusa, który na jednym palcu trzyma glob - jeśli dobrze to odczytałam. Nie jestem pewna tego globu, trudno mi dostrzec, jest tak daleko od oczu.
Krata pozwala wzrokiem sięgać w głąb kaplicy, ale przecież zanim się do niej wejdzie, całe pokolenia skrapiały palce w misie ze święconą wodą. Nie sprawdziłam, czy teraz jest sucha. Czy ktoś jeszcze używa tych pomieszczeń zgodnie z ich przeznaczeniem?
Siena Museo Civico7 KAPLICA
Mimo całej barwnej urody fresków, najwięcej czasu poświęcam stallom. Siena Museo Civico2Cóż za maestria, gdy dłuto pędzel zastępuje.
Siena Museo Civico1 Zupełnie zapominam, że w ołtarzu jest obraz Sodomy, w jakimś mgnieniu intuicji robię tylko odległą fotografię.
Woła już ...
Siena Museo Civico8 SALA MAPPAMONDO
Ciekawa nazwa (mapa świata), jak na pomieszczenie, w którym dominuje olbrzymia "Maestà" Simone Martiniego. Jak pogodzić wstrętnie współczesne krzesła, szept plotkujących strażniczek z donna angelicata (anielską panią), którą w poezji uwiecznił chociażby Petrarka, a której szlachetne piękno zostawił na ścianach Palazzo Pubblico sieneński artysta.
Po powrocie sięgam po "Sienę" Chłędowskiego i odnajduję takie słowa:
Kobiety Martiniego to kasztelanki, patrycjuszki, wspaniale, najczęściej modnie ubrane, o długich, pięknie się drapujących sukniach, obhaftowane i ozłocone, jak kobietom rycerskiego świata przystało. Po rysunku kształtnych wąskich rąk poznać ich pochodzenie, po ruchach staranne wychowanie. Nie są to mieszczki późniejszych florentyńskich mistrzów, jak Gozzoli lub obydwaj Lippi, ale najszlachetniejsze kwiaty społeczeństwa. Do kobiet Giotta nawet porównać nie można tych wyższych istot Martiniego, wyglądają one wobec nich jak kobiety Reynoldsa w porównaniu z chłopkami Ostadego.
I jeszcze kilka akapitów dalej:
Z daleka bije już obraz w oczy owym bogactwem złotem tkanych szat, ozdób, diademów, klejnotów, pereł, misternych aureoli nad głowami świętych, które stały się charakterystyką sieneńskiego malarstwa. Artysta, równie jak wielu innych tamtejszych mistrzów, szedł w tej mierze tak daleko, że niektóre ornamenty, jak agrafę spinającą płaszcz Madonny, jak złocone taśmy, robił wypukłe, aby jeszcze większe osiągnąć wrażenie świetności.
Wiedząc, że w Museo Civico spotkam przykłady sieneńskiego gotyku, nie czuję się nim zaskoczona. Pozwalam sobie na swobodne skakanie wzrokiem po detalu, wypatruję kobietę z fryzurą żywcem po wiekach wprowadzoną na salony Międzywojnia.
Podziwiam ramę, z wielkim zadowoleniem odnajduję na niej medaliony ze średniowiecznymi skrybami.
Siena Museo Civico5 Siena Museo Civico4 Ciągle zastanawiam się nad tematyką. W miejscu, gdzie obraduje świecka władza, oczekuje się raczej przedstawień bitewnych, zwłaszcza tych zwycięskich dla miasta, i te są na innych ścianach, skąd więc "Maesta"? Tłumaczenie znajdziemy w samym fresku, pod tronem Madonny pozostawiono ku przestrodze obradującym napis:
Róże i lilie zdobiące łąki w niebiosach nie cieszą mnie więcej jak wasze pożyteczne rady. Gdy jednak takiego pomiędzy wami spostrzegę, który ziemską wiedziony chciwością, o mnie zapomina, kraj mój poniewiera, a im gorzej działa, tym większą okrywa się chwałą, ten niech potępieńcem się stanie, równie jak każdy, który go popiera. (tłum. Kazimierz Chłędowski, "Siena")
Cóż, przyznam, że tłumaczenie piękną polszczyzną smutek tylko we mnie wywołuje, iż polityka i przez wieki i na całym świecie taka sama. Może i słusznie nazwano tę salę "Mapą świata"?
Gdy tak błądzę wzrokiem po fresku docieram to ustawionej w kącie tablicy piszącej coś o "rękach anioła dla Simone" ???
Otóż niemal 10 metrów nad stojącym, na sufitowej belce przyczepiono wyrzeźbione w drewnie przedramiona. Doskonały przykład dotknięcia pięknem nawet najbardziej pospolitego przedmiotu. Pomiędzy palcami zagiętej dłoni przechodziły kiedyś łańcuchy (liny?) ze zwieszonymi lampami, pomagającymi doświetlać fresk. Podejrzewa się też, że mechanizm opuszczający lampy wcześniej służył przemieszczaniu pomostu, z którego Simone Martini tworzył zachwycającą "Maestę".
044-IMG_6110
Wspomniałam, że w tej sali prędzej człowiek spodziewałby się scen bitewnych. Są, są. Na niedokończonych freskach, jak i na jednym bardzo mi znanym, przywołanym przeze mnie wiele lat temu, gdy odwiedziłam ruiny zamku z tego malowidła (patrz artykuł "Smutek i radość").
Przyznam się, że nie poświęciłam mu należnej uwagi.
Siena Museo Civico6 Stanęłam dłużej przed dwoma portretami świętych - Katarzyny i Ambrożego.  Portret tej pierwszej ujął mnie delikatnością, w drugiej postaci długo przyglądałam się ... makiecie Sieny. Tyle informacji o mieście na kawałku ściany.
Siena Museo Civico3 W następnym pomieszczeniu dowiem się o ówczesnej Sienie jeszcze więcej.
To druga ze słynnych sal Palazzo Pubblico - SALA DZIEWIĘCIU,
zwana inaczej Salą Pokoju.
Wchodzący dostaje mocne uderzenie, wita go Diabeł. Co spojrzę nawet na zdjęcie, jakieś ciarki mnie przechodzą. To chyba dlatego, że wcale nie jest mocno straszny, jest perfidnie spokojny. Przede mną ściana ze "Skutkami złych rządów". O, ironio! Na temat fresku nałożyło się dosłowne złe nim zarządzanie, malowidło jest bardzo zniszczone i tylko nieliczne fragmenty pozwalają się domyśleć, co Ambrogio Lorenzetti chciał nam powiedzieć.
Na fresku wszystko podupada, obraca się w ruinę. Ludzie niby coś robią, ale ich przedsięwzięcią niszczą kłótnie, pożary, wszystko pod ścisłym nadzorem wojska. Nie ma nadziei?
Siena Museo Civico11 Wystarczy obrócić się w prawo i najpierw poznać dobrze zarządzających.
Scena rozbudowana, wielce alegoryczna, pozwoli nam dowiedzieć się, co sprzyja dobrym rządom: Mądry i dostojny starzec na tronie, sprawiedliwe rządy (waga), Wiara, Nadzieja, Miłość i inne cnoty. Z lubością przyglądam się personifikacji pokoju. Tak, tylko gdy nic nam nie zagraża, gdy nigdzie nie śpieszymy, gdy wewnątrz i zewnątrz nas panuje harmonia, można zalec z podpartą głową i ...
Także w państwie dobrze rządzonym są żołnierze, ale nie zajmują się zwykłymi ludźmi, pilnują uwięzionych, dają poczucie bezpieczeństwa.
Siena Museo Civico10 Z takim rządem będziemy widzieć efekty w postaci dobrego życia w mieście i poza nim.
Tym miastem, oczywiście, jest Siena - przedstawiona na wejściowej ścianie do Sali Dziewięciu.
O, radości! Ile tu detali, ile informacji o średniowiecznym życiu. Lorenzetti namalował imponującą panoramę, z rozpoznawalną w samym rogu dzwonnicą katedralną. Ileż tu się dzieje! Ludzie handlują,  budują, naprawiają, podlewają kwiaty, upiększają domy, tańczą. Miasto jest otwarte, wieśniak może spokojnie przybyć i sprzedać tu swoje plony. Są dobrze uprawiane pola, jest i świnia cinta senese, dotąd bardzo ceniona na talerzach. I ten krajobraz, sielski, łagodny, sprzyjający człowiekowi.
Siena Museo Civico9 Nie obracam się już, nie chcę zapamiętać tego, co za moimi plecami, wychodzę z obrazem dobrej łagodności, z mocnym postanowieniem powrotu.
Ah! Zupełnie zapomniałabym. Na koniec, wiedziona ciekawością wspinam się po schodach, na których szczycie rozsuwają się przede mną drzwi i widzę olbrzymią loggię. Jest już ciemno, słabe oświetlenie nie pozwala obejrzeć dokładnie, ale cieszę się bardzo, że tu zajrzałam. Zadaszony taras jest położony na tyłach Palazzo Pubblico. Służył dziewięciu za miejsce wytchnienia, gdy na czas rządów nie wolno było im opuszczać ratusza. Może nie było wtedy aż tylu budynków, ale myślę, że widok niewiele się zmienił od czasu, gdy Rada wypoczywała w tej loggi. Na pewno widać było odległą Amiatę, czy Radicofani, lecz ja już mogłam się tylko ich domyślać, oko wydobywało tylko to, co odkrywało elektryczne światło.
Siena Museo Civico

Zapraszam do albumu z pojedynczymi zdjęciami: Siena Museo Civico

poniedziałek, 13 marca 2017

NIEDZIELNE RADOŚCI

Powiało zimą w poprzednim artykule, więc śpieszę donieść, że to wierutna nieprawda, albo baaaaardzo odległa przeszłość.
Wiosna w tym roku robi wielki ukłon, jest taka, jaka powinna być wiosna, chłodnawa nocą, za dnia spacerowa, lekko długorękawkowa, a w słońcu nawet obiadowa.

Miałam pisać o pewnych dwóch muzeach, ale one poczekają, a pogoda, jak to pogoda, bywa kapryśna, więc lepiej ją obłaskawić zachwytami.
Zanim ruszyłam z przygotowaniem niedzielnego obiadu, przeszłam się po ogrodzie. W końcu zeszłam na najniższy taras, gdzie odkryłam trochę kwietnych skarbów. Zresztą, cały ogród zachowuje się wiosennie. 
Ucieszyły mnie i proste stokrotki, malutkie, dzikie złocienie i anemony, które już prawie przekwitają, za to szykują się zasadzone przeze mnie jesienią. Żonkil, czy barwinek, nie sprawiły mi kłopotu w rozpoznaniu, ale miałam wielki problem z nazwaniem pewnych kwiatów, dopiero, gdy pochyliłam się z nosem nad nimi, z zadziwieniem rozpoznałam hiacyntowy zapach. Dzikie hiacynty? Liście mają zbliżone do żonkili.

Zaskoczyło mnie dużo niebieskości i fioletów, do wymienionych wcześniej trzeba dodać jeszcze fiołki, ogórecznik i rozmaryn, i takie maleństwa, których wszędzie pełno, a pszczoły teraz w nich buszują wypełniając całą łąkę bzyczeniem.



Część kwiatów musiała skończyć w wazonie - taki ich los! Lubię je w każdej formie, także tej udomowionej.
Na stół w ogrodzie zerwałam ciemierniki, resztą oprawy zajęło się słońce.

Pamiętając o skwarze, który latem będzie kazał chować się w domu, musiałam wykorzystać czas, gdy bez żadnego zadaszenia można usiąść i pałaszować z widokiem. 
Wyniosłam psom legowiska. Druso większość przeleżał w cieniu, ciągle jeszcze ma wystarczająco dużo czarnej sierści, by szybko się nagrzewać, a starowinka Bojangles nic sobie nie robił z ciepełka, najlepiej mu pod przykryciem, na chwilę najwyżej wysuwał pysk, albo ... łapy.

Miałam spędzić leniwe niedzielne popołudnie w domu, ale po Mszy, L. zaproponowała mi, byśmy się wybrali z jej mężem na spacer do Striglianelli. Motywacją, oprócz pogody, wspólnego towarzystwa, była też możliwość zobaczenia wnętrza kościółka, który Wam pokazałam we wpisie "Pierwsze impresje"Na zakończenie "Acqua Santa" (rodzaju kolędy), z którą Krzysztof poszedł do pobliskich domów, zaplanowana została tam Msza św. To rzadkie wydarzenie (w wykonaniu obecnego proboszcza po raz pierwszy), więc trzeba było łapać okazję. 


Szliśmy do Striglianelli trasą niezwykle urokliwą, przy dźwięku szumiącej górskiej rzeczki.

Dowiedziałam się na 100 %, że woda tu nie wysycha, więc mam silne postanowienie spróbowania, czy chłodzi w największe upały. Spotykane po drodze kaskady już teraz kusiły, by zrobić sobie masaż z biczy wodnych. 
Ponoć są tutaj pstrągi!

L. pokazywała mi różne roślinki, twierdząc uparcie, że są pysznymi sałatami. Dużo nauki przede mną.
Dwa tygodnie temu ja z kolei pokazałam jej gallusy, z których robi się atrament, więc podczas tego spaceru każdy dąb był pilnie oglądany, czy znajdują się na nim charakterystyczne narośle. Uzbieraliśmy następną porcję do warzenia.
208-IMG_2380

W końcu dotarliśmy do kościółka. Prościutki, wiejski, pełen uroku.

I te dzwony!


Warto było się wybrać dla samego ich dźwięku niosącego się po wzgórzach. Nazwa osady brzmi właściwie jak dzwonki - wymawia się ją striljanella.

Wyprawa do Striglianelli zakończyła się kawą w Trattoria Torracchi (pisałam tutaj o jej pysznie domowym jedzeniu). Kawa nie działa na mnie pobudzająco, za to takie dni, jak wczesno wiosenna niedziela i owszem, dodają animuszu, uskrzydlają, chce się chcieć!

205-IMG_2377

Cały niedzielny album:

Wiosna w Tobbianie / Primavera a Tobbiana

sobota, 11 marca 2017

ZŁODZIEJE!

Zwariowałam zupełnie.
Mało mam zajęć?
Ale nie mogę im odpuścić.
W ogrodzie mieszkają złodzieje. Kradną mi czas, bywa, że długie minuty czaję się, by je złapać.Tak, tak "je", nie "ich".
Mam bardzo dobre miejsce do prowadzenia obserwacji, w kuchni są przeszklone drzwi, wychodzące bezpośrednio na ogród, a i łazienka ma pojedyncze okno z tej samej strony. Możecie być pewni, że to były pierwsze szyby umyte w tym domu.
Zafascynowały mnie ptaki!
Niektóre stadnie buszują w części z gajem oliwnym, bo zostało tam dużo owoców, gdyż w zeszłym roku nie zbierano oliwek, pospadały, więc zwłaszcza szpaki miały wyżerkę całą zimę.
Niektórym maleństwom trochę dopomogłam, wyłożyłam karmę, nadziałam jabłko na gałąź najbliższego drzewka. Podczas mrozów lałam gorącą wodę do poidełka, by rozmrozić lód. Na początku myślałam, że robię coś głupiego, ale szybko się przekonałam, że ptaki korzystały z tak pozyskanej wody, nie tylko, by zaspokoić pragnienie, ale, by się wykąpać!
Zauważyłam, że sroki są strasznie płochliwe, nie podchodzą blisko budynku, przejęły tereny na krańcu ogrodu, a i tak, gdy wyczują, że stanęłam w drzwiach, szybko odlatują.

Myślę o zrobieniu listów gończych, ale muszę znać nazwiska podejrzanych:



Bardzo się ucieszyłam ze szczygłów. Nigdy nie widziałam ich na żywo. Część już rozpoznałam, ale nie jestem pewna niektórych, zostawiłam więc je bez podpisu. Może wśród czytelników znajdą się znawcy? Bo ja to absolutnie początkująca jestem.
Jeśli ktoś rozpozna ptaszę, proszę napisać w komentarzu na blogu numer ptaka i jego nazwę, chociażby popularną. Na flickrze nie da się pisać bez zalogowania, a nie chcę nikogo do tego zmuszać. 
ptaki w Tobbianie / uccelli a Tobbiana


Zewnętrzny album z miniaturami: kliknij tu

poniedziałek, 6 marca 2017

RZYMSKA MOZAIKA cz.II

Jednym ze sposobów, w jaki odkrywam nowe miejsca, jest wejście na mapę i krążenie po interesującej mnie okolicy.
Szukam na mapach Google, po zdjęciach, albo na mapie Wikipedii.
Pewnie napiszę oczywistość, ale może przyda się ona komuś.
Większość opisanych na Wikipedii zabytków nad zdjęciem w prawej kolumnie ma malutkie menu z koordynatami geograficznymi i mapą, na to ostatnie słowo klikam, bo można przez link dojść do następnych zaznaczonych na mapie obiektów, najbliższych temu, co pierwotnie sobie oznaczyłam.

Zaczęłam od konsulatu i promieniście wyszukiwałam czegoś, na czym zawiesiłabym oko.
Jest! Nie wchodziłam w opisy, szybko przeszłam na stronę kompleksu, żeby się zorientować, jakie są jego godziny otwarcia. Uważajcie! Mają przerwę obiadową.
Zanotowałam w pamięci nazwę, ogólny kształt budynku i lokalizację. To wszystko.

Nie doczytałam nawet, na którym przystanku konkretnie należy wysiąść (strajk, na szczęście, już się skończył), a tak pojechaliśmy o jeden za daleko, dzięki czemu zaczęliśmy od lepszej strony; lepszej, bo zachwyty mogły wzrastać, a trudniej byłoby zacząć od wysokiego C i się na nim utrzymać.
Gdzie dotarliśmy?
Do kompleksu zabytkowego Św. Agnieszki za Murami, oddalonego o około 2 kilometry od aureliańskich murów.
Wszyscy miłośnicy Piazza Navona mogą się zdziwić, że znowu św. Agnieszka, wszak tam jest też kościół pod jej wezwaniem, słynący też z historii pojedynku artystycznego między Berninim a Borominim.
Według legendy to tam zginęła nastoletnia Agnieszka, która sama przyznała się do bycia chrześcijanką. Obnażono ją, lecz cudownie urosły jej długie włosy, by okryć niewinne ciało; oddano ją do domu publicznego, bo prawo rzymskie zabraniało zabijania dziewic, ale jedyny mężczyzna, który odważył się do niej podejść, został rażony ślepotą, wrzucono ją do ognia, nie spaliła się, więc dobito ją mieczem przebijając gardło, inne wersje mówią o ścięciu głowy. Tak czy siak, łatwo nie przyszło jej zabicie.
Rodzina pochowała ją w już wtedy funkcjonujących katakumbach za murami.
Weszliśmy najpierw do Bazyliki św. Agnieszki, z zewnątrz mocno romańskiej, położonej w narożniku między ulicami Nomentana i S.Agnese.

Kościół ten ma tytuł bazyliki mniejszej (większe są tylko cztery), który przyznaje się kościołom o większym znaczeniu liturgicznym, pielgrzymkowym, czy zabytkowym. Nie znam życia liturgicznego, ani pielgrzymkowego tego miejsca. Sprawdziłam potem, czy Hanna Suchocka wymienia go wśród bazylik stacyjnych - nie, ku mojemu zaskoczeniu (patrz: "Rzymskie Pasje. Kościoły Stacyjne Wiecznego Miasta"). Jestem za to bardzo przekonana, że Bazylika św. Agnieszki zasługuje na swój tytuł jako dzieło sztuki.

Wewnątrz widać wiele przeróbek, lecz nadal czuć charakter średniowiecznej świątyni, bo trudno tu pisać o zupełnych jej początkach, czyli IV wieku. Ciągle trwają rytmy kolumn i arkad, tworząc rzadkie w Rzymie empory.

Wyraźna różnorodność kolumn każe domyślać się "odzysku". To pozostałości z różnych antycznych ruin. Widać trzony gładkie, z pionowymi żłobieniami, ze spiralnymi - różne materiały, wiek powstania, wielka zbieranina.
Światło leniwie sączy się przez małe okna, jednak pozwala wyłapać mgnienia najcenniejszego chyba zabytku - mozaiki w apsydzie. Pochodzi z VII wieku i przedstawia św. Agnieszkę, koło której stoi dwóch papieży: Honoriusz i Symmachus (i tu się rodzi niepewność, bo są źródła, które mówią, że to Grzegorz Wielki, z księgą jako atrybutem). Kompozycja jest bardzo prosta, ze schematycznie przedstawionymi postaciami, widać wyraźnie wpływy sztuki bizantyjskiej.

Zapamiętajcie koniecznie te sztywne postaci, ich niematerialność, symboliczność. To nie są portrety realnie żyjących osób. Nawet się nie będę wysilać na lepszy opis, bo bardzo sugestywnie uczyniła to Bożena Fabiani w książce "... Muszę i Rzym zobaczyć":
W ... Santa Agnese fuori le Mura w lśniącej złotem apsydzie pojawiają się mozaikowe postaci zaledwie dwuwymiarowe, pozbawione wypukłości, odcieleśnione. Śliczna buzia św. Agnieszki o rysach laleczki jest całkiem płaska, a jej postać "wprasowana"  w złote tło boskiej krainy, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, ale też i nie ma cienia. Tracą też swą zwyczajną wypukłość fałdy szat, znika wszelki modelunek, a światłocień zastępuje kreska, linia, kontur. Jest to sztuka czystko dekoracyjna, pozbawiona iluzji przestrzeni i narracji, daleka już od tradycji hellenistycznej.
A że bidulkę usiłowano najpierw spalić, potem przebito gardło, to po bokach stóp ma płomienie, które się rozstąpiły by jej nie tknąć, a pod stopami leży miecz. Uczyniono tutaj z niej władczynię, może władczynię rzymskich serc? Zwą ją wszakże pupilką Rzymian (od słowa źrenica = łac.pupilla). Stoi więc sztywno ubrana w we władczą purpurę, obwieszona perłami. Na szacie "wyszyte" feniksy - symbol nieśmiertelności, odrodzenia się (tutaj dosłownie) z popiołów.
Ciekawe, że Agnieszce nie dodano istotnego atrybutu, po którym od razu można ją rozpoznać - dwóch baranków. Baranki? Znowu pojawia się kilka tłumaczeń.
Jedni twierdzą, że jest to pamiątka po wizji, jaką mieli rodzice świętej - zobaczyli córkę z dwoma barankami.
Inni zauważają, że greckie słowo hagnè (czysta, dziewicza) kojarzyło się Rzymianom ze słowem agnus (baranek).  No i że baranek jest wszak symbolem Chrystusa.
Przez stulecia potem składano w bazylice te zwierzęta, jako ofiarę. Ale niech się nie gorszą obrońcy zwierząt, nie zabijano ich, tylko wręczano je papieżom właśnie w święto Agnieszki (21 stycznia). Z wełny tych baranków robiono paliusze (pasy, swoiste stuły, wręczane co ważniejszym kapłanom Kościoła Katolickiego, obecnie nowo mianowanym metropolitom). Tradycja jest nadal aktualna, paliusze przed wydaniem leżą najpierw w urnie, która jest ulokowana nad grobem św. Piotra i to ją widzą wyglądający miejsca pochówku pierwszego papieża w Bazylice św. Piotra.
XVII wieczny baldachim usiłuje odwrócić uwagę patrzącego, ale nie jest w stanie, mozaika, każe wykręcać szyję, szlachetna prostota ma większą siłę przebicia.
Mozaika ma tak wielkie znaczenie, że w zwykłych przewodnikach niewiele więcej pisze się o wnętrzu. A przecież wystarczy podnieść głowę, by zobaczyć pozłacany drewniany sufit z pełnoplastycznymi rzeźbieniami.

Potem trzeba się rozejrzeć na boki, obejrzeć kaplice, w jednej widać średniowieczny fresk z Madonną, w innej św. Augustyna z następnej epoki. Jest też i kaplica z marmurowym ołtarzem, na którym ulokowano dwóch świętych oraz głowę Chrystusa, będącą XVI wieczną kopią z Michała Anioła.
W kościele wybudowanym na miejscu pochówku świętej nie może zabraknąć jej grobu, wystarczy zejść do krypty, w której pochowano i inną świętą - Emerencjanę.

Po prawej stronie od wejścia widać wielkie przeszklone drzwi, a za nimi schody wiodące w górę.

Stanowią rodzaj galerii z fragmentami tablic nagrobnych z lokalnych katakumb. Dla mojej duszy owładniętej literami, to uczta. Ileż tu krojów, ileż pomysłów na literę!



Schody wiodą na dziedziniec przyległego klasztoru, na który można też wejść prosto od Via Nomentana.

Ale nie wychodzimy, idziemy w drugim kierunku, odnotowujemy istnienie baru, zielonego zakątka na relaks, boiska, za którym skręcamy i "galerią zupełnie współczesnego liternictwa" idziemy ku następnym skarbom.




Ponieważ zachodzimy poniekąd z boku, najpierw widzimy wielką łąkę obramowaną ruinami starej bazyliki. To dopiero był kolos!

W chronologicznym porządku mamy do czynienia z pozostałościami najstarszej części całego kompleksu. Bazyliką konstantyńską, nazwijmy to, cmentarną. Teraz został tylko łuk apsydy, stoi wyrwany z kontekstu i chroni trawnik przed wiatrami. Był to bardzo intrygujący budynek, absolutnie odmienny w swojej roli od tego, do czego przyzwyczaiła nas nazwa "kościół".  Całą jego podłogę wypełniały pochówki, to jeszcze nic niezwykłego, ale już stypy w tym miejscu do naszych przyzwyczajeń nie należą. Ciekawe, że mimo wybitnie sepulkralnego charakteru, stara bazylika nie została wybudowana nad grobem św. Agnieszki, nad nim stanęła ta nowsza, z mozaiką.
Skąd nazwa konstantyńska? Budynek powstał na życzenie córki cesarza Konstantyna II - Konstantyny. To imię powoduje dużo zamieszania w tłumaczeniu na język polski. Raz się używa Konstantyna, raz Konstancja. Chodzi o wnuczkę (a nie córkę) Konstantyna I, tego, który wydał edykt proklamujący swobodę wyznawania chrześcijaństwa - Flavię Massimę Faustinę Costanzę żyjącą w IV wieku.
Mury, które zachowały się po dziś robią o wiele większe wrażenie od strony ulicy, na którą nie dotarliśmy. Nawet przez myśl mi nie przeszło iść je oglądać z tamtej strony, bo byłam pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyłam po tych ruinach.
Najlepiej zacznę od planimetrii:
http://www.santagnese.org/foto/plainmetria.jpg

W prawym rogu u góry widać pokazaną już przeze mnie Bazylikę św. Agnieszki. Główny, bardzo duży zarys, to owe ruiny z łąką, lecz tym, co mogę nazwać klejnotem niezwykłej urody, jest zaznaczone na mapie kołem Mausoleo di Santa Costanza, czyli kaplica grobowa poświęcona Konstancji, choć nie taki był cel jej wybudowana. To Konstancja postanowiła uhonorować ulubioną świętą Agnieszkę, dzięki której zaznała uzdrowienia, lecz Agnieszka pozostała w krypcie.
Zanurzamy się w IV wiek.
Kiedyś mauzoleum przylegało do konstantyńskiej bazyliki, teraz jest skarbem samym  w sobie, zamkniętą kompozycją, do której, idąc prosto od strony obecnej Bazyliki św. Agnieszki wiedzie aleja z żywopłotu. Nad nią pochylają się zadziwiająco wiotkie pinie. A może kłaniają się dumnym i prostym cyprysom po drugiej stronie?

Cały czas odsuwam moment wejścia.
Nabieram głębokiego oddechu, nie wiem, jak opisać to, co zobaczyłam, jak nie popaść w skrajną egzaltację (wiem, wiem, że mam do niej skłonności).
To może jeszcze chwilę, co się działo z budynkiem przez wieki.
Pochowano w nim nie tylko Konstancję ale i jej przyrodnią siostrę. Forma kaplicy wręcz sprzyjała temu, by zrobić z niej baptysterium i tak się stało. Na przestrzeni wieków, gdzieś w ludzkich głowach zalęgło się, że jeśli pochowano tu jakąś Konstancję, to znaczy się, że musiała być męczennicą i w powszechnym przekonaniu musiała być świętą. Stąd już niewielki krok do zmiany nazwy na Santa Costanza.
Około XIII wieku zmieniono funkcję i kaplica stała się kościołem.
Wchodzimy, z zalanego słońcem podwórza do półmroku, jeśli w ogóle oddycham, to tylko wczesnym chrześcijaństwem zakorzenionym w antyku.

Teraz staje się zrozumiałe, skąd w późniejszych wiekach pomysł na chrzty w tym miejscu. Kaplica powstała na planie centralnym, przestrzeń ołtarzową od ambitu oddziela podwójny rząd kolumn tworząc charakterystyczne rytmy. część centralna jest wyższa, co pozwoliło umieścić w niej rytmiczne ułożone okna, główne źródła dziennego światła.

Kontrast w oświetleniu jest tak wielki, że ambit doświetlony małymi okienkami pozostaje w głębokim cieniu.

Przyjrzyjmy się więc jeszcze środkowi, skoro przyciąga jasnością.
Wnętrze kopuły, wieńczącej na  antyczny sposób budynek, zostało pokryte freskami.

Trudno się jednak nimi zachwycić, jeśli wyobraźnia próbuje sobie wytworzyć wcześniejszy obraz - ponoć pełnej splendoru mozaiki.
Od razu widać, że pomieszczenie przeznaczono na uroczystości ślubne. Nie dziwię się wcale, bo architektura skupiona centralnie na ołtarzu i bliskiej niego Parze Młodej wspomaga w podkreśleniu podniosłości sakramentu.
Jest jeszcze coś w mauzoleum, co niesamowicie pasuje do zawieranego małżeństwa, do Mszy św., ale o tym za chwilę.
Odwróćmy się i przejdźmy ambitem, który wiedzie nas po kręgu. Uwaga ciągle jeszcze jest skoncentrowana na samej architekturze. Mimo centralnego planu, spostrzegamy chrześcijański element jakim jest krzyż. To nie tak oczywiste skrzyżowane naw i transeptu, lecz skrzyżowanie linii łączących największe nisze wyraźnie ulokowane symetrycznie tak, żeby powstawał równoramienny krzyż.
http://www.santagnese.org/img/scostanza_plan_sez.gif

W dużej niszy, dokładnie na wprost wejścia (4) ustawiono gipsową kopię nagrobka Konstancji. Oryginał wykonano z czerwonego porfiru, zarezerwowanego dla rodziny cesarskiej; od XVIII wieku znajduje się w Muzeach Watykańskich.
Powolutku doprowadzam Was do mojego największego zachwytu tego dnia. Do owego wysokiego C. Przyjrzyjcie się dekoracji wiernej kopii nagrobka.



Widzicie motywy chrześcijańskie? Szybko z chęcią odpowiemy, że tak, że przecież winorośl to główna roślina, poza kłosem zboża, która należy do bogatego świata symboliki chrześcijańskiej.
Nic z tego, mimo, że nawet widzimy uskrzydlone postaci. To antyczne putta i dionizyjskie sceny winobrania. Jeszcze nie wytworzył się chrześcijański kanon ikonograficzny. Oczywiście są proste elementy na tablicach nagrobnych, w katakumbach, ale sposób przedstawiania świata zostaje zapożyczony z bliskiego ówczesnym artystom antyku.
Mało przekonujące?
No to teraz spojrzymy w górę, na sklepienie beczkowatego ambitu. Zachowały się na nim oryginalne mozaiki. Koniecznie trzeba zapalić światło (wrzuć monetę, jakąkolwiek, ile wrzucisz, tyle oglądasz ze szczegółami). Czas za pierwszą monetę (sknerstwo nie popłaca) szybko się skończył. Na zachwyty pozwoliła druga, o dużo większym nominale. Pierwsza moneta przekonała mnie, że nie mam szczędzić.
Bogactwo kształtów, barw, kompozycji, wszystko się rusza, ćwierka, lśni, tańczy, fruwa, łopocze, pachnie cytrusami, laurem, tchnie dostojeństwem portretów. Życie.






Zawsze mnie intryguje zmysł estetyczny każący w znacznej odległości od wzroku lokować tyle piękna, tak szczegółowo przekazanego, w epoce bez zoomów i lornetek.
Jak zauważyliście zapewne, i na suficie dominuje dionizyjska żywotność. Wrócę jeszcze więc do sakramentu małżeństwa, który z chęcią zawierają tu Rzymianie.
Tak sobie pomyślałam, że na Mszy św. nie tylko wino w krew się zamienia, ale i pierwszy cud dotyczył wina u nowożeńców. Cudem też jest to, że ta opleciona mozaikowymi winoroślami struktura przetrwała do naszych czasów i cieszy oko, a serce wznosi ku radości.

Nie oprę się cytatowi znalezionemu w "Słowniku obrazów i symboli religijnych":
"Wino, wywołujące w człowieku poczucie wyższej formy życia ..."

A ja myślę, że nawet wina nie trzeba, by dotknąć doskonałości. 

Jeśli kilka zdjęć w artykule nie przekonało Was do moich zachwytów, 
zapraszam do obejrzenia całego albumu:

San Agnese Fuori le Mura

Jeśli wolicie najpierw zobaczyć miniatury, kliknijcie tutaj.