Niestety, tylko przez pewien czas weryfikacja obrazkowa skutecznie blokowała niechciane komentarze proponujące mi różne niecne rzeczy. Od kilku wpisów roboty pokonały tę zaporę. Nie ma więc sensu utrudnianie Wam życia. Będę dalej zmagać się z zalewem chłamu, a przynajmniej Wy nie będziecie musieli borykać się z trudnymi do odczytania obrazkami :) W zamian, starsze niż dwa tygodnie wpisy otrzymają blokadę, jeśli więc ktoś zachce zostawić komentarz, a trafi na ten mechanizm, proszę o napisanie bezpośrednio do mnie - chwilowo odblokuję dany wpis.

sobota, 25 października 2014

ŚWIĘTOWAĆ PO WŁOSKU

Zrobiła się już ze mnie straszna wrona, kraczę jako i tubylcy, a więc najlepiej idzie mi świętowanie przy jedzeniu.
Zanim jednak opiszę Wam dwa świąteczne posiłki, a zarazem polecę miejsca, gdzie można pysznie zjeść, opowiem o wersji turystycznej, na szybko.  Na siłę i tam można świętować, zwłaszcza kolacyjnie. Rzecz jednak dotyczy obiadu.
W Pistoi jest takie miejsce dla zgłodniałych i zabieganych turystów, na dodatek obawiających się nieznajomości języka (wszystkie opcje są niezobowiązujące), gdzie w cenie 9,90 euro można zjeść do woli. Napoje są liczone dodatkowo.
Jest to tzw. obiad bufetowy - wybieracie sobie sami z licznie wystawionych potraw na podgrzewaczach.  Podczas wędrówki po mieście ze znajomą Finką znalazłyśmy się tam w porze obiadowej, szkoda nam było czasu na dłuższą nasiadówkę w zwyczajnej restauracji, więc wypróbowałam polecone mi kiedyś miejsce. Hannele była bardzo zadowolona. Mogłyśmy smakować wielu potraw, dużo większej liczby smaków, niż podczas zwykłego posiłku, bo nakładałyśmy sobie ilości "degustacyjne". Kolacje są droższe, ale też mają promocyjne ceny, lecz ustalane zależnie od menu.
Nazwa lokalu "Povero Chic" - Via Sant'Andrea, 51.

A teraz ceny wzrosną.

Dwa następne lokale zostały wybrane, by świętować moje imieniny i urodziny. Są to dni dosyć blisko siebie, obydwa w październiku. Najbardziej jestem dumna, że Tata jadł wszystko bez obaw, a potrawy, na które się zdecydowaliśmy, nie należą do łatwych, dla nieprzyzwyczajonego podniebienia.

Pierwszym jest niedroga restauracja rybna w Viareggio - "Stella". Dziesięć lat temu byłam z przyjaciółmi na wakacjach w Toskanii.
Tak, tak - historyczne czasy!
Znajomy Krzysztofa zaprosił nas na owoce morza. Byłam wtedy bardzo nieufna wobec stworów i to był moment, gdy nastąpił przełom.
Ciągle gdzieś w pamięci miałam poczucie błogostanu, ale już właściwie nie pamiętałam, jak się nazywała restauracja. Na szczęście był jeszcze Krzysztof, który kojarzył, że to było blisko Misericordii. I to był trop! Bar Ristorante "Stella" - via Felice Cavallotti, 97.
Na pierwsze zjedliśmy maluśkie małże z rodziny urąbkowatych. Nie znalazłam na nie polskie nazwy, a po włosku to telline, albo arselle. Nie miałam pojęcia, że do ozdobienia niektórych moich świec przyczyniły się arselle.

To ich muszelki zalegują całe toskańskie wybrzeże. Właściciel wyjaśniał nam, że powszechnie praktykuje się ich połów do celów prywatnych. Jednak waga jednego zbioru nie może przekroczyć 5 kg, no i nie wolno ich sprzedawać.
Nasze zostały nam zaprezentowane w pojemniku z wodą. Świeżutkie, pachnące wręcz. Nie dziwota, że potem połączone z czosnkiem, pietruszką pomidorami i oliwą truflową, oblewające trójkątne ravioli z ricottą zdały się czystą poezją!
A na drugie podano smażone w mącznej panierce różności - wszelkiej maści stwory i dorsz.
W "Stelli" nie ma menu, trzeba zdać się na restauratora. A może jest menu? Nie zauważyłam, bo wszyscy klienci obecni tego dnia z niego nie korzystali. Jedynym mankamentem, a zarazem egzotycznym zjawiskiem, był sam prowadzący - gaduła pierwszej wody :) Mówił, nie dość że niewyraźnie, to obficie. A że sobie wybrał nas za interlokutorów, to czas oczekiwania na potrawy wydłużał nam się niemiłosiernie. Opowiadał nam o niektórych obiektach ze swojej kolekcji, rzeźb, zegarów zapełniających przestrzeń lokalu. Dywagował na tematy religijne, gdy dowiedział się, że Krzysztof jest księdzem.  W końcu baliśmy się o cokolwiek zapytać, bo mogłoby to spowodować dalsze opóźnienie w podaniu potraw. Dobrze, że było na co czekać.

A teraz znowu wróćmy do Pistoi, na moje urodzinowe świętowanie, najdroższe w tym zestawie, ale była to też kolacja pożegnalna przed odlotem Taty.
Ostatnio rozmawiałam z koleżanką o befsztyku florenckim i odkrytym lokalu "U Benito" w Orentano, a ona mi na to, że i w Pistoi można zjeść wyborną bistecca alla fiorentina.
Wracamy więc nie tylko do Pistoi, ale niemal na drugą stronę via Sant'Andrea, przy której mieści się opisany powyżej "Povero chic".
Pierwszy raz byłam w lokalu o tak bardzo współczesnym wystroju. Chociaż nie do końca tak wszystko było nowoczesne. Z lekkim dowcipem zostały wykorzystane elementy kojarzące się z masarnią, czy rzeźnikiem. Każdy stolik ma haczyki na torebki, co akurat jest rzadziej wykorzystywane, bo absolutną większość kientów stanowią mężczyźni. Mój wzrok przyciągnęła kula z korków od wina - powiedziano nam, że jest ich aż 1200!
Już na wstępie wita znak drogowy - uwaga na krowy, a potem gdzie się nie obejrzycie, to widać jakieś "krowie" maskotki, które zmiękczają zimne, marmurowo-metalowe wyposażenie.
I tutaj nie oczekujcie menu - podadzą Wam przystawki, zgodne z daną porą roku oraz bohatera lokalu - befsztyk. Wybór przystawek wyborny, że się tak wyrażę. Oprócz preferowanych przeze mnie kanapeczek z pasztetem zwariowałam na punkcie babeczki z prawdziwkiem i ciepłą scamorzą.
W każdej z sal "Bistecca Toscana" ulokowano telewizory, które umożliwiają podgląd na ruszt. Po zjedzeniu przystawek zostaje przyniesiony kawał mięsa, by pokroić go przy klientach. Jeśli ktoś lubi bardziej wypieczony befsztyk, prosi o takowy i w tym momencie zabiera się mięso do powtórnego opieczenia. Potrawa jest bez żadnej przyprawy, nawet jej nie solą, za to do stołu podają oliwę z rozmarynem i marynowanym pieprzem - na podgrzewaczu - oraz grubą sól w młynku. Zacny pomysł.
Z zaciekawieniem obserwowałam Tatę, gdyż to był jego chrzest bojowy. Zdał na piątkę!

Dał radę jeszcze cantuccini w winie typu passito oraz przepysznemu kawowemu kremowi firmy Eraclea, że nie wspomnę o piciu espresso (nie do pomyślenia wcześniej).
Dla mnie największym minusem jest to, że nie można przyjść do "Bistecca Toscana" na obiad, jest mi trudno trawić kolację obfitszą od kanapki. Całą trójką nie sprostaliśmy jednemu kawałowi mięsa, dlatego z podziwem obserwowaliśmy siedzącego koło nas samotnego klienta, który bardzo dokładnie "wchłonął" troszkę tylko mniejszą porcję. Następnym razem (musi być następny raz!) poprosimy o mniejszy zestaw przystawek.
Pan nas obsługujący był zaciekawiony, jak do nich trafiliśmy. Wyjaśniłam, skąd się dowiedzieliśmy o lokalu oraz dlaczego przyszliśmy. Reakcja była natychmiastowa: To ja dam Pani prezent. I wyszłam z restauracji z grubym ceratowym fartuchem, takim jakiego używają ich pracownicy w kuchni. Mój osobisty, oczywiście, nie był używany, był zapakowany i obwiązany kokardą :) No i jak ja mam tam nie wrócić?


czwartek, 23 października 2014

UMBRYJSKIE WĘDROWANIE cz.3

I już ostatni odcinek z umbryjskiej serii.

Najpierw wycieczka.
Pojechaliśmy jeszcze całą grupą odwiedzić moją ulubioną świętą - Ritę. Sama Cascia nie budzi wiele emocji, zbyt współczesna, ale już czymś innym jest Roccaporena - miejsce jej narodzenia. A tam miejsce, które jako jedyne jest wiarygodnym świadkiem życia św. Rity - kościół, w którym wyszła za mąż.

Także tzw. ogród św. Rity porusza głównie obecnością zdjęć wetkniętych w skałę przy pomniku.

Ciekawie jest też obejrzeć rekonstrukcję domu, jego wyposażenia, czy też lazaretu, w którym pomagała święta.


No i została sama Perugia.
Kilka razy przespacerowana, ale ciągle za mało.
Najważniejszym nowo poznanym obiektem jest kościół niedaleko klasztoru, gdzie odbywały się warsztaty. Ciągle spoglądałam z góry na krągły, niski stożek dachu.  Wiedziałam, że mam się spodziewać zabudowy centralnej i tylko tyle.
Kościół Michała Archanioła, bo pod takim jest wezwaniem, często nazywają w Perugii "tempietto" (świątynka), raczej nie ze względu na jego rozmiary, lecz na to, że w tym miejscu stało kiedyś rzymskie mitreum, a podejrzewa się, że i etruskie tempio. Doszłam przejściem spod Porta Sant'Angelo -  średniowieczną bramą pełniącą również rolę siedziby straży. Ponieważ doszłam z boku i od razu weszłam do wnętrza, tak i Was poprowadzę.
Znalazłam się w bardzo odległych czasach. Nikogo zwiedzającego, tylko ja i paleochrześcijańska świątynia z V wieku, jedna z najstarszych takich we Włoszech. Swoim kształtem  i charakterem przypomina mi Santo Stefano Rotondo z Rzymu, ale na jej ścianach nie ma cyklu pokazującego makabryczne sceny męczeństwa, te w Perugii są niemal puste, można je zapełnić swoją wyobraźnią.
Tylko jakieś pozostałości, czasami w ramach,  przerywają kamienną prostotę, podsuwają widoki całych ścian zapełnionych kiedyś freskami.

Spod ocienionych arkad wzrok wędruje ku górze, szukając źródła światła. Promienie sączą się przez małe okienka w tamburze, spadają na prosty ołtarz. Zdawać by się mogło, że korynckie kolumny nie pozwalają im dojść do nawy (czy nawa to dobre określenie?).

Idę po kręgu, tym razem schylam głowę. W podłogę wmurowano wiele ciekawych płyt, prawdopodobnie nagrobnych, choć trudno się tego domyślić. Za to widać, że dotyczyły różnych rzemiosł. Jedna jednak odstaje od reszty. Pentagram? W kościele? To kamień jeszcze z czasów rzymskich.

Zaglądam do bocznych kaplic. Każda to mały świat. W jednym króluje figura Michała Archanioła, w drugim piękny krucyfiks, a w trzecim Matka Boża pilnuje misy chrzcielnej.

Obchodzę kościół kilka razy. Trudno mi z niego wyjść.
Na zewnątrz jednak też jest pięknie i cicho, daleko od miejskiego zgiełku. Wykorzystują to młodzi ludzie, zainteresowani jedynie polegiwaniem na trawniku.
Odwracam się jeszcze na chwilę, spoglądam na proste wykończenie ścian, z dosyć prostym marmurowym wejściem, malutką, ledwie widoczną dzwonnicą.

A potem prosta droga wiedzie mnie ku miastu, w którym jeszcze tyle do odkrycia.
Na koniec wpisu pozostaje więc jeszcze garść zdjęć i koniec z Umbrią na ten rok.