poniedziałek, 21 czerwca 2021

OLIWKA WĘDRUJE DO ...

Wybaczcie byle jakie karteczki, ale jestem poza domem, zatrudniłam przyjaciół do losowania i tak oto z motylego pudełka wyfrunęła ...





Serdecznie gratuluję wygranej i proszę o kontakt drogą mailową z podanym adresem domowym. Jeszcze raz dziękuję też Małgosi Pająk z Flory za podarowanie tak wspaniałej nagrody. 

czwartek, 17 czerwca 2021

LISTA

W oczekiwaniu na losowanie będę wpisywać tutaj listę chętnych na drzewko. 

Proszę sprawdzić, czy kogoś, przez pomyłkę, nie pominęłam. Osoby wpisuję w kolejności zgłoszeń:

1. Magdalena K.

2. Agajka

3. Jolanta Sk.

4. Agnieszka

5. Hajduczek

6. Tatiana

7. Bogda

8. Iwuada

9. Annamaria

10. Ewa

11. Alicja

12. Ala T.

13. Aneta

14. Dorota C.

Przypomnę, że losowanie odbędzie się w poniedziałek, 21 czerwca, na zgłoszenia czekam do godziny 20:00. 

poniedziałek, 14 czerwca 2021

OLIWKOWY KONKURS

W zeszłym roku poznałam bardzo przedsiębiorczą rodzinę z Polski, produkującą rośliny oraz sprowadzającą je z Włoch. Z zafascynowaniem słuchałam, jak prowadzą swój biznes. Od tego czasu widzieliśmy się już kilka razy, a że mieszkamy w  regionie szkółkarzy, to udało nam się pomóc w nawiązaniu kontaktu z jednym z większych producentów w rejonie. Wiem, że już podpisali kontrakt na następny rok i chyba z tej radości Państwo Pająkowie postanowili podarować komuś z moich Czytelników 2 metrowe drzewko oliwne. 

Trafili idealnie w czasy, gdy świętuję rocznicę przyjazdu do Toskanii. Tym razem trochę z wyprzedzeniem, bo przecież dokładna data to 27 czerwca, ogłaszam losowanie.

Od dzisiaj każda osoba może zgłosić się do udziału w konkursie. Warunkiem jest ewentualne (dopiero po wygranej i to w prywatnej wiadomości) podanie adresu pocztowego wygranej osoby, tylko na terenie Polski. Drodzy Czytelnicy! Macie tydzień na zgłoszenie w komentarzu pod tym wpisem, bądź mailowo (formularz kontaktowy znajdziecie na dole bloga). Losowanie odbędzie się w następny poniedziałek, 21 czerwca. 

Jeśli interesują Was rośliny sprowadzane z Italii, i nie tylko, zapraszam na stronę Flory

czwartek, 10 czerwca 2021

UŚMIECHNIĘTA KATEDRA

"Jadę do kurii w Fiesole."
To krótkie zdanie wystarczyło, że od razu zadeklarowałam się jako pasażerka. 
Fiesole, puste, lekko senne, niemal bez turystów. Wybrałam jeden obiekt, bo nie miałam zbyt wiele czasu. Tym razem wróciłam do katedry, której chyba nigdy porządnie nie opisałam, a to błąd. Postanowiłam naprawić go tym artykułem. 
Pierwszy uśmiech zakwitł na mojej twarzy gdy weszłam do środka, a tam grupka turystów kończyła zwiedzanie i zostałam absolutnie sam na sam z wszystkimi cudeńkami. 


Eh! Wyjdź.
Przecież nic nie opowiedziałam o bryle kościoła, a ta, mimo wielu przeróbek, zachowała romański charakter, łącznie z półokrągłą absydą prezbiterium i dużymi kamiennymi blokami szarego kamienia. 



Dokumenty mówią, że świątynię zbudowano w XI wieku i od tego czasu, aż po nam współczesne, pełni funkcję katedry, głównego kościoła przedziwnej diecezji. Wyobraźcie sobie, że ta diecezja nie ma ciągłości terytorialnej, co widać wyraźnie na mapie, zadziwiło mnie też, że należy do niej tak znany rejon jak Chianti, położony na południe od Florencji, a przecież samo Fiesole jest położone na północ od niej.

Di Paolo3577 - Opera propria, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46341053

Fiesolańską katedrę przebudowano wiele razy, najbardziej znamienne i widoczne zmiany to krenelaż ponad 40 metrowej dzwonnicy, czy XIX wieczna fasada, skromna, z prostymi, głównie reliefowymi zdobieniami.


 Elewacja ma wyrazisty podział sugerujący niższe nawy boczne, lecz wcale nie odtwarza wiernie przekroju pionowego, wystaje ponad dach. Nie jestem dobrze obeznana w terminach architektonicznych, ale myślę, że taki typ fasady nazywa się kurtynową. We włoskim to zupełnie inne określenie, bezpośrednio nieprzetłumaczalne. Widzimy więc wyraźnie uskoki, w przeciwieństwie do fasad dominujących na północ od Alp, z dwiema wieżami wbudowanymi w przód świątyni.  


Trzy wejścia prowadzą nas do wnętrza. Ani na froncie, ani na żadnej innej elewacji nie znajdziemy trójwymiarowych rzeźbiarskich zdobień. Potrzebę romanizmu zaspokaja jedynie wspomniana już przeze mnie zaokrąglona absyda.
We wnętrzu jest inaczej, cały układ jest charakterystyczny dla tutejszych średniowiecznych świątyń. Trzy nawy, w tym boczne niższe, oddzielone są od siebie prostym rytmem kolumn z rzeźbionymi kapitelami. 


Podniesione prezbiterium daje miejsce krypcie, a całość przykrywa, jakże często tu spotykany sufit  z odsłoniętą więźbą dachową. 
Wszystko wypełnia szara tonacja kamienia, dzięki czemu nasz wzrok od razu przyciąga mieniąca się złotem i intensywnymi barwami późnogotycka nastawa ołtarzowa w postaci poliptyku "Madonna z Dzieciątkiem i świętymi" namalowana w połowie XV wieku przez Bicci di Lorenco. 



W tle nad nim, niczym czasza ochronna, rozpościera się historia San Romolo (patrona katedry), namalowana w XVI wieku przez Nicodemo Ferrucci. 



Niestety, (a może i dobrze?) nie da rady podejść pod sam ołtarz, by przyjrzeć się tym pięknościom. Po bokach prezbiterium umieszczono tryptyki nawiązujące do stylu ołtarza, lecz będące późnymi, XIX wiecznymi realizacjami. 
Mogłam zajrzeć jeszcze do kaplicy z prawej strony, umieszczonej na tym samym, wyższym poziomie, zwanej Kaplicą Salutati, w której oko cieszą i fresk na sklepieniu przypisywany Cosimo Roselli i wspaniałe dzieła Mino da Fiesole, rzeźbiarza działającego w XV wieku. 



To następne miejsce wyróżnione z szarości kamienia katedry, wyróżnione bielą marmuru, potraktowanego delikatnie i zwiewnie.
Muszę na chwilę choć zatrzymać się nad samym Mino, bo wbrew określeniu da Fiesole, nie pochodził z tej miejscowości, ani nawet z Poppi, bo i tak był określany - da Poppi. Vasari dodał jeszcze inne miejsce przy imieniu artysty. Jak widać, trzeba zawsze brać poprawkę na to, co pisał pierwszy nowożytny historyk sztuki. W rzeczywistości Mino urodził się niedaleko miejscowości Stia, w Papiano. Z jego wczesnych dzieł, mimo widocznych wpływów toskańskich, trudno wywnioskować, czy uczył się w jakimś słynnym warsztacie. 
Gdy patrzę na nastawę ołtarzową mam wrażenie malarskości, pewnie udzieliły mi się pobliskie obrazy w złotej ramie i tryptykowy podział, to wrażenie podtrzymuje reliefowe tło dzieła. Temat tej nastawy ołtarzowej (Także Madonna z Dzieciątkiem i Świętymi) został pokazany w renesansowym "naturalizmie", postaci już nie siedzą sztywno, gestykulują, nawiązują ze sobą bezpośredni kontakt. 



Madonna w zwiewnych szatach z czułością przygląda się dwóm brzdącom - Jezusowi i jego kuzynowi Janowi Chrzcicielowi. Mam wrażenie, że stojący po jej lewej stronie San Leonardo, trzymający modlitewnik, nie czyta, tylko spogląda zza niego na dwóch baraszkujących chłopczyków. Trudno mi odczytać, kim jest niewymieniona w tytule postać, leżąca u stóp św. Remigiusza, być może to król Franków Chlodwig, ochrzczony przez tegoż świętego, choć bardziej bym się skłaniała ku komuś potrzebującemu zdrowotnej pomocy, zadżumionemu, bo święty jest patronem wzywanym w zagrożeniu epidemią. Jak znalazł na obecne nam czasy.
W nastawie marmurowej ciekawe są dysproporcje między klęczącą Madonną a świętymi, Mino w renesansowy sposób przemycił średniowieczną hierarchę postaci, Matka Boża wszak klęczy a i tak jest wyższa od Leonardo i Remigiusza, nie wspominając o popiersiu Zbawiciela, który wydaje mi się być już zupełnie nie z tej kompozycji, dosłownie wieńczy dzieło.
Kaplica Salutati wzięła swoją nazwę od nazwiska biskupa Leonardo Salutatiego, którego nagrobek, dzieło także Mino da Fiesole, możemy w niej podziwiać. To od tego z maestrią wyrzeźbionego popiersia przyszedł mi na myśl tytuł całego artykułu.  



Moje poszukiwania na temat samego biskupa zakończyłam fiaskiem, znalazłam dwa tytuły książek, ale nie mogłam dotrzeć do ich treści.
Lekko tajemniczy uśmiech biskupa nałożył mi się filtrem na oczy i potem już wszędzie doszukiwałam się uśmiechu, nawet wśród ukrytych w cieniu bocznych naw popiersi, z wysoka spoglądających na moją radość. 



Rozanielona weszłam do krypty. Nie mam pojęcia skąd te moje ciągoty do miejsc z założenia będących pochówkami. Może to ta wyrazistość przestrzeni, las kolumn, skupienie wymuszone niskim sklepieniem?




Po prawej stronie zejścia czeka skromna, jak na tamte czasy, chrzcielnica wyrzeźbiona przez autora kolumny z Placu Świętej Trójcy we Florencji. 


Wśród kapiteli cieszą mnie te z prostymi figuralny,i dekoracjami.

 
Zza kraty z XIV wieku wzrok przyciąga srebrna szkatułka z emaliowanymi dekoracjami, kryjąca relikwie San Romolo, patrona i katedry i Fiesole. 


Szukałam, kogo tak pięknie uhonorowano. Trudno wśród legend znaleźć, co jest prawdą. Ograniczę się tylko do faktu, że był biskupem Fiesole, być może pierwszym, wprowadził chrześcijaństwo na ziemie położone na północ od Florencji. 
Właściwie już musiałam wychodzić, ale pokręciłam się jeszcze po świątyni, do czego i Was zapraszam:

 

Nie zapomnijcie też zajrzeć do

niedziela, 16 maja 2021

CARPE SOLEM

"Chwytaj słońce"- to nie tylko przetworzenie frazy carpe diem, choć dosłownie na czas wyprawy nad głowami zaświeciło nam słońce - ostatnio rzadki gość na toskańskim niebie, dla mnie to także radość chwytania dobrych chwil, o których niespodziewanie usłyszałam, to także wstęp do hasła nad jednym z  wielkich kominków w posiadłości. Ale wybiegam za bardzo do przodu, a przecież najpierw muszę napisać, jak to udało mi się chwycić moment, by zarezerwować możliwość obejrzenia budynku. koło którego czasami przejeżdżałam. 

L. słyszała ode mnie o Castello Samezzano, więc gdy tylko wpadło jej w oko ogłoszenie o Dniach Fondo Ambiente Italiano, przesłała mi tę informację. Mnie Castello już tak nie ciągnie (odsyłam do tekstu sprzed 10 lat "Dzieckiem będąc"), wolę jednak toskański styl, ale tylko dzięki temu dowiedziałam się, że FAI nie odpuszcza i, zachowując przepisowe reguły, zorganizowało w całych Włoszech wstępy do różnych ciekawych miejsc. Szybko kliknęłam na Toskanię i zobaczyłam, co było na liście tegorocznej wiosennej edycji. Wybrałam położoną niedaleko od nas Villa Castelletti. 

Z drogi można się od razu  domyślić jej istnienia, bo przecież gdzieś musi prowadzić imponująca aleja cyprysów.

Poza tym, nad drzewami można wypatrzeć marzenie, o którym już nawet nie śmiem marzyć, czyli loggię na dachu. 


Eh! Wiem, wiem, i tak trafiło mi się cudowne miejsce, więc absolutnie nie narzekam, poza tym nie wyobrażam sobie "ogarnięcia" takiego budynku. 

A czym jest Villa Castellletti? Jaka jest jej historia? Nie zachowały się żadne dokumenty świadczące o początkach jej istnienia, przypuszcza się, że powstała na początku XV wieku, być może na pozostałościach jakiejś struktury zamkowej, o czym świadczy jej popularna nazwa Castelletti  (castello=zamek). Wiąże się ją z rodem Strozzi, jednak dopiero XVI wiek przynosi konkrety, ślady w dokumentach, na mapach. Willa przechodzi w ręce innego zacnego florenckiego rodu Cavalcanti, którego członkiem był w XIII wieku poeta Guido, przyjaciel Dantego Alighieri. Za czasów posiadania Villi Castelletti Cavalcanti rozbudowują ją, dodają też niedalekie zabudowania, łącznie z młynem nad rzeką Ombrone. Obecnie część z nich stanowi hotel będący doskonałym uzupełnieniem do willi, która jest miejscem wszelkiego rodzaju uroczystości, w tym, przeważnie, wesel. W Bibliotece Narodowej we Florencji zachowała się grafika Giuseppe Zocchi, na której widać stan posiadłości z XVIII wieku.

https://catalogo.beniculturali.it

Jednym z właścicieli Villa Castelletti był Giovanni Meyer, urodzony w Petersburgu, w rodzinie o korzeniach niemieckich, zmarł w willi w 1916 roku. Jego nazwisko jest tutaj wszech obecnie znane, nawet jeśli nie ma się dzieci, gdyż był fundatorem świetnie działającego Pediatrycznego Szpitala noszącego jego imię. Nie będę Was już zanudzać złożonymi losami posiadłości, w czyje ręce dalej przechodziła, mogę tylko uprzedzić, że miała szczęście do dobroczyńców, o czym za chwilę. Najpierw jednak chociaż króciutko opowiem o samym budynku.

Jak możecie zauważyć, porównując grafikę ze zdjęciem, mamy do czynienia z willą, którą przebudowano. Wiele razy coś dodawano, powiększano. Mimo tego Villa zachowała typowo toskański charakter podmiejskiej posiadłości, budowanej już od XV wieku w oparciu o zalecenia Leona Battisty Albertiego. Może to wpływy sąsiedztwa? Niedaleko stąd znajduje się słynniejsza rezydencja, w Poggio a Caiano, kiedyś własność Medyceuszy. Widać ją z loggi na dachu. 

Obecny kształt Villa Castelletti to głównie XVIII i XIX wiek. Także jej wnętrza zachowały kilka ciekawych elementów wystroju, jak kominki, kamienne portale, niektóre nawet manierystyczne, prawdopodobnie zakupione przez Meyera od antykwariuszy. 






Trudno nie zauważyć pięknej klatki schodowej z pietra serena, wyraźnie inspirowanej słynnymi schodami Michała Anioła z Biblioteca Laurenziana.

Mam wrażenie że teraźniejsi właściciele (Rodzina Allegri) nie dbają wielce o miejsce, wykorzystują przede wszystkim reprezentacyjne pomieszczenia parteru i piano nobile, wewnętrzny dziedziniec, zamieniony w letni salon, mogący pomieścić nawet 500 gości weselnych. 




Ja bym jednak przegnała wszystkich gości przez niezagospodarowane pomieszczenia, po wątpliwych drewnianych schodach, bo tego, jakie widoki oferuje loggia, nic nie zastąpi. 








I te kominy!





Do dyspozycji jest też olbrzymi park w stylu angielskim, którego nieckę wypełnia staw. 

Trudno się dziwić, że jest to podstawowe źródło dochodu Villi. Pandemia zatrzymała wiele pomysłów, ale doczytałam gdzieś, że "nie tylko wesela". Odbyły się tam koncerty, zorganizowano wielki piknik glamour. Moi znajomi parę lat temu byli tam na jakiejś wielkiej imprezie dobroczynnej. Zmierziły mnie jedynie wyblakłe reprodukcje najsłynniejszych dzieł sztuki, dobrane jedynie według klucza popularności, a nie miejsca powstania. Jakieś to mizerne. Nie poruszyły mnie nawet pozostałości gospodarcze w pomieszczeniach na drugim piętrze, które zobaczyłam idąc na loggię. Rozumiem, że nie da się od razu wyremontować takiej posiadłości, chociaż nie jestem pewna, czy właścicielom chodzi o odzyskanie dawnego splendoru całości, wszak zakupili willę w 1980 roku. 

A wyobraźcie sobie, że jeszcze w drugiej połowie XX wieku willa miała wielu mieszkańców, maleńkich, w wieku od 4 do 11 lat. I to jest najbardziej niespodziewane dla mnie zakończenie zwiedzania rezydencji. Już po omówieniu przez przewodnika, zostajemy odesłani do altany w której czeka na nas czterech panów po 70. 

Pierwszy zaczyna mówić z drżeniem głosu, widać jakieś niezwykłe emocje, widać brak wprawy w omawianiu tematu, ale słowo "temat" nie przystoi tej historii. Po wielu przejściach, w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku bezdzietne małżeństwo Croff z Mediolanu kupuje willę z przeznaczeniem na kolegium dla malutkich chłopców, pochodzących z biednych rodzin Włoch, często sierot, półsierot. 

Jest to mało znana część ich działalności, nie afiszowali się ze swoją dobroczynnością, choć trudno ukryć, że ufundowali skrzydło jednego z mediolańskich szpitali, poświęcone chorobom nerek, zakupując pierwszą we Włoszech maszynę do dializy. Villa Castelletti położona 15 kilometrów od Florencji, na obrzeżach miejscowości Signa idealnie pasowała do idei pomocy chłopcom żyjącym w tragicznych warunkach. Panowie opowiadający nam o życiu w tym miejscu byli najlepszym świadectwem fantastycznej realizacji takiego pomysłu. We Włoszech właściwie nie ma instytucji znanej nam jako Dom Dziecka, zawsze nazywano je sierocińcami i ostatnie takowe, przypominające małe koszary, zamknięto w 2006 roku. Obecnie dzieci trafiają albo do tymczasowych struktur edukacyjnych, albo do rodzin zastępczych, albo powierza się je na pewien czas jakiejś rodzinie, póki nie znajdzie się rodzina adopcyjna. Nie będę się o tym rozpisywać, bo to byłby właściwie osobny artykuł. Wróćmy do lat 50 aż po 70 poprzedniego wieku. Italia to nie tylko złoty wiek kina, dolce vita narodzona właśnie w tamtych czasach, to również straszliwa bieda. Chłopcy wyruszali z domów, w których nie było wody, prądu, nie znali języka włoskiego, mówili tylko dialektami. Jeden z nich po powrocie do swojej wioski, został posadzony na placyku, otoczono go wianuszkiem i kazano mówić. "Mów, mów!" Chcieli posłuchać włoskiego, którym nikt z nich się nie posługiwał. Panowie opowiadali o kolegium jako o miejscu pełnym rodzinnego ciepła, gdzie pan złota rączka o imieniu Brunero na Boże Narodzenie zdejmował wspaniałe dzieła sztuki (obecnie część w Uffizi), by udekorować ściany w wycięte z desek choinki i upiąć wokół nich lampki. Wyobrażam sobie, jak niezwykły musiał to być świat dla tych chłopców, którzy nie wiedzieli, jak wygląda światło zwykłej żarówki, nie zaznali w swoich domach prezentów pod choinką. Jeden z panów przyniósł zegarek, z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem, który dostał w kolegium na Pierwszą Komunię.

Bo, jak to w domu, w kolegium dzieci były wychowywane w religii ich rodzin. Tu szły także do bierzmowania, które choć obecnie i tak już trochę później, przyjmuje się dużo wcześniej, niż w Polsce. Niewiele tych pamiątek się zachowało, ale może dlatego są tak bardzo poruszające. Dwa talerze z wymalowaną w szkliwie nazwą kolegium, różaniec, obrazek z Aniołem Stróżem znad łóżka i zdjęcia. 



Wszyscy z dumą pokazywali siebie w albumie z fotografiami chłopców, z dumą, bo teraz, już jako mocno dorośli ludzie, z większą mądrością odkrywają, jak niezwykłej przygody doświadczyli, jak bardzo piękne dzieciństwo im ofiarowano, bez troski o zwyczajny byt. Jeśli mieli mamy, to te ich odwiedzały, lecz jakoś nikomu do głowy nie przyszło, że dzieje im się krzywda, że ich wyrwano z domów, jeśli w ogóle je mieli. Angelina Croff (nazywana przez chłopców mamą, jej mąż tatą) przejęła się bardzo, kiedy jedna matka zrozpaczona niemożnością utrzymania dziecka poprosiła ją, by adoptowała jej syna. Nie taki był zamiar dobroczyńców z Mediolanu, nie chcieli dzieciom zabierać matek, marzyło im się chociaż stworzenie dobrych podstaw, godne życie dla małych chłopców. Myślę, że świetnie to zrealizowali, bo nasi "gospodarze" z rozrzewnieniem wspominali świętowanie w kaplicy, psikusy, za który nie dostawali batów, wakacyjne wyjazdy nad morze, teatr, salę gimnastyczną.  


Myślę, że inskrypcja pod herbem Meyera, w portalu głównym, to idealna fraza odnosząca się do mojego "chwytaj słońce", bo czyż nie tak można realizować zalecenie "Non perder l'ora" (nie trać czasu), wykorzystać każdą chwilę, by nadawać sens naszemu życiu? 

W tej willi jest jeszcze rozwinięcie myśli. Na jednym z kominków widać napis dum tempus habemus operemur bonum - PÓKI MAMY CZAS, CZYŃMY DOBRZE. I tego zamierzam się trzymać.

A teraz zapraszam do łapania chwil w zdjęciach "Villa Castelletti"

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *