niedziela, 24 marca 2019

DANIE GŁÓWNE CZYLI KUPIEC NA TARGACH

Druga część tytułu artykułu to tłumaczenie cyklicznej imprezy, która odbywa się na terenie Parmeńskich Targów. Dwa razy w roku do Parmy zjeżdżają się handlarze starzyzną i antykami, nie tylko z terenu Italii.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę miała przesyt starociami, a jednak. Mój mózg nie był  w stanie podołać olbrzymiej liczbie wystawionych obiektów. Pod koniec chodzenia po halach marzyła mi się prosta nowoczesność. Na szczęście, to tylko stan przejściowy, jak po zjedzeniu zbyt dużej ilości słodyczy. Porządkując zdjęcia już nie odczuwałam nadmiaru, mogłam spokojniej zachwycić się tym, co człowiek wyprodukował, gdy forma była równie ważna, albo i ważniejsza od użytku.
Równie oszałamiające, jak liczba wystawców i obiektów wystawionych na sprzedaż, były ceny, więc wróciłam tylko ze zdjęciami.
Zwiedzałam razem z Kasią i Matteo, który ma głęboką wiedzę na temat mebli, więc przy okazji uczyłam się, jak rozpoznawać "ludwiki, empiry" i inne style. Sama też czasami wnosiłam coś ze swojej wiedzy, jak chociażby podczas wnikliwego oglądania krzyża z narzędziami Męki Pańskiej. To jest chyba jedyny obiekt, który z chęcią przygarnęłabym do domu, ale bałam się nawet zapytać o cenę. Dotąd byłam przekonana, że te nietypowe krzyże są głównie ludowymi obiektami (patrz artykuł Arma Christi), a tu taka perełka.

Może to był krucyfiks domowego użytku, niesamowicie pięknie zdobiony, ciągle mam nadzieję, że zawsze był w prywatnym posiadaniu.
Ta nadzieja wynika z bardzo smutnego przeglądu sztuki sakralnej. Z żalem i podejrzeniem wyprzedawania nieużywanych kościołów, a może i kradzieży, oglądałam piękne rzeźby, kielichy, relikwiarze, czy też nienoszące śladu użycia ornaty i kapy.

Moje oszołomienie tylko się wzmagało.
Zastanawiam się skąd wystawca miał emaliowane szyldy włoskiej ambasady, jak duże musiały być pomieszczenia, w których zawieszano ogromne lustra, kto wyjedzie z targów starym autem, gdzie powiesiłabym uderzający feerią barw żyrandol z Murano z cyrkowymi postaciami, jakim cudem można wyrzeźbić postaci z dwóch rodzajów marmuru, tak że ich szaty sprawiają wrażenie tkaniny, czy przyjęto by mnie do samolotu z oświetlaną szafą podróżną.







Wiedziałam, że nie budzi moich pozytywnych emocji widok talerza z Leninem, za to mopsy i charty z chęcią bym przygarnęła.



Jednego żywego charta hiszpańskiego podrapałam za uchem, a ten odwdzięczył się wtuleniem pyska i niechęcią do pożegnania.

Nie dam rady opisać wszystkich interesujących eksponatów. Zaznaczę na sam koniec, nie tylko artykułu, ale i wyprawy do Parmy, że wiedzeni głodem weszliśmy na teren targów zaczynając od poszukiwań wyszynku, dlatego nie zwróciliśmy uwagi na arcyciekawe stoisko wystawowe, zaraz przy wejściu.
Nie było handlowe.
Umieszczono na nim zabawki. Cieszyłam się ich widokiem, jak mała dziewczynka, zachwycałam małą sypialnią, samochodzikami, figurkami, lalkami.





Specjalnie dla Krzysztofa obfotografowałam "Małego Księdza", jak to sobie na roboczo nazwałam mini zestaw ołtarzowy z 1930 roku.

 Łza się w oku kręci na widok pieczołowitego detalu.

czwartek, 14 marca 2019

ANTIPASTO

Po polsku przystawka, bo tak właśnie odczułam krótki wypad do Parmy. Spróbowałam, zachwyciłam się, ale absolutnie się nie najadłam.
Pojechałam tam z Kasią i Matteo, moimi przyjaciółmi, których poznałam dzięki swojej wystawie. 
O celu wyprawy napiszę w następnym artykule, bo Parma to tylko tak "po drodze". 
Zaczęliśmy od dużego Parco Ducale, gdzie wiosna bardzo nieśmiało zapraszała na spacery. 








Kot z poprzedniego wpisu siedział przed teatrem, który przylega do parku. Nie był jedynym, nieopodal rozłożyła się cała kocia wioska.






Potem przeszliśmy na drugą stronę rzeczki i zanurzyliśmy się w stare miasto. 

Czuć inny charakter, inną architekturę, nastrój miasta pełnego rowerów, innego od tych odwiedzanych w Toskanii. 






To, co bardzo weszło mi w oczy, to wiele niezwykle elegancko ubranych kobiet, albo uliczka pełna sklepów z artykułami dla dzieci, dobrymi zabawkami, pięknymi ubraniami. Z tego wniosek, że mieszkańcy muszą się mieć zupełnie dobrze, jeśli takie sklepy utrzymują się, jeden przy drugim. 

Najbardziej jednak zachwyciłam się baptysterium z zewnątrz i Duomo, także wewnątrz.
Na baptysterium już ostrzę pazurki. Kiedyś zobaczę i wnętrze.








Katedra zatrzymuje już samym portalem, a potem to sama uczta. Puzdereczko pełne fresków i skarbów.










Niestety, mój towarzysz aparacik jest w naprawie, więc nie mogłam poprzybliżać detali, ale to nic straconego, przecież i tak postanowiłam tam wrócić, zapewne nie jeden raz.
Na razie jeszcze możemy pokręcić się sferycznie po wnętrzu katedry.

Skoro tytuł jest kulinarny, to na koniec nasze rozważania z powrotnej drogi. 
Matteo zastanawiał się, która forma nazwania mieszkańca Parmy jest poprawna - Parmense czy Parmigiano. Szybko zaczęłam latać po internetach, ale nie znalazłam jednoznacznego stanowiska. 
Po powrocie do domu sięgnęłam do olbrzymiego słownika języka włoskiego (21 opasłych tomów!) i teraz mogę powiedzieć, że Parmigiano, choć użycie Parmense nie jest niepoprawne, lecz może nie tak oficjalne, za to wyraźniej ma bliższe powiązania z językiem łacińskim. 

Gdzie tu kulinaria?

No przecież Parma to nie tylko stolica szynki parmeńskiej, ale i parmezanu. 



Podczas poszukiwań lingwistycznych dotarłam w końcu do wyjaśnień, czym się różni Parmigiano Reggiano od Grana Padano. Zawsze wydawały mi się bardzo bliskie, a wręcz identyczne smakowo i strukturalnie. Nie licząc różnic w smakach, zależnych od długości dojrzewania.
Pierwsza podstawowa różnica, to miejsce produkcji. Najprościej ujmując, na południe od rzeki Pad powstaje Parmigiano Reggiano, a na północ Grana Padano. Wśród niezwykle finezyjnych różnic znalazłam informacje o odmiennym sposobie karmienia krów, użyciu mleka z udoju porannego i wieczornego, czy o czasie robienia ekspertyz i nadawania serom oficjalnych oznaczeń długości dojrzewania. Dla parmezanu może to być ponad 30 miesięcy (i taki właśnie kupiłam - pycha!), dla Grana Padano może to być maksymalnie ponad 20 miesięcy. Chociaż i tak w przypadku obydwóch gatunków trafia się i  dużo dłuższe dojrzewanie.  Bądź tu mądry i pisz wiersze!

Tak zupełnie na deser zaserwuję Wam kocie salami, czyli Salame Felino, które widziałam na jednym stoisku, zupełnie wyleciało mi z głowy zrobienie zdjęcia. Nazwa trochę budzi niepokój, ale że co? Z kota zrobili? Ależ nie, po prostu w powiecie parmeńskim jest miejscowość Felino, w której produkuje się zastrzeżoną salami.