czwartek, 11 lutego 2016

CICHA POMOCNICA

W czerwcu 2013 roku uruchomiłam blogową mapę Toskanii. Nie znałam wtedy wszystkich opcji dostarczanych przez Google. Po pewnym czasie zmieniłam więc ją na trochę lepiej uporządkowaną i ... zapomniałam o niej. Przed tym jednak umieściłam ją w prawej kolumnie, okazało się, że czytelnicy z niej korzystają.
Pracuję nad bardzo długim tesktem i nie pamiętam, po co weszłam na mapę, patrzę - a tam 320 tys. odsłon! 
To działa. 
Usiadłam więc i i zaczęłam dalej wklepywać miejsca opisane przeze mnie na blogu. 
Podzieliłam ją na warstwy, alfabetycznie uporządkowałam charakterystyczne zagadnienia, nazwy miejsc, itp.  Trochę tego pisania się nazbierało, więc same etykiety nie do końca dobrze porządkują tematy. Może lepiej pokrążyć po danym regionie klikając pinezki?
Myślę jeszcze nad warstwą z opisanymi restauracjami. Na to trzeba będzie poczekać.
Jeszcze nie wszystkie linki oznaczyłam na mapie, ale że zaczynają się odzywać tegoroczni turyści, to mam nadzieję pomóc taką mapą. Zapraszam do korzystania.

wtorek, 9 lutego 2016

WIECZERNIK POD SPECJALNYM NADZOREM

Gdybym nie natrafiła na prezentacje filmowe z poprzedniego artykułu, zapomniałabym, że miałam opisać jedno miejsce ominięte we wpisie o ogrodach i dziedzińcach florenckich pałaców.
Owo miejsce zupełnie nie przystawało do całej propozycji, ale wstydem byłoby nie skorzystać.
Zobaczyliśmy fragment poklasztornego zespołu budynków, obecnie siedzibę szkoły dla przyszłych oficerów Carabinieri. Dlatego na przybywających gości czekali przystojni mężczyźni w mundurach, roztaczając atmosferę opiekuńczości. 
Poprzez bramę i  podwórko, wąskim korytarzem dotarliśmy do zaskakująco dobrze utrzymanego kościoła Santa Maria di Candeli. Kto by się spodziewał takiego wnętrza? Rzadki we Florencji lekki barok. Smaczek, gonił smaczek. Niewielka świątynia należała do Sióstr Augustynek, których klasztor skasowano w  epoce napoleońskiej, w 1808 roku.  Ślad po klauzurze widać w prezbiterium - to gęsta krata, przez którą mniszki zaglądały do wnętrza podczas Mszy św.

Przyznam, że nawet tak zagorzali miłośnicy sztuki romańskiej, jak ja, zupełnie dobrze tu się mogą odnaleźć. Może tajemnica tkwi w przejrzystości, wręcz świetlistości, czy braku przeładowania formą? Trudno też nie podziwiać ścian i sklepienia pomalowanych iluzjonistycznie.

A to dopiero wstęp.
Wszak to przyklasztorna świątynia, a jeśli klasztor, to i refektarz musiał być, a jeśli refektarz, i to we Florencji, gdzie narodziła się tradycja takiego ozdabiania, to na pewno z Ostatnią Wieczerzą.
Słowem o freskach nie zająknął się Vasari, nie znajdziecie wzmianek o tych dziełach w żadnych starych źródłach. Póki nie skasowano zakonu, nikt nie wiedział, że mniszki miały tak piękny refektarz.
Zaskakujące jest położenie głównego malowidła. Zazwyczaj temat przewodni umieszczano na krótszej ścianie, tak by całą ją wypełnić - od narożnika do narożnika.
A tutaj najpierw widzi się inne sceny. Wystarczy jednak rozejrzeć się wokoło, w czym pomoże zdjęcie sferyczne, by zobaczyć, że obecnie wchodzi się przez arkadowe przejście, wyraźnie będące kiedyś ścianą czołową, z której zdjęto "Ostatnią Wieczerzę".

Mniszki wchodząc na posiłki widziały więc najpierw trzynastu mężczyzn siedzących przy stole. Wszyscy niemal siedzą teatralnie, przodem, ewentualnie bokiem, do widza. Tylko Judasza malarz posadził po drugiej stronie.  Zdrajca za chwilę wstanie i odejdzie.

Są tutaj dwie dziwne niejasności. Czyżby malarz przekombinował? 
Kto pierwszy napisze, co się nie zgadza, ten otrzyma ode mnie zakładkę do książki z wytłoczonym imieniem i jakimś prostym elementem graficznym. 
Pod spodem jest odpowiedź, ponieważ nie wszyscy czytają komentarze pogratuluję tutaj Panu Adrianowi i napiszę, co się pomieszało artyście:
1. Dał Judaszowi aureolę.
2. Do rąk włożył mu mieszek ze srebrnikami, a wyraźnie Ewangelia św. Jana mówi, że po spożyciu kawałka chleba w Judasza wszedł szatan i poszedł zdradzić Jezusa. Oczywiście możemy się przyczepić, że to nie jest woreczek ze srebrnikami, lecz ten trzos z pieniędzmi, nad którymi pieczę sprawował Judasz, o czym właśnie pomyśleli apostołowie. Jednak w sztuce atrybutem Judasza są srebrniki, często właśnie w zawiniątku.  

Kilka razy przeszłam się wzdłuż malowidła. Śledziłam każdy detal, fałdy na obrusie, potrawy, delikatne szkło butelek, ciekawie niskie szklaneczki na wino. Fantastyczne!

Niby jest poruszenie, ale dostojne, bez szalonej dynamiki najsłynniejszej "Wieczerzy" Leonarda da Vinci (o ironio, namalowanej nie we Florencji)
Kim był autor tego i pozostałych malowideł?
Giovanni Antonio Sogliani tworzył w piwerwszej połowie XVI wieku. Ceniono go bardzo za zrozumienie ducha kontrreformacji. Przez ponad 25 lat pracował w warsztacie mistrza Lorenzo di Credi, wzorującego się na Leonardo da Vinci czy Fra Bartolomeo. Zadziwiające, że Vasari nic nie napisał o Wieczerniku, o czym już wspomniałam, a znał dobrze artystę. Pisał o nim, że to człowiek uczciwy i bardzo pobożny. Niestety, o charakterze melancholijnym, co powodowało, że pracował tak długo, iż zamawiający albo nie dożywali ukończenia dzieła, albo tracili cierpliwość, przekazując zlecenie innym, w tym samemu Vasariemu.
Sztandarowym dziełem Soglianiego jest bardzo podobna w układzie wieczerza św. Dominika z klasztoru San Marco. Przyznam się, że albo jest niedostępna, albo jej nie pamiętam, przypuszczam, że to drugie jest bliższe prawdy :) Fresk mieści się w refektarzu dużym.
https://upload.wikimedia.org
Wielkość sali jest dodawana w opisie, by odróżnić ją od refektarza małego, gdzie pyszni się inna "Ostatnia Wieczerza" autorstwa Domenico Ghirlandaio. Tę pamiętam za to bardzo dobrze, bo pomieszczenie pełni funkcję sklepiku z książkami i pamiątkami.

Wróćmy do Wieczrnika di Candeli.
Trochę odwróciłam Wasz wzrok, bo obecnie jako pierwsze widzi się inne sceny.
Od lewej:
Zwiastowanie
Św. Tomasza i Św.Antoniego pod krzyżem
Św. Augustyna w swoim studio
Św. Mikołaja ze św. Moniką (na ścianie obok)

Bardzo lubię sceny Zwiastowania. Są pięknym wyrazem bezsilności wobec transcendencji. Nie da rady wyobrazić sobie, jak mogło wyglądać anielskie posłannictwo, więc często zaglądamy do realnych pomieszczeń, wierzymy malarzom, że Madonna była na tyle wykształcona, by w swojej sypialni mieć pulpit do czytania książki. Że miała olbrzymie i wysokie łóżko.
Jak poradzić sobie z mistyką? Trudne zadanie. Anioła więc namalujmy najpiękniejszego, jak to jest możliwe. Ale gdzie umieścić Posyłającego? Może niech zaglądnie przez okienko?
Ciekawie położony jest wazon z kwiatami. Zastanawiam się, czy to rzeczywisty wycinek domu z czasów malarza? Właśnie jestem na etapie czytania książki o historii domu i jego urządzeń, dlatego brak stołu, czy stolika w pokoju wcale mnie nie dziwi. O wiele bardziej nie pasuje mi wygodne łoże z   kotarą. No, chyba, że Sogliani traktował Madonnę po królewsku? Wszak "Królową" do dzisiaj się Ją tytułuje.

Powoli wzrok przechodzi na scenę pod krzyżem. Ale gdzie jest Chrystus? Może był rzeźbą przyczepioną do ściany, z malarskim tłem - częsty zwyczaj.

Dalej przepiękny w detalach fresk ze św. Augustynem. Z chęcią przeprowadzam inwentaryzację zgromadzonych w studio przedmiotów. I znajomy widok - Trójca św. jako trzy jednakowe głowy - już taką Wam pokazywałam, przy okazji innego wieczernika (San Salvi).

I już ostatnia scena - św. Mikołaj i św. Monika. Hmm. Monika rozumiem - matka św. Augustyna patrona mniszek. A Mikołaj? Ha! Bo to nie biskup rozdający prezenty, tylko XIII wieczny święty urodzony we Włoszech, w Tolentino, augustianin. Bardziej pasowałby tutaj z innym atrybutem - koszykiem z bułkami, ale akurat malarz włożył mu do rąk księgę i lilię.

Z chęcią bym usiadła sobie pod oknami refektarza i smakowała pociągnięcia pędzla, nie potrzebowałam jadła, by ucztować. 

piątek, 5 lutego 2016

ZAPRASZAM DO KINA

Z chęcią wzięłabym Was do prawdziwego kina, gdzie można znaleźć ciekawą ofertę rodem bodajże z  Wielkiej Brytanii pt. "Exhibition on screen".  Są to doskonale zrobione filmy dokumentalne o artystach, albo zjawiskach w sztuce. Właśnie wprowadzono tę serię do włoskich kin. Raz w miesiącu czeka mnie więc uczta :) Sądzę to po pierwszym fimie o Goyi.
Ale nie tylko takie propozycje filmowe kuszą widzów. W zeszłym roku pojawił się na ekranach lotem komety film  3D o Florencji i Uffizi. Doskonały pomysł! Po mieście i czasach Renesansu oprowadza Lorenzo Magnifico. Obrazy wyprowadzone w trzeci wymiar pozwalają zrozumieć konstrucje architektoniczne, zobaczyć, jak mógł wyglądać tron, na którym siedzi "Madonna di Ognissanti" Giotta. Najazd z góry kamerą 3 D na kopułę Duomo przyprawił mnie o autentyczne dreszcze. Całość uzupełniają wartościowe i pasjonujące analizy niektórych słynnych obrazów przeprowadzone przez byłego dyrektora Uffizi.
Ale tego nie mam jak Wam pokazać.
Za to znalazłam stronę  florenckiego 3DSignStudio, które jest twórcą arcyciekawych wizualizacji. Kto kocha Florencję, na pewno z chęcią zasiądzie w blogowym kinie.
Zapraszam:

JAK POWSTAWAŁA FASADA SANTA MARIA NOVELLA:


KONSTRUKCJA TEMPIETTO RUCELLAI 


 PLAN MIASTA
 (zwana PIANTA DELLA CATENA, czyli "mapa łańcuchowa" od ornamentu ją zdobiącego)
autorstwa malarza i grafika Francesco rosellego

środa, 3 lutego 2016

POMARAŃCZOWY PYŁ

Za oknem szaro, buro, deszczowo - u Was też?
Proponuję ocieplić dzień.
Myślałam, że wyważyłam otwarte drzwi, gdy znalazłam przepis na pomarańczowy pył, ale nawet moja bardzo gotująca rodzina zainteresowała się pomarańczowym pyłem (kliknij by wejść na jej blog z kuchnią francuską).
Jest tak prosty, że aż trudno uwierzyć, iż wcześniej nigdy o tym nie pomyślałam.
Szukałam przepisu na owocową musztardę z pomarańczy (nie wyszła mi, buuuu), a przy okazji na jakimś włoskim blogu przeczytałam o zmieleniu wysuszonych skórek pomarańczy.
Pocieszyły mnie po dosłownie gorzkim doświadczeniu z mostardą, zwaną inaczej chutney.
Autorka proponowała suszenie w mikrofali przez 7, 8 minut (dużo zależy od mocy urządzenia, można czas wydłużyć), ale, oczywiście, przeciwnicy mikrofali mogą suszyć skórki (bez białego) w inny sposób. Potem do młynka i pachnący proszek gotowy. Często dosypuję go do herbaty, jest świetnym dodatkiem do sałatek owocowych i nie tylko, czytałam jeszcze o mięsach, ale na razie nie wypróbowałam.

niedziela, 31 stycznia 2016

ROZWAŻANIA NA SZÓSTEJ MILI

Znajoma Japonka Michiko namówiła mnie na wzięcie udziału w zakończeniu wystawy "Ja i inne" w wykonaniu pistojskiej artystki Rosselli Baldecchi.  Już od dawna, dawna intrygowało mnie miejsce, w którym miało się odbyć rzeczone wydarzenie, miałam wolne niedzielne popołudnie, nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyć się z domu.

Są dwie wersje pochodzenia nazwy Villa Smilea, do której się wybrałam - bardzej popularna twierdzi, że "smilea" wywodzi się od słów "sześć mil", druga (oczywiście postponująca poprzednią) - mówi o pniaku wytyczającym punty graniczne z czasów rzymskich. To właśnie w tym miejscu wybudowano w 1300 roku zamek. Bez względu na prawdziwość etymologiczną, trudno nie zauważyć, że dotyczą odległości i to niewielkiego dystansu od Pistoi. Miałam do pokonania ciut dłuższy odcinek, bo mieszkam po drugiej stronie miasta, ale i tak do Montale mi niedaleko, a tam właśnie znajduje się bardzo interesujący budynek.
Średniowieczny zamek z krenelażami, zmienił się w willę, przeżywającą różne koleje losu, łącznie z byciem szpitalem podczas I Wojny Światowej. Na własność gminy przeszedł w 2003 roku. Został porządnie odremontowany.

Villa Smilea (zamiennie z Castello della Smilea) jest obecnie siedzibą biblioteki, wystawy stałej uznanego lokalnego rzeźbiarza oraz miejscem wielu różnych imprez kulturalnych. Marzenie! Wyobraziłam sobie pracę w takim rodzaju ośrodka kultury. Chociaż, chociaż ...
Przecież nie chciałabym już pracować jako instruktor sztuki ani organizator wystaw. Lepiej być autorem wystawy. Kto wie, może kiedyś? Teraz jestem na takim etapie, gdy samo malowanie sprawia tyle radości, że niewiele myśli się o szukaniu widza. Nie jestem pewna, czy to się zmieni. Obserwuję z zaciekawieniem, jak jest tutaj animowane życie artystyczne, jak dochodzi do organizowania wystaw, kto na nie przychodzi, kto je funduje, co decyduje o powodzeniu, bądź niepowodzeniu wystawy, itp.
Osoby nieograniczone finansami mogą sobie opłacić zorganizowanie indywidualnej wystawy.
Bardzo popularne są wystawy zbiorowe, co oczywiście zmniejsza koszty udziału.
Pół roku temu poznałam osobę, która pracuje w stowarzyszeniu artystycznym. To taka odmiana wersji opłacania sobie możliwości wystawiania się. Grupa osób o zacięciu artystycznym wynajęła lokal, usiłuje teraz znaleźć następnych członków, prowadzi odpłatne kursy. Byłam na jednym spotkaniu członków i sympatyków, potem na rozmowach w sprawie poprowadzenia kursu, zaproszono też mnie do sprzedaży świec i wspólnego wystawienia się. Chyba jednak mam mentalność nieczłonkowską, bo gdy zapytałam o status i zasady udziału, nastąpiło milczenie, a za kurs chciano mi zapłacić za godzinę mniej, niż zarabia sprzątaczka (z całym szacunkiem do osoby wykonującej ten zawód). Może ja czegoś nie załapałam? Choć mam wrażenie, że prowadzącej galerię zależało głównie na tym, bym zainwestowała w ich działalność opłatą członkowską wysokości około 350 euro na rok, jeśli dobrze usłyszałam między wierszami podczas dyskusji nawiedzonych artystów :)
Sama wystawiłam się w zeszłym roku niemal za darmo (poniosłam koszt druku katalogu), ale to dzięki znajomościom Krzysztofa.
Na jakiej zasadzie trafiła do Villa Smilea Rosella Baldecchi? Myślę, że nie ujmując jej w niczym umiejętności, jej prezentacja wiąże się z zaangażowaniem społecznym i dręczącym wiele kobiet na świecie problemem domowej przemocy. Na pewno łatwiej jest znaleźć wystawcę, zwłaszcza gdy nad całością czuwa Amnesty International.
Trudno mi orzec, na ile zamysł formalny jest świadomie zbliżony do stylistyki "kosmetycznej". Słodkie na pozór portrety kobiet i dziewczynek często przestają nimi być, gdy się im bliżej przyjrzymy, zobaczymy siniak, ranę wyciętą nożem na skórze. W oczach niemal wszystkich jest dojmujący smutek.

Nie znam doświadczenia domowej przemocy, nie jestem też typem ofiary. Gdy dyrektor w szkole, w której dopiero co zaczęłam pracę, podniósł na mnie głos, wyszłam z gabinetu.
Tym bardziej uważnie obserwowałam więc wszystko, co się działo podczas finisażu. Kobiety stanowiły przeważającą część widowni. Michiko grała muzykę z filmu "Pianino", a aktorka Stella Paci powiedziała dwa monologi z książki Sereny Dandini "Zranione na śmierć".

Mam mieszane uczucia, co do celowości malowania takich obrazów. Nie wiem, czy znajdzie się chociaż jeden mężczyzna, który powstrzyma swoją agresję po obejrzeniu tych dzieł?  Jeśli chociaż jeden człowiek zmieni coś w swoim postępowaniu, to absolutnie dobrze się stało, że Rosella namalowała te obrazy. A nawet jeśli nie, to mam nadzieję, że ich tworzenie sprawiło wielką satysfakcję malarce, bardzo sympatycznej osobie.
Bardzo się cieszę, że Michiko namówiła mnie na udział w wydarzeniu. Poukładałam trochę własnych myśli, dobrze spędziłam czas i nabrałam apetytu na dokładnie zwiedzenie Villi Smilea. Ale to tylko z przewodnikiem, więc zaczynam czuwać, aż znajdę ogłoszenie o organizacji takiej wizyty, zwłaszcza w dziennym świetle.
Może i Wam się uda tam zajrzeć?

Nie mam zbyt wielu zdjęć, ale znalazłam na youtube film pokazujący Villę Smilea. Póki tam nie dotrę w celach jedynie turystycznych, musi wystarczyć to. Film można odtworzyć jedynie na portalu, więc nie mogę go tu wkleić, kliknijcie więc na link

czwartek, 28 stycznia 2016

DELIKATNE 3D

Mało pokazuję, co powstaje w pracowni, bo chcę skończyć cały projekt. Potrwa to zapewne jeszcze kilka miesięcy, gdyż maluję zupełnie nowy cykl. Nie garnę się więc do drobniejszych prac, ale mojej stałej klientce nie mogłam odmówić :)
Od czasu, gdy robiłam prezentację na Wedding Open Day, chodziło za mną wykorzystanie, poznanej przy okazji projektowania, techniki embossingu. Trafiła się idealna okazja, gdyż zamawiająca określiła mi krótko, dla kogo mają być zakładki, ale bez szczegółowych oczekiwań.
Oto cztery zakładki do książek - chyba się domyślicie, co lubią ich nowi właściciele?


wtorek, 26 stycznia 2016

CIASTKO Z KREMEM

Kiedy zaplanowałam podróż do Oleificio Andreini, poszperałam w internecie, co można zwiedzić w pobliżu. Sama "oliwna" strona wycieczki była bardzo interesująca, ale uszczknąć trochę turystycznej Toskanii nigdy nie zaszkodzi. Plany swoje, życie swoje, wizyta u Alissy tak się przedłużyła, że musiałam zadowolić się jednym miasteczkiem. Przymus to bardzo miły, zaskakujący w nadzwyczaj ciepłych promieniach listopadowego słońca.
Zapraszam na krótki spacer do Magliano in Toscana.
Kusiło imponującymi średniowiecznymi murami już z daleka, spod oleificio.  Na fragment z nich można wejść, poszłam na nie sama, więc, gdy pojawił się na nich jakiś dziwnie wyglądający mężczyzna, wolałam nie kontynuować eksploracji murów.

Magliano swoją historią sięga dużo dalej niż do średniowiecza - śa tam ślady po Etruskach, ale ja do nich nie dotarłam, eh ... ten czas.
Zobaczmy, co jest jeszcze w centro storico.
Nie wiem, czy to tak mi się udzieliła piękna pogoda i chodzenie w sweterku 4 listopada, ale Magliano urzekło mnie ciepłymi barwami, kremowymi kamieniami, spokojną atmosferą bez turystów.
Z chęcią usiadłabym koło kota wygrzewającego się w promieniach.

Był to spacer bez planów, przed siebie, co się spotka, to się zobaczy, a że miasteczko niewielkie, to zobaczyłam jego większą część.

Magliano wewnątrz murów ma dwa kościoły.
Kościół św. Jana Chrzciciela, o pochodzeniu romańskim, lecz mocno przebudowany.

Troszkę średniowiecza oparło się "odnowicielskim" zakusom, jak kolumny przy prezbiterium,  cieszą też XV wieczne freski i renesansowa chrzcielnica.

Zastanawiam się, jak dalekie były to przebudowy, bo wzdłuż kościoła, po drugiej stronie ulicy widać ciekawą ścianę z zamurowanymi, bądź przerobionymi gotyckimi oknami, ze wspornikami charakterystycznymi dla romańskich budowli.

Druga świątynia z daleka kusiła mnie czystością romańskiej bryły. Pieve di San Martino nie ma na zewnątrz znaczących ozdób, ale sam kamień jest piękny.

Uuu. zamknięte. Tylko przy bocznym wejściu robotnicy czyścili drzwi z wielu warstw farby. Z nadzieją w głosie zapytałam, czy pozwolą mi zajrzeć do wnętrza.
Czy muszę pisać, że tak? Bardzo to miłe.

Freski mnie, hmm, co by tu napisać, rozśmieszyły? Zastanowiły? Ciekawe, że w czasach, gdy potrafi się zdjąć każdą, nawet olbrzymią, połać malowidła ze ściany, a tutaj zostawiono odkrywki.

Część fresków to tak niesamowita amatorszczyzna, że aż wzruszająca. Brzydkie twarze, za duże oczy, bywa i zez. Wydaje mi się, że widzę co najmniej trzech autorów. Wyobrażam sobie lokalnego malarczyka, który może dla samej chwały zechciał pomalować ściany.
I to by były dwa najważniejsze sakralne zabytki budowlane Magliano in Toscana.
Jeszcze trudno nie zauważyć Palazzo Pretorio. Nie jest tak okazały, jak w słynniejszych toskańskich miastach, ale herby są, od razu pozwalają zrozumieć przeznaczenie budynku.

Wszędzie majolikowe tabliczki. Nie takie z fabryki, ale malowane i wypalane specjalnie dla danego miejsca. Tylko biuro turystyczne się nie popisało.

Elementem dodanym do miasteczka są widoki, wokoło pełno gajów oliwnych, a gdzieś tam pomiędzy nimi pamiątki po Etruskach, jakieś średniowieczne ruiny i inne skarby. Ale nie tym razem. Na razie nabrałam smaku, ma nadzieję, że i Wy też :)