zapraszam

zapraszam
Kliknięcie na baner przeniesie do artykułu wyjaśniającego ideę warsztatów. Zapraszam, nawet jeśli myślicie, że nie umiecie rysować! Zostało już niewiele miejsc!!!

czwartek, 17 kwietnia 2014

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

PO ROKU OCZEKIWANIA

Jeśli pamiętacie, tydzień temu wybraliśmy się z Krzysztofem do pewnego florenckiego ogrodu, lecz byliśmy za późno, by do niego wejść. Wtedy był chyba jakiś maraton, co dodatkowo zmniejszyło nasze szanse parkingowe.
Tym razem, aby spokojnie zrealizować plany, pojechaliśmy do Florencji już na obiad. Zaparkowaliśmy pod Porta San Niccolò. Załapaliśmy się na ostatnie wolne miejsce! To się nazywa fart, a nie był on jedyny tego dnia, o czym trochę niżej. Tej niedzieli wszystko szło jak z płatka, tylko prognoza pogody usiłowała odwieść mnie od postanowienia sprzed roku.

przy okazji: 
w niedzielę i święta, akurat na tym parkingu (może i na innych z niebieskimi liniami?) postój jest bezpłatny, rzecz do sprawdzenia i w innych miejscach. 

Posiłek. Wyszukałam w internecie trzy możliwe lokale, z dobrymi opiniami. Najbliżej parkingu, i na tę stawiałam, była Hosteria del Bricco.
Dobrze wybrałam.
Zaraz przy samym wejściu widok kelnera krojącego wędliny pobudził moje kubki smakowe, gdy więc potem przeglądałam menu, na widok wymienionej bresaoli z Chianiny z rucolą, parmezanem i pomidorami, zareagowałam w odpowiedni sposób. To była jedna przystawka. A drugą był zestaw różnych past na grzaneczki podane w koszyku. Pasty ciepłe i pyszne - klasyczna wątróbkowa, grzybowa, cebulowa, bakłażanowa oraz peperoncino - jadłam nakładając najpierw konkretne smaki, a potem robiłam sobie kompozycje. Przezornie zamówiliśmy tylko drugie, a i tak się obawialiśmy, czy mu podołamy po takim wstępie. Na szczęście, porcje nie były za duże. Krzysztof niezmiennie, gdy tylko widzi w menu, zamawia flaki (ponoć pyszne), a ja skusiłam się na roladę z królika, prosciutto, parmezanu i szpinaku. A na koniec typowy florencki deser - zuccotto. Postanowiłam odważnie spróbować, bo kiedyś sama zrobiłam, ale wydał mi się stanowczo za słodki. Ten był wspaniały. Autorstwo tego deseru przypisuje się Bernardo Buontalenti, żyjącemu w XVI wieku. Nazwa pochodzi od słowa zucchetto, co oznacza piuskę, ze względu na kształt tej słodkości. Nasze piuski były małe, uff, nie podołałabym oryginalnej wielkości.
Jest to miseczka z biszkoptu, nasączonego alkoholem, wypełniona schłodzonym lodowym kremem, często z ricotty. Pycha!
Zwróćcie uwagę na oryginalne lampy. Wiem, że Joanna zwariuje na ich widok, nie może inaczej, jako amatorka klasycznych durszlaków.

Słodko zakończony obiad pozwolił radzić sobie z obawami przed deszczem, a te były uzsadanione. Po wyjściu z lokalu zastaliśmy mokre ulice.
Dzielnie jednak ciągnęłam ku ...  Giardino Bardini, który opisałam rok temu.  Od tamtego czasu zasadzałam się na przyłapanie glicyniowego tunelu w pełnym rozkwicie. Niestety, było to w zeszłą, słoneczną niedzielę, teraz zaczęły już pojawiać się liście, choć i tak przyznam, że szalałam z radości, gdy zobaczyłam zwiewne fiolety.
Jeszcze jednak potrzymam Was trochę w napięciu i najpierw kilka migawek z samego ogrodu, w którym kwitną już róże (u nas wypatrzyłam dwie),  psy kamienieją w uśmiechu, a kot przyjmuje dziwaczne pozycje :) A może ktoś z Was wie, co to za drzewo kwitnie w tle za psem? Obok niego umieściłam zbliżenie.

I oto glicynie.

Doszliśmy do tunelu od dolnego wejścia, skrót perspektywiczny zubaża wrażenia, ale im bliżej, tym bardziej jest się wchłanianym przez fiolet, by po podejściu na szczyt oszaleć z radości.
Deliktanie ruszały się na wietrze, wydzielając przy tym słodką woń zachwytu :) Ten ruch sprawiał wrażenie falującej powierzchni, ale wywróconej na lewą stronę. Zazwyczaj falowanie kojarzy nam się z góry oglądaną płaszczyzną, tutaj idzie się wewnątrz tej struktury.

Na podglądzie, w aparacie, nie widziałam niezwykłego efektu rozmazania obrazu w środkowej części tunelu. Co ciekawe, na powiększeniach widać, że zdjęcie jest ostre. To drobne plamki rozłożone w kiściach kwiatów powodują że w oku wszystko zlewa w bliżej nieokreśloną plamę. Za to wyraźnie widać podział na dwa odcienie fioletu.
Przyglądałam się glicyniowej pergoli w różnych wariantach, z wewnątrz, z widokiem na Duomo.










I z zewnątrz.
Gdy robiłam zdjęcia z San Miniato, zaraz znaleźli się inni, którzy podejrzeli, co fotografuję i też zaczęli z podobnymi kadrami.


Zostałam dłuższą chwilę w tunelu, a potem dołączyłam do Krzysztofa na tarasie, by rozgrzać się ciepłą herbatą, gdyż ochłodziło się i z nieba zaczął padać drobniusieńki deszcz. Przed nami najpierw rozpościerał się widok pozostawionego przez kogoś kieliszka z wodą, a potem wodą z nieba zraszanej Florencji:


Ale nawet taki pogodowy obrót sprawy okazał się fartem - zrobiłam moje ulubione zdjęcie z tej sesji.


                                          Deszcz zadecydował o skróceniu wycieczki :)

piątek, 11 kwietnia 2014

PATER NOSTER

Obserwuję wiele stron związanych z kaligrafią i iluminacją, więc niestety nie pamiętam, na której zobaczyłam dowcip: Przychodzi człowiek do średniowiecznego skryby i prosi o przepisanie księgi w trybie ekspresowym. Ten się zgadza i umawia się, by zamawiający przyszedł odebrać gotową pracę za rok.
Po poniższej pracy doświadczyłam tego, jak bardzo może to być bliskie prawdy. Samo napisanie tekstu trwa w miarę szybko, ale te marginesy ....
W wielu księgach są istną kopalnią wiedzy o czasach, w których powstawały, o obyczajach i nieobyczajach, strojach, wyobraźni, wiedzy iluminatorów. 
Zrezygnowałam z chrakterystycznego zwartego bloku liter, który otrzymuje się przez swobodne przenoszenie wyrazu do następnej linii. Bywaja i takie pozostawienia niedokończonej linii, jak u mnie, ale wtedy często w pustych miejscach pojawiają się wzorki, może następnym razem się odważę?
Z formatem przegięłam, bo wymyśliłam, że zrobię tę pracę do konkretnej ramy, potem się rozmyśliłam, co do ramy, lecz rozmiary kartki pozostały, więc nie zmieściłam jej nawet w skanerze A3, zabrakło mi dosłownie centymetra do objęcia całości. 
Eh!

Z okazji dnia ustanowienia kapłaństwa, wiadomo dla kogo,  na nadchodzący Wielki Czwartek:


A tutaj symulacje zrobione programem "Image Framer", jak by to mogło wyglądać z ramą. Nie wiem, kiedy oprawię pracę, bo znany mi ramiarz w Pistoi zwinął interes. Może trzeba będzie jechać z tym do Florencji?


albo tak?
albo?

po sugestiach dodałam:



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

GDZIE BABA NIE MOŻE, TAM KSIĘDZA POŚLE

Oszałamiająco słoneczny dzień to nie był, wszystko jakieś osnute mgiełką, ni to chmury ni to słońce. Ale było ciepło i nawet zapowiadany dość intensywny wiatr schował się gdzieś w zaułkach.
Znowu prosiło się o wycieczkę do następnego ogrodu.
Mogliśmy wyjechać dopiero ok. 15.30, po proszonym obiedzie u parafian (nawiasem mówiąc pysznym i ciekawym).
Miał być ogród we Florencji, ale o jakimś względnym zaparkowaniu mogliśmy tylko pomarzyć, w związku z czym zbliżyliśmy się jedynie do godziny zamknięcia tego miejsca.
Gdzieś jednak miałam w pamięci inny, nie wiem dlaczego pomyślałam, że ten będzie dłużej otwarty, a byliśmy ponad 20 minut od niego. Sprawdziłam szybko w internecie, przeczucie mnie nie myliło. Jedziemy w okolice Fiesole.
Nawigacja poprowadziła nas szalonymi uliczkami - wąwozami, zapewne skracając sobie drogę. Bywało, że trzeba było składać lusterka, ale samochodu nie skróciliśmy z żadnej strony.
Zajechaliśmy do Villa Peyron al Bosco di Fontelucente.
Na kamienistym, półokrągłym parkingu stał jeden samochód, nie wiadomo, kto nim przyjechał i gdzie zniknął, wszystko było zamknięte na głucho.
Ja już, oczywiście, bym się wycofała, ale nie Krzysztof. Podszedł do bramy, przeczytał, że faktycznie ma być otwarte do 18.00 (latem także). Pociągnął za gałkę starego dzwonka przy furtce - cisza. Potem zaatakował domofon i ... o dziwo (!) rozległ się bardzo miły kobiecy głos, który potwierdził inormację o godzinach otwarcia i zaprosił do wejścia, po czym automatycznie otworzyła się wielka brama.
Aleją wysokich cyprysów doszliśmy na pusty dziedziniec. Przed nami była mocna bryła eklektycznego budynku.  To nie jest nawet neogotyk, bliżej mu do cięższego romanizmu, a ciężaru dodaje mu nie tylko bryła, lecz i kamień o nazwie pietraforte, którym obłożono całość.

Sam dom jest zwiedzalny za wcześniejszą rezerwacją, gdyż oprowadza się po nim jedynie z przewodnikiem, co kosztuje 150 euro od grupy.  Jak widać opłaca się, by uzbierało się więcej osób. Właściciel, Paolo Peyron, zmarł w 2003 roku.
Tak jak jego ojciec, był kolekcjonerem, głównie obiektów typu zegary, czy ceramika. Po jego śmierci kompleksem opiekuje się Fundacja Peyron, gdyż, niestety nie pozostawił po sobie potomstwa.
Bilet wstępu do ogrodu wynosi 10 euro od osoby,  jest dużo droższy od ostatnio kupowanego do ogrodu botanicznego w Lukce, lecz gdy się tam zajedzie, nawet wczesną wiosną, kiedy to jeszcze nie wystawiono na dwór cytrusów, a i kwiatów w nim niewiele (kilka przekwitających kamelii, w pełnym kwitnieniu glicynie, i zaczynający się rozwijać bez), nie poczuje się zawodu.

Ogród jest niezwykle zadbany, widać w nim pasję zmarłego właściciela, który potrafił sprzedać kolekcję broni, by tylko móc utrzymać całość na najwyższym poziomie.
A poziomów, także tych w rozumieniu płaszczyzn, w Ogrodzie Peyron jest kilka, co wynika z położenia na zboczu wzgórza chylącego się ku Florencji.
Jest to bardzo ciekawy przykład działań projektowych. Właściciel nie udał się po pomoc do profesjonalistów, nie stworzył całościowego planu, jego oczko w głowie powstawało etapami, a całą ideę ujął w słowach, że chciał zrobić nacięcie w lesie, aby otworzyć widok na pejzaż.
Najbardziej efektowne są tarasy ogrodu formalnego w stylu włoskim, czyli niskie żywopłoty (tutaj podwójne) z bukszpanu tworzące geometryczne kompozycje. Wszystkie trzymają się jednej osi, która najpierw przyciąga uwagę, by dopiero potem pozwolić odejść i rozglądać się na głębokie boki. Po trudach opieki nad naszym niespełna czteroletnim żywopłocikiem, doceniam to, co zastałam. Gęstość krzewów, ich zdrowy stan i kunszt przycięcia. Nie tylko po linii prostej, ale i w łuki, albo w kształty kul.

Jeszcze nie uruchomiono fontann, ponoć razem jest ich 20.



Gdy zaczynaliśmy zwiedzać ogród, z jego czeluści wyłoniły się trzy osoby, prawdopodobnie związane z samotnym autem na parkingu. One już wychodziły, wyobraźcie więc sobie moją radość małego dziecka, gdy krążyłam po zakamarkach, czasami szłam jakąś dziwną ścieżką, by się na jej końcu zorientować, że nie wolno było mi nią iść. Chodziłam (w większości) sama, bo Krzysztof, zmęczony niedzielnymi i rekolekcyjnymi obowiązkami, odpuścił sobie zachwyty.
Jedyne, co psuło mi nastrój, to ... aparat! Czy uwierzycie, że znowu nawaliłam? Tym razem miałam baterię, i owszem,  ale nie włożyłam karty do środka. Ból! Starałam się jak mogłam obłaskawić telefon, a on odwdzięczył mi się odkrytą funkcją panoram.

Ogród jest poniekąd wielowarstwowy, ma tę włoską część, regularną, ale kilka kroków od niej można się zaszyć w niemal dzikim lesie. Czasami spotyka się samotną rzeźbę, jakąś świątynkę dumania, albo ławki zachęcające do pikniku, zwane zakątkiem herbaty.

Do "włoskiej" części przylega kaplica poświęcona Madonnie Pokoju, w której pochowano Paolo i jego brata Guido (uznanego malarza).  Ciekawym założeniem jest to, że przed kaplicą jest fontanna nawiązująca formą do mis chrzcielnych.

Zupełnie jakoś od dziwnej strony doszłam do miejsca nazwanego Placem Muzyki, z którego rozciąga się widok na mały staw, a za nim gaje oliwne.

Staw wykopano w 1960 roku, głównie w celach użytkowych, na potrzeby uprawowe, ale jak widać, stał się on także elementem wzbogacającym krajobraz. Ponoć służy też dzikiej zwierzynie, schodzą się nad niego lisy, sarny, czy wiewiórki.
Ogród jest nasycony rzeźbami, głównie betonowymi, podejrzewam, że musi być w nich wiele przemyślanych symboli. Ciągle miałam wrażenie, że Paolo Peyron nie pozostawił niczego przypadkowi, dokładnie wiedział, jak ma wyglądać jego ogród i o czym ma mówić do przybysza.



Z chęcią spędziłabym w nim więcej czasu, niż godzinę, bo tyle było do zamknięcia, gdy przyjechaliśmy.
Ponieważ chodziłam bez mapy, którą nam dano podczas zakupu biletu, ominęłam niektóre miejsca, ale ja tam na pewno wrócę.

Postaram się wtedy zabrać w pełni wyposażony aparat fotograficzny.
Na koniec zdradzę Wam, że gdy wymyśliłam wersję B naszej wycieczki, myślałam o innym ogrodzie, lecz zupełnie pomieszałam nazwy, więc dotarliśmy do nieoczekiwanego dla mnie miejsca. Tamten, który znam jedynie ze zdjęć, musi poczekać, choć był wcale nie tak daleko od Villi Peyron,

A tak już na całkowity koniec uwaga praktyczna o dojeździe: Lepiej jechać od strony Fiesole. Osoby niezmotoryzowane, mogą wsiąść przy stacji Santa Maria Novella do autobusu nr 7, który dowiezie je do Fiesole, a potem przesiąść się do autobusu nr 47. Przystanek jest zaraz obok bramy. 



sobota, 5 kwietnia 2014

Z PODZIWEM CAŁEJ FLORENCJI albo NAWRÓCENIE

Nie wiem, czy uda mi się odgruzować stare wykłady z historii sztuki, organizowane przez Grand Tour, nawet się nie przyznam, ilu nie spisałam, ale nie mogę pominąć pewnego dość odległego w czasie, bo aż z 1 lutego tego roku. Ważniejsza jednak w tym wszystkim jest postać samego malarza, do którego dotąd odczuwałam swoistą niechęć, więc chcę wyrazić swoją radość, że w końcu się polubiliśmy.
I znowu pojawia się nazwisko Capponich, zapraszam Was też niedaleko od ich Palazzo do Kościoła Santa Felicita.

Przyznam się od razu, że pierwszy raz zobaczyłam wnętrze tej świątyni. Oj! Skłamałam. Raz widziałam, ale z poziomu Korytarza Vasariego, który przebiega przyrośnięty do fasady, w naturalny sposób tworząc portyk. Byłam też kiedyś z boku, by zobaczyć pozostałości po epoce paleochrześcijańskiej, ale nigdy dotąd nie przekroczyłam drzwi Santa Felicita.

Nie miałam zbyt wiele czasu na rozejrzenie się po świątyni. Przybiegłam niemal na ostatnią chwilę, gdyż rzęsiste deszcze spowodowały zatłoczenie na dostępnych miejscach parkingowych, zostawiłam więc pojazd dość daleko od miejsca spotkania. Z kolei sam wykład znacznie się przedłużył,  a ja musiałam wracać do domu, więc mam tylko kilka migawek z wnętrza:

Po wielu przebudowach, zwłaszcza tej z XVIII wieku, trudno się tu dopatrzeć świadectw, że mamy do czynienia z jedną z najstarszych świątyń Florencji. Chociaż przyznam, że stonowane szarości, harmonijnie rozstawione kolumny, mogą wprowadzić w błąd i posądzić wnętrze o XVI wiek.
Z poprzedniej przestrzeni uchowały się dwie kaplice, z których jedna, po prawej stronie wejścia kryje obraz Jacopo Carucci, zwanego Pontormo, od miejsca jego narodzin, niedaleko Empoli. Sama kaplica, niestety, też uległa zmianom, wcześniejsza architektura była projektu samego Filippo Brunelleschiego.
Nie zachował się fresk w kopułce, są za to medaliony toczące swoistą rozmowę między osobą Stwórcy (był na tym fresku), między osobami z ołtarzowego obrazu Pontormo i modlącymi się w kaplicy.
Jest za to fresk Pontormo, przecięty obrazem i wykutym okienkiem z witrażem, którego oryginał znajduje się w Palagio Capponich.
Jacopo Carruci? Kim był, w jakim czasie historii sztuki go umieścić, kto był jego mistrzem? Kto uczniem?
Urodził się w pod koniec XV wieku. Był 19 lat młodszy od Michała Anioła, 11 od Rafaela Santi, 8 od Andrei del Sarto, a 9 lat starszy od Bronzino, czy 17 lat od Vasariego.
Spośród wymienionych tutaj, jego mistrzem był Andrea del Sarto, ale nie można nie zauważyć wpływów tak wielkich nazwisk, jak Santi czy Bounarroti.
Pontormo to bardzo ciekawa postać, nie tylko jako malarz.
Vasari ma do niego ambiwalentny stosunek, raz go chwali, by potem narzekać. Dobre słowa trafiają się młodemu artyście za pierwsze dzieła. Potem autor malarskich życiorysów zarzuca Pontormo zbytnie zaufanie we własne możliwości, nie rozumie zapatrzenia w malarstwo z Północy (m.in Dürera), dziwi się, że przecież Północ przyjeżdża uczyć się od florenckich mistrzów, a ten czyni coś zupełnie odwrotnego. 
Z życiorysu (niestety nieprzetłumaczonego na polski przez Estreichera) możemy dowiedzieć się o niezwykle samotniczym charakterze malarza. O jego fobiach, hipochondrii, odizolowaniu, unikaniu tłumów, gdyż bał się, by go tam nie zaduszono, nie zabito. Śmierć była tematem, którego unikał w rozmowach. W domu, zamiast klatki schodowej, zainstalował drabinę, i jeśli nie chciał, by go odwiedzano podnosił ją, uniemożliwając wejście na piętro, udawał też, że go nie ma. W ostatnich latach swojego życia pisał przedziwny dziennik, zwyczajne informacje o aktywności artystycznej przeplata z bardzo wnikliwą analizą swojego ... jadłospisu. 

Do Kaplicy Capponich Pontormo namalował obraz olejny znany pod tytułem "Zdjęcie z krzyża", spotkałam się też z określeniem "Opłakiwanie Chrystusa", chociaż Luca Vivona twierdzi, że jest to raczej "Przeniesienie do grobu", odnosząc się do dzieła mistrza Rafaello "Złożenie do grobu":
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Raffaello%2C_pala_baglioni%2C_deposizione.jpg
Obraz Pontormo powstał za przyczyną Lodovico Capponi, który zamówił u malarza całościową dekorację rodowej kaplicy i został w niej pochowany. 

Prace prowadzone przez artystę wzbudzały wielką ciekawość miasta, ale nie można było ich podejrzeć. Pontormo wszystko przykrywał i dopiero ujawnił ukończone dzieło, co spotkało się z podziwem całej Florencji (jak to opisał Vasari). 
Obraz podziwiamy w oryginalej drewnianej ramie, wykonanej przez Baccio d'Agnolo. 
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Jacopo_Pontormo_-_Deposition_-_WGA18113.jpg
Vasari opisał reakcję Florentyńczyków, ale sam uważał, że obraz jest za jasny, że za mało w nim cienia. Niezwykłej świetlistości obrazu nie sposób nie zauważyć. W tej jasności kłębi się aż jedenaście ludzkich sylwetek. Ludzi, których stan ducha jest bardzo ekspresyjnie wyrażony pędzlem Jacopo. 
Dwie osoby z lewej storny dźwigają ciało Chrystusa i mamy wrażenie, że zaraz je złożą. Nie przez przypadek tak jest, gdyż mamy do czynienia z obrazem ołtarzowym, a więc jest pod nim stół ołtarzowy, na którym podczas Mszy św. pojawiała się Krew i Ciało Pańskie. Człowiek, który przykucnął, spogląda w kierunku widza, nie sprawia wrażenia, by dokuczał mu ciężar, delikatnie opiera się tylko na palcach. Tak samo dzieje się w przypadku drugiej postaci podtrzymującej ciało. Ta lekkość i zwiewnośc kojarzyła się interpretatorom z aniołami, które czekają tylko, by ulecieć i zanieść Syna Ojcu. 


Pochylająca się nad nimi kobieta każe zastanowić się, gdzie ona stoi? Na czym? Jak widać, malarz nie uznał za konieczne, by wszystko dopowiedzieć.

Twarzy dwóch kobiet nie widzimy, gdyż zwróciły się do omdlewającej Maryi. Nie jest to typowa Pietà, w której Matka tuli ciało zmarłego Syna. Jesteśmy świadkami tak wielkiego bólu, który prowadzi do utraty zmysłów, do zemdlenia. Jeszcze wyciaga rękę w kierunku dziecka, ale już słabnie.   Kobieta w różowej sukni podaje chustkę do otarcia łez, bo zaczerwienione oczy Madonny świadczą o płaczu.

Grupę wieńczą dwie kobiety ze smutkiem pochylone nad sceną.
Wyraźnie odcięty od wszystkich jest Nikodem, który bardziej zwraca się ku widzowi.
W tej postaci odczytano autoportret malarza, chociaż na obrazie widzimy wyraźnie starca, a Jacopo Carrucci miał wtedy tylko 33 lata. Bardzo znaczący wiek dla śmierci Chrystusa, stąd przypuszczenia, że w samym Zbawicielu widzimy twarz Pontormo.

Wszystkie emocje, smutek, żal, rozpacz, oszołomienie, zdumienie i dramat jakże dokładnie wpisują się w przeznaczenie kaplicy na miejsce pochówku członków rodu Capponi.

Pontormo ze swoim bardzo charakterystycznym stylem, niemal "landrynkowymi" kolorami, z jednej strony jawi się jako samotny malarz, nie tylko człowiek, ma swój bardzo specyficzny styl, wydłużone postaci, szaty zwiewne, ale też i takie przylegające do ciała niczym strój współczesnego nam sportowca. 

Uważny obserwator doszuka się jednak dowodów na to, że malarz żył w tradycji artystycznej, czego prostym przykładem może być ramię zmarłego Chrystusa, należące już w tamtych czasach do kanonu ukazywania śmierci. 
Ramię to nazywa się ramieniem Meleagro, postaci z mitologii greckiej. Na pewnym sarkofagu rzymskim znajduje się scena przeniesienia jego zwłok i to ona zainspirowała wielu artystów przez wiele wieków. 
http://www.dezenovevinte.net/obras/obras_messalina_arquivos/img07.jpg

Już pokazane wyżej dzieło Rafaela cytuje "ramię zmarłego", pozwólcie, że pokażę jeszcze inne, bardzo, bardzo znane:
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8a/Michelangelo%27s_Pieta_5450_cropncleaned.jpg
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/ab/Caravaggio_-_La_Deposizione_di_Cristo.jpg

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/aa/Death_of_Marat_by_David.jpg
Wspomniałam już tutaj określenie "manierysta florencki". W powszechnym odczuciu, od którego i ja nie byłam wolna, manieryzm ma zabarwienie pejoratywne, kojarzy się z naśladownictwem, albo ze zbyt wyszukanym malowaniem, z przesadą. O manieryzmie mówi się jako o sprzecznym z dobrym smakiem.  Określenie opisujące Pontormo, czy Rosso Fiorentino ma jednak zupełnie inne zabarwienie. Vasari używając słowa "maniera" myślał oczywiście o wzorowaniu się artystów na stylu Michała Anioła, Rafaella czy Leonardo da Vinci, głównie tego pierwszego. Uważał, że Buonarotti osiągnął szczyt, jeśli więc chce się być dobrym artystą, nie można nie znać stylu mistrza, nie zapoznać się z maestrią jego pędzla. Ale tak naprawdę zawsze w sztuce pojawiało się zjawisko inspirowania się, wzorowania na starszych malarzach. 
Pewien detal może dobrze zobrazować, na czym polegał manieryzm Pontormo.
Na jednej z wielu Madonn Rafaella widzimy charakterystyczny układ dłoni trzymającej książkę:
http://www.friendsofart.net/static/images/art1/raffaello-sanzio-the-alba-madonna.jpg
Pontormo używa tego układu, niczym lejtmotywu. Dłonie u jego postaci są charakterystycznie zgięte,  wydają się być niemal spastyczne. I to jest manieryzm, u Rafaella taka dłoń jest bardziej epizodem w jednym obrazie, u Pontormo - manierą, sposobem przedstawiania dłoni. Nawiasem mówiąc, bardzo trudnym do namalowania elementem ludzkiego ciała. Nasz bohater nie poszedł więc na łatwiznę, wybrał bardzo trudną manierę :)

Stojąc w kaplicy powoli nawracałam się na Pontormo. Całkowite oczarowanie przyszło po zwiedzeniu wystawy w Palazzo Strozzi. Do 20 lipca istnieje szansa zobaczenia wielu innych jego dzieł w zestawieniu z innym manierystą florenckim - Rosso Fiorentino oraz ich mistrzem Andrea del Sarto. Wystawa została urządzona z rozmachem, pokazuje wiele aspektów dróg artystycznych malarzy, o których mówi się, że byli bliźniakami, ale dwujajowymi :)
Z chęcią wracam do katalogu oraz na stronę internetową wystawy, której zapowiadający film choć trochę oddaje jej charakter. Znajdziecie tam też możliwość wirtualnego zwiedzenia całej wystawy
Nie patrzcie na nieznajomość włoskiego, czy angielskiego, obejrzyjcie przykłady wybitnego malarstwa oraz wystawiennictwa.