niedziela, 24 maja 2015

WYCIECZKA PEŁNA CUDÓW

Trudno nie tworzyć listy miejsc, które chciałoby się zwiedzić w Toskanii.
Mój spis ma tendencje wzrostowe, a przyrost może jedynie spowolnić jakaś wycieczka, najlepiej całodniowa.
Tylko jak się wyrwać na taką? Krzysztof poprosił kolegę o zastępstwo, ja pogodziłam się z myślą, że jakoś dam radę bez jednego dnia w pracowni i voilà!
Musiał to być jeden z czterech dni w miesiącu, kiedy można przekroczyć bramę wiodącą do Castello di Celsa. Właściciele sami opłacają przewodnika, więc wizyty są darmowe. Można wejść jedynie na teren wokół zamku, same pomieszczenia zachowują prywatność. I dobrze :)
Wizyta była dość wcześnie, bo o 9:30, a my musieliśmy jeszcze tam dojechać. Wybraliśmy się bez śniadania, licząc na jakiś bar po drodze.
Taaa...
Po zjechaniu z superstrady trasa wiodła takimi miejscami, że baru nie uwidzisz.
Musieliśmy odbić na chwilę do Pievesciola. Dobrze się złożyło, przynajmniej obejrzałam sobie z zewnątrz romański kościół, a i tak miałam go w planach na ten dzień.  Ciekawa asymetryczna fasada z żagielkową dzwonnicą, wydaje się cała być lekkim żaglem, za to z tyłu kontrast - ciężkie masywne pół walce absyd. Szkoda, że nie mogłam zajrzeć do środka.

Przynajmniej jeden punkt wcześniej zobaczony, więc było większe prawdopodobieństwo, że zdążymy zrealizować plany.
O! Ja, naiwna!
Po włoskim śniadaniu ruszyliśmy do Castello di Celsa.
Oprowadzająca nas pani miała chyba jakiś szczękościsk, cedziła słowa z prędkością ślimaka, ale nie szkodzi.
Zawsze coś sobie człowiek pooglądał, no i kilka jednak informacji usłyszał.
Do ogrodu all'italiana nie mogliśmy wejść. Wcale się nie dziwię restrykcjom, zakazowi wstępu dla wszystkich przybyszów. Choroba gnębiąca w Europie żywopłoty z bukszpanu dopadła i nasz parafialny ogród, więc moglibyśmy zagrozić roślinom z zamku, przenosząc robactwo na butach.
Na szczęście, można było spojrzeć na ogród z poziomu bramy do niego prowadzącej.
Na wzór już wielu zwiedzonych ogrodów w Toskanii, ogród formalny jest tylko częścią całej "rozgrywki", wzrok obecnego w nim ma wędrować dalej, zobaczyć chociażby Monte Amiata, czy Sienę.

Wszyscy leniwie oparli się o mur i zapatrzyli w cudowną dal.
A za plecami mieliśmy skomplikowany architektonicznie twór, najstarsza część sięga średniowiecza, ale te krenelaże, to bardzo młode ząbki, z XIX wieku.

Pomiędzy średniowieczem a współczesnością lokuje się XVI wieczna kaplica. Jeśli ktoś zna się na heraldyce, to po namalowanych tam rodowych symbolach mógłby odtworzyć, kto z kim się żenił i jaki ród przejmował posiadłość. Mnie zaintrygowały rzeźby z bielonego drewna, a w nich tak dobrze oddany detal; drewno, poprzez swoją nierówność struktury, jest trudnym materiałem, tym większy wzbudziły podziw.

Właścicielka z rzymskiego rodu Aldobrandini na pomysł biskupa, by zdekonsekrować kaplicę, powiedziała: W moim rodzie było dwóch papieży i na to nigdy się nie zgodzę.

Oprócz włoskiego ogrodu jest jeszcze kilka zakamarków, do których mogą zajrzeć zwiedzający. Aleją żywopłotowych cyprysów dochodzi się do barokowej sadzawki.  Niestety, jej zdobienia są mocno zniszczone, ale za to widok na zamek wart przejścia długą ścieżką.


Po drodze spotkaliśmy ukraińskich ogrodników przycinających rośliny, usiłujących jednocześnie naprawić szkody po jakimś poprzednim "przycinaczu", który, osłabiony alkoholowym nałogiem ciął, jak szedł, czyli nie po prostej. Kilka lat pracy i wyzwań przed nowymi opiekunami zieleni. Dadzą radę, sądząc po tym, jak pracowali.
Castello di Celsa pojawiło się w tym roku na ekranie kinowym, jako tło filmu "Voice from the stone".  Podobno to thriller psychologiczny.
Tego dnia znalazłabym inne tło dla tego straszących filmów, ale o tym w odpowiednim momencie  wpisu.
Na razie jeszcze trochę zdjęć z posiadłości:


Za Castello di Celsa ruszyliśmy ku Radicondoli.
Podoba mi się sama nazwa miasteczka, brzmi jak rozkołysany dzwon, wymawia się ją z akcentem na pierwsze "o". Turystów w niej jak na lekarstwo, chyba wszystkich, którzy przyjechali, zgromadziła potem "Agriteca".
Ale, po kolei.
Najpierw krótki spacer po mieście, bez planu.
Wyszliśmy z parkingu na plac przy kościele.
Kościół (Kolegiata Świętych Szymona i Judy) dziwny, zwłaszcza z zewnątrz. Jakaś wielka przeróbka, niespotykane przypory, z których jedna płynnie łączy się z dzwonnicą.
Właściwie to można się uprzeć na barok, tylko w samej dzwonnicyjakieś pozostałości wspominają romańskie czasy. W środku właściwie już tylko barok, ale taki zupełnie jakoś mi nieprzeszkadzający. Może dzięki temu wybija się kilka starszych obiektów: XIV wieczna Madonna z Dzieciątkiem, XV wieczny wielki obraz z Wniebowzięciem NMP oraz drewniana figura jakiegoś mnicha, o którym nie znalazłam żadnych informacji. Przyznam się, że wracałam do tej smukłej, ascetycznej sylwetki, której polichromia nadawała niezwykłego charakteru. Zwłaszcza pomalowana zapadnięta twarz i te oczy!

Miasteczko spokojnie toczyło sobie swoje życie.
Mały sklep ma magazyn po drugiej stronie ulicy, ale ona nie taka szeroka, więc to chyba nie problem. Z ledwością mieści się na niej rolnicza maszyna. Na szczęście ludzie mogą przejść nią opierając się o siebie we wzajemnym zaufaniu. Wszyscy mówili nam dzień dobry.

Zajrzeliśmy jeszcze do niebieskiego oratorium z jedną z okropniejszych scen Ukrzyżowania, jaką dotąd widziałam.
Taki podmalowywany relief, albo podreliefowany obraz. Ni czort ni wydra.
Spodobała mi się jednorodność tej świątyni, taki trochę wiejski charakter i obrazy niczym od ucznia El Greco. Wszystko świetnie utrzymane. Chłodna gama barwna zaskakuje, gdy na zewnątrz cegła aż promienieje słońcem.

Ewidentny średniowieczny charakter Radicondoli podkreśla nie tylko układ ulic biegnących głównie równolegle do siebie po grzbiecie wzgórza, ale i zachowane fragmenty murów z jedną bramą.




Zaciekawił mnie termometr naścienny z 1879 roku. Zwróćcie uwagę na fakt, że nie przewidywano temperatur poniżej minus 14 stopni Celsjusza. Mam wrażenie, że urządzenie nadal działa, bo temperatura była bliska tej przez niego wskazywanej, chyba że akurat tak się złożyło?  Trzeba by wrócić i to sprawdzić.

Na jednym z  krańców miasta jest punkt widokowy z lornetką, przez którą można dojrzeć Colle Val d'Elsa, San Gimignano i Montecastelli Pisano, albo tak sobie poszperać wzrokiem po wzgórzach.

Zatoczyliśmy pętlę, zaglądając jeszcze do małego klasztoru i Urzędu Gminy.

Wędrówka po miasteczku trwała dokładnie tyle, by podprowadzić nas pod obiadową porę.
Chyba jedyny czynny lokal był przy kolegiacie - to "Agriteca". Tu właśnie zgromadzili się wygłodniali turyści trzech nacji.
Wszystko było wyśmienite, a nadziewana serem i prosciutto cebula na ciepło kusi mnie chęcią znalezienia tego smaku w domu. Szefowa kuchni sama przychodziła upewniać się, czy nam smakuje.
Maziaje które widać na pasztecie nie są octem balsamicznym, lecz syropem z fig domowej produkcji.

I teraz zaczyna się nasz thriller. Po wyjeździe z Radicondoli kierowaliśmy się na Montecastelli Pisano, lecz musieliśmy jechać okrężną drogą z powodu zarwania się fragmentu nawierzchni. Nic strasznego, ale ...
Krzysztof niedawno zmienił auto i nie miał pojęcia, czy informacja nowego pojazdu ojeździe na rezerwie i tylko 40 km możliwych do przejechania to straszydło, czy prawda. Nigdzie nie było widać stacji benzynowych, a wrzucone w mapę hasło "distributore" nie budziło optymizmu. Jechaliśmy lasami, które, oczywiście, w takiej sytuacji ciągnęły się niemiłosiernie, były olbrzymie, rosły z kilometra na kilometr, stając się nieprzebytą puszczą. Pierwsza osada, zaczepiamy człowieka, odsyła nas do Pomarance, jeszcze osiem kilometrów. Cud. Dojechaliśmy na styk! Nauczka wielka. Są takie miejsca w Toskanii, gdzie stacja benzynowa jest rarytasem, a świadczy o tym też to, że tam bez problemu kupi się kanister na paliwo, a w Pistoi na pierwszej zapytanej stacji powiedziano, że nie opłaca im się handlować kanistrami, są za drogie i nie ma popytu.

Skoro już zajechaliśmy do nieplanowanego Pomarance, to się rozejrzeliśmy i tutaj. Jakoś nie wywarło na mnie wielkiego wrażenia.
Może po takim Radicondoli trudniej było zaakceptować większą współczesność?
Oszukał mnie też kościół - z fasady romański, w środku niekoniecznie.

Może zwrócę uwagę tylko na jedną ciekawostkę? Tego dnia spotkaliśmy aż dwie takie ambony, jedna była w Radicondoli, druga tutaj. Nie chodzi o kształt, tylko tę wystającą rękę, trzymającą krzyż. Musiałabym mocno przeszperać zdjęcia, ale mam wrażenie, że już kilka razy widziałam taki zestaw. Dowiedziałam się, że w ten sposób realizowano zalecenie, by krzyż na ambonie był jednocześnie widoczny dla głoszącego kazanie, jak i dla słuchających go.
Z Pomarance ruszyliśmy z powrotem do Montecastelli, ale ... nie mogłam sobie odmówić podjechania do widzianej z daleka twierdzy, o której nie miałam bladego pojęcia. Po prostu w pewnym momencie ukazała się moim oczom i cały czas kombinowałam, jak by tu do niej dotrzeć.
Przygoda z poszukiwaniem paliwa zawiodła nas nieopodal drogowskazu informującego, że od Rocca Sillana dzielą nas tylko dwa kilometry. Okazało się, że 2 km autem i 15 minut spaceru. Ok, nie ma sprawy, pójdziemy, ale ... wczytaliśmy się w plakat i okazało się, że podejdziemy pod wysokie mury i nic więcej nie zobaczymy, bo twierdzę zwiedza się zazwyczaj w soboty i niedziele. Na pocieszenie zostało mi zdjęcie z plakatu.

Myślę, że kiedyś tam wrócę, a jakże. A kto by chciał dotrzeć tam, polecam stronę z informacjami po włosku i angielsku.

Wróciliśmy na szlak. Dień piękny, słoneczny, jest jeszcze dużo czasu. Wstępujemy do Montecastelli. Gdyby nie ludzie spotkani przy ujęciu wody, przydomowe kwiaty, pies, który w śpiewny sposób nas obszczekał i w ogóle niezakurzony motocykl, pomyślałabym, że to wymarła miejscowość.

Cisza wibrowała, wędrowała wraz z nami po zakamarkach.

Z Montecastelli pojechaliśmy do Casole d'Elsa.
Cudowne miasteczko, mimo że współczesny budynek, pod którym zaparkowaliśmy, nie zapowiadał tego.

Specjalnie użyłam słowa "cudowne", gdyż wpisuje się w temat całego artykułu, chociaż powinnam się postarać o więcej przymiotników, bo miejscowość na to zasługuje.
Zdaje się, że przed nami wiele spotkanych takich samych elementów: wąskie uliczki średniowiecznej zabudowy, nawet jakiś mały zamek. Jest coś, co bardzo wyróżnia Casole. Widać, że artyści mają się tu dobrze, nawet jeśli są tylko domowymi artystami.
W zamku była wystawa, którą delikatnie nazwałabym "Malować każdy może". Cieszę się, bo dzięki temu można było zajrzeć do części pomieszczeń.

Zaczęliśmy od zamku, pod którym ulokowano kilka rzeźb. Niektóre pojawiły się jeszcze w innym układzie, nie wiem, czy w zamierzony sposób, tworząc malutką romantyczną opowieść.
Dokonam skrótu, przeskoczę dla nich chronologię zwiedzania.
Tuż pod zamkiem, siedzą na osobnych ławkach, przyglądają się sobie z daleka.
Chyba ona jest mniej chętna na znajomość.
On czeka na nią przy kościelnej studni.
Nie przyszła?
Usiadł w innym zakamarku,  ale jeszcze wygląda z nadzieją.
Spotkali się!
Tylko po co te ławeczki, takie nahalne, tak podgladające?

Casole to także inne rzeźby, ale głównie jakieś niesamowite szaleństwo malowanych kafli, obsiadły przede wszystkim Via San Niccolò.



Chciałabym być dzieckiem mieszkającym w takim miasteczku, oczywiście po to, by bawić się w chowanego, czy w podchody. Istna plątanina przejść, zakamarków, zmian poziomów. Eh ...


Nie mogłam nie zajrzeć do kościoła.

Słabo obejrzałam wnętrze, akurat trwał Różaniec, więc nie chciałam przeszkadzać.

Za to z prawej strony nawy można wejść na krużganki. Noo! To lubię!

Krzysztof został gdzieś w tyle, a mnie coś natchnęło (może Anioł Stróż?), żeby skręcić w jedno z przejść. Dzięki temu wyszłam wprost na najprawdziwszą piekarnię, co mi przypomniało, że miałam kupić pieczywo, gdyż wyjątkowo nie dałam rady upiec chleba.

Z żalem zostawiałam Casole D'Elsa, ale miałam jeszcze jedno miejsce na mapie, takie z serii "muszę zobaczyć". Właściwie to były dwa miejsca w pobliżu siebie, podjęłam jednak decyzję, by jedno ominąć, żeby mieć pewność, że Krzysztof spokojnie zdąży na wieczorną Mszę św.
Droga skręcała w strada bianca. Dwieście metrów od nas zatrzymał się jakiś samochód, trochę się dziwiliśmy, że czeka na mijankę, miejsca wystarczyło na dwa pojazdy. Podjechaliśmy, a starszy pan otwiera okienko i pyta nas, czy chcemy zobaczyć kościół w środku. Zatkało mnie! Jeszcze chwila, a Giancarlo byłby wjechał na asfaltową drogę i za nic nie domyśliłby się, że jedziemy zobaczyć Pieve dei Santi Ippolito e Cassiano. Zawrócił specjalnie dla nas.
Mnie zależało jedynie na widoku wśród pól, wszystko przeszło moje oczekiwana. Mocno wybrakowana świątynia od kilku lat nęciła mnie swoją pasiastą fasadą kontrastującą z zielenią pól. Nie miałam jednak pojęcia, że te pola opadają, a pieve jest na wzgórzu.

Nigdy na żadnym zdjęciu nie widziałam prowadzącej do niej sosnowej alei. A już pomarzyć mogłam o zobaczeniu wnętrza. Nie wolno w środku fotografować, więc Wam go nie pokażę. Jest tam kilka rzeźbień w kapitelu, ale ogólnie panuje wielki smutek i smród gołębich odchodów. O dziwo, kościół bywa używany, już następnej niedzieli po naszej wizycie, miał się odbyć w nim ślub. Wolałabym nie sprzątać tego, co tam zastaliśmy.
Spytałam się miłego dziadka, jak to się w ogóle stało, że go spotkaliśmy, czy wracał właśnie z kościoła? Okazało się, że droga wiedzie dalej do zwierząt, które hoduje. Wzięliśmy namiary, by przy następnej wizycie w okolicy kupić prawdziwie wiejskiej kiełbasy czy prosciutto od Giancarlo.
To był idealny, właściwie wakacyjny dzień, chwila przerwy od intensywnych zajęć w pracowni.
Ale czyż dla tylu cudów nie warto było?

środa, 20 maja 2015

NIE MOGŁAM SIĘ OPANOWAĆ

Wpadł mi w ekran film wykorzystujący obrazy wspomnianego przy okazji wizyty w historycznych aptekach Fabio Borbottoniego. Polecałam wtedy jego obrazy pokazujące dawną Florencję. Film pokazuje jeszcze więcej - zestawia obrazy ze stanem obecnym. Bardzo lubię tego typu nakładki, wiem, że nie tylko ja, więc się dzielę tym pięciominutowym odkryciem.

Jest to realizacja Art Media Studio Firenze

poniedziałek, 18 maja 2015

KOMUNIJNIE

Czytelnicza chwila oddechu w opisywaniu wypraw. 
Całą niemal sobotę układałam kwiaty. 
Niby wszystko wygląda prosto, ale ułożenie 17 kul, ozdobienie gotowych drzewek i wymyślenie, jak zamontować kwiatki, które dzieci wnosiły wchodząc do kościoła, jest bardzo czasochłonne.
Dobrze chociaż, że kilka dni wcześniej upiekłam chleb i go zamroziłam. 
Nie mógł się zmarnować, potem trafił do chlebaka. 
Krzysztof wpadł na świetny pomysł, by rodziny zabrały po stroiku na stół komunijny. 
Nikt nie przepuścił takiej okazji :)

niedziela, 17 maja 2015

DLA ODMIANY ... CHIANTI

Niewiele dni dzieli "Łaciatą wycieczkę" od tej, którą opiszę. Już po dwóch tygodniach znowu ruszyliśmy do tego regionu, gdyż poprzednim razem nie zdążyliśmy do San Donato na Mszę św. odprawianą przez księdza, który głosi ciekawe kazania. Krzysztof potrafi sam wedpnąć tam tylko na  homilię. Msze odprawiane są o 18.00, więc między obiadem a tą godziną zagospodarowałam czas na następne zakątki Chianti.
Zaczęliśmy od Mercatale, sennego, z przedziwną rzeźbą na jednym z placów. Rzeźba, jak rzeźba, ceramiczny pal z kurami i kogutami, ale to szkliwienie? Zakłóciło formę. Z daleka wyglądała niczym śmieciowy totem. Nie przyjrzałam się zbytnio miasteczku, bo miało być tylko przejazdowym, ale zatrzymaliśmy się w nim na kawę i lody. Może się przydać informacja, że na placu z palmami zauważyłam tabliczkę z informacją o bezpłatnym wi fi.

Na brzegu Mercatale jest wzgórze, na którym są pozostałości po romańskim kościele, zajrzeliśmy zobaczyć, jak został przerobiony na mieszkalny dom.

Tej niedzieli nie nastawiałam się na zwiedzanie kościołów, ale co ja poradzę, że mnie tak do romanizmu ciągnie?
Następny punkt na mapie wycieczki romańskim nie był, choć sakralnym tak. Malownicza kaplica którą obecnie dzieli droga przejazdowa od willi, z którą jest związana.

Droga jest tak wąska, że każde z pięknie odnowionych okien zabezpiecza pasiasta tabliczka, trochę pomaga, ale i tak widać ślady po otarciach ciężarówek.
W willi są jakieś apartamenty na wynajem, to chyba ich nazwy widnieją na domofonie, przyznacie, że ciekawie wygląda na nim zestaw nazwisk.
Ruszamy ku głównemu punktowi tej wycieczki, ku zamkowi Gabbiano. Niezawodny GPS niezawodnie poprowadził nas najkrótszą trasą, więc zajechaliśmy szutrową drogą, od strony podwórza posiadłości.
Mimo tego, że budowla jest położona na wzgórzu, nie zobaczycie jej jadąc autem, łatwo więc przegapić drogowskaz,  widać go tylko od strony drogi wiodącej z Imprunety.
Zamek przypomina (także położony w Chianti) Castello Meleto. To taki rodzaj budynku, zazwyczaj na planie kwadratu, który wzorem francuskich zamków, w narożnikach akcentują okrągłe wieże.

Historia miejsca, a zwłaszcza posiadania, jest niewykła. Zaczątki sięgają XI wieku, obecny kształt, mniej więcej z XV wieku nadał mu drugi właściciel z florenckiego rodu Soderini. Po ponad wieku wygnania za sprzeciwienie się Medyceuszom, na opuszczony i zniszczony zamek wraca ta sama rodzina, przestaje być właścicielem dopiero w XIX wieku. Potem jest jeszcze trzech właścicieli, by obecnie przejść w posiadanie producenta win Beringer Blass. Jak na niemal 1000 letnią historię, bardzo niewielu właścicieli zapisało się w księgach wieczystych Castello di Gabbiano.
Pomyszkowaliśmy wokół zamku, raz wyszedł z wnętrza mieszkający w nim turysta, ale my nie mogliśmy wejść, na drzwiach była informacja o tymczasowej nieobecności obsługi.
Tuż przy zamku stoi kamienny dom, zapewne kiedyś pełniący rolę pomieszczeń dla służby. Z położonych blisko ziemi otworów wiało wielce obiecującym zapachem winnej piwnicy. Nic zaskakującego, jeśli wokoło ścielą się winnice jednego z potentatów wśród producentów wina.

Zaszliśmy do położonego w jeszcze innym budynku sklepiku i zasięgnęliśmy języka, czy w ogóle zamek jest zwiedzalny. Powiedziano nam, że można zobaczyć dolną część zamku, gdy jest w nim wystawa, a właśnie jakaś trwa. Powiedzieliśmy, że brama jest zamknięta i wisi na niej kartka. Sprzedawca powiedział, że panie obsługujące pomagają w nieodległej restauracji i pewnie dlatego nikogo nie ma.
Nie daliśmy za wygraną. Wróciliśmy przed bramę, zadzwoniliśmy dzwonkiem. Nic. Cisza. Po zadzwonieniu na podany numer telefonu, zdalnie został zwolniony zamek w drzwiach i weszliśmy. Najbardziej w pokazanych obrazach podobało mi się to, że wpuściły nas poniekąd do wnętrza. Trudno było na nie patrzeć, jeszcze trudniej na ich ceny zaczynające się od kilkuset euro a kończące na trzech tysiącach. Za co? Pytam. Za co?

Nie będę narzekać, skupię się na pomieszczeniach. Przyznam, że nie umiem określić, czy mi ich styl pasuje do zamku, ale rozumiem, że dobrze spełniają rolę hotelowych pomieszczeń, do których z piętra schodzą turyści. Ani to przepych, ani elegancja, trochę domowo, tylko kształt i wielkość pomieszczeń, kamienne obramowania kominków przypominają, że jesteśmy na zamku.

Z ciekawości wrzuciłam w system rezerwacji zapytanie o cenę tygodnia pobytu na zamku. W zależności od wybranego pokoju, czy apartamentu, propozycje zaczynają się od 820 euro, a kończą na 1820.  Co ciekawe, musiałam wpisać bardzo odległą datę, takim powodzeniem cieszy się oferta Castello di Gabbiano. Nie dziwię się, sama z chęcią pomieszkałabym na zamku i machałabym z wieży do przejeżdżających rycerzy :)
Ruszyliśmy dalej. Właściwie to przeskoczyliśmy na drugą stronę głównej trasy, do Zamku Il Palagio.
Zobaczyliśmy go tylko przez ogrodzenie.

Widać ewidentnie, że sięgająca początkami 1252 roku budowla przechodziła różne etapy stylizacyjne. Obecny charakter, wracający zamysłem do średniowiecznych blankowań pochodzi z XIX wieku. Muszę mieć baczne oko na ten zamek, gdyż podejrzewam, że wejście do niego jest możliwe przy okazji organizowanych na jego terenie imprez. Zdjęcia z internetowej strony bardzo zachęcają do wejścia, co najmniej, na dziedziniec.
Nieopodal zamku, tak jak koło poprzedniego, rozciągają się winnice, a okazała fattoria kusi degustacjami. Zapewne to dobre miejsce na wesela, a kto by brał ślub kościelny w pobliskim Pieve Santo Stefano al Campoli, ten na upartego może dojść na poczęstunek pieszo.

Do środka nie udało nam się zjarzeć, ale ciekawostką może być fakt, że jednym z pievano, czyli proboszczem w tego typu nadrzędnym nad rejonem kościele, był sam Giulio Medici, późniejszy Papież Klemens VII.
Trochę głupio było mi obchodzić kościół, bo poprzyrastały do niego zamieszkałe budynki, z otwartymi drzwiami, więc czułam się, jak bym miała komuś przeszkodzić w sjeście.
Podobnie było przy chyba zupełnie opuszczonym Pieve di San Pietro w maluśkiej osadzie Sillano, do której na chwilę zjechaliśmy z głównej drogi. Z przodu trzeba się mocno skupić, by pod barokiem zobaczyć starsze warstwy, ale z tyłu przetrwała półkolista absyda.

Czas pędził nieubłaganie, dużo szybciej od nas, więc musiałam skrócić plany wycieczkowe, jeśli mieliśmy dotrzeć do San Donato na 18.00.
Ostatnia była bardzo pobieżnie odwiedzona miejscowość Panzano in Chianti, słynna głównie ze względu na niesławny befsztyk u Dario. Z różnych stron dowiaduję się, że właściciel już dawno zapomniał, czym jest prawdziwy kawał mięsa z chianiny, a mięso za życia w ogóle nie postało w Toskanii. Dlatego w ogóle nie szukałam "Mac Dario". Pamiętałam, że jest tam jeszcze coś innego.
Nie, nie, więcej zamków na liście nia miałam. Chociaż ... część Panzano zachowała ewidentne ślady  warownych murów, ale mi po zakamarkach pamięci kołatał się ciekawy kościół.

Hmm? To chyba nie ten?

Weszłam z poczucia obowiązku, że skoro już jestem, że może źle zapamiętałam, że może w środku jest coś bardzo, bardzo cennego. Sami jednak przyznacie, że na romański kościół to nie wygląda?
Po wyjściu spotkałam zasapaną panią w ciąży, właśnie weszła pod górkę. To ważna chwila, bo pani zapytana o pieve od razu ruszyła na bok wzgórza, żeby mi pokazać, dokąd mamy jechać. Za to bardzo szanuję Toskańczyków, chęć pomocy jest tak wyraźnie widoczna.
Okazało się, że słynna romańska świątynia nie jest już w samym Panzano, ale w niedalekiej osadzie -dzielnicy - Leolino.

Noooo!
Takie coś miałabym przeoczyć?
Plułabym sobie w brodę i kombinowałabym, jak tu znowu zahaczyć o Chianti. Po cichu przyznam się, że i tak kombinuję :)
Pieve di San Leolino sięga swoimi początkami 982 roku. Właściwie to odnaleziono dokument traktujący o już istniejącej świątyni. Ale niektóre fragmenty kamienia wskazują na jeszcze odleglejsze daty.
To, co zastajemy w głównym trzonie jest XII wieczne.
Do wnętrza wprowadza dużo młodszy portyk, z XVI wieku.

Gdy czytam informacje o kościele, zastanawia mnie fakt, że przywrócenie do stylu romańskiego nastąpiło w 1942 roku. Zaraz, zaraz, a co z wojną?
Może kiedyś dowiem się, jakim sposobem w takich ciężkich czasach można było zajmować się konserwacją budowli.
Na razie pozachwycam się wnętrzem i jego skarbami.
Trzy nawy wyznaczone są przez rząd filarów o podstawie kwadratu, nie ma żadnych rzeźbionych zdobień. Wyczuwa się atmosferę ciężkich murów, niechętnie wpuszczających słoneczne światło do  środka.

Powoli daję przywyknąć oczom i rozglądam się po ścianach.
Pierwsza jest kaplica chrzcielna, jeszcze jasna, lekka i wdzięczna, z freskiem malarza z kręgów Filippino Lippiego.  Ma ciekawą misę, z podwójnym pojemnikiem, opartą na dwóch podstawach.

Za położonym nieopodal konfesjonałem skrywa się piękny XIV wieczny tryptyk z Madonną i Dzieciątkiem,  ze św. Katarzyną Aleksandryjską, św. Piotrem i św. Pawłem. Patrzę i zachwycam się, że taki skarb uchował się w niepozornej miejscowości.
To jeszcze nie wszystko.
Po drugiej stronie kościoła, znowu Madonna z Dzieciątkiem, obraz starszy o cały wiek od poprzedniego. Razem z Nią znowu Piotr i Paweł, których fragmenty z życia przedstawiają mniejsze, boczne sceny.
Zaraz nieopodal świetny XVIII wieczny relikwiarz w postaci popiersia, przedstawia Św, Eufrozyna.
Tyle w nawach. Przed nami główny ołtarz, ze zdobnym, bogatym w złocenia, jak na sieneńską szkołę malarstwa przystało, tryptykiem. "Dla odmiany" Madonna z Dzieciątkiem, tym razem w asyście aniołów i świętych: Franciszka, Jana Chrzciciela, Eufrozyna i Wawrzyńca.
A z boku prezbiterium "smaczek" jeszcze jedna Madonna i Dzieciątko, czule ją obejmujące.
Do bogactw świątyni dodajcie jeszcze tabernakola - jedno na Najświętszy Sakrament, drugie na oleje święte - obydwa dzieło Giovanniego della Robbia.

Wychodzimy?
Absolutnie nie!
Jeśli kiedykolwiek tam zawędrujecie, zajrzyjcie z prawej nawy do krużganków - mojego następnego zawirowania i zachwycenia.

Wychodzę z lekka zapowietrzona szczęściem, że nie ominęłam, że znowu doświadczyłam piękna.
Żegna nas widok, jakich wiele w Chianti, jednak grzechem byłoby napisać, że nic nadzwyczajnego.
Czy jest ktoś, kto by nie lubił rytmów winnic? Łagodności wzgórz? Ciemnych pionowych akcentów wyznaczanych przez cyprysy i srebrzyście grających gajów oliwnych?
Zapomniałabym o fioletach irysów i bogatych żółcią wiechciowatych żarnowcach.

Długo by wymieniać, a to tylko cztery godziny. Niezwykłe, ile może pomieścić tak krótka wycieczka.


Ps. Na 18.00 zdążyliśmy, ale Msza była odwołana z okazji jakiejś parafialnej pielgrzymki.
Do następnego razu więc :)