Oglądanie zdjęć

Z powodu dużej liczby zdjęć na blogu, by nie wydłużać artykułu, a siebie nie męczyć wyborem, od lat stosuję składanki w formie kolażu. Nie oznacza to, że zdjęcia są tak małe, jak widać w danym wpisie. Wystarczy kliknąć na dany kolaż, a zostanie tylko on w oknie, pojawia się wtedy lupka z plusikiem, co oznacza możliwość powiększenia całości, aż do widocznych detali. Wiem, że to szkoda dla pojedynczego zdjęcia oraz wydłużenie czasu poświęconego blogowi przez Czytelnika, na coś jednak musiałam się zdecydować.

wtorek, 23 sierpnia 2016

JESTEŚMY JAGÓDKI, CZARNE JAGÓDKI ...

Mieszkamy w lesie ... 
Aaaa, nie, nie, las skończył się na wysokości około 1500 m n.p.m. zamieszkania.

Święto Wniebowzięcia było czasem intensywnym dla księdza proboszcza, właściwie cały dzień jeździł pomiędzy Mszami i festami. Można sobie wyobrazić, jak po bardzo pracowitym dniu potrzeba mu było choć chwili wytchnienia. Zaproponował wyjazd w góry.
Po pierwszym spacerze nad Lago di Scaffaiolo (pod koniec czerwca) z chęcią zapakowałam buciory i kijki, przygotowałam małe co nieco na piknik i stawiłam się gotowa do wyjazdu.
Kierunek niemal ten sam, dojechaliśmy do Doganacci, jednak jadąc wyżej nie zatrzymaliśmy się przy początku szlaku, lecz pojechaliśmy ciut dalej, by zostawić auto na dużej łące z charakterystycznym pomnikiem pamięci w postaci orła na postumencie i flankujących go dwóch armat.
Alpini zawsze budzą we mnie podziw, są świetnie zorganizowaną grupą wsparcia, żywotnie pielęgnującą też pamięć po tych, którzy odeszli z tego świata. Na pomniku przybywa tabliczek zrobionych w hołdzie umarłym, czasami grupowo, czasami z personalnym wyróżnieniem.

Ludzie dopiero się zjeżdżali. Było ich chyba ciut więcej, niż w czerwcu.

Wyobrażam sobie, co musiało się tu dziać dzień wcześniej. Nauczona doświadczeniem, nie ruszam się już z domu 15 sierpnia, pewnie jako jedna z nielicznych, w ten święty dzień wycieczkowy. Dobę później, i owszem, z chęcią. Jadąc rankiem, mijaliśmy sznur samochodów zjeżdżających po wydłużonym weekendzie. Dobry kierunek, oni do pracy, a my w góry :)
Tym razem wybraliśmy trasę bez schroniska, w kierunku Abetone. Na początku naszej drogi minęliśmy krzyże.

Pierwszy jest pamiątką Roku Świętego 1933, ale wcale nie od niego przełęcz wzięła swoją nazwę - Passo della Croce Arcana. Historia wiąże nazwę z ruchem pielgrzymim w średniowieczu i niedalekim schroniskiem u zakonników (już nieistniejącym).
Drugi krzyż wyrasta niespodziewanie przy wejściu na pierwsze wzniesienie, odsunięty od ścieżki, łatwo go przegapić. Zostawili go synowie dwóch panów Silvio i Vittorio, życząc im, by ich dusze wspólnie mogły wędrować po ukochanych górach. Nie udało mi się znaleźć wyjaśnienia, dlaczego akurat w tym miejscu postawiono ten ślad pamięci.
Tak nostalgicznie zaczęliśmy spacer, ale i góry też sprzyjały nostalgii, a co najmniej zadumie. Już się uspokoiły z żywą zielenią, zaczęły się przebarwiać, a to znak, że sezon jagodowy w pełni.

         

W końcu doczytałam, komu wolno i za ile zbierać jagody, zwane w niektórych regionach Polski borówką :) Wszystko zależy od gminy, na terenie której się zbiera, ale zazwyczaj każdy śmiertelnik może sobie uszczknąć 1 - 2 kg owoców na dzień, mieszkańcom-rezydentom wolno więcej, a na zarobkowe jagodobranie trzeba wysupłać kilkadziesiąt euro.
Profesjonalistów można rozpoznać po specjalnych grzebieniach ze zbiornikami do wyczesywania krzewinek.

Apenińskie jagody są trudniejsze do zbierania, niż te, które w wielkich ilościach zbierałam wraz z rodzicami w kaszubskich lasach. Skuteczniej kryją się przed ludzkim wzrokiem, są bardziej krzaczaste, choć niziutkie bardzo. Nie mieliśmy zamiaru zbierać, napełniłam tylko kilka garści, na wspomnienie dzieciństwa.

Nie tylko my wyruszyliśmy w góry. Po połoninach spokojnie chodziło stado owiec. Ich spokój zakłócił głównie Krzysztof, bo koniecznie chciał je pogłaskać. Pomysł wydał im się co najmniej nieodpowiedni, nie wzbudził w nich zaufania. 

Zastanawiające, nie było z nimi ani psa pasterskiego ani pasterza. Same szły stadem, licząc że wprawne ucho właściciela odnajdzie je po dźwiękach dzwonków uwieszonych u szyi. Miało się wrażenie, że instrumenty zostały dobrane w odpowiedniej tonacji. Wspaniale się niosło po górach.
Trafiliśmy idealnie z pogodą, wysokość i lekki wiatr dały wytchnienie od uporczywego upału na nizinie.

Pamiętając poprzednie wiatry hulające po przełęczach, przygotowałam dwa długie rękawy i chustkę na głowę. Czasami zarzucałam cienką bluzkę, ale wytrzymałabym tylko w krótkim. Oddychałam rześkim powietrzem na zapas.

Głód kazał wrócić nam na miejsce postoju i zjeść przygotowany posiłek. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, ludzie grupkami porozsiadali się w pewnej odległości od aut, by mieć ucztę smaku i widoku.

Specjalnie nie zapakowałam niczego słodkiego, bo wymyśliłam, by wrócić do lodziarni w Cutigliano i przekonać się, czy dobrze zapamiętałam nieziemski smak lodów. Pamięć mnie nie myliła. Wśród wybranych smaków musiały pojawić się lody jagodowe, ze świeżych owoców - poezja!

Połaziłam po miasteczku, zajrzałam w miejsca, których wcześniej nie widziałam, a na te widziane spojrzałam świeższym okiem.














Krzysztof w tym czasie poszedł na kawę. Zajrzeliśmy jeszcze powiedzieć dzień dobry do zaprzyjaźnionego proboszcza.


Don Sergio obiecał nam dostarczyć jagód, bo nie zdołaliśmy ich kupić, gdyż akurat trwała sjesta, zaskakująco aż do 16.00, więc nie chceliśmy czekać na otwarcie sklepów.
Marzą mi się pierogi z jagodami :)

niedziela, 21 sierpnia 2016

ALBINOSY? - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Koniec z określeniem, że coś jest w kolorze bakłażana :)

środa, 17 sierpnia 2016

ZA MIEDZĄ

Trochę naciągnęłam tytuł, ale w porównaniu z poprzednią wycieczką, dłuższą i na większy dystans, ta krótka niedzielna była za miedzę, czyli za Pistoię.
Parę lat temu usłyszałam od znajomej o kościele z kryptą w Montale. Skoro krypta, to budynek musi być stary, a skoro stary, to ja go muszę zobaczyć.
I tak minęło dużo czasu na tym przymusie. Świątynia nie jest zawsze otwarta. Albo się poprosi kogoś, kto ma klucze o wpuszczenie do środka, albo trzeba wstrzelić się w moment jej użycia, a jej obecne funkcje ograniczają się głównie do ślubów.
W końcu zmotywowałam Krzysztofa, by zadzwonił do proboszcza z pobliskiej parafii i okazało się, że akurat najbliższej niedzieli, po południu, ktoś się tam pobierze. Kościół miał być otwarty na godzinę przed uroczystością.
Jedziemy!
Budynek nazywają opactwem, ale z jego pierwotnego przeznaczenia, niewiele widać. Można się trochę domyślić, po przyległych budynkach, że pełniły klasztorną funkcję. Trochę przestrzeni daje porośnięty drzewami placyk, a z tyłu gaj oliwny i łąka. Wystarczy odwrócić się, by zobaczyć, że miesjce obrosły dość współczesne domy. Ciekawe, ile one przetrwają? Początki opactwa notuje się na VIII wiek, zwano je wtedy klasztorem królowej, potem przeszło pod zarząd biskupa z Fiesole, by przez wiele wieków później stać się siedzibą kanoników regularnych.
Sama bryła jest bardzo prosta, z romańskimi apsydami.

Obecny stan jest wynikiem restauracji w 1920, przywracającej w znaczym stopniu romański charakter. W środku też bez wielkich ozdobników. Jedna nawa z podwyższonym prezbiterium. Idealna przestrzeń na śluby, co widać po kwiatowych dekoracjach. Nie trzeba wiele materiału roślinnego, by ją przyozdobić.

Jest tam miejsce, które nie wymaga żadnego zdobienia, ale też i nie jest widoczne podczas liturgii. Można wyczuć jego obecność lekkim wilgotnym chłodem dolatującym spod podwyższonego prezbiterium. Krypta.
Staram się nie zauważać, że uczyniono z niej magazyn, że zabrano jej proporcje, zasypując podłoże. Patrzę na las kolumn i ich wspaniale pokraczne romańskie zdobienia. Dla mnie tu jest raj, może nawet ciut większy, niż u góry, która jest zbyt wyczyszczona i z ledwością zachowuje swój średniowieczny charakter.

Kiedyś z Joanną rozważałyśmy, które kościoły w Pistoi i najbliższej okolicy idealnie wpisują się w toskańską oprawę ślubu. Wiem, wiem, najważniejszy jest sakrament, ale potrzeba piękna każe podkreślać niezwykły charakter uroczystości. Do bogatego już zestawu, można spokojnie dołączyć i Abbazia di San Salvatore in Agna w Montale.

  Skoro już wyruszyliśmy na drugą stronę Pistoi, zaproponowałam jeszcze obejrzenie wzgórza zwanego Rocca, położonego nad Montemurlo. Samej twierdzy nie udało nam się zobaczyć, ale to już wiedziałam wcześniej, że jest otwierana tylko na specjalne okazje, chciałam przetrzeć szlak i zobaczyć maleńkie borgo położone u jej stóp. Położone poniżej, ale też na wzgórzu, na które prowadzi kręta droga wśród oliwnych gajów.

Kilka budynków na krzyż, a restauracja jest! Ponoć bardzo dobra. I to z widokiem niebylejakim, na Prato i Florencję.

Jeśli ktoś nie wie, gdzie szukać charakterystycznych dla tych miast budynków, pomocne będzie koło z obrotowym celownikiem. Wystarczy na tarczy wyszukać nazwę i nakierować celownik, by znaleźć dane miejsce w rzeczywistym położeniu. Można też i odwrotnie najechać na nazwę i dowiedzieć się, że jest ona przypisana, na przykład, do pobliskiej góry.

Moje stadko Aniołów Stróżów nie leniło się i tym razem. Przyjechaliśmy na chwilę przed tym, gdy otwarto kościół Św. Jana Chrzciciela. Aniołowie pracę wykonali przednią, gdyż trafiliśmy precyzyjnie w dzień i godzinę.
W loggi zamkniętej jeszcze świątyni zastaliśmy carabiniere, który czekał na panią z kluczami. Wyjaśnił nam, że carabinieri pełnią tu dobrowolne dyżury, pilnują wnętrza. Dzieje się to zazwyczaj co drugą niedzielę, poczynając od kwietnia, na październiku kończąc.
Romanizm dużo trudniejszy do wykrycia, choć dokumenty mówią o XI wieku, to tylko trochę charakterystycznych kamieni wspomina najstarsze czasy. Ciekawią mnie nawet niektóre poźniejsze "dodatki": właśnie owa loggia z ceglanymi kolumnami, ceglane wykończenie okapu, czy zabudowane chiostro, obecnie czyjeś podwórko.

Wnętrze dość zadbane, nie jest już tak porywające, choć i tak cieszę się, że je zobaczyłam. Nie w moim guście, ale kilka elementów przykuwa oko, zwłaszcza trudny do sfotografowania krzyż do błogosławieństw z XIV wieku wykuty w srebrze przez jednego z mistrzów, autorów srebrnego ołtarza z pistojskiej katedry.


       

Nad wejściem jest cykl fresków przedstawiających legendę (albo i historię?) związaną z tym krzyżem.  Przed wiekami, nocą, złodzieje zakradli się do wnętrza kościoła. Wypatrzyli krucyfiks i domyślając się jego wartości, zabrali do wora, uciekli polami w kierunku Pistoi. Napotkali po drodze strumień Agna, który niespodziewanie przybrał, choć nie były to deszczowe dni. Złodzieje szukali przejścia przez wodę. Zauważyli, że gdy tylko oddalali się od strumienia, jego poziom malał. Zbliżał się świt, nie mogli zwalczyć cudownego przybierania wody, postanowili więc zakopać krzyż. Bez zdobyczy łatwo przekroczyli Agnę, z postanowieniem powrotu nocą.
Rankiem na pole wyszedł wieśniak i zauważył dziwne zachowanie krów. Zatrzymały się i przyklęknęły, nie chciały dalej iść. Wyzywał je, batożył. Nic z tego. Wziął motykę i zaczął przed nimi poruszać ziemię, gdy usłyszał uderzenie o metal. Wydobył krzyż. Pobiegł do księży zasmuconych zniknięciem skarbu. Ci szybko udali się na to miejsce i procesyjnie odprowadzili krzyż na należne mu miejsce. Uderzenie motyki częściowo oddzieliło głowę Chrystusa od korpusu, co ponoć jest do dzisiaj widoczne.
Na freskach widać odnalezienie krzyża, jego odprowadzenie, złapanie i osądzenie złodziei, aż w końcu ich zaprowadzenie na tortury. W tle tej ostatniej sceny widać Zamek z Montemurlo. Coś z tej historii pozostało do dziś i przeobraziło się w  święto. Muszę kiedyś tam dotrzeć, bo ze znalezionych materiałów, widać ciekawą festę.
Z boku kościoła jest dobudowane oratorium Kompanii Bożego Ciała - obecnie małe muzeum, z ciekawymi przedmiotami, jak latarnie procesyjne, wota dziękczynne, piękne szaty liturgiczne, czy oryginalne skrzynki do zbierania ofiary. Przedmioty te pieczołowicie ułożyły panie opiekujące się kościołem. Jedna z nich poprosiła mnie, bym wpisała się do pamiątkowej księgi. Jakże była zadowolona, gdy jej powiedziałam, że już się wpisałam.

Lubię w ludziach dbałość o dawne czasy, o przedmioty będące ich świadkami, to dbałość o własne korzenie i tożsamość.
Wycieczka krótka, tylko te dwa miejsca. Już następnego dnia, zupełnie niespodziewanie, okazało się, że miała w sobie jeszcze jedno znaczenie, ale o nim napiszę w przyszłości. Na pewno napiszę!
Salva
SalvaSalva

niedziela, 14 sierpnia 2016

AD USUM FRATRIS

Dzisiaj bardzo nietypowo zaproszę do obejrzenia albumu ze zdjęciami poza blogiem. Zdjęcia są moje, tylko jest ich tak dużo, że szkoda mi miejsca na platformie bloggera, a szkoda też nie pokazać tego pasjonatom miniatury.
Obejrzałam tę wystawę w czerwcu, ale ciągle nie było kiedy o niej napisać. Tak się nawarstwiają wydarzenia, sprawy, zajęcia.

Ad usum fratris - "na użytek braci" to wystawa 53 manuskryptów powstałych między XI a XIII dla  franciszkanów z Santa Croce we Florencji. Dzieła wsytawiła Biblioteca Laurenziana.
Zapraszam do obejrzenia, żałując, że takie manuskrypty można oglądać tylko na otwartych stronach. Ale z drugiej strony, domyślacie się, że bym obfotografowała każdą miniaturę, więc może i lepiej, że jest tak?

Proszę kliknąć tutaj:  AD USUM FRATRIS

czwartek, 11 sierpnia 2016

TOSKAŃSKIE KORALIKI

Niedawno Krzysztof miał poniekąd służbowy wyjazd na południe Toskanii. Nie pozwoliłam, by marnowało się puste miejsce pasażera. Przecież można wyjechać wcześniej, a i w drodze powrotnej z lekka zjechać trasy, by nanizać na toskański sznurek następne koraliki.
Ileż to razy jadąc z autostrady w kierunku La Foce (jednego z najsłynniejszych cyprysowych zygazków) przejeżdżałam przez Chianciano Terme? W samym miasteczku też się zatrzymywałam, ale u franciszkanów, gdy jeszcze rezydował tam mój licealny kolega.
Chianciano Terme jest miastem na wskroś uzdrowiskowym, dla mnie nic interesującego, no - chyba, żeby pójść do uzdrowiska i oddać się przyjemnym terapiom.
Nic z tego!
Ciągnęła mnie stara część, zwana po prostu Chianciano.
Osadzona na wyraźnym wzgórzu nie jest może porywającym historycznie i architektonicznie miejscem, ale w końcu zaspokoiłam ciekawość. Stare miasto jest klasycznym przykładem niedbałości konserwatorskiej. Co pewien czas pojawiają się straszliwe aluminiowe okna i drzwi, z lat bodajże 70, no, i okrutne szare tynki. Dziwne rozwiązania tymczasowe złośliwie trwają długo, szpecąc miasteczko, które stara się żyć własnym rytmem, tak, jakby nie chciało zauważyć, że pobliskie uzdrowiska już dawno wyssały z niego wszystkie soki. A może jest zupełnie odwrotnie? Ludzie z Chianciano zupełnie nic sobie nie robią z kurortu, z turystów. Po prostu żyją.
Jak zwykle, trudno będzie mi udowodnić szpetne rozwiązania, bo oko naturalnie nastawiało się na to, co malarskie, uwodzące, co przetrwało bylejakość.






































Na drogę powrotną, a raczej na zjazd z niej wymyśliłam jeszcze nigdy nie odwiedzony teren Murlo. Czas dotarcia do niego wydłużył się z powodu ciągłych okrzyków: zwolnij! Zatrzymaj się! Cofnij, proszę, o dwa metry! O, tam będzie chyba najlepszy widok!
Wstrętne krzaki, znowu mi zasłoniły!





Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że wszelkie okrzyki były jak najbardziej uzasadnione?














No więc ... Murlo.
Jechaliśmy od południa, dlatego z głównej trasy, wiodącej do Sieny, zjechaliśmy w Buonconvento. Zaczęliśmy od winowajcy, czyli osady, która zadecydowała o nadaniu nazwy gminie, chociaż siedzibą gminy nie jest. W ogóle jest siedzibą niewielkiej liczby osób, bo to maluśka miejscowość, koralik, nad koraliki, chyba najpiękniej świecący wśród tych nanizanych tego dnia.
To kamienne domki, zrośnięte ze sobą, pusty plac z zabudowaną studnią, z której wodę wydobywa się dziwnym uchwytem poruszanym niemal w poziomie. Jedna restauracja, nieczynny kościół, stary pałac biskupi, obecnie siedziba muzeum etruskiego.























Muzeom powiedzieliśmy stanowcze nie.
W Murlo widać wszędzie, że było prężnie funkcjonującą siedzibą kościelnego władcy feudalnego. Można było w nim sprawować wszelkie funkcje i wykonywać zalecenia władzy. Musieli mieć nawet więzienie, bo uroczy plac ma mało uroczą nazwę Więziennego.


Mogłabym spędzić w Murlo wiele czasu, przyglądać się każdemu okienku, roślinom, cegłom.
Zaraz, zaraz. Nie wszystkie cegły takie proste.

Murlo szczyci się tym, że kiedyś był tu silny etruski ośrodek. Śladem po nich jest nie tylko muzeum, ale i pobliskie odkrywki archeologiczne.
Nie, nie.
Nadal nie tym razem.
To był bardzo burzowy dzień, ale nam się udało, że nawałnice ominęły Murlo, przysyłając tylko wiatr, który łopotał wielkimi portretami współczesnych mieszkańców. Rzeczywiście - mają w sobie coś z Etrusków. Łopot wielkich banerów zamieniał się w szept dawnych włodarzy tej ziemi. Opowiadali o swoim codziennym życiu, cichutko udowadniali, że nic nowego nie wymyśliliśmy. I oni się śmiali, byli smutni, zezłoszczeni, zapracowani...

Ze wzgórza widać pobliskie Vescovado di Murlo. Najpierw myślałam, zwiedziona nazwą (vescovo = biskup), że to była główna siedziba średniowiecznego biskupa. Nie trzeba jednak znać lokalnej historii, by zobaczyć, że stare Vescovado jest trudne do wyłuszczenia spośród współczesnych budynków.


Nie trafiliśmy na żadne ośrodki władzy sprzed wieków.

Ostatnim koralikiem tego dnia było Casciano di Murlo, znowu niewielkie, przytulne, z dwoma placami.






Jest gdzie zjeść zaskakująco dobre lody. Tuż, za kościołem, który mnie tam przyciągnął. Pieve di SS. Giusto e Clemente ma prostą romańską bryłę i także mało skomplikowany wystrój.








Budynek jest niezwykle atrakcyjnie położony. Z kameralnej przestrzeni, z lekka uduchowiony, wychodzi sobie człowiek na zewnątrz, a tam dal, wzgórza. Tylko dziwna tablica pamiątkowa psuje sielankowy nastrój.

Dziwna, bo dlaczego w tym miejscu? Upamiętnia śmierć dwóch mężczyzn, ale ufundowała ją nie rodzina, lecz gmina. Może byli w jakiś sposób zasłużeni? Trudno wyczytać to z kamienia. A że czasy odległe, to trudno rozwiązać zagadkę. Z tego, co znalazłam, śmierć "wyrwała z życia" (strappati dalla vita) młodych ludzi w wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas polowania.
I tak zwykłe nawlekanie koralików na chwilę staje się zadumą. Nie da rady uciec od trudnych spraw, nie omijają Toskanii.

Póki więc mogę chłonąć dane mi w nadmiarze piękno, póty będę starała się Wam o nim opowiadać. To czysta radość dzielić się Toskanią, nawet gdy niektóre jej koraliki mocno wyszczerbione, zaniedbane, ale są.