poniedziałek, 20 czerwca 2016

NEAPOL STRAWIONY

Pobyt w Neapolu zaczęliśmy obiadem.
Absolutnie nie sprawdziło się poleganie na opinii pani przyjmującej nas do B&B. Zaznaczyliśmy, że nie chcemy jeść pizzy, więc wybraliśmy jeden ze wskazanych lokali serwujących jeszcze inne potrawy. Krzysztof był w miarę zadowolony, ja w ogóle. Oprócz tego, że nie chciałam pizzy, to nie chciałam morskich potraw. Wybrałam ravioli, które okazały się mieć już długi, odgrzewany żywot. 
Źle zaczęłam, ale nie piszę o tym, by narzekać, ale wyrazić zdziwienie, że polecenie przez tubylców nie zawsze musi być wiarygodne. Pani nie zdradziła nam sekretu, gdzie sama jada, powiedziała, że wszędzie w Neapolu dobrze się zje. Nie miała racji.

Tego samego dnia, wieczorem, idąc Spaccanapoli, czyli jednym długim ciągiem ulic tworzących oś miasta, udało nam się porządnie zgłodnieć. Nie szukaliśmy kultowych miejsc, nie mieliśmy o nich pojęcia, na chybił trafił wybraliśmy pizzerię "Donna Sofia" i ... zakochałam się w neapolitańskiej pizzy. 

I to w jej ziemniaczanej odsłonie, bo zamówiłam sobie pizzę z kawałkami crocchè, czyli rodzajem paluszków ziemniaczanych (same w sobie pycha i do nich muszę wrócić we własnej kuchni, bom ja w ziemniakach rozmiłowana, choć staram się im tego zbyt często nie okazywać). 

Śniadania mieliśmy w cenie B&B (jak sama nazwa wskazuje). Było szczodrze, właściwie na słodko. To mnie nie dziwi, nie narzekam, wiem, że tak tu się je, więc byłam na to przygotowana, że przez raptem dwa dni zacznę dzień bez soli. 

Obiad zjedliśmy w Pompejach. Było w miarę smacznie, ale ... nie mieliśmy sił, by wymuszać na kelnerze pokazanie paragonu, a potraktował nas bardzo słono, biorąc pod uwagę, to co zjedliśmy i pamięć cen z szybko zabranych jadłospisów. Spuśćmy więc na lokal zasłonę milczenia. 

Za kolację wystarczył nam aperol z podgryzajkami, bo syciliśmy się wspaniałymi widokami na miasto i zatokę. Czuliśmy, że tam należy wejść, ale najpierw poszliśmy na sam koniec ulicy położonej u stóp Zamku Sant'Elmo, gdy wróciliśmy, bar był już zamknięty, a restauracja jeszcze nieczynna. Udało się przekonać kelnera, by dał nam możliwość podwójnego smakowania. 
Wspaniałe doświadczenie - z dedykacją, oczywiście, dla Kingi i wszystkich miłośników Aperol Spritz :)

I został nam ostatni dzień na spróbowanie kuchni Neapolitańskiej.
Nie ryzykowaliśmy już niczego innego. Poddałam się, mogę zjeść pizzę nawet na obiad,  byle była tak pyszna, jak poprzedniego dnia. Pora obiadowa zastała nas w Muzeum Archeologicznym. 
Tym razem zdaliśmy się na Tripadvisora, który wywiązał się z obowiązków znakomicie. Portal wskazał lokale w pobliżu, spośród których numer jeden była "Starita a Materdei".
Mieliśmy nie iść do kultowych miejsc, a zupełnie nieświadomie trafiliśmy do takiego, które funkcjonuje już ponad 100 lat, było planem filmowym "Złoto Neapolu" z Sofią Loren. Dla właścicieli wielkim powodem do dumy jest fakt, że zostali przyjęci przez Papieża Jana Pawła II podczas Roku Jubileuszowego 2000.  Nie mogło wtedy zabraknąć Jubileuszu Pizzaiolo :) 
W swojej galerii foto chwalą się też wieloma sławnymi osobistościami, które ich odwiedziły. Dobrze, że tego wszystkiego nie wiedziałam, jadłam wiec spokojnie, niebciążona żadną sławą, przepyszną pizzę. Nie dajcie się zwieść zdjęciu z pustymi stolikami, to była badzo chwilowa sytuacja. 
Najpierw crocchè - na przystawkę. Niebo w gębie!
Potem pizza. 
Czułam lepsze ciasto, nawet od tej zjedzonej w "Donna Sofia" (jak widać, miasto hołubi Sofię Loren).
Posmakowało mi też czerwone piwo - idealny zestaw z pizzą. 

A w ogóle to zdziwiła mnie różnica między ciastem pizzy neapolitańskiej, a tej jedzonej w Toskanii. Tam jest ciut grubsza i miękka, nasączona tym, co na niej położono. Uśmialiśmy się też, że z pizzą jest jak z fasolką po bretońsku. Otóż, Krzysztof jest miłośnikiem pizzy o nazwie "napolitana", której obowiązkowym składnikiem są anchois. Czy ktoś z Was spotkał w Neapolu pizzę o nazwie "neapolitańska", właśnie z anchois?

Z kulinariów dodam jeszcze kilka razy wypitą kawę, na której punkcie zwariowałam, najpierw błogosławiąc fakt, że  w ogóle już piję kawę. Otóż, kawa z gęstym sosem z orzechów laskowych (nocciola) to jest absolutne odkrycie. Podpytałam jednego barmana, jaki sos daje do kawy i pokazał oraz powiedział, że to jest esktrakt firmy Fabbri (chodziło mu o polewę do lodów, w Polskich sklepach online znalazłam ją też pod nazwą "topping"). Wiem, że można samodzielnie wykonać taką polewę (krem?), może kiedyś się skuszę? Na razie cieszę się, że w domu akurat mam tę polewę. Kawa jest bardzo gęsta i ma niezwykły aromat. 


Na słynne baby się nie skusiłam, ani na żadne inne słodkości. Oprócz lodów, oczywiście!


O jeszcze jednym trunku napiszę osobno, bo jego odkrycie jest wcześniejsze, tylko wypraktykowaliśmy go w Neapolu. Ale to dopiero, gdy dokończę blogowo resztę wyprawy. A może ktoś zgadnie, co piliśmy?

sobota, 18 czerwca 2016

LO STATO DELLA MENTE

W końcu dotarłam zapiskami do samego Neapolu.

Skoro już mieliśmy jechać na wystawę Mitoraja, to, biorąc pod uwagę odległość, trzeba było pomyśleć o noclegu. A skoro Pompeje są tak niedaleko, to wybór miejsca nasuwał się sam.

Dzisiaj nie napiszę o miejsach, czy zabytkowych obiektach zobaczonych podczas trzydniowego pobytu.
Dzisiaj będzie głównie o mieście, o ludziach, o swoistym fenomenie, który obserwowałam, zastanawiając się, czy chciałabym być jego częścią. Wszystko to wrażenia z punktu widzenia trzydniowej turystki, pani mało imprezującej, w średnim wieku. Nie znam statystyk, nie chciałabym, by ktoś odniósł krzywdzące wrażenie uogólnień, opowiem o tym, co zobaczyłam.

Miasto oszałamia wielkością i poczuciem chaosu. Co ciekawe, to poczucie wzrastało we mnie z każdą godziną. Na początku wszystko wydaje się być takie, jak "gdzie indziej". Wysiedliśmy na Dworcu Napoli Centrale, mimo mało precyzyjnych oznaczeń, udało nam się znaleźć odpowiednią stację metra. Idąc w jej kierunku pasażer jest otoczony współczesną architekturą, która mami, że dalej też tak będzie. Stacje metra częściowo podtrzymują to wrażenie. Najbardziej "odlotowa" jest stacja Toledo.

W końcu trzeba wyłonić się na wierzch i wtedy ...
Buch!

Nie da się nie zauważyć - wszystko, ale to absolutnie wszystko jest zasmarowane graffiti.
Nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego? Skąd takie bazgractwo? Rzadko przejawia się w nim talent. Jak to bywa z graffiti, często jest agresywne, przesiąknięte złymi emocjami, albo co najmniej złym gustem. Czy to ma jakąś głęboką przyczynę socjologiczną? Nie znam środowiska włoskich grafficiarzy. W Polsce kiedyś trochę poznałam, ze zdziwieniem po czasie stwierdzam, że większość pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin. Takie farby nieźle kosztują. Ale w Neapolu nie widać, żeby były niedostępne przeciętnemu portfelowu. Kto zamalował miasto? Nie bacząc na żadne, dosłownie, świętości.

Czy mieszkańcy Neapolu są w jakiś specjalny sposób obdarzeni dodatkowym genem mola książkowego?
Takiego zatrzęsienia księgarni, antykwariatów nigdy nigdzie nie spotkałam. Klientów za to niewielu, oj, niewielu.

Jak ten fenomen przekłada się na autentyczne oczytanie?

Czy ktoś, kto wie, co oznacza słowo vanitas nazwie tak sklep ze ślubnymi sukniami? A może właścicielem jest człowiek o bardzo zdystansowanym podejściu do życia, może chce powiedzieć narzeczonym, że wszystko to marność? Nawet ich miłość? No, niemożliwe!

Podobnie jest ze sklepami muzycznymi. Na uliczce, przy której mieściło się nasze B&B, było ich chyba z sześć. Każdy z trochę innym towarem.

Zapotrzebowanie na instrumenty  do muzykowania o wiele lepiej przekłada się na moje obserwacje, ale nie na liczbę klientów w tych sklepach. Spotykaliśmy ludzi śpiewających, grających, nie wszyscy wystawiali kapelusz, czy futerał na drobne. Raczej nie potrzebowali aż tak profesjonalnego sprzętu.
Do jednego grajka wrócę, bo musi pojawić się na samym końcu tego wpisu.

Spodziewałam się dużo większej grupy ostatnich imigrantów, ale wcale aż tak wielu ich nie było. Oczywiście Neapol, jako miasto portowe, samo w sobie musi być ludzkim tyglem. Odnosiłam wrażenie, że to co widzę, to nie najnowsza sytuacja. Znowu więc się zastanawiam, gdzie tkwi przyczyna? Czyżby ostatni przybysze nie przebywają  za długo na południu Włoch? Za biedne? No, nie wiem, w czym rzecz? A może akurat byłam w innych rejonach miasta?
A że jest biedniej, to widać gołym okiem, po cenach w sklepach, po ludziach i ich ubraniach. Dużo mniej tutaj powściągliwej, acz drogiej, elegancji.  Za to stanowczo więcej żebrzących.

Gołym okiem widać o wiele więcej ludzi pod wpływem narkotyków (porównuję z toskańskimi miastami).  Czy to rzutuje na poczucie bezpieczeństwa? Nie jestem specjalistką od uzależnień. Nie wiem.

Nad bezpieczeństwem mają też czuwać żołnierze, ale czy aby na pewno?
Stali zawsze w jednym miejscu na Piazza Dante, odchodzili od swojego auta może na kilka kroków, a już swoimi pomponami to raczej wywoływali we mnie bardziej chichot, niż chęć udania się po wsparcie "gdyby coś się stało". Domyślam się, że to jakaś zaszłość historyczna, ale jakaś taka niepoważna :)


Słynnych śmieci aż tyle nie było, jak to z opisów się słyszało.  Dało się przejść przez ulice. Zdarzały się jednak miejsca, które ewidentnie zostały zapomniane przez wszelkich śmieciarzy. Zwłaszcza jedna taka sterta wzbudziła we mnie smutek, bo było w niej pełno pieczywa.

Znajdowała się na tyłach jakiejś średniej szkoły. Czyżby młodzieży nie podeszło jedzenie? Widać było, że nie smakowało im już od wielu, wielu dni.

Zaskoczyli mnie też kelnerzy. Myślałam, że południe Włoch jest bardziej spontaniczne, rozgadane, a we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy, było uprzejmie, ale raczej z rezerwą. Ciekawe, że ani razu nie zdarzył nam się rozgadany kelner, czy barman, co spotykam niemal na każdym kroku w Toskanii. A może z daleka czuć obcymi? No ale wszak i tutaj jestem obcą. Znowu mam problem z rozgryzieniem tej kwestii. Tym bardziej, że mam wrażenie, że w Neapolu wszelka odmienność, wręcz dziwactwo, spotyka się z większą przychylnością. Może jednak to tylko wrażenie? A poza tym swój dziwak, to swój, a obcy to obcy :)

Następnym zaskoczeniem były domy na Starym Mieście. Mieszkania na parterze wychodziły wprost na ulicę, wiele osób nie miało problemów z brakiem podstawowej intymności. Jeśli się odgradzali, to bardziej przed złodziejami, niż wścibskim wzrokiem przechodniów.

Dzięki temu, że dało się zajrzeć do domów, zobaczyłam, że tzw. ludowa pobożność nie kończy się na ulicznych kapliczkach. Wnętrza też miały (pisząc ostrożnie) kiczowate ołtarzyki.

Pamiętacie moją kolekcję domofonów. W Neapolu jakże często są one zakratowane!

Nie mogłam też nie zauważyć stosunku do piłki nożnej. No, się nie da! Jest wszędzie. A ja jej tak nie lubię. Nie nadaję się do Neapolu. Ciekawa jestem czy Piazza Dante jest oświetlony tak, by można na nim rozgrywać mecze nocą? I to dwa obok siebie?

Wszystko to wprawiało mnie w konsternację. Z chęcią posłuchałabym jakiegoś naszego rodaka, który mieszka w Neapolu od lat. Jak się tam odnajduje? Oczywiście ukochany Gustaw Herling-Grudziński opowiedział wiele o Neapolu, jednak to była specyficzna opowieść.
Obserwowałam Neapol wyrywkowo, ja - turystka, z tak dużą nieznajomością, patrzyłam na dziwne miasto, niemal zupełnie nie widziałam jego bardziej współczesnych dzielnic. Jak ludzie w nim żyją? Jest coś pociągającego w tej metropolii. Cały czas miałam wrażenie, że czegoś nie łapię, że ten naskórek, który zobaczyłam coś skrywa. Dlaczego Rosa - starsza pani, która od lat mieszka w Pistoi, z takim rozrzewnieniem wspomina Neapol? Dlaczego chciałaby tam wrócić? Czy kiedyś odkryję fenomen Neapolu?

Czy choć trochę mówi o tym młodzież podczas zabawy z okazji zakończenia szkoły? Żadnego rocka, techno?

A może ten hipnotyzujący uliczny grajek śpiewający o Neapolu? 
Oczu i uszy oderwać od niego nie mogłam.
https://youtu.be/gCue91eNZEM

Tytuł tego artykułu to włoskie tłumaczenie słów użytych przez Jacka Hugo-Badera wobec Rosji. Idealnie pasują mi też do spotkania z Neapolem
- to nie jest miasto
- to stan umysłu (lo stato della mente).
SalvaSalva

środa, 15 czerwca 2016

TUŻ PRZED NEAPOLEM

Nie chodzi o odległość geograficzną, na chwilę dam Wam odpocząć od zwiedzania i zaproszę na coś pysznego.

Wydaje mi się że tłumaczenie najbliższe prawdy to 
KRÓLIK PO MYŚLIWSKU (CONIGLIO ALA CACCIATORA)
Bardzo lubię mięso królicze, ale często zapominam o jego istnieniu, a że w moim sklepie nie ma go w pobliżu kurczaków i indyków, omijam nieświadomie miejsce, które by mi przypomniało o tak wyśmienitym produkcie.
Do tablicy wywołał mnie królik podarowany przez kogoś Krzysztofowi.
Najwyższy czas zmierzyć się nie tyle z królikiem, ale oliwkami. Do niedawna w ogóle ich nie jadałam, dlatego nie chwytałam się przepisów z oliwkami.
Zmieniam to po myśliwsku. Przepis zaczęrpnęłam z "Il Grande Libro della Vera Cucina Toscana" Paolo Petroniego. Od razu dodam, że proces gotowania nakazuje dodanie oliwek pod koniec, więc, jeśli ktoś za nimi nie przepada, może je potem odsunąć na talerzu. Mięso nie przechodzi ich smakiem.

Królik ok. 1kg
2 ząbki czosnku
gałązka rozmarynu
1 szklanka bialego wina
400 g pomidorów "pelati" (obranych, z puszki, u mnie własne, ze słoika)
200 g wydrylowanych czarnych oliwek
oliwa
sól i pieprz

Królika należy podzielić na części, odrzucająć głowę i łapy. Oczywiście, łapy, jako takie, nie rezygnować z udek. Podzielić na kawałki. Autor nawet wyraźnie mówi o liczbie tych kawałków (12), ale nie przesadzajmy. 
W rondlu, albo na głębokiej patelni lekko podgrzejcie posiekany czosnek i rozmaryn (można też ząbki i gałązkę zostawić w całości). Gdy tylko czosnek zaczyna się leko rumienić wrzućcie królika i podrumieńcie na dużym ogniu. Zalejcie winem, posólcie i posypcie pieprzem. Poczekajcie aż alkohol zupełnie odparuje. Dodajcie pomidory (mogą być pokrojone w kawałki) i duście godzinę (co najmniej), podlewając co pewien czas gorącą wodą.
Mniej więcej na kwadrans przed zdjęciem z ognia dodajcie oliwki (możecie ciut później, jeśli nie chcecie, by smak mięsa nimi przeniknął). Sos powinien być mocno zagęszczony. 
Smacznego!


Królik na zdjęciach został podany z płatkami ziemniaczanymi pieczonymi w formie od muffinów, ale nie doczekałam momentu, gdy się jeszcze ładniej zetną. Przed włożeniem do foremek zostały wymieszane z roztopionym masłem, parmezanem, wyciśniętym czosnkiem i tymiankiem. Powinny się piec godzinę w temp. 190 stopni Celsjusza. Jako warzywo, moje ukochane, szybko smażone wszystko, co miałam pod ręką (kliknij po przepis). Aha! Jeśli nie możecie patrzeć na królika, spróbujcie zamienić go na kurczaka. Jadłam i taką wersję.

wtorek, 14 czerwca 2016

TRUDNE POMPEJE

Wiedziałam, że w Pompejach trwają prace restauratorskie, ale nie spodziewałam się, że aż tak dają się we znaki. A skoro o znakach piszę, to zacznijmy od oznaczeń.
Dojechaliśmy do Pompejów kolejką Circumvesuviana, poszliśmy do wejścia położonego najbliżej stacji. Staliśmy w kolejce po bilety i dzięki temu zorientowałam się, że plan antycznych Pompejów odbiera się w innym okienku. W trakcie oczekiwania wypatrzyłam jeszcze mapę z zaznaczonymi miejscami wystawienia rzeźb Mitoraja. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że wręczany plan nie ma tych miejsc zaznaczonych. Nie odpuściłam, wróciłam jeszcze raz do okienka, gdzie wcześniej już dostałam plan i zapytałam, czy mają coś o wystawie i dostałam drugi plan z dokładnie zaznaczonym położeniem rzeźb.
Przygód z planem nie koniec.
Należało go traktować jako plan stanu idealnego, nie uwzględniający wielu prac wykonywanych na terenie wykopalisk, zagrodzonych uliczek, nieczynnej restauracji, itp. Może bym tak tego nie odczuła, ale miałam jakiś problem ze stopą, więc kluczenie, wracanie, nadkładanie drogi plus dzikie tłumy zniechęciły mnie do idei całodniowego przebywania na terenie Pompejów.
Chyba się robię zbyt marudna?
Ale, skoro już pomarudziłam, spokojnie mogę wyrazić teraz zadowolenie z tego, co zobaczyłam, oprócz rzeźb Mitoraja.








Przede wszystkim zobaczyłam nowe obiekty, których nie widziałam za pierwszym razem
(co zobaczyłam wtedy, opisałam w tym artykule).
Zaskoczyły mnie niezwykłe termy. Ich organizacja, zdobienia. Zamykałam oczy i słyszałam plusk wody i rozmowy korzystających z tych miejsc.










Nieustannie fascynuje mnie ślad, swoista pamięć o ludziach zapisana w uszkodzonych ścianach. Do tego dołączyła nowa fascynacja (czteroletnia) literami. Teraz widzę kute napisy w kamieniu i wiem, że to kapitała monumentalna, a resztki namalowanych napisów to rustyka.

Dodatkową opcją dla turystów była mała wystawa o religijności na terenie Pompejów - od starożytności po współczesność. Chodzi, oczywiście, nie tylko o wymarłe miasto, ale i to tętniące życiem obok. Właściwie to chodziło o jeden aspekt religijności, czyli wotywne podziękowania za otrzymane łaski.
Jeśli poruszają mnie mury - świadkowie czyjegoś życia, to ileż bardziej wymowne muszą być  pozostawione w podziękowaniu pamiątki? Poczynając od mniej lub bardziej drogocennych przedmiotów, a skończywszy na wspaniałych dziełach sztuki.


Moje serce najbardziej tkliwie reaguje na widok obrazków wotywnych. Niektóre namalowano bardzo wprawną ręką, inne zdają się być tworem dziecka. Wszystkie, bez wyjątku są podziękowaniem Matce Bożej Różańcowej Pompejańskiej za wybawienie z opresji.

Tu już nie musimy domyślać się historii, zostają nam bardzo dosłownie i wzruszająco opowiedziane. A działy się nie tylko w pobliżu, zwróćcie uwagę na wypadki, czy strzelaninę w USA.

Równie duże zainteresowanie wzbudził we mnie widok konserwatorów. Podziwiałam ich cierpliwe zmywanie wiekowych brudów, pieczołowite uzupełnienia w oparciu o znaleziony na terenie wykopalisk materiał.

Nie zawsze tak podchodzono do Pompejów.
Pierwsze odkrywki archeologiczne miały na celu wyrwanie co bardziej smakowitych kąsków, oprawienie ich i zawieszenie na ścianach pałacowych władców XVIII wiecznego świata.

Ślad tej grabieżczej praktyki zachował się w ścianach muzealnych. Wiedziałam, że wiele wspaniałych fresków zabrano z Pompejów do Muzeum Archeologicznego w Neapolu, dlatego uznałam, że wizyta w nim musi być punktem obowiązkowym, jeśli chce się mieć pełniejszy obraz życia starożytnych Pompejan.

I znowu zacznę od odrobiny goryczy, by nie zostawiać tego smaku na koniec. Muzeum jest olbrzymim budynkiem, w którym, niestety, urządzono też wystawę tymczasową rzeźb.
Powiem tak: ja wiem, że w Kościele Katolickim wiele rzeczy nie działa, bywa, że po ludzku instytucja mocno kuśtyka, ale idąc oglądać starożytności nie mam ochoty na stawanie wobec takich uogólnień, jak makieta Bazyliki św. Piotra i kolumnady Berniniego zbudowana z samych jokerów. Nie chce mi się nawet z tym polemizować, a ktoś mnie zmusza, bym zadrżała na widok Batmana w klasycznych, znanych ze sztuki,  postawach Chrystusa (oranta, czy okazującego rany).  Tego  było więcej w podobnym kluczu do odczytania.



Poczułam się niegościnnie i niekulturalnie potraktowana.
Szkoda wielka, bo muzeum samo w sobie wspaniałe! Tak, jak trudno było mi potem oglądać jego skarby, tak teraz trudno mi zacząć pisać o stałej ekspozycji, ale ... głowa do góry, palce na klawiaturę!

Rzeźby i drobne obiekty obejrzałam pobieżnie. Może kiedyś, może innym razem?

A przecież i sam budynek jest niezwykły. Ma dwa ogrody inspirowane pompejańskimi.

Zasłonięta częściowo ekspozycją meridiana zaintrygowała mnie tym, jak malusi otwór w ścianie precyzyjnie wyznacza czas, pokazując go na skośnej osi biegnącej przez olbrzymią salę. Nie miałam pojęcia, że promienie słońca przemieszczają się z taką prędkością, że widać to niemal gołym okiem.

Wszystko to jednak "po drodze", w niecierpliwym oczekiwaniu na realizację zamierzeń. Nastawiłam się głównie na malarstwo pompejańskie, które mnie zachwyca od wielu lat. Poziom warsztatu starożytnych artystów zdumiewa. Co za sprawność pędzla!

Mówi się o czterech okresach (niektórzy nazywają je stylami) w malarstwie starożytnych Pompejów. Nie interesuje mnie ten podział, po prostu chłonę kompozycje, ciekawe postaci, wspaniałe portrety, delikatne martwe natury.  Jest coś tak frapującego we freskach sprzed wieków, że chciałabym tu i teraz od razu chwycić za pędzel i samej kontynuować ubarwianie świata.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

M JAK ...

... mus, motyw, muzeum, mostra, mistrz.

Po prostu, M jak Mitoraj.
Motywem przewodnim, a raczej motywacją,  trzydniowego wyjazdu zaraz po warsztatach kaligrafii była wystawa (mostramistrzMitoraja w Pompejach.


Żadnego stałego czytelnika nie muszę przekonywać, że fascynuje mnie twórczość Mitoraja. Kiedy parę miesięcy temu przeczytałam informację o wystawie na terenie antycznych Pompejów, wiedziałam, że muszę się tam wybrać.
Dodatkowo miałam niedosyt samych Pompejów, bo byłam tam raz, po południu i nie zdążyłam obejść terenu wykopalisk.
Najtrudniejsze było znalezienie wolnego i odpowiedniego czasu. Pogoda budziła moje obawy, że będzie za gorąco, ale sama nie chciałam jechać, a Krzysztof mógł dopiero po zakończeniu lekcji katechizmu i związanych z nimi uroczystości Pierwszej Komunii i Bierzmowania. Padło na pierwszy możliwy termin, czyli koniec maja. Idealnie przydały się nietypowe warunki atmosferyczne. Upał nie był nam groźny, a i deszcz spadł tylko raz, gdy byliśmy pod zadaszeniem. Ale o tym niebawem.

Myślę, jak tu napisać, żeby nie narzekać za bardzo?
Najpierw wspomnę, że tydzień wcześniej uszkodziłam obiektyw i pojechałam z wypożyczonym kompaktem, obcy aparat - trudność sama w sobie.
Oczywiście, same dzieła mistrza absolutnie mnie nie rozczarowały. Gdzieżby źle miały wyglądać, zwłaszcza w kontekście prawdziwego, choć skaleczonego antyku? Wszak i one takie okaleczone, niedopowiedziane. Miejsce dla wystawy trafione w dziesiątkę.
Czasami tylko przykro mi się robiło, gdy spotykałam je za roboczą kratą.

Zniesmaczona obserwowałam niektóre zachowania ludzi robiących sobie zdjęcia na tle rzeźb, tu wspomnę delikatnie o pocieraniu penisa jednej z nich. Jarmarczna reakcja. Zastanawiałam się, czy wszyscy zwiedzający mieli świadomość obcowania z rzeźbą współczesną, a nie pozostałościami po wybuchu Wezuwiusza?









Zapamiętawszy Pompeje z pierwszego pobytu, miałam wielkie trudności ze zgodą na tłumy depczące  (jako i ja) śladami mieszkańców zniszczonego miasta. Ewidentnie był to też dzień, gdy przywieziono ludzi z olbrzymiego wycieczkowca cumującego u brzegów Zatoki Neapolitańskiej.
Wyjątkowo trudno bylo mi zrozumieć, że przecież wszyscy chcą zobaczyć, że mają prawo do przebywania w Pompejach.
Ale jak to?
A moje intymne spotkanie z Mitorajem?
Zabrakło komfortu z Pizy, gdy sama chodziłam po salach muzealnych i cieszyłam się każdym detalem, nieprzesłoniętym przez nikogo (odsyłam do artykułu sprzed dwóch lat).
Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zadziałał filtr "tylko ja i rzeźby". Bywało, że tylko plecak i kapelusz wchodziły w kadr, a już coś mi zgrzytało.

Tylko ptaszyna, niczego nieświadoma, szukała schronienia w murze, albo właśnie na rzeźbie.


Rzeźby czasami też same się broniły przed ludzkim chaosem.








To ciekawe doświadczenie. Diametralnie różne, a rzeźbiarz ten sam.
To był najgorętszy dzień z trzydniowego wypadu, w zachwycie jakimś starałam się nie dostrzegać temperatury, za wszelką cenę szukałam "rozmowy" z tymi, dla których tam pojechałam.
Obok przepływały słowa w wielu językach, a ja się cieszyłam i byłam dumna, że mówię językiem autora rzeźb, które budziły powszechne, lecz bywa że i zbyt powszechne, zainteresowanie.
Teraz już przestaję zupełnie narzekać. Zapraszam Was do świata Igora Mitoraja. A że jest to świat trzech wymiarów (co najmniej), to i będą powtarzać się dzieła, lecz w różnych ujęciach.