Niestety, tylko przez pewien czas weryfikacja obrazkowa skutecznie blokowała niechciane komentarze proponujące mi różne niecne rzeczy. Od kilku wpisów roboty pokonały tę zaporę. Nie ma więc sensu utrudnianie Wam życia. Będę dalej zmagać się z zalewem chłamu, a przynajmniej Wy nie będziecie musieli borykać się z trudnymi do odczytania obrazkami :) W zamian, starsze niż dwa tygodnie wpisy otrzymają blokadę, jeśli więc ktoś zachce zostawić komentarz, a trafi na ten mechanizm, proszę o napisanie bezpośrednio do mnie - chwilowo odblokuję dany wpis.

niedziela, 14 września 2014

ŚWIĘTO PODWYŻSZENIA KRZYŻA

Gdzie, jeśli nie w Lukce.
Przerywam więc rozpoczęte na blogu wędrowanie po Umbrii, gdyż niedziela 14 września jest najlepszą okazją, by wrócić przed Święte Oblicze.


Właściwie to widziałam je z bliska wczoraj, podczas Luminarów, ale na szerszą relację z obchodów święta (drugą już) przyjdzie jeszcze poczekać.
Dzisiaj, z okazji Święta Podwyższenia Krzyża, spójrzmy na niezwykłą rzeźbę, owianą legendą przypisującą autorstwo samemu Nikodemowi, albo wręcz sugerującą, że żadna ręka ludzka jej nie uczyniła.

Legenda legendą, a krzyż przepiękny. Nie pamiętam, czy jest zawsze przyozdobiony w ten sposób. Podejrzewam, że tylko na tak wielką okazję zakłada się bogate w złocenia perizonium. Jednak to nie ozdoby, nie sztywne, symetrycznie opływające ciało fałdy szat są tym, co porusza stojącego pod tym krzyżem.


Oczy!
Spoczywają na przechodzącym, łagodnie przenikają mu do duszy.


Gdy stałam w kolejce, by wejść do kaplicy, zobaczyłam modlitwę napisaną przez św. Jana Pawła II.
Niech ona (w moim chropawym tłumaczeniu) dopełni treścią zdjęcia niezwykłego krzyża:

Panie Jezu, ukrzyżowany i zmartwychwstały, obrazie chwały Ojca. Święte Oblicze, patrzące na nas,  przenikające wzrokiem, miłosiernym i łagodnym, wzywającym do nawrócenia i zapraszającym nas do pełni miłości, uwielbiamy Cię i błogosławimy Tobie. 
W Twoim świetlistym obliczu znajdujemy naukę, jak być kochanymi i jak kochać; gdzie jest wolność i pojednanie; jak stać się budowniczymi pokoju, który promieniuje od Ciebie i do Ciebie prowadzi.
Uwielbione oblicze Twoje uczy przezwyciężać wszelkie formy egoizmu, mieć nadzieję wbrew nadziei, wybierać dzieła życia przed działaniami śmierci. 
Daj nam łaskę umieszczenia Ciebie w centrum naszego życia; wśród ryzyka i zmieniającego się świata pozostania wiernymi naszemu chrześcijańskiemu powołaniu, głoszenia ludziom mocy Krzyża i Słowa, które zbawia; bycia czujnymi i sumiennymi, uprzejmymi dla najmniejszych z braci; rozpoznawania oznak prawdziwego wyzwolenia, które w Tobie się zaczyna i kończy.
Panie, spraw, aby Twój Kościół, jak Matka Dziewica, zatrzymał sie pod Chwalebnym Krzyżem i pod krzyżami wszystkich ludzi, aby przynieść im pocieszenie, nadzieję i wsparcie. 
Duch, którego nam dałeś niech doprowadzi do końca swoje dzieło zbawienia, by wszystkie stworzenia, uwolnione z więzów śmierci, w chwale Ojca mogły kontemplować Twoje Święte Oblicze, które świeci jasno przez wieki wieków. Amen
św. Jan Paweł II

piątek, 12 września 2014

UMBRYJSKIE WĘDROWANIE - cz.1

Spróbuję chociaż trochę wrócić do niewarsztatowych chwil w Umbrii.
Przygotowałam sobie kilka pomysłów na wyprawy.
Tylko niedziela pozwalała na dosyć długą wycieczkę, potem pozostawały popołudnia.
Zawsze to coś! Bywało, że jeździłam z grupą, bywało, że węszyłam po Umbrii samotnie.
Dzisiaj napiszę o wspólnej wyprawie na południe od Perugii.

Program był wyraźnie podzielony na trzy miejsca i obiad :)
O obiedzie trudno było decydować, zdałam się na miejsce, w którym zastanie nas pora na posiłek.

Jechaliśmy dwoma samochodami, bo Asia z mężem miała troszkę inne plany.

Pierwszym punktem na mapie było Foligno. Doświadczyło wielkich strat podczas II wojny światowej, ale warto przebić się przez jego współczesną skorupę, by dotrzeć przed katedrę dokładnie na Anioł Pański.

Od razu widać, że jesteśmy w podobnym do Asyżu regionie geologicznym.  Ciepły różowy kamień, budulec, który każdy, kto odwiedza miasto św. Franciszka, zapisze w pamięci.  Z zewnątrz wspaniałe zdobienia, romańskie i gotyckie. Trudno rozpoznać, co zmieniła XX wieczna odbudowa.
Wnętrze tylko mśunięte wzrokiem, bo chwilę po wejściu do niego zaczęła się Msza św.

Obchodząc budynek z lewej strony natrafia się na boczne wejście. Gdyby nie styl, nie mogłabym go powiązać z tym, co widziałam przed chwilą. Zdaje się być zupełnie osobną świątynią.

Mogłabym cały dzień spędzić tylko przy detalach, wpatrywać się w maski, zaglądać lwom w paszcze, zastanawiać się, jak traktowano wtedy zodiaki, że stały się fryzem nad wejściem do świątyni? Czy były wówczas tylko pasmem z gwiazdozbiorami? Nie interesuję się horoskopami, więc nie znam ich historii, nie wiem, kiedy zaczęto wróżyć w oparciu o gwiazdozbiory.

Czas, a raczej żołądek, przesunął wskazówki na porę obiadową. Z założenia odrzuciłyśmy lokale w pobliżu katedry. Poza głównym placem nie mogłyśmy nic znaleźć, oprócz ciekawych miejsc do fotografowania.
Detalami też człowiek się nie naje.

 W końcu weszłam do baru i zapytałam barmankę, gdzie tu można smacznie zjeść. Pani zaśmiała się,  tyle razy zadają jej to pytanie, że musi pomyśleć o otworzeniu własnej restauracji. Z pomocnym słowem odezwała się klientka. Powiedziała, że jeśli poczekam, aż wypije kawę, zaprowadzi nas do dobrego lokalu. Niedługo to trwało i ruszyłyśmy, miło sobie z panią rozmawiając. Dowiedziałyśmy się, że łatwiej w Foligno jest zjeść kolację, o obiad w sierpniu,  miesiącu włoskich wakacji, jest dużo trudniej. Polecana przez nią knajpka była zamknięta.
- No cóż, ona latem zazwyczaj jeździ do sympatycznej osterii w górach.
- Tak? A daleko to?
- 20 minut od Foligno.
- Dziewczyny, co o tym myślicie?
- Jedziemy!

Samochód dzielnie wspinał się wśród gajów oliwnych. Cicho, pusto, miejmy nadzieję, że w ogóle tu zjemy?
Jest szyld, to tutaj? W drzwiach są klucze. Wchodzę i pytam, czy otwarte.
- Tak! Tyllko prosimy "cichutko", bo dziecko śpi.

Z wielką chęcią podporządkowałyśmy się prośbie przesympatycznej kelnerki, a potem ... ucztowałyśmy. Podano nam pyszne przystawki, z grzybami, z warzywami z własnego ogrodu. Makaron z truflami uatrakcyjniono prezentacją trufli. Traktowano nas jak bardzo dobre znajome, na koniec zostałam wycałowana. Zakochałyśmy się w tym miejscu i szczerze wszystkim polecamy "Lo Stiriolo" przy Via Vocabolo Coste, nieopodal Trevi.  

Tak uskrzydlone ruszyłyśmy ku Spoleto, gdzie połączyliśmy siły i całą grupą wspięliśmy się ku katedrze.

To mój drugi pobyt w Spoleto, a niedosyt jeszcze większy. 


Po ostrej wspinaczce w upale dotarliśmy przed katedrę, wyrastającą na końcu nieckowatego placu.
Mimo, że na nic więcej czasu nie było, sama świątynia dostarczyła wystarczającą ilość wrażeń estetycznych. 
Jasna kamienna elewacja kusi rozetami i mozaiką z Chrystusem, Marią i Janem.
Do wnętrza zaprasza renesansowy portyk.

Barokowe wnętrze nie leży wielce w kręgu moich zainteresowań, ale są w nim trzy miejsca, którym mogłabym poświęcić osobną wycieczkę, a nie szybki rzut okiem (a tylko na taki starczyło nam czasu).

Najpierw zaglądam do Kaplicy Biskupa Ercoli, gdzie, mimo zniszczenia fresków, mozna zachwycić się lekkim pędzlem Pinturicchio.
Z tej kaplicy przechodzi się jeszcze dalej do Kaplicy Matki Bożej Wniebowziętej. Historycy sztuki nie umieją określić autorów barwnych, pełnych fascynujących szczegółów fresków.

Jeśli chcecie, by najważniejsze dzieło z katedry zostało jako ostatnie pod powiekami, by już nic nie zakłóciło Wam obrazu, obejrzyjcie kaplice po drodze, w prawej i lewej nawie, a potem zatrzymajcie się w prezbiterium. Zanim jednak tam dotrzecie, zajrzyjcie do kaplicy z ikoną, czy też do tej z relikwiami, powstałej w XVI wieku, by uhonorować cenną relikwię, jaką jest list św. Franciszka do Brata Leona.  Przyznam, że zrobiono to w imponujący sposób - tworząc intarsjowane ściany i zespolone z nimi, prostym rytmem rozwieszone, obrazy ze świętymi.

W brodę sobie pluję, bo zupełnie z głowy wywietrzał mi fakt, że w katedrze pochowany jest Filippo Lippi, autor wielu znanych już mi dzieł i dotąd nieznanego maryjnego cyklu w prezbiterium tej katedry.  Właściwie to dzieło jest zapewne jego projektu, ale śmierć nie pozwoliła mu go dokończyć.  Temat bardzo wdzięczny - historie z życia Maryi - wszystkie wielkie biblijne sceny z udziałem Matki Bożej - Zwiastowanie, Narodzenie Jezusa Chrystusa, Śmierć NMP i Jej Wniebowzięcie. Malarz miał już za sobą genialny cykl z Prato (opowiadałam o nim tutaj), nie dziwi więc maestria, zachwycające linie draperii, doskonałe barwy. Wszystko tchnie spokojem. Staję więc i chłonę, zapominam o reszcie grupy.

Zapewne, gdyby nie ostatni punkt wycieczkowego programu, stałabym tak do zamknięcia kościoła, lecz ...
Trzeba było się śpieszyć i odnaleźć San Gemini.
Moja koleżanka i imienniczka akurat tego dnia miała nieopodal wernisaż. Czyż to nie cudowne zakończenie dnia, dla osób, które chcą zmierzyć się z ołówkiem?
Małgosia Chomicz (mieszkająca nieopodal Perugii) w małym ex klasztorze rozwiesiła swoje fotografie nadrukowane na tkaninach.
Samo miejsce bardzo ciekawe, własność prywatna, tworząca stałą wystawę utalentowanego rzeźbiarza Guido Calori, tworzącego w XX wieku.

Otwarciu wystawy towarzyszył muzyczny duet. Tak mi się dobrze ich słuchało, że nawet aparat zaczął pływać z taktem granej melodii.


W atmosferze obcowania ze sztuką, zakończyliśmy dzień. Powoli wracaliśmy na parking, przyglądając się następnemu uroczemu miasteczku - San Gemini:



poniedziałek, 8 września 2014

MILCZĄC PO FRANCUSKU

Siadłam przed ekranem i zastanawiam się, o czym najpierw napisać. Nazbierało się tyle wydarzeń, a co najtrudniejsze, jeszcze wiele przede mną.
Piszecie zaniepokojeni, czy aby nie zakończyłam pisania bloga. Ależ nie! Jeśli kiedykolwiek podejmę taką decyzję, nie omieszkam się z Wami pożegnać.
Do przyczyn mojego milczenia, wymienionych w poprzednim wpisie, dodajcie jeszcze dłuższą podróż.
Właśnie wróciłam z kilkudniowego wyjazdu do Francji.
Byłam na ślubie kogoś z mojej rodziny. Spędziłam kilka dni w cichych, wiejskich pejzażach nad Sekwaną, 70 km od Paryża. Na terenie Regionalnego Rezerwatu Przyrody Vexin.

Roślinność jest bliższa naszej polskiej, niż śródziemnomorskiej, więc patrząc na tylko lekko pofalowane pola, czułam się niemal jak w kraju. A pobliskie wapienne skały przywodziły na mysl Ojcowski Park Narodowy.
Czasu za wiele nie było, żeby zwiedzać, pomagałam przy przygotowaniach do wesela, ale coś tam zawsze człowiek uszczknie z lokalnego kolorytu.
Myślałam, że tylko Prowansja jest kamienna, więc byłam zaskoczona. Starsze części miejscowości, które widziałam, całe są w jasnym kamieniu.


Dodatki najczęściej są wariacjami na temat niebieskiego, a to brama, a to okiennice, czy nawet kraty.

Część gości mieszkała w domu Państwa Młodych, a inna część (tych z noclegiem) została ulokowana w gospodarstwie agroturystycznym. I myślę, że ci goście “wygrali”, między nimi byłam i ja. Spokój, czyste pokoje. Raz udało mi się odbyć spacer koło starego młyna. Przyznam, że z chęcią bym wróciła do tego miejsca, by porozglądać się po okolicy. A zwłaszcza po niemal nieobecnych we Włoszech gotyckich, kamiennych kościołach. Zobaczyłam tylko dwa, ale wzdłuż drogi na lotnisko, na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, co chwilę mruczałam z zachwytu.


Teraz oczekuję znowu na gości, postaram się jednak coś jeszcze napisać z wcześniejszych wojaży, wydarzeń, spotkań. Za 10 dni znowu zniknę. Co ciekawe, jadę znowu do Francji, ale tym razem do Prowansji, na warsztaty kaligraficzne. Już łapki zacieram, gdyż nigdy tam nie byłam, a i sam udział w warsztatach, to radość olbrzymia.

środa, 27 sierpnia 2014

BLOGOWA KONKURENCJA

Podczas pobytu w Perugii zobaczyłam na wystawie dwie sukienki z lnu. Stwierdziłam, że gdyby je połączyć, to wyjdzie dokładnie "moja" sukienka. Akurat z Polski jechała koleżanka i mogła mi kupić len, a moja krawcowa mogłaby mi uszyć takową. Len przyjechał - idealnie dobrany - lecz Paola nie miała czasu na szycie. Przed wyjazdem na swoje wakacje zdążyła chociaż przygotować mi wykrój na podstawie zdjęcia. Siadłam więc do maszyny i:

Goście, wyjazdy, wspólne posiłki, spacery, koncerty. Zapisuję tylko sobie krótko, co mam do opisania, ale na razie blog przegrywa.
Priorytetem była kopia obrazu, gdyż nadciąga termin jej przekazania. Zamawiającym jest małżeństwo, które na rocznicę ślubu zamówiło sobie Madonnę zwaną tutaj "Madonnina", albo "Zingarella" (Cyganeczka). To obraz Roberto Ferruzziego, namalowany w pod koniec XIX wieku. Artysta został za niego nagrodzony na II Biennale Sztuki w Wenecji w 1897 roku. Wielki sukces dzieła przełożył się na niezliczone jego kopie, a nazwę zmieniono na "Madonnina" z pierwotnej "Macierzyństwo". Możecie ją znaleźć także pod nazwą "Madonna z ulicy", "Madonna odpoczynku", "Madonna Łagodności"
Trudno o reprodukcję dobrej rozdzielczości, gdyż malunek, nabyty przez pewnego Amerykanina, zatonął podczas transportu statkiem.  Przyczyną mogła być burza, ale podejrzewa się storpedowanie statku przez Niemców.
Ja wybrałam obraz sugerowany jako oryginał, inne wersje wydały mi się zbyt słodkie. Zaniknęła w nich grubo kładziona farba, zmieniono barwę chusty na głowie Madonny.
Ciekawa jest historia pierwowzoru. To młoda dziewczyna z Luvigliano, jedna z 15 dzieci z rodziny Cian. Angelina trzyma na rękach swojego braciszka. Przeprowadziła się potem do Wenecji, gdzie poślubiła Antonio Bovo i wraz z nim wyemigrowała do Ameryki.  Mieli 10 dzieci, ale niestety, Antonio przedwcześnie zmarł i młoda wdowa nie podołała ciężarowi utrzymania tak licznego potomstwa. Trafiła do psychiatrycznego szpitala i zmarła w zupełnym zapomnieniu w 1972 roku. Wydawać się mogło, że informacja o tym, komu posłużyła za model do obrazu, odeszła wraz z nią. W 1984 roku tajemnicę odkryła jej córka, która została zakonnicą. Miała 8 lat, gdy trafiła do domu sierot, straciła kontakt z wenecką rodziną. Już po ślubach zakonnych wyruszyła do Italii, by poszukać informacji o swoich korzeniach. W Wenecji spotkała dwie stare ciotki, siostry jej mamy, od których dowiedziała się, kogo przedstawia popularny obraz.
Pogoda ostatnio była łaskawa, a nawet bardziej niż łaskawa, aż musiałam ratować się szybką konstrukcją dającą cień. Psy dzielnie mi towarzyszyły, wylegując się na pobliskim trawniku.
Deskę dostarczyli zamawiający, pochodzi z domu rodziców jednego z małżonków. Myślę, że jest z drewna kasztanowego. Niestety, nie chcieli zmiany kształtu, stąd ten lekko trumienny charakter.

Wracam do maszyny do szycia. Moja mi się zepsuła, więc Paola przed wyjazdem pożyczyła mi swoją rakietę. Zrobię jeszcze kilka przeróbek, a blog ... Musi poczekać :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

PARKING - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Zaułek w Vinci, przerobiony na rondo. 


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

KLASZTORNY SZKICOWNIK

To było pięć dni bardzo intensywnego kursu.
Spotkałam cztery niezwykłe kobiety, wszystkie bez doświadczenia rysunkowego, za to każda ze swoimi zaletami i problemami.

Otrzymały materiały do pracy ozdobione prostym decoupage z wydrukowanym moim rysunkiem.

Z jednej strony dużo śmiechu, przekomarzania się, a z drugiej ciężka praca. Naprawdę ciężka!
Warsztaty były męczące dla nas wszystkich. Moje podopieczne musiały uruchomić zupełnie odmienne części swoich półkul mózgowych. W dodatku narzuciłam im bardzo duże tempo.
Musiałam znaleźć sposób na to, jak je przekonać, że potrafią, że to kwestia czasu i ćwiczeń. Nie mogłam poddawać się ich chwilom zniechęcenia.

Na szczęście pracowałam już z dorosłymi i wiem, że mają w sobie pokłady nieznanych im możliwości, to do mnie należy przekonanie ich o tym. Największym problemem jest pozwolenie sobie na błędy. Śmiałyśmy się, że powinnam chyba jeszcze skończyć jakiś psychologiczny kurs. Chociaż i tak zadziwiałam moje uczennice tym, ile informacji o nich dostrzegałam w rysunkach.

Miałyśmy idealną pogodę, nie było zbyt silnych upałów, a jeśli pojawiła się burza, to już po zajęciach.
Nie tylko końcowe rysunki pokazują, że każda może dojść do dużo wyższego poziomu. Mnie cieszyły bardzo ich mimochodem rzucane uwagi, przełączenie się na tryb obserwacji, czy chociażby uwaga "ubrudziłaś się 7B", co zrozumie tylko ktoś, kto zna oznaczenia miękkości ołówków.
Na pewno nie obce są już im pojęcia perspektywy ptasiej i żabiej, czy dominanty w rysunku. Teoretycznie wiedzą, jak wyznaczać linię horyzontu i punkt zbiegu, teraz muszą nabrać wprawy. Ramka do kadrowania? A co to takiego? Jak działa? Zapytajcie - wyjaśnią.
Właściwie już teraz trudno rozpoznać, że pierwszy rysunek krzesła i ostatnia praca należą do tej samej osoby. Już nie ma złej kompozycji i wyraźnych kłopotów z perspektywicznym skrótem.
Moje cztery dzielne kobiety wiedzą, jak "wyciągnąć" najbliższy element do porzodu i że gumka (chlebowa - to taka istnieje?) nie służy jedynie do mazania.

Pierwsze cztery dni zachowywały się jak uczniowie, usiłując ująć sobie wysiłku, w piątek, wraz z przejściem na większy format i najbardziej samodzielną pracę, wstąpił w nie nowy duch - rysowały  do skutku i nie patrzyły na dawno już przekroczone 5 godzin codziennych zajęć. I to jest następny nasz wspólny sukces.

Zajęcia warsztatowe stanowiły tylko część pobytu. 
Co się działo poza nimi? 
O tym w następnych wpisach.

organizator kursu: http://fundacjasztukakaligrafii.pl

niedziela, 10 sierpnia 2014

POTRAWA POD PATRONATEM ŚWIĘTEGO

Pamiętacie wycieczkę do Vicopisano (Tropiąc romańskie ślady)? Obiecałam wtedy opowiedzieć Wam o obiedzie. Czekałam specjalnie na 10 sierpnia, ponieważ ...
Dzisiaj przypada 1756 rocznica śmierci pewnego diakona z Rzymu. Według tradycji zginął upieczony na ruszcie, no i ten ruszt kojarzy się z potrawą rozpowszechnioną we Florencji przez Medyceuszy, którzy krótkim opiekaniem olbrzymiego płata polędwicy świętowali swojego patrona - San Lorenzo (dla nas św. Wawrzyńca).
Domyślacie się już, o jaki toskański przysmak chodzi?
Napisałam jego pochwałę, podając nawet przepis na wykonanie.
Befsztyk po florencku jest właśnie tym daniem, dla którego jadąc do Vicopisano zjechaliśmy z trasy, by wstąpić do trattorii i pizzerii "U Benito" położonej w Orentano.



Nie spodziewajcie się wyszukanego wystroju, czy bogatego menu. Właściwie to w ogóle nie oczekujcie jakiegoś menu. Mniej więcej 300 do 400 osób dziennie przyjeżdża tam tylko dla befsztyku. Wita je od razu widok olbrzymiego rusztu.  Niemal wszystkie  mijane stoliki miały napis "zarezerwowane", co okazało się prawdą.
Na przystawkę dostaniecie to, co akurat podaje się o danej porze roku - prosciutto, pyszne crostini, fasolę z cebulą czy sałatkę z farro. Możecie też poprosić o jakieś makaronowe danie, jeśli uważacie, że samo mięso nie wystarczy. Jedyne, co podlega wyborowi, to wino i stopień opieczenia befsztyku, czyli między krwistym a mniej krwistym - bez surowego środka potrawa traci swoje prawo do nazwy :)
Pyszniejszej bistecca alla fiorentina jeszcze nie jadłam. Chrupka i idealnie przyprawiona otoczka plus miękkie, słodkie wnętrze. Aż żal było zostawiać, ale nie podołaliśmy. Właściciele przewidzieli taką sytuację i każdy, kto polegnie przed końcem, dostaje resztę na wynos. Wiadomo, to już nie to samo, ale nawet odgrzana następnego dnia ( i to według rady kelnera w mikrofalówce!) pozwoliła wrócić na kulinarne wyżyny.