wtorek, 6 grudnia 2016

BORGO

Panie ciągle zapraszają mnie na kawę, a ja ciągle nie wiem, jak się takie zaproszenie traktuje. Serio mam iść, czy to tylko takie, ot rzucone, słowa na wiatr?
Nie pamiętam, żeby mnie aż tak zapraszano w San Pantaleo, ale to nie znaczy, by tego nie było. Na początku pewnie mocno się migałam, bo nie znałam języka, a potem ludzie się przyzwyczaili, że nie wpadam na kawę.
Tu od razu jest inaczej, więc gdy jedna pani skonkretyzowała zaproszenie, z chęcią zajrzałam do jej domu.
Dzięki temu odkryłam, że widziane z okien plebanii (czyli od dołu) budynki, to tylko przykrywka, tam jest ich o wiele więcej, tworzą tak zwane borgo. Zwarta zabudowa pokazuje, jak trzeba sobie radzić w górzystym terenie - wykorzystać każdy skrawek powierzchni, dlatego powstają te charakterystyczne skupiska.

A tutaj inne przykłady borgo w Tobbianie:


Podczas wizyty poprosiłam o pozwolenie na zrobienie zdjęcia, ale nie domu z otoczeniem, tylko całego kompleksu parafialnego, widocznego z balkonu. Przyznacie sami, że z takim światłem zachodzącego słońca nie można było się opanować?

sobota, 3 grudnia 2016

BEZ INTERNETU NIE MA BLOGA

Już myślałam, że weszłam w stary rytm pisania, gdy wraz z mrozem nastał czas bez sieci. Internet od operatora telefonii komórkowej wolałam sobie zostawić w zapasie, bo kto mógł przewizieć, ile to by trwało.
Mrozy przeszły i dziwnym trafem, mimo, że bez związku z pogodą, wrócił kontakt ze światem.
A niemal tydzień temu chciałam zaspokoić Waszą ciekawość. Wiem, że wiele osób czeka, na wieści z nowego miejsca. Zewnętrza i wnętrza.

Ostatniej niedzieli doczekałam się ulubionego efektu zalegania mgły w dolinach.
Nie tylko ja się nim zachwycam. Na przykościelnym placu pojawiło się kilku fotografów, by uwiecznić ten wspaniały spektakl. A był nadzwyczajny, mgła to się podnosiła, to opadała, usiłowała zakraść się na plebanię, ale coś ją powstrzymywało i cały czas pławiłam się w słońcu.








Same zdjęcia nie pomogą zrozumieć położenia kościoła w Tobbianie. Nakręciłam więc krótki film, wybaczcie, ale nie opanowałam się i uwieczniłam dwóch psich staruszków. Przepraszam też za remontowy kurz na obiektywie i trzęsącą się rękę, to chyba z wrażenia i emocji, jak tu cudnie.


Ciągle pracujemy na pełnych obrotach, nie mam za bardzo czego pokazać. Jest jednak malutka sień, na górnym piętrze, która prowadzi do mojej sypialni i pracowni, można by napisać, że jest ukończona. Brakuje jej tylko lampy. Myślę nad nią intensywnie.



A skoro jesteśmy już obok sypialni, chciałam Wam pokazać zmianę w wystroju swojego łóżka.
Kiedyś zostało zakupione najtaniej, jak się dało - w Ikei. Było choć trochę zbliżone do wymarzonego toskańskiego, na które nie było mnie stać. Wycięte zostały wtedy pręty, wstawiony namalowany przeze mnie medalion i dorobione listki. Te ostatnie nie sprawdziły się. Haczyły, darły, kłuły.
W Tobbianie łóżko przeszło kolejną metamorfozę.
W ruch poszły styropianowe kuleczki oraz metaliczna farba i teraz mogę powiedzieć, że już nie marzę o toskańskim łóżku.
Tak wygląda łóżko na stronie sprzedawcy:
http://www.ikea.com/it/it/catalog/products/S59006646/

Po pierwszych przeróbkach w artykule "Aneks do oliwki".

Wersja ostateczna:


W pracowni też już ruszyłam z różnymi projektami, ale o tym niebawem.

sobota, 26 listopada 2016

TRUDNY OWOC DO ZGRYZIENIA

Ostatnio Asia napisała o persymonowym sadzie. Bez zdjęć myślałabym, że to będzie jakaś antyczna opowieść, tak mi jakoś starożytnością zaleciało. Na zdjęciach pięknie pomarańczowiły się owoce nazywane tutaj kaki lub loti. Ho, ho! Nie miałam pojęcia, że po polsku zwane są persymoną, hurmą, hebankiem, szaronem.
W parafialnym ogrodzie nie mamy sadu, tylko jedno drzewo. Nie znajduję na nie pomysłu, ostatnio gdzieś natknęłam się na propozycję suszenia ich. Muszę spróbować.
Tylko, czy zdążę coś zebrać z drzewa?





środa, 23 listopada 2016

DOBRA POMYŁKA

Kiedy pisałam o wystawie w Villa Qiuete, wspomniałam, że kiedyś pomyłkowo trafiłam do jej sąsiadki. Wspomniałam i znowu zapomniałam, że o samej Villa Corsini ani słowem więcej się nie zająknęłam.
Na wstępie muszę doprecyzować, że chodzi o budynek w Castello, bo z nazwą Corsini znajdziemy i inne miejsca w okolicy. Jedna z posiadłości rodu, w centrum Florencji, jest miejscem organizacji dobrych targów Rzemiosła.
Willę mija się jadąc po drodze do Villi Petraia, o której też już pisałam, ale jeszcze do niej wrócę tu na blogu, bo obecnie można robić we wnętrzach zdjęcia i mam już brakujący materiał.
Trzy wille w pobliżu siebie? Jest tu ich o wiele więcej. To takie zagłębie willowe Florencji.
Niedaleko miasta, ale już "wsi spokojna, wsi wesoła", z piękną panoramą oraz południową wystawą. Uliczki są wąwozami utworzonymi z murów posesji.

Stoimy przed Villa Corsini a Castello.
Rzadkość wielka, zaprosiłam Was do barokowego budynku.
Oczywiście, możecie się spodziewać, że i wcześniej coś tu stało.
Na tym miejscu była posiadłość rodu Strozzi, którą sprzedano z powodów zatargu z Kosmą I Medyceuszem (zwanym Starszym).  Dla kupujących, zaletą, prostego wtedy budynku, było otoczenie ziemią z ogrodem, winnicą i gajem oliwnym. Przez wieki willa przechodziła zmiany właścicieli i zmiany stylu, aż w jej posiadanie weszli Corsini. Zamarzyło im się reprezentacyjne gmaszysko, mające budzić podziw i respekt przybywających, stąd wielka brama wjazdowa z balkonem i piękną tarczą zegarową nad nią, z olbrzymim herbem pomiędzy nimi.




W latach 50 XX wieku willa przestała być własnością Corsinich, przeszła w ręce państwowe.

Stała się miejscem ekspozycji rzeźb z Muzeum Archeologicznego.
Coś dla miłośników starożytności! Poczynając od Etrusków. Ich grobowce skryły się w cieniach krużganków wewnętrznego dziedzińca. Nie wiem, na co mam patrzeć, czy rzeźby podziwiać wnikliwie, czy starać się nie stracić nic z piękna geometrii chiostro.
Na szczęście blog ma swoje wielkie zalety.
Można najpierw oprowadzić Was po budynku, pokazać pozostałości wystroju, drobne detale, które, wiem, że cieszą nie tylko moje oko.






















Villa Corsini to także ogród all'italiana. Jeden z pierwszych założonych w okolicy. Jego twórcą był ten sam architekt, który przyczynił się do powstania Ogrodów Boboli. Oczywiście, obecne założenie nie jest wynikiem dbania o ogród przez wieki, lecz odtworzeniem dawnych czasów.





Oprócz sztywnego założenia formalnego, znajdziecie przy willi miejsce bardziej tajemnicze, zacienionie, dające możliwość zaszycia się wśród krzewów i rzeźb, chwilę na podumanie.



Wróćmy do wnętrz.
Antyk nie jest w moim najciaśniejszym kręgu zainetresowań, ale nie umiem przejść obojętnie nad dawnymi kulturami, ich wizją świata i człowieka.














Nad pięknem kamienia, z którego wydobyto i utrwalono ludzkie sylewtki, stroje, czy fryzury.














Tchną spokojem, trwałością. Budzą głębokie refleksje, o dobrym życiu, o radości, o pięknie, czy o przemijaniu.
Trafiłam do Villa Corsini podczas dni otwartych budowli historycznych, co wiązało się z tłumami zwiedzających. Klucząc, jak i oni, pomiędzy świadkami sprzed wielu wieków, czułam niezwykły kontrast żywiołowości ludzi z aparatami i telefonami z ruchem zatrzymanym. Nawet na moich niedoskonałych zdjęciach czuć coś z tej dwudzielności.










Jeśli chcecie zobaczyć muzeum, możecie tam jechać od 1 kwietnia do 30 września, w 1 i 3 piątek miesiąca, w każdą sobotę od 14.00 do 18.00 oraz w 2 i 4 niedzielę od 9.00 do 14.00.
A w mniej turystycznym okresie pozostaje tylko 2 i 4 niedziela miesiąca od 9.00 do 14.00.  Wstęp jest bezpłatny, ale zwiedza się w towarzystwie strażnika, grupa może liczyć maksymalnie 30 osób. Wizyta trwa godzinę. 
Lepiej jednak sprawdzić najpierw, czy coś się zmieniło - strona: Piccoli Grandi Musei jest po włosku i angielsku.