Kilka miesięcy temu Krzysztof poprosił mnie, bym przemalowała przenośne tabernakulum używane podczas Triduum. Dotychczas było drewnianym pudłem wymalowanym złotolem i srebrolem. Farba była położona grubo i niestarannie. Pryncypał chciał, bym przemalowując przybliżyła owo tabernakulum do marmurowego z głównego ołtarza.
Tyle marmurkowania jeszcze nigdy nie robiłam, starałam się dojrzeć i przedstawić różnice w strukturach różnokolorowych marmurów.
Dobre doświadczenie w doskonaleniu warsztatu:
piątek, 27 stycznia 2012
czwartek, 26 stycznia 2012
PRZYWOŁYWANIE
Zima tego roku wielce łaskawa dla nas, nocami zimniejsza od poprzednich przeżytych przeze mnie w Toskanii, ale za dnia słoneczna, dogrzewająca powietrze nawet do kilkunastu stopni. A jednak już by się chciało wiosny, więc staram się ją przywoływać. Zaczęłam od różowych tulipanów, teraz kupiłam pierwiosnki.
O tej porze rzadko wychodzę do ogrodu, zazwyczaj Krzysztof wyprowadza psy, ale wybył na kilkudniowe rekolekcje, więc teraz ja pilnuję Druso, żeby niczego nieodpowiedniego nie zżarł, co się potem kończy sensacjami gastrycznymi. Tak go śledziłam węszącego w ogrodzie, że dopiero dzisiaj zauważyłam kwitnące na trawniku krokusy.
Jestem mistrzynią przywoływania wiosny, nieprawdaż? Hi, hi, hi. Hurra!
O tej porze rzadko wychodzę do ogrodu, zazwyczaj Krzysztof wyprowadza psy, ale wybył na kilkudniowe rekolekcje, więc teraz ja pilnuję Druso, żeby niczego nieodpowiedniego nie zżarł, co się potem kończy sensacjami gastrycznymi. Tak go śledziłam węszącego w ogrodzie, że dopiero dzisiaj zauważyłam kwitnące na trawniku krokusy.
Jestem mistrzynią przywoływania wiosny, nieprawdaż? Hi, hi, hi. Hurra!
Etykiety:
roślinność
wtorek, 24 stycznia 2012
JESZCZE RAZ O ZEGARZE, I NIE TYLKO
Pisząc poprzednią notkę przypomniałam sobie, że niedawno w końcu zrobiłam dokładniejsze zdjęcia pewnym bardzo wdzięcznym urządzeniom wmontowanym w fasadę florenckiego kościoła Santa Maria Novella, chodzi mi astrolabium sferyczne i dwustronny zegar słoneczny.
Znalazły się tam za przyczyną Ignazio (ewentualnie Egnatio) Danti - dominikanina z tejże świątyni. Zakonnik był astronomem, matematykiem, a pod koniec życia został biskupem Alatri. Obserwując zrównania dnia z nocą, obliczył, ile opóźnienia ma kalendarz juliański. Raczej nie wymienia się go jako autora kalendarza gregoriańskiego, ale miał swój udział w jego powstaniu. Po śmierci Cosimo I wyjeżdża do Rzymu i tam ma okazję przekonywać papieża Grzegorza XIII do reformy kalendarza. Opóźnienie w 1582 roku wynosiło 11dni, dlatego gdy 4 października ogłoszno nowy sposób naliczania dni, następnym dniem był 15 października. Akurat tej nocy zmarła Teresa d'Avila,ciekawie więc jest napisać, że ktoś zmarł w nocy z 4 na 15 października, nieprawdaż? Jednak encyklopedie nie znoszą absurdu, więc podają 15 października jako dzień jej śmierci.
Znalazły się tam za przyczyną Ignazio (ewentualnie Egnatio) Danti - dominikanina z tejże świątyni. Zakonnik był astronomem, matematykiem, a pod koniec życia został biskupem Alatri. Obserwując zrównania dnia z nocą, obliczył, ile opóźnienia ma kalendarz juliański. Raczej nie wymienia się go jako autora kalendarza gregoriańskiego, ale miał swój udział w jego powstaniu. Po śmierci Cosimo I wyjeżdża do Rzymu i tam ma okazję przekonywać papieża Grzegorza XIII do reformy kalendarza. Opóźnienie w 1582 roku wynosiło 11dni, dlatego gdy 4 października ogłoszno nowy sposób naliczania dni, następnym dniem był 15 października. Akurat tej nocy zmarła Teresa d'Avila,ciekawie więc jest napisać, że ktoś zmarł w nocy z 4 na 15 października, nieprawdaż? Jednak encyklopedie nie znoszą absurdu, więc podają 15 października jako dzień jej śmierci.
Etykiety:
ciekawostki,
Florencja Firenze,
florencka włóczęga,
turystycznie
niedziela, 22 stycznia 2012
ODPOWIEDŹ ZNALEZIONA PO LATACH
Jest taki zegar na wieży w Montecatini Alto, który ciągle nie dawał mi spokoju. Kiedyś nawet pisałam o nim tu, na blogu. Nikt z moich czytelników jednak nie znał przyczyn zastosowania takiej tarczy zegarowej, albo przynajmniej nikt się z wyjaśnieniem nie odezwał.
Po latach trafiłam na ciekawe zdjęcie w książce o niezwyczajnej i tajemniczej Toskanii. Jest na nim wieża z zegarem Castello San Niccolò. Na razie wklejam zdjęcie wyszukane w internecie, ale mam nadzieję kiedyś dotrzeć tam osobiście.
![]() |
| http://www.mondimedievali.net/Castelli/Toscana/arezzo/castelsannicolo.htm |
Ten sam podział! Szybko przebiegłam wzrokiem po tekście, pomyszkowałam jeszcze w internecie i oto po latach znalazłam odpowiedź. Mamy do czynienia z dawno temu stosowanym podziałem doby zwanym "alla romana". Po wprowadzeniu zegarów mechanicznych najpierw podzielono tarczę na 24 części i, nie bacząc na porę dnia czy nocy, uderzenia młotków wybijały pieczołowicie każdą godzinę. Można się domyślić jak szybko stało się to dokuczliwe, więc uproszczono podział doby na sześć części, co przedstawiają właśnie te dwa zegary. W erze napoleońskiej "włoską godzinę" zastąpiono oczywiście francuskim podziałem tarczy zegarowej na 12 części.
Poszukując wyjaśnień znalazłam też obraz Giovanni Paolo Paniniego przedstawiający wjazd Karola III Bourbona na Watykan.
![]() |
| http://www.settemuse.it/arte_bio_P/pannini_giovanni_paolo.htm |
Jest tam wieża, a właściwie szczyt budynku, ze znanym już nam motywem, jedyny chyba ślad, który pozostał po rzymskich zegarach mechanicznych z podziałem właśnie "alla romana".
dopisane: Popatrzcie na link na dole wpisu - okazuje się, że ten ślad wcale nie jest jedyny, jeszcze są prawdziwe "włoskie" zegary w Rzymie.
![]() |
| http://www.nicolaseverino.it/Articoli/L'ora%20italica%20del%20Vaticano.pdf |
Malarz namalował tę tarczę także na innym obrazie (Wyjazd Księcia Choiseul z Placu św.Piotra):
![]() |
| http://www.settemuse.it/arte_bio_P/pannini_giovanni_paolo.htm |
Może podczas podróży odkryjecie zegary "alla romana"? Dajcie znać, proszę.
dopisane: Już mam namiary od Małgosi Kistryn (bardzo dziękuję!), więc dla nieczytających komentarze podaję tutaj link do zdjęć zegarów.
A na koniec rysunek, który zrobiłam do drugiej książki:
Etykiety:
ciekawostki
czwartek, 19 stycznia 2012
ŁADNE KWIATKI
Skoro już mnie na kwiaty wzięło, to wrócę jeszcze do niedawnego wypoczynku noworocznego. Rośnie tam kilka krzaków rozmarynu i wszystkie umówiły się na kwitnienie. Już kiedyś pokazywałam zbliżenie tych delikatnych i drobnych kwiatków. Tym razem pomyślałam, by je wykorzystać spożywczo. Gdzieś po głowie tłukło mi się, że Asia wspominała kiedyś o naleśnikach z kwiatami rozmarynu. Okazało się, że mówiła, ale o ciastkach, i to na słono. Oj, mocno mi się obiła ta pamięć. W dodatku nie miałam innych potrzebnych dodatków, więc może innym razem. Poszperałam po włoskich stronach kulinarnych i znalazłam pomysł na krem ziemniaczany z kwiatami rozmarynu, jako towarzystwo do ryby.
W domu była ryba zamrożona, bo gdy Krzysztof odbierał karpia na Wigilię, ekspedientka zaoferowała mu po bardzo promocyjnej cenie pstrąga tęczowego. Wziął - i dobrze zrobił.
Najpierw więc przepis na pieczonego pstrąga (z Kuchni Włoskiej wyd.Bellona)
pstrąg o wadze 1 kg (ja miałam dwa mniejsze, ale proporcje dam z książki)
8 filetów anchois w oleju
1 szklanka świeżo startego parmezanu
1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej (popełniłam przestępstwo, bo miałam tylko zmieloną)
5 łyżek oliwy
sól
Oczyszczonego,opłukanego i osuszonego pstrąga przeciąć wzdłuż szkieletu z góry,ale nie wyjmując go. Włożyć połowę anchois, a drugą do jamy brzusznej. W misce wymieszać parmezan z gałką i solą i tym wyłożyć wnętrze, w miarę głęboko, by masa nie wyciekła podczas pieczenia. Włożyć do żaroodpornego naczynia (lepiej nie przykrywać) i piec temp. 150 stopni przez 35 minut, potem zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze przez 10 minut.
A do ryby podałam gęsty krem ziemniaczany właśnie z kwiatkami.
Gdy mieliśmy wracać do domu, zabrałam się za zrywanie kwiatów, szło mi opornie, bo akurat tej nocy padał deszcz, ucięłam więc kawałki gałązek z kwiatami i zapakowałam do szklanego pojemnika, w domu trzymałam w lodówce.
Po dwóch dniach kwiatki były jeszcze świeże i pachnące, świetnie odrywały się z gałązek.
Sam krem to właściwie purèe, tylko rzadsze, dodaje się do niego trochę masła, mleka i śmietany, no i garść kwiatów rozmarynu. Ugotowane ziemniaki zmiażdżyłam praską i w garnku (postawionym na małym ogniu) zmieszałam z pozostałymi składnikami.
Kremem obłożyłam rybę i posypałam całość resztą kwiatów rozmarynu. Są bardzo ciekawym dodatkiem, nie tak intensywne jak liście rozmarynu, dodają ziemniakom bardzo przyjemny posmak.
W domu była ryba zamrożona, bo gdy Krzysztof odbierał karpia na Wigilię, ekspedientka zaoferowała mu po bardzo promocyjnej cenie pstrąga tęczowego. Wziął - i dobrze zrobił.
Najpierw więc przepis na pieczonego pstrąga (z Kuchni Włoskiej wyd.Bellona)
pstrąg o wadze 1 kg (ja miałam dwa mniejsze, ale proporcje dam z książki)
8 filetów anchois w oleju
1 szklanka świeżo startego parmezanu
1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej (popełniłam przestępstwo, bo miałam tylko zmieloną)
5 łyżek oliwy
sól
Oczyszczonego,opłukanego i osuszonego pstrąga przeciąć wzdłuż szkieletu z góry,ale nie wyjmując go. Włożyć połowę anchois, a drugą do jamy brzusznej. W misce wymieszać parmezan z gałką i solą i tym wyłożyć wnętrze, w miarę głęboko, by masa nie wyciekła podczas pieczenia. Włożyć do żaroodpornego naczynia (lepiej nie przykrywać) i piec temp. 150 stopni przez 35 minut, potem zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze przez 10 minut.
A do ryby podałam gęsty krem ziemniaczany właśnie z kwiatkami.
Gdy mieliśmy wracać do domu, zabrałam się za zrywanie kwiatów, szło mi opornie, bo akurat tej nocy padał deszcz, ucięłam więc kawałki gałązek z kwiatami i zapakowałam do szklanego pojemnika, w domu trzymałam w lodówce.
Po dwóch dniach kwiatki były jeszcze świeże i pachnące, świetnie odrywały się z gałązek.
Sam krem to właściwie purèe, tylko rzadsze, dodaje się do niego trochę masła, mleka i śmietany, no i garść kwiatów rozmarynu. Ugotowane ziemniaki zmiażdżyłam praską i w garnku (postawionym na małym ogniu) zmieszałam z pozostałymi składnikami.
Kremem obłożyłam rybę i posypałam całość resztą kwiatów rozmarynu. Są bardzo ciekawym dodatkiem, nie tak intensywne jak liście rozmarynu, dodają ziemniakom bardzo przyjemny posmak.
wtorek, 17 stycznia 2012
MAMY chrystusa
Nie pomyliłam się. Tak miało być w tytule, małą literą. Od soboty w domu pojawił się nowy sprzęt, niepożądany, acz konieczny. I to w pokoju najbardziej przyjaznym estetycznie. Podczas polskiego obiadu na Boże Narodzenie jeden z gości spostrzegł pękniętą główną belkę stropową. Katastrofa budowlana już zaglądała nam w okna. W dodatku nad tym pomieszczeniem jest moje oczko w głowie - pracownia!
Przyszedł budowlaniec, przyszedł architekt i postanowili: "stawiamy cristo", tak określają tu stempel. Zatroskana zapytałam architekta, czy będę mogła używać pracowni. Na co on, bawiąc się grą słów: "Na Chrystusie można oprzeć wszystko".
Teraz główkuję, jak schować to "cudo", bo pomieszka z nami do remontu, czyli do nie wiadomo kiedy.
Na pocieszenie sobie, a i tym, którzy nie lubią szarości nowego wystroju - bukiet różowych tulipanów. Uwiodły mnie w sklepie.
I jeszcze specjalnie dla Marzenki z Wrocławia, toskański kot na toskańskim dachu.
Etykiety:
ciekawostki
sobota, 14 stycznia 2012
NOWA KARTA, NOWE UFFIZI I W OGÓLE NOWY ROK
We wtorek (widzicie, jak opornie idzie mi pisanie) wybraliśmy się do Florencji, by nabyć Karty Przyjaciół Uffizi i przy okazji zajrzeć na dwie wystawy.
Jedna bardzo tymczasowa, coroczna bożonarodzeniowa "I mai visti" (Nigdy niewidziane) tym razem pod tytułem " Odsłonięte twarze". Jej bohaterami są głównie rzeźbiarskie portrety starożytne, a dodatkowo obrazy o tematyce nawiązującej do antyku. Obrazy, jak obrazy, aż tak bardzo powalających na kolana dzieł nie zauważyłam, właściwie to żaden mnie nie zatrzymał. Za to rzeźby? I owszem, tak.
Wspaniałe, czasami tak realistyczne, że czuć było za nimi sportretowanego człowieka. Od razu chciało się dorabiać mu historię. Jest w tych rzeźbach tyle życia, a wszak uwiecznieni w kamieniu umarli wieki temu. Ciekawe, że rzadko tak mnie porusza rzeźba portretowa, zazwyczaj wydaje się być zbyt wyidealizowana. Tutaj spoglądałam na wybrzuszenia w czaszce, na misterne fryzury, na żyłkę pod skórą i miałam wrażenie, że zaraz usłyszę jakieś ploteczki ze starożytnego Rzymu. Cezar i zwykły człowiek, 44 twarze obok siebie milcząco świadczą o swoich czasach.
Ciekawostką może być, że prawdziwie starożytne najczęściej są same głowy, reszta "narosła" w późniejszych wiekach. A w ogóle to początki kolekcji zawdzięczamy, a jakże by inaczej, Wawrzyńcowi Wspaniałemu. Wspaniale!
Znalazłam jeszcze taki oto plik PDF z częścią wystawionych prac oraz artykuł, także z obrazami odwołującymi się w jakiś sposób do starożytności.
Pomyślałam sobie, że tytuł wystawy może też być dosłowny. Nigdy nie widziałam magazynów muzealnych, ale wyobrażam je sobie trochę jak letni dom podczas zimy. Wszystkie meble w pokrowcach - rzeżby przykryte płótnami.
Druga wystawa zapowiada się na stałą, bo to tzw. Nowe Uffizi. 18 grudnia 2011 otworzono nowe skrzydło z 10 salami poświęconymi zagranicznym malarzom. Przyznam, że trudno znaleźć ten fragment ekspozycji. Liczyłam na "Nowe Uffizi" i w ogóle coś krzyczącego w stylu "koniecznie zobacz". W końcu zapytaliśmy jedną z pilnujących pań. Być może udałoby nam się trafić na to wejście, bo i tak planowaliśmy wizytę w barze. A właśnie do baru należy się skierować, by znaleźć dostęp do nowego skrzydła. Tuż przed barem wchodzimy na nową klatkę schodową wybudowaną tak, że osobom z lękiem wysokości nie polecam spoglądania poza poręcze.
Każdemu zwiedzającemu chcącemu udać się do toalety przyda się też informacja, że nie musi stać w kolejce przy starych toaletach. Niech idzie do tamtego skrzydła, czysto i nietłumnie.
A samo malarstwo? Najpierw oszałamia tło ścian. Obłędnie intensywny błękit.
Dużo Niderlandów, co bardzo lubię. Małe obrazki z mieszczańskich domów, mistrzowsko pokazujących zwyczajne życie. Ale nie tylko. Także wielkie nazwiska, nie tylko flamandzkie: Rubens, Rembrandt, Van Dyck, czy Goya albo El Greco.
Poszperałam w internecie i znalazłam prezentację zapowiadającą dopiero nowe skrzydło, wymieniającą autorów dzieł.
A gdzieś indziej parę zdjęć.
A że zdjęć własnych z muzeum nie mam, to na koniec proponuję choć kilka barwnych zestawów z samej Florencji.
Jako że zima ponoć - o czym ma świadczyć poranny szron - wejście do jednego sklepu.
Zestaw fioletów i różów. Bardzo często przechodzę koło tych lamp, ale nigdy nie zajrzałam na podwórze, a tam fiolecik jak znalazł. Kilka ulic dalej, w tym samym barwnym klimacie wypożyczalnia rowerów.
Od razu chce się dziarsko maszerować w rytmie arkad Santa Maria Novella.
Jedna bardzo tymczasowa, coroczna bożonarodzeniowa "I mai visti" (Nigdy niewidziane) tym razem pod tytułem " Odsłonięte twarze". Jej bohaterami są głównie rzeźbiarskie portrety starożytne, a dodatkowo obrazy o tematyce nawiązującej do antyku. Obrazy, jak obrazy, aż tak bardzo powalających na kolana dzieł nie zauważyłam, właściwie to żaden mnie nie zatrzymał. Za to rzeźby? I owszem, tak.
![]() |
| żródło: http://artesenzaconfini.myblog.it/archive/2012/01/11/volti-svelati.html |
Ciekawostką może być, że prawdziwie starożytne najczęściej są same głowy, reszta "narosła" w późniejszych wiekach. A w ogóle to początki kolekcji zawdzięczamy, a jakże by inaczej, Wawrzyńcowi Wspaniałemu. Wspaniale!
Znalazłam jeszcze taki oto plik PDF z częścią wystawionych prac oraz artykuł, także z obrazami odwołującymi się w jakiś sposób do starożytności.
Pomyślałam sobie, że tytuł wystawy może też być dosłowny. Nigdy nie widziałam magazynów muzealnych, ale wyobrażam je sobie trochę jak letni dom podczas zimy. Wszystkie meble w pokrowcach - rzeżby przykryte płótnami.
Druga wystawa zapowiada się na stałą, bo to tzw. Nowe Uffizi. 18 grudnia 2011 otworzono nowe skrzydło z 10 salami poświęconymi zagranicznym malarzom. Przyznam, że trudno znaleźć ten fragment ekspozycji. Liczyłam na "Nowe Uffizi" i w ogóle coś krzyczącego w stylu "koniecznie zobacz". W końcu zapytaliśmy jedną z pilnujących pań. Być może udałoby nam się trafić na to wejście, bo i tak planowaliśmy wizytę w barze. A właśnie do baru należy się skierować, by znaleźć dostęp do nowego skrzydła. Tuż przed barem wchodzimy na nową klatkę schodową wybudowaną tak, że osobom z lękiem wysokości nie polecam spoglądania poza poręcze.
Każdemu zwiedzającemu chcącemu udać się do toalety przyda się też informacja, że nie musi stać w kolejce przy starych toaletach. Niech idzie do tamtego skrzydła, czysto i nietłumnie.
A samo malarstwo? Najpierw oszałamia tło ścian. Obłędnie intensywny błękit.
![]() |
| http://www.ilgiornale.it/cultura/nel_blu_dipinto_blu_nuovi_uffizi/18-12-2011/articolo-id=562991-page=0-comments=1 |
Poszperałam w internecie i znalazłam prezentację zapowiadającą dopiero nowe skrzydło, wymieniającą autorów dzieł.
A gdzieś indziej parę zdjęć.
A że zdjęć własnych z muzeum nie mam, to na koniec proponuję choć kilka barwnych zestawów z samej Florencji.
Jako że zima ponoć - o czym ma świadczyć poranny szron - wejście do jednego sklepu.
Zestaw fioletów i różów. Bardzo często przechodzę koło tych lamp, ale nigdy nie zajrzałam na podwórze, a tam fiolecik jak znalazł. Kilka ulic dalej, w tym samym barwnym klimacie wypożyczalnia rowerów.
Od razu chce się dziarsko maszerować w rytmie arkad Santa Maria Novella.
Etykiety:
Florencja Firenze,
mistrzowie sztuki,
turystycznie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















