sobota, 18 kwietnia 2015

TAM, GDZIE ANIOŁ MÓWI DOBRANOC

To miejsce jest niemal za miedzą, tylko pół godziny autem od domu.
Fascynacja architekturą romańską tym razem zawiodła mnie do Carmignano.
Rzutem na taśmę na zwiedzanie załapał się jeszcze Tata. Namówiłam też Joannę, by na chwilę porzuciła organizowanie swoim klientom noclegów, tym bardziej, że i dla jej profesji zapowiadało się interesująco. Do tego dodajmy naszą "przepustkę" w koloratce i udana wycieczka gwarantowana.
Czy tylko wycieczka?
O tym pod koniec artykułu.

Zanim dotarliśmy do celu, poprosiłam, byśmy wstąpili do samego miasteczka, gdzie w pewnym kościele udało się pewnemu obrazowi nie trafić do muzeum, ani tym bardziej do żadnej niedostępnej kolekcji.
Słyszałam o tym obrazie najpierw od strony kościelnej, bo diecezjalne plotki nieźle narzekały na koszt odnowienia dzieła. Zapewne część ciężaru finansowego wziął też na siebie organizator pięknej wystawy w Palazzo Strozzi, którą miałam wielką radość obejrzenia w zeszłym roku.
Mowa o Pontormo i "Nawiedzeniu".
Malarzowi poświęciłam dwa wpisy:
pierwszy 
drugi

Dzisiaj więc bez powtórzeń, chciałam tylko zajrzeć i zobaczyć obraz w jego naturalnym, że się tak wyrażę, środowisku.
Kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła wita piękną renesansową loggiatą, ale nie oznacza to, że w tym czasie zaczął być miejscem kultu.

Początki siegają czasu św. Franciszka, który kiedyś przybył głosić kazania w okolice Carmignano i otrzymał od wspólnoty teren pod świątynię. My widzimy kościół z interwencjami z XVI i XVIII wieku.
Wnętrze jest bardzo obszerną halą, typową dla kościołów franciszkańskich, gdzie boczne kaplice przylegają głównie do prezbiterium. Przy nawie są jedynie ołtarze, no i właśnie przy drugim po prawej stronie po włączeniu oświetlenia można podziwiać do woli obraz namalowany na zamówienie rodu Pinadori.
Ciekawostką jest fakt, że Vasari ani się nie zająknął na temat tak ciekawego dzieła.
Jest w tym obrazie coś, co od razu wywołuje we mnie wielki spokój. Mimo manieryzmu, nie odczuwam przeładowania formą, a ta i tak jest pieczołowicie wiruje z każdą fałdą tkaniny.
Także intensywne barwy, świetliste, wręcz neonowe, maksymalnie skontrastowane z szarymchłodnycm tłem, nie zagadują sceny.
Dwie ciężarne kobiety nie muszą nic mówić, wystarczy, że się obejmą i spojrzą sobie w oczy.
Ale dlaczego są tam jeszcze dwie inne i dlaczego patrzą na mnie? Zwłaszcza ta starsza, uporczywie się wpatruje w widza. Skąd powtórzenie wieku? Z przodu młoda-stara, z tyłu młoda-stara. I ten kontrast dynamiki pierwszej pary z kolumnową pozą drugiej? Tajemnica nadaje obrazowi poczucie transcendencji. Milknę i patrzę.

Trudno oderwać się i poświęcić choć chwilę uwagi innym dziełom. Ciekawe, jak by się prezentowały po wyczyszczeniu? Trudno je nawet sfotografować, bo nie są dobrze oświetlone, chowają się w ceniu sławy "Nawiedzenia" Jacopo da Pontormo.

Ruszamy dalej, wyżej, ponad Carmignano, gdzie niedawno odnowiono maleńki romański kościół z przylegającym do niego klasztorem.
Pierwsze pisemne wzmianki siegąją ... 1057, kiedy to pistojski biskup zatwierdza powstanie domu dla małej wspólnoty zakonnej. Prawdopodobnie, do XV wieku zasiedlali go benedyktyni. W 1464 roku podczas wojen z Lukką, monastyr został złupiony i zniszczony. W nowszych dokumentach jest miejscem zamieszkania i modlitwy dla zakonu augustiańskiego. Już w XVI wieku klasztor zawiesza działalność i wszystkie jego dobra zostają przekazane rodzinie Frescobaldi z Florencji. Kośció pełni nadal rolę świątyni parafialnej. Po zniszczeniach II wojny światowej konserwatorzy przywrócili światyni charakter romański. Jednak pozostały tylko dwie nawy, nie zachowała się lewa, stąd wyraźna asymetria budowli.
Na zewnątrz bardziej zachwyca absyda, niż paczworkowa fasada.

Wewnątrz od razu ruszam ku ocalonemu nadprożu, fragmentowi jakiegoś kapitelu.

Na końcu prawej nawy, który wcale nie jest daleki, bo wszak wszystko tu niewielkie, cieszy oko fresk z Madonną i Dzieciątkiem na tronie i ze świętymi. Po ostatnim wpisie, powinniście już wiedzieć, że pierwszy z lewej to św. Antoni Opat trzymający w ręku kostur o kształcie litery tau. Obok niego stoi patron świątyni - biskup Marcin z Tours. A po prawej stronie św. Mikołaj z atrybutem w postaci trzech złotych kulek. Drugą kobietą na fresku jest św. Łucja, która odmówiła porzucenia wiary i wolała sobie oczy wyłupić, niż dać się zamknąć w domu publicznym. Na tym malunku jest z delikatniejszym atrybutem, trzyma w ręce lampkę oliwną, a nie zwyczajową tackę z gałkami ocznymi.
Zastanawiam się, czy Dzieciątko trzyma tradycyjnie szczygła? Ptak na fresku bardziej kojarzy mi się z jaskółką.

Teraz zdradzę, dlaczego i od strony profesjonalnej świątynią zainteresowała się Joanna.
Kościół św. Marcina to wymarzone  (i możliwe!) miejsce na ślub.

Prosty, mały budynek jest w stanie zapełnić nawet garstka gości. Przytula swoją skromnością, cieszy każdym zachowanym detalem.


Jeśli macie więc w planach zawarcie sakramentalnego małżeństwa, piszcie do Asi, już ona wszystkim pięknie pokieruje.
Ale to nie koniec uroków miejsca.

Jak już wspomniałam, do świątyni przylega klasztor, a raczej pomieszczenia po opactwie, bardzo dobrze odnowione, z prostym wyposażeniem, które pozwala poczuć charakter miejsca. Do kilkuosobowych mieszkań dołączone są nowe kuchnie.

Mogą tam przenocować goście weselni, ale też i ...
Dzięki Krzysztofowi udało się już wstępnie uzyskać pozwolenie od tamtejszego proboszcza na poprowadzenie warsztatów, a że ceny noclegu są nad wyraz atrakcyjne, mam nadzieję, że znaleźliśmy wspaniałą bazę na tego typu spotkania.

Dodajcie do tego możliwość znalezienia cienia w maluśkim krużganku.


Jakąś biesiadę pod olbrzymim drzewem nieszpułki zwyczajnej i zupełnie darmowe widoki radujące serce i umysł.

W powietrzu wibruje śpiew ptaków i pianie koguta z pobliskiego kurnika.


Biegnąca tu droga jest wąska, bardzo podrzędna, więc właściwie nie ma ruchu.
Sielski spokój.












Marzenie? Tak, ale takie, które może się spełnić :)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Z CZUŁOŚCIĄ WOBEC DETA(U)LU

Historia pisania tego długaśnego artykułu, to opowieść o wystawianiu na próbę mojej cierpliwości oraz o wytrwałości.
Niemal od początku mojego przyjazdu zaglądałam do pewnego budynku w Pistoi. Nie interesowała mnie zbytnio jego współczesna zawartość, tylko to, co pozostało na ścianach. Niestety, pani pilnująca powiedziała, że po pozwolenie na robienie zdjęć mam się udać do konserwatora zabytków. Temat odpuściłam, tylko prowadziłam tam czasami gości,  by im pokazać jeden ze skarbów Pistoi.
W zeszłym roku pewna czytelniczka wspomniała mi w liście, że zwiedziła ten "kościół" i, co mnie zaskoczyło, narobiła tam mnóstwo zdjęć. Zdziwiłam się więc, że ktoś mógł swobodnie fotografować wnętrze. Najpierw pomyślałam, że może stróżująca osoba akurat wyszła i nasi rodacy trafili na tę wyjątkową sytuację?
Kiedy następnym razem zaszłam znowu do ex Chiesa del Tau,  niemal skończyłoby się to wyjściem bez zdjęć, ale byłam z gościem.
M. namówiła mnie, bym jednak zapytała o pozwolenie.
Vittoria! Później przypomniało mi się, że czytałam o zmianie przepisów w sprawie fotografowania, lecz ciągle nie dowierzałam, że to jest możliwe.

Skoro już narobiłam zdjęć, zwykła broszurka, którą można otrzymać na miejscu, nie mogła mi wystarczyć. Przeszukałam wszystkie przewodniki po Pistoi, ale jakoś mizernie było.
Zaczęłam szukać w internecie i znalazłam na ebay-u opracowanie wydane w 1977 roku, autorstwa Enzo Carli. Nie jest zbyt obfite, zawiera nawet błędy merytoryczne w postaci złego rozpoznania dwóch scen, ale ogólnie bardzo mi pomogło rozszyfrować zakres tematyczny wielu innych.

Mogłam zasiąść do pisania.
Pieczołowicie opisałam każdą niemal scenę.
Ha!
Tekst już prawie był na ukończeniu, gdy Krzysztof przyniósł próbki obrazków na tegoroczną kolędę (Aqua Santa). W diecezjalnym sklepiku, nie wiedzieli, co przedstawiają niektóre reprodukcje. Pryncypałowi szczególnie do gustu przypadła jedna, mi znajoma.
To fragment fresków, o których tu przeczytacie.
A że proboszcz postanowił zrobić konkurs wśród parafian, kto pierwszy rozpozna reprodukcję, musiałam znowu opóźnić publikację tekstu, gdyż wiem, że niektóre parafianki zaglądają na blog dla samych zdjęć.
Konkurs jest już rozstrzygnięty, mogę publikować:

Jeden z ostatnich artykułów częściowo dotyczył zdekonsekrowanej świątyni, więc ten stanowi swoiste jego przedłużenie. Wspomniałam już nazwę Chiesa del Tau, a powinnam napisać Muzeum Marino Mariniego.  Lubię niektóre jego rzeźby, ale nie aż tak, by zaakceptować ich obecność w dawnych kościołach. Kościołach? Tak, tak, o drugim, we Florencji, wspominałam dwa lata temu we wpisie "Smutna perła".

Pomińmy więc XX wiecznego rzeźbiarza i skoncentrujmy się na Chiesa del Tau.

Tau to grecka litera, którą wyszywali sobie na płaszczach i tunikach bracia zwani szpitalnikami św. Antoniego. Znak przywodził wspomnienie świętego Antoniego Opata, który wędrował z kosturem o takim kształcie. Jest patronem ruchu wywodzącego się z działań świeckich, ale potem zamienionego w regularny zakon, którego głównym zadaniem była opieka nad ubogimi chorymi. Do Pistoi zawędrował w XIV wieku. Zakonnicy ulokowali się nieopodal kościoła św. Dominika. Zachował się wpis z 1360 roku świadczący o pozwoleniu biskupa na budowę.  Inicjatywę poparł pewien zakonnik z rodu Guidotti, sfinansował inwestycję dla "duszy własnej, rodziców i krewnych".
Powstał niewielki gotycki kościół o prostej bryle, jednej nawie, z podwyższonym prezbiterium.
Jest to rzadka w Pistoi budowla z użyciem "pietra forte" - brązowego kamienia tak popularnego we Florencji. Z zewnątrz ma niewiele zdobień: boczną ścianę podzieloną na trzy części ostrołukowymi oknami oraz fasadę z ostrołukowym portalem i okrągłym oknem, może kiedyś będącym rozetą? Żadnych rzeźb. Tylko na części klasztornej pyszni się olbrzmi herb miasta wraz ze skromniejszym herbem szpitalników (tarcza z literą tau).





Obok był kiedyś klasztor,  większość jego pomieszczeń zamieniono na mieszkania, a (zapewne kiedyś urokliwe) chiostro zniknęło pod białą konstrukcją z metalowych belek.


Do nam współczesnych czasów przetrwał w Pistoi wybitny ślad - freski - chyba najbardziej okazałe,  średniowieczne, wraz z innymi, które ciągle jeszcze opracowuję. Miasto ma wiele interesujących zabytków, jednak znajdujące się w nim dzieła sztuki przeważnie są rzeźbami. Malowidła zazwyczaj uległy upływowi czasu, choć widać ich ślady nawet w surowej, szarej katedrze. Są też nowsze freski, ale o tym kiedyś :)
Datowany na 1372 rok malarski cykl jest tragicznie zastawiony olbrzymimi rzeźbami XX wiecznego rzeźbiarza Marino Mariniego.

Lubię niektóre jego dzieła, ale gdy wchodzę do Chiesa del Tau, cierpię, spoglądam na nie z obrzydzeniem.
Przyjemność, wzruszenia, radość, zachwyt pozostawiam obcowaniu z freskami. Odbioru nie psuje mi nawet ich częściowe zniszczenie.
Dzieło przypisuje się florenckiemu malarzowi Niccolò di Tommaso, przy wsparciu lokalnego twórcy - Antonio Vita. Antonio Vita był pistojskim malarzem, wspomnianym przez Vasariego, uczniem Starnina.  Fachowcy widzą w nim wyraźne wpływy warsztatu Orcagni. Ogólnie mówi się o szkole Giotto.
Gigantyczna rzeźba Mariniego uniemożliwia zrobienie jako tako dobrych zdjęć niektórych scen.
Mam nadzieję, że to, co pokażę, zachęci kogoś do zajrzenia i zobaczenia, jak niezwykłym miejscem jest ex Chiesa del Tau. Dobrze jest wtedy zaoptarzyć się w małą lornetkę.
Zafascynowała mnie liczba szczegółów. Drobiazgi budujące akcję, gesty poruszające swoją codziennością, która przetrwała aż po nasze czasy. Postaram się pokazać je chronologicznie, zgodnie z narracją z Pisma św.

Na początku było... wiadomo, jakoś ten świat musiał powstać.
Zdumiewająco prosto. Nie ma wielu zdobień, które pojawiają się w następnych scenach. Mocne i proste "Stań się!", z jednym z najbardziej niezwykłych znaków - o zapomnianej ostatnio symbolice - z tęczą.  A może to jest też wyobrażenie kosmosu? Rozdzielenie ciemności od światła. Lubię wymyślać różne interpretacje.

Trzeba czymś zapełnić ten świat. Ty będziesz fruwać, ty pływać. To jest właśnie scena stanowiąca przedmiot parafialnego konkursu, który wcale nie był taki trudny. Jedna z parafianek zgadła od razu,


Stworzenie zwierząt jest tak pięknie nierealne. Bóg Ojciec w połyskującej szacie, błogosławi zwierzętom. Ciekawa jestem, czy to świadomy zabieg, że zwierzęta symbolizujące grzech i tutaj są mało zainteresowane Stwórcą? Chodzi mi o dziwną sowę z uszami, mniej dziwną białą sowę i królika, który już usiłuje gdzieś czmychnąć za plecami Boga. Mam wrażenie, że malarz miał wybitną słabość do ptaków, namalował ich takie bogactwo.

 W szacie Stwórcy podziw budzi oddany jej połysk. Lubię zestaw ciepłego różu tkaniny z zielonkawymi cieniami draperii. Przypominam sobie, jak kiedyś ze zdumieniem odkryłam, że desenie wtedy nie były malowane realistycznie, nie układają się na wypukłościach, nie giną w zagłębieniach materiału.

W końcu przychodzi czas na człowieka. Którą chwilę dokładnie widzimy? Gest Boga jest podobny do tego ze stworzenia zwierząt. Zdjęcie nie wyszło ostre, ale i tak mam nadzieję, że widać, że to jeszcze rodzaj kukły, która w tym momencie otrzymuje nieśmiertelną duszę.

Ewa zostaje chwycona pewnym gestem za nadgarstek. Zdecydowanie była potrzebna na tym świecie.

Stwórca przestrzega Adama i Ewę. Postawę założonych rąk niejeden specjalista od mowy ciała zinterpretowałby jako zamknięcie. Czy taki faktycznie był zamiar malarza? Czy już ta postawa zapowiada, że nie przyjmą zaleceń Boga? Zrezygnują z raju, o którym tak pięknie opowiadają drobiagowo wymalowane rośliny? 

Dwie sceny w jednym żaglu: zgrzeszyli i od razu poczuli, że są nadzy. Wąż ma głowę kobiety, Mel Gibson w "Pasji" też nadał szatanowi kobiecą sylwetkę. Tutaj dodatkowo głowa kobiety ma identyczną fryzurę, jak Ewa, w ogóle jest do niej dosyć podobna. Można by snuć długie rozważania nad naturą grzechu, w oparciu o takie podobieństwo. Intryguje mnie gest rąk postaci schowanych w krzakach. Nie osłaniają swojej nagości, to zrobiły rośliny, oni raczej usiłują wstrzymać Boga: "Nie patrz na nas."

Nie chcę zaznaczać przy każdej scenie, ale z równym zainteresowaniem oglądam akcję, jak i jej tło, misterne kompozycje z gałęzi i liści.

Wypędzenie z raju. Kim jest drugi anioł? Archanioł to ten z czerwonymi skrzydłami i mieczem, ale kim jest ten, który popycha Adama ku ziemskiemu życiu?

Adam i Ewa, co ciekawe, nadal nadzy, przystępują do pacy. Może z przędzy przygotowanej przez Ewę powstaną pierwsze ubrania?

Historia przyśpiesza, w jednym trójkącie widzimy ofiarę Abla i Kaina oraz bratobójstwo i przeklęcie mordercy. Czy to chęć pokazania olbrzymiego dystansu, jaki dzieli człowieka od Boga, każe malarzowi odejść od hierarchiczej wielkości? Ten Bóg taki wciśnięty w kompozycję, nie dominuje.

Zdarzało się, że fantazja nieźle poniosła artystę. W żaglu u góry widzimy Kaina budującego miasto Henoch, ale pod tą sceną widzimy Lameka, jego prapraprawnuka, który najpierw zabija jakiegoś młodzieńca, a potem ślepy jest prowadzony przez dziecko i strzelając z łuku trafia ukrytego w krzakach ... Kaina. Tego nie ma w Biblii, a poza tym, na nasz rozum trudno byłoby obecnie zabić swojego praprapradziada. Jedyne, co trochę wyjaśnia, dla mnie niemożliwe, to fakt, że Księga Rodzaju mówi o jakiejś niesamowitej długowieczności pierwszych ludzi, żyli sobie czasami po kilkaset lat.

Nie mam zdjęcia niektórych scen, pokazuję głównie, co przykuło mój wzrok i jest w miarę dobrze zachowane. Z następnej sceny z gigantami utrwaliłam górną część, bo oczu oderwać nie mogłam od tej codziennej scenki. Tak sobie przed chatynką się rozsiedli, każdy mocno zajęty. Ale co robią? Kobieta trzyma w ręce nożyce. Mężczyzna na murku chyba przycina skórę na buty, ale nijak nie mogę odczytać, co robi ten na zydelku. I jeszcze maciora z małymi - ot, smaczki.

I to tyle ... na suficie.
Teraz na ścianach. Noe wybudował Arkę. Co za pośpiech! Właściwie łódź jeszcze nie jest gotowa, ale zwierzęta już wprowadzają, inaczej nie zdążą. Dziecko, chyba obawia się tych wszystkich na czterech łapach. Dlaczego Noe ma aureolę?

Jak widać, część zdjęcia u góry jest prześwietlona, tak będzie i z innymi z tej strony ściany. Świeciło słońce, a okna są bardzo duże, więc ze zwyczajnym aparatem i moimi umiejętnościami nic więcej wyciągnąć nie dałam rady.
Trudno jednak nie pokazać sceny ze światowym potopem. Nikt nie miał szans woda zalała rosliny i budynki, zniszczyła już ich część, wszystko popada w ruinę, jest nawet jeden zatopiony człowiek. Trwoga!

Niewiele zachowało się ze sceny z pijaństwem Noego, natomiast budowa wieży Babel jest jeszcze dość czytelna. Zastanawiam się, na ile była to wyobraźnia malarza, a na ile wzorował się istniejącym jakimś średniowiecznym budynkiem. Wieża nie jest okrągła, lecz jej arkady przypominają jednak dzwonnicę z Pizy, chociaż przechylenie nie wynika z fresku, to tylko ciężkie warunki dla fotografującego, nie tylko pod światło, ale ta wielka rzeźba po środku skutecznie mi przeszkadzały. Dlatego nie widać dobrze. Po prawej stronie dzieje się to, co dla mnie najciekawsze. Pokazane jest przygotowanie materiałów do budowy, robienie zaprawy, załadunek budulca, itp.
Pomijam dalsze fragmenty, dotyczące życia Abrahama i jego potomków, już niewiele na nich widać, jak chociażby w scenie, gdy Lot zostaje więźniem.
Niezbyt dobrze widoczna scena ofiary Abrahama, przejmuje mnie, jak zawsze. Takie totalne zaufanie Bogu, że nawet i tak cudem poczetego syna był w stanie poświęcić. Fresk jeszcze bardziej pogłębia silne emocje. Większą jego część wcale nie zajmuje główny wątek, lecz to, co stanowi kontrast do ofiary - ciepło rodzinnego domu.

W końcu wraca czytelność. Abraham wysłał sługę, by znalazł żonę dla Izaaka z rodzinnego kraju. Ten po wędrówce spotyka Rebekę. Przedstawia się rodzinie, która (za zgodą!) Rebeki wysyła ją wraz ze służącą, by została żoną Izaaka. Od razu wiadomo, kto tu jest ważny. Tylko Rebeka jedzie na ośle, reszta wędruje pieszo. 
Bardzo lubię "uwspółcześnianie" scen, przystosowywanie ich do wiedzy malarza. Nie wiuem, kto wita Rebekę, nie może to być Sara. Wtedy już nie żyje. W Biblii Izaak wprowadza Rebekę do namiotu, który nam się tu pięknie rozbudował do jakiejś stałej budowli. Gość w dom, Bóg w dom. Nic się nie zmieniło, na powitanie trzeba urządzić przyjęcie. Sługa już nakrywa do stołu. Po prawej stronie widzimy narodzenie bliźniąt - Jakuba i Ezawa. Zastanawiam mnie niskie łóżeczko, skrzyneczka, w której ma być położony noworodek. Ciekawa jest też interpretacja opisu Ezawa: I wyszedł pierwszy syn czerwony, cały pokryty owłosieniem, jakby płaszczem; nazwano go więc Ezaw
Skoro był czerwony i pokryty niczym płaszczem, to go tutaj owinięto w czerwoną tkaninę. Urocza dosłowność.

Jedna z moich ulubionych scen, jeśli chodzi o detale.  Ezaw był zapalonym myśliwym, ojciec lubi przyrządzane przez niego potrawy. Pierwszy pies to prawie nasz charcik.

I teraz nie wiem, czy Ezaw właśnie wraca z polowania? Przyłapuje matkę i brata na oszustwie?
"Co robicie?"
Podkasane ubranie ujawnia sekrety bielizny Ezawa.

W Biblii to Jakub przekonuje brata i przekupuje go chlebem oraz miską soczwicy. Tutaj widać ewidentnie, kto był prowodyrem całego szachrajstwa - matka, która faworyzowała młodszego.
Śledzę każdy zawijas na kapie, przyglądam się z uwagą dzbanowi, ale najbardziej rozbraja mnie pies podkradający bułkę.

Intryguje dobór scen, kto wybrał program ikonograficzny dla niewielkiego kościoła? Skąd wśród najważniejszych pojawia się scena paktu Jakuba z Labanem. W surowym krajobrazie pojawiają się rozbite namioty, wyglądają z nich żony Jakuba, a córki Labana. Na pierwszym planie po lewej Jakub wita się z Labanem, a po prawej razem składają Bogu ofiarę.
Nie umiem rozszyfrować, czy smuga jasnej plamy, to dym, czy akurat tak wpisało się w scenę peknięcie ściany. Co myślicie? Nie widzę tej plamy na starym czarno-białym zdjęciu.

Scena wyruszenia Jakuba do Kanaan. Już teraz umiem rozpoznać służącą, to kobieta trzymająca skrzyneczkę. Tak samo została klika scen wcześniej pokazana służąca Rebeki.
Zaczęłam od góry, żeby teraz pozachwycać się niższym planem.
Jak podróżowały dzieci. Podoba mi się ich dynamika, machają do siebie, rozglądają się na boki. Pilnujący musiał niesutannie nad nimi czuwać. Chciałabym zinterpretować jego gest nie jako spoglądanie na Jakuba, ale chwycenie się za głowę od nadmiaru wrażeń.

I tu się kończą opowieści ze Starego Testamentu. Zaczynamy okrążać wnętrze po raz drugi, czyli znowu pojawiają się zdjęcia pod światło. Historia zaczyna się od Joachima i Anny, rodziców Maryi. Ojcu Madonny całe wydarzenie zapowiada anioł. Człowiek współczesny widzi to, co u góry, jako dalszy plan, ale nie pozwala tego tak traktować wielka sylwetka Joachima, większa od dwój grajków niżej. Chociaż, przyznam, że to element kompozycji wnoszący wiele ciepła.
Jak dobrze, że zachowała się scena z narodzinami Maryi Dziewicy. Zobaczcie, jak to w średniowieczu mógł wyglądać poród, ile osób czuwało przy rodzącej.
Aureola nad główką dziewczynki od razu wskazuje na dogmat o niepokalanym poczęciu - urodziła się bez grzechu, więc nimb wokół głowy należy jej się od samych narodzin.

I znowu detal, wobec którego nie umiem przejść obojętnie: służąca trzymająca w zębach rąbek materiału. Taki prawdziwy odruch, chociaż mi bardzo obcy, bo zęby cierpną na samą myśl o dotyku tkaniny. Potwierdza się też sposób krępowania niemowląt, zawinięte w kokon. Piękne jest to uważne spojrzenie Maleńkiej.

Scena z prezentacji NMP w świątyni właściwie niemal nie do odczytu. Trochę lepiej jest z zaślubinami z Józefem. Bardzo lubię "podglądaczy" - wychylają się, wskazują ręką, od razu jest mniej sztywno. Jedna z postaci po lewej stronie zasłania usta dłonią. Dlaczego?
Zastanawiam mnie czarna suknia, która pojawi się zaraz w Zwiastowaniu. Czy to utleniona jakaś barwa? Oksydacja złota? A jeśli jednak czarna plama, tak mocna w kompozycji, jest zamierzeniem? Mimo wcześniej negatywnego stosunku do czerni, kojarzonej z grzechem, winą, śmiercią, właśnie w średniowieczu, wynikiem sporu filozoficznego nad tym, czym jest kolor, na pierwszy plan wysuwa się nowe znaczenie - godność i dostojeństwo. Ta interpretacja idealnie nadaje się do przedstawienia Maryi w czarnej szacie.
Z tłumu skupionego wobec narzeczonych, z gwaru dyskusji przechodzimy nagle w absolutną ciszę, z radości do skupienia, z publicznego wydarzenia do najbardziej intymnego. Anioł nawet nie wstąpił w progi, zatrzymał się przed otwartymi, chyba dla widza, ścianami pokoju.

Pokłon Trzech Króli. Przeświadczenie o świętości władców.
Wszystko właściwie jasne. Ucięłam pasterzy, których budzi anioł, z przodu bohaterowie wydarzenia przed Madonną i Józefem, ale kim są ci za wzgórzem. Spiskują? Wysłannicy Heroda?

Nieodparcie mam wrażenie, że gdybym się lepiej przyjrzała, to odkryłabym, skąd różne kompozycje i sposoby malowania postaci. Nie znam stylu dwóch autorów, których nazwiska przytoczyłam na początku artykułu.  Nie wiem, czy malowali wspólnie, czy właśnie scenami. Ale po takiej sielskiej scenie z Pokłonu przechodzimy w bardzo sztywną Ofiarowania Pańskiego, a to jeszcze nie koniec różnic.
Jedyne ożywienie wprowadza gest Maryi: "Może lepiej oddaj mi już Synka?" Niepokój tym większy, bo właśnie usłyszała zapowiedź cierpienia.
Czy sama myśl o potworności rzezi niewiniątek tak ożywiła malarza, czy jednak inna ręka namalowała scenę?
Co za ferwor!
A ja się męczę nad jedną postacią - kobietą o jasnych włosach i w zielonej sukni, błagającą samego Heroda o litość. Skąd ja ją znam? Dokładnie taką sylwetkę, z mocno ściągniętymi brwiami. Trochę to Ewa wygnana z raju na fresku Masaccio we Florencji.
I jeszcze szukam matki maleństwa, które leży na pierwszym planie.
Mijają lata, freski nieszczeją, ale mijają też i lata biblijne. Chrzest Chrystusa. Znowu dostojnie. Zamiast tłumów nad Jordanem - anioły. Słyszycie ten lekki szelest skrzydeł?
Tylko jeden człowiek dodatkowo, a raczej podglądacz, z lewej strony.

Powołanie św. Piotra. Czy żółta barwa może jeszcze bardziej lśnić? No i te rysy twarzy. Twardy rybak, a jednak pokornie złożył ręce.

Jest impreza. No, dobrze, poprawnie: Wesele.
No tu się można napatrzeć do woli.
Wzrok sunie od lewej u góry, klatka na ptaki, odzobne, czy do zjedzenia?
Podpatrująca, catering, wydawanie potraw.
Schodzimy wzrokiem w dół, razem ze służącymi, którzy niosą drób.
Pieczywo już rozdane, służba wraca z pustym koszem. Opowiada nadchodzącemu, co usłyszał, co się dzieje przy stole?
Madonna między nowożeńcami, lekko odchyla dłoń w kierunku Syna.
Ta dłoń mówi "Ja nic nie mogę, do Niego się zwróćcie".
A może nie?
"Synu, przecież dla Ciebie to drobnostka".

Stół przechyla się ku nam, musimy zobaczyć, że jest suto zastawiony.
Konwencja średniowieczna - w cudowny sposób nic nie spada.
Kończę wodzenie wzrokiem na amforach, niezmiennie zachwycam się ich kształtem.

Jeszcze nie ochłonęłam, a tu zrywa się burza na jeziorze. Wiatr wydyma żagiel łodzi o smukłym dziobie.

Piotr za chwilę zacznie tonąż, noga już mu się ugięła. Pozostała jedenastka dzieli się na tych, którzy walczą z żywiołem i tych, którzy oglądają to, co po ludzku niemożliwe.

Linki takie cienkie, jak je chwycić?


Nie mam pojęcia, dlaczego brakuje mi fotografii z Przemienieniem Pańskim kończącym środkowy pas z Nowego Testamentu, wcale nieźle się ma. Obiecuję kiedyś dorobić zdjęcie.

Robimy ostatnie okrążenie z historią św. Antoniego Opata, niestety w dużej części kiepsko zachowaną.
Rzecz zaczyna się od powołania św. Antoniego. Ma 20 lat i jest w kościele, gdy słyszy, że ma iść sprzedać wszystko i rozdać ubogim.  W rzeczywistości Antoni żył mniej więcej 1000 lat wcześniej, niż pokazuje to scena, lokująca wydarzenie w średniowiecznym kościele. Korci mnie poszukać, który z zachowanych dotąd tryptyków, mógłby uchodzić za pierwowzór ołtarza na fresku.
Zauważyliście, że średniowieczne budynki często są pięknie różowe? Zwróćcie na to uwagę nie tylko w dalszym ciągu tej opowieści, ale gdziekolwiek zobaczycie obraz z tego czasu. Ile odcieni różu! I jak fantatsycznie grają z szarością i bielą innych budowli.

Z kilku następnych sen trudno coś wyłuskać, ale wypatrzyłam bardzo znajomy kształt. W scenie przeniesienia zwłok św. Antoniego w tle jak nic, pistojskie baptysterium. Tylko mu paseczków brakuje, może spełzgły?


Do św. Antoniego przybywa biskup Atanazy, ten który potem spisał pierwszy żywot pustelnika. 
Podejmują go w refektarzu. Tak, tak, Antoni był nie tylko pustelnikiem, ale uważa się go za założyciela wszelkiego ruchu monastycznego. 
Biskup  zjadł z mnichami, a potem poszedł na pustynię oswoić dzikie zwierzęta. 
Nie muszę nikogo zapewniać, że interesuje mnie i stół i studnia, ale najwięcej uwagi poświęcam stworom. No, bo trudno nie zauważyć wśród nich smoka, a może i dwóch. Przypomina mi się traktat średniowiecznego  mnicha między innymi o technikach malarskich i pozłotniczych. Jeden z  przepisów, na serio!, każe wyhodować bazyliszka. 

Przed ołtarzem z relikwiami św. Antoniego klęczą szlachetnie urodzeni, a obok nich po prawej stronie następuje uwolnienie młodej kobiety z opętania. Przyznam, że trochę mnie intryguje takie odsunięcie na bok tego, co wydaje się być po ludzku istotniejsze - cud. My jednak najpierw mamy zobaczyć klęczące przed ołtarzem małżeństwo i zakonnika, potem dopiero spostrzec pewien ruch po prawej, podtrzymywaną kobietę z rozwianymi włosami, inną wskazującą jej na relikwiarz. Zastanawiam się też, czemu ten ołtarz jest przed kościołem. Czy wpuszczano do środka opętanych? Może lepiej było "wynieść" malarzowi sarkofag na zewnątrz?

A że cud, to po ludzku coś bardzo niezwykłego, przekonać nas mają reakcje kobiet wyglądających przez okna.

Ostatnia scena, tak jak pięknie zachowana, tak pięknie jest nieczytelna w treści. Owszem, widzę pojmanego młodzieńca, widzę jakieś zebranie modlitewne i widzę otwartą trumnę - podejrzwam, że ze szczątkami doczesnymi św. Antoniego. Ale o co chodzi? O co niesłusznie oskarżono młodzieńca? A taki tytuł widzę w mojej książce. Widocznie nie wszystko muszę odczytać. Albo powinnam głębiej poszperać w hagiografii? "Złota Legenda" Jakuba de Voragine kończy opowieść na śmierci, więc o cudach po dokonaniu żywota przez pustelnika niczego się z niej nie dowiem.

To były malowidła na dłuższych ścianach i na wejściowej.
W prezbiterium nie ma podziału na pasma, to wielkie świętych obcowanie.
Szacowny tłum; to i tak tylko część z tych, których umieścił tam malarz. Fresk jest bardzo mocno zniszczony, ale i tak widać niezwykły zamysł malarski, cała historia, którą detalicznie opisałam zaczęła się od stworzenia świata, które góruje dokładnie nad sceną z prezbiterium - początek i koniec.






Może ktoś z Was kiedyś zajrzy do ex Chiesa del Tau i będzie chciał dokładnie ustalić położenie prezentowanych scen? Mam nadzieję, że wtedy przyda się poniższa rozpiska:

SUFIT
Historie ze Starego Testamentu z Księgi Rodzaju. Od stworzenia świata przez śmierć Kaina, po dalsze losy jego potomków.

W żaglach nad prezbiterium:

1. Stworzenie nieba i ziemi.
2. Stworzenie zwierząt.
3. Stworzenie Adama.
4. Stworzenie Ewy.


W środku sklepienia:

5. Przestroga od Boga.
6. Grzech pierworodny.
7. Wygnanie z Raju.
8. Praca pierwszy ludzi.

Najbliżej wejścia:

9. Ewa i jej synowie. Adam z synami podczas modlitwy.
10. Ofiara Kaina i Abla. Zabicie Abla.
11. Kain zakłada miasto Henoch.
Wątek pozabiblijny: Jeden z jego potomków - Lamek - zabija młodzieńca. Lamek ślepnie, prowadzony przez dziecko zabija starego Kaina schowanego między drzewami.
12. Giganci - rozbudowana interpertacja istot wspomnianych w Księdze Rodzaju.

Sceny na trzech ścianach należy czytać pasami, co, mam nadzieję, ułatwi schemat:


GÓRNY PAS - W LUNETACH (HISTORIE ZE STAREGO TESTAMENTU)
1. Budowa Arki Noego.
2. Potop.
3. Pijaństwo Noego.
4. Budowa Wieży Babel.
5. Abraham z żoną Sarą i bratankiem Lotem opuszcza miasto Haran.
6. Lot odłącza się od Abrahama.
7. Lot uwięziony przez Króla Mezopotamii.
8. Zwycięstwo Abrahama, oswobodzenie Lota.
9. Abraham gości Pana i dwóch Aniołów.
10. Ofiara Izaaka.
11. Podróż Rebeki. Narodziny Ezawa i Jakuba.
12. Ezaw na polowaniu. Błogosławieństwo Jakuba, który podszył się pod pierworodnego Ezawa.
13. Porozumienie między Ezawem a Jakubem.
14. Wędrówka Jakuba do Ziemi Kanaan.

ŚRODKOWY PAS (HISTORIE Z NOWEGO TESTAMENTU)
1. Zwiastowanie Joachimowi. Spotkanie Joachima i Anny u Brany Aurea.
2. Narodzenie N.M.P.
3. Prezentacja Maryi w świątyni.
4. Ślub Maryi i Józefa.
5. Zwiastowanie N.M.P.
6. Pokłon Trzech Króli.
7. Rzeź Niewiniątek.
8. Ofiarowanie Jezusa w świątyni.
9. Jezus w świątyni.
10. Chrzest Jezusa.
11. Powołanie sw. Piotra.
12. Wesele w Kanie Galilejskiej.
13. Uciszenie burzy.
14. Przemienienie Pańskie.

DOLNY PAS (HISTORIE ŚW. ANTONIEGO OPATA)
1 - 2. Powołanie św. Antoniego, który ofiaruje wszystkie swoje dobra biednym.  Opuszczenie klasztoru, wyjście na pustynię.
3 - 4. Św. Antoni spotyka kupców. Dwóch świętych anachoretów. Cud z beczkami.
5 - 6.  Św. Antoni wraca na pustynię. Św. Anachoreta. Spotkanie św. Antoniego ze św. Pawłem Pustylnikiem.
7 - 8. Śmierć św. Antoniego. Scena opętania młodzieńca.
9 - 10. Justynian i Atanazy z rycerzami. Atanazy z mnichami w refektarzu.
11 - 12. Odnalezienie ciała św. Antoniego. Przewiezienie ciała do Francji.
13 - 14. Dwóch szlachciców klęczy przed ołtarzem, przy którym nastąpiło wyzwolenie kobiety z opętania. Oddalenie niesłusznego oskarżenia.

litery A oznaczają dekoracyjne fragmenty, to znaczy, one miały być dekoracyjne, ale niewiele już na nich widać.

PREZBITERIUM
15. Raj z aniołami i świętymi.

Wybaczcie tę drobiazgowość, ale to z czułości i radości, że taki skarb mam na wyciągnięcie ręki, szkoda byłoby go tak szast prast wspomnieć.