wtorek, 22 stycznia 2019

ZIMOWY ŚLUB

Jestem w trakcie podsumowania sezonu ślubnego 2018, ale zapowiedzią artykułu niech będą kwiaty z ogrodu (tak, tak, sama nie dowierzam) użyte do wykonania bukietu i skromnej dekoracji w kościele. Mój dawny, dawny i obecny kolega przyjechał ze swoją ciągle narzeczoną, by dokładnie tydzień temu w Toskanii powiedzieć sobie sakramentalne "tak". Był to tak intymny ślub, że świadkiem i fotografem byłam im, a i organistka złożyła swój podpis w księdze małżeństw, jako drugi świadek. Przyznam się Wam po cichu, że ryczałam ze ślubującymi sobie jak bóbr, na czuja robiąc zdjęcia, bo okulary mi zaparowały.

W bukiecie i dekoracji: ciemierniki, kamelia, lawenda sterczynowa, oliwne gałązki z zachowanymi jeszcze owocami i rozmaryn, resztki białej gwiazdy betlejemskiej oraz pierwsze kwiaty żółtego jaśminu krzewiastego (który kwitnie dużo wcześniej od swojego pachnącego kuzyna).

















czwartek, 17 stycznia 2019

SPACERAMI PO WYSTAWACH

Oj! Uzbierało mi się i spacerów i wystaw, nie tylko tych ze sztuką, ale też i klasycznie sklepowych.
Wrzuciłam je do jednego albumu, za co przepraszam, ale koniec projektu z portretami nie oznacza, że zyskałam więcej czasu.
Krótko wyjaśnię, czego dotyczą zdjęcia.
Zacznę od trwającej jeszcze wystawy w Uffizi poświęconej części hydrauliczno-geologicznej "Kodeksu Leicester" Leonarda da Vinci. Jest to jedyny manuskrypt znajdujący się w prywatnych rękach Billa Gatesa (zakupiony za, bagatelka, 30,8 mln dolarów). Został sprowadzony do Florencji z okazji obchodów 500 rocznicy śmierci toskańskiego geniusza.
Głównym celem był kodeks Leicester, nie mogłam się jednak oprzeć migawkom z muzeum, koncentrując się zwłaszcza na temacie Bożego Narodzenia.
Dokładnie w Boże Narodzenie zachowaliśmy wypracowaną już tradycję spaceru po Florencji z akcentem na Festiwal Światła. I tutaj pojawił się Leonardo, którego dzieła malarskie, pisma, szkice wyświetlano na Ponte Vecchio.
Jadąc na lotnisko po D. zajrzeliśmy do Palazzo Blu w Pizie, gdzie znowu mogliśmy zanurzyć się w świat surrealistów z Centre Pompidou.
Nasz gość nie miał z nami chwili wytchnienia.
Prosto z lotniska porwaliśmy D. do Lukki, gdzie cudem załapaliśmy się na pustą, jeszcze otwartą katedrę. Ze zdumieniem zauważyłam, że to była moja pierwsza dłuższa wizyta w Duomo, a na pewno pierwsza, bez określania, długa, czy nie, wizyta przed nagrobkiem 26 letniej Ilarii del Careto. Nie mogłam się napatrzeć na szczegóły dzieła  z początku XV wieku, autorstwa Jacopo della Quercia, tego samego, który wyrzeźbił fontannę na "Il Campo" w Sienie. Czy tylko mi się wydaje, że symbol wierności, czuwający u stóp Ilarii skrętem ogona i lekko pyskiem przypomina mopsa?
Lukka tego wieczoru była mroźna, skutecznie nam uniemożliwiając długie spacerowanie.
Następnego dnia zajrzeliśmy do Villi Smilea, w naszej gminie, gdzie wyeksponowano prace z kolekcji Carlo Pepiego - wielkiego miłośnika sztuki XX wieku. Nie powiem, że cała wystawa mnie zachwyciła. Ale absolutnie zakochałam się w rysunku Picassa lekką, wijącą się kreską uczynionym. Z chęcią zatrzymałam się przed Salvadorem Dalim, łaskawie spoglądając na Warhola, który jakoś nigdy do mnie nie przemawiał.
Na dziedzińcu Villa Smilea załapaliśmy się na wystawę szopek. Kamienną już kiedyś widziałam w katedrze pistojskiej, ale wzruszyła mnie wręcz ta zrobiona w walizce, z doczepionym zdjęciem tejże samej walizki z 1959. To ci dopiero historia!
Dla D. wielką atrakcją była wyprawa do Florencji, bo mimo wielu pobytów w Toskanii, do jej stolicy nigdy nie zawitała. No to dostała zwielokrotnioną dawkę, trafiła na Orszak Trzech Króli.
Zajrzeliśmy z nią na dziedziniec Palazzo Vecchio, a ja szybko zauważyłam, że otwarto nieznane mi dotąd pomieszczenie będące kiedyś zbrojownią. Tam też wyświetlano slajdy w ramach Festiwalu Światła. Całe ściany pokrywały dziecięce interpretacje fasady Chiesa Santo Spirito.
Pogoda nadal nie rozpieszczała temperaturami, więc my rozpieściliśmy się u Paszkowskiego. Czasami człowiek z chęcią zaopiekuje się odrobiną luksusu, w postaci herbaty w jedwabnych torebkach :)

A teraz o przeglądaniu zdjęć. Niestety, flickr z nowym rokiem zrobił potężnego psikusa. Ograniczył totalnie możliwość dodawania zdjęć w darmowym koncie. Muszę nawet wiele już umieszczonych albumów wyprowadzić stamtąd. Wśród wielu ofert płatnych wygrał google, więc zdjęcia powędrują na macierzystą platformę bloggera, ale, niestety, nie można będzie oglądać ich bezpośrednio w formie galerii na blogu. Szukałam takiej opcji, chyba jej po prostu nie ma. Mogłabym, oczywiście, wkleić tutaj te tony zdjęć, co byłoby nieznośne w oglądaniu.  Wybaczcie brak chronologii, ale chyba powinnam była zdjęcia opisać, lecz nie dałam już rady.  Mam problemy z wyrzucaniem nadmiaru, zapraszam więc do kliknięcia na link pod zdjęciem:
SPACERY I WYSTAWY


piątek, 11 stycznia 2019

OCZAMI I SŁOWAMI DZIENNIKARZA

Dokładnie tydzień temu napisał do mnie pewien człowiek przedstawiając się jako dziennikarz lokalnej gazety o zasięgu powiatowym "Il Giornale di Pistoia". Massimo Vitulano dowiedział się skądś  o wystawie i umówił się ze mną na niedzielę, bo wiedział, że obiecałam zawsze po Mszy pojawić się na miejscu. Rozgadaliśmy się niemożebnie, aż zbliżyła się pora szykowania obiadu. Dziennikarz stwierdził, że krótka notka to za mało i poprosi przełożonych o więcej miejsca. Umówił się ze mną na drugi wywiad, tym razem na plebanii.
Ciekawie było obserwować jego reakcje, zadziwienie zakresem wykonywanych przeze mnie prac. Rozmowa była przesympatyczna, okupiona przeze mnie utratą przeziębionego wcześniej głosu.
Ale warto było, chociażby dla wręcz surrealistycznej sceny, gdy Massimo zaśpiewał mi ciepłym, miłym głosem jego ulubioną piosenkę o Florencji.
Trudno się dziwić, że czekałam niecierpliwie, na efekt naszych dwóch spotkań.
Dostałam pozwolenie na przetłumaczenie i pokazanie gazety, której założeniem jest forma tradycyjnie papierowa.

O tym, że moja postać musiała nieźle poruszyć i przełożonych, świadczy fakt że pojawiłam się w zapowiedzi (il personaggio = osobowość) na klasycznych potykaczach stojących przed kioskami, że zapowiedziano artykuł na pierwszej stronie tygodnika, a nawet w małej rubryczce, w której pismo przyznaje jednej osobie kciuk w górę, drugiej w dół (żeby nie było wątpliwości, jestem tą pierwszą, "na plus", obok burmistrza "na minus").




Zapraszam do lektury:


Polska artystka 
Malgorzata Matyjaszczyk, gosposia księdza Krzysztofa, która przyprowadziła malarstwo do Tobbiany.

MONTALE (vms) Jej rola jest dobrze określona w miejscowości takiej jak Tobbiana. Wszyscy ją znają jako gosposię księdza, postać, której kiedyś nie mogło zabraknąć w żadnym domu dobrego proboszcza. Dzisiaj, we Włoszech, zachowała się w niewielu rejonach, skupionych przede wszystkim na Południu. Ale ona, Małgorzata Matyjaszczyk, Polka (jak i ksiądz Krzysztof) znana parafianom jako Margherita, mówi, że w jej stronach tradycja zatrudniania gosposi jest ciągle żywa.
Praca na pełen etat nie przeszkadza jej w oddaniu się wielkiej pasji - sztuce.
Widać to po plebanii, gdzie mieszka, odkąd ksiądz Krzysztof został nominowany proboszczem Tobbiany. Każda ściana jest ubogacona dziełami, ujawniającymi znajomość użycia barw, widać lekkie pociągnięcia pędzlem, w których jest zabawa i eksperyment przekraczające klasyczne podejście do sztuki. Dzięki jej niestrudzonym rękom malarstwo przejawia się począwszy od płócien malowanych akrylami, przez zamalowane deski, aż po kaligramy i miniatury na pergaminie,  Margherita wszak nie jest nowicjuszem sztuki figuratywnej. Ona pierwsza, podczas nauki w liceum, uwierzyła, że jej zainteresowania mogą stać się czymś odpowiednio rozwijanym. Dlatego w 1987 roku postanowiła zmienić przyjęty kierunek, z profilu matematycznego przeszła na nową drogę.  [tutaj pan trochę skrócił lata, ale mniej więcej o to chodziło].
Akademia Sztuk Pięknych [obecnie Uniwersytet Artystyczny] w Poznaniu wydawała się doskonałym początkiem. Tutaj przez sześć długich lat [nie tłumaczyłam, że wzięłam dziekankę] Margherita zmierzała się z różnymi technikami, mającymi znaczenie w świecie sztuki, przeszła pracownie grafiki, malarstwa, rzeźby, fotografii, a nawet bioniki, nauki, która studiuje żyjące w naturze organizmy, by je odtwarzać jako obiekty dizajnerskie, bioniki która łączy formę z  technologiami zaawansowanymi, urządzeniami używanymi w biomedycynie [to było wyjaśnienie dla czytelników, czym jest bionika, co nie znaczy, że tym się zajmowałam, na uczelni projektowaliśmy np. zabawki w oparciu o mechanizmy rządzące naturą].
Uczyniwszy skarbnicę z nabytych umiejętności, Margherita zaczęła uczyć, starając się, by każdy uczeń, od niepewnego dziecka po leniwego licealistę, nie dał się zniechęcić wobec wielkości sztuki, ale przetwarzał wiedzę we własną formę ekspresji. Należało zacząć od młodych, jednak żeby lepiej ich zrozumieć, pomóc im odnaleźć własny wymiar, Margherita uczęszczała na zajęcia podyplomowe z reżyserii teatru dzieci i młodzieży. Dzięki nim mogła przygotowywać spektakle, w których pod jej opieką powstawała [także] scenografia.
W 1997 roku zaczęła prowadzić kursy plastyczne i teatralne, zajmowała się też grafiką komputerową w Gminnym Ośrodku Kultury w Czerwonaku. Tym razem jej podopieczni byli w większości dorosłymi [tu mnie pan nie zrozumiał, pracowałam z chętnymi począwszy od 5 roku życia aż po ...], którzy po upadku sowieckiego reżimu stawali się na nowo panami swojego wolnego czasu, by odkrywać długo odkładane na bok pasje.
Wszystko to trwało do 2007, roku przybycia, na zaproszenie księdza Krzysztofa, do parafii San Pantaleo w Pistoi.
Trochę nagromadzonego zmęczenia, pewnej monotonii, która zaczynała zmuszać do wykonywania pracy, pomogło Marghericie przyjąć propozycję i odżyć. Jednak, tym razem, wybór był o wiele bardziej odważny. Włochy, nowy język, nowe zwyczaje i tysiące kilometrów od domu. Margherita nie traci ducha, w głębi było to, czego pragnęła. Podróżować, znaleźć czas dla swojej sztuki i poświęcić więcej czasu Kościołowi oraz wspólnocie.
I wydaje się, że to osiągnęła.
W Tobbianie odnowiła figurę św. Alojzego, porzuconą na strychu plebanii, wykonała obrazy ze świętym Michałem i innymi świętymi. I, jak by to nie wystarczyło, niedługo zaczyna kurs robienia świec z mieszkankami Tobbiany. Wcale nie jest łatwo znaleźć taką gosposię.


"Portret Tobbiany",
wystawa bez ruszania się z miejsca
Pierwsze wrażenie nie zawsze jest właściwe. Na dzień dobry ktoś może nam się jawić tak sympatyczny, że chcemy na nowo go spotkać, albo tak irytujący, że nie chcemy z nim mieć nic wspólnego. Błyski chwili, które trochę trwają.  Trudno powiedzieć, czy tak czy siak
Najlepsze przeczucia rodzą się z pierwszych wrażeń. Tego nas uczy historia człowieka. Jeśli  wrażenie wyraża się w sztuce, wtedy rezultat może być jedyny w swoim rodzaju.
Kto do 31 stycznia może wybrać się do sali parafialnej, znajdzie tam wystawę naprawdę wyjątkową. Nie z powodu techniki wykonania obrazów farbami akrylowymi, w żywej gamie barwnej, nie nawet z powodu liczby eksponatów. Przede wszystkim niech się wybierze dla obiektów, które były inspiracją wystawy. Tytuł dużo mówi. "Portret Tobbiany" zrodził się z dokładną intencją przedstawienia osób, które tam mieszkają. Oczywiście nie ma tam porterów wszystkich mieszkańców, także ze względu na powierzchnię wystawową, ale 40 jest dobrą ich reprezentacją. Małgorzata Matyjaszczyk, znana przez wszystkich jako Margherita, nie znała nawet niektórych imion sportretowanych. Coś musiało ją przyciągać. O Romanie wiedziała, że śpiewa w parafialnym chórze i tu przyszedł pomysł, żeby w tle namalować nuty ulubionej jej pieśni. Poznała historię Siro, najstarszego mężczyzny w miejscowości, który pieszo wrócił do Włoch po zakończeniu wojny. Wiele ucisku, wiele cierpienia w tych błyszczących oczach, które dotąd nie przestają mówić, zostało przetłumaczonych na tło, które wydaje się być szkłem tkniętym wieloma kroplami deszczu, czy płaczem. Wrażenia spersonalizowane, odczucia nie do końca odsłonięte. Najpiękniejszy hołd dla małej społeczności.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

BOŻONARODZENIOWE ŚWIĘTOWANIE

Ochłonęłam po wernisażu, chociaż ciągle spijam słodką śmietankę wspomnień, ludzie dziękują, wycałowują, gratulują. Obrastam w piórka.
Mogę się  nawet pochwalić, że na kilka dni przyleciała do nas z Polski D., specjalnie, żeby zobaczyć wystawę w jej pełnej postaci. Nie wiem, co się zachowa później, bo część sportretowanych naciska na zakup.
Mogę teraz wrócić do Świąt Bożego Narodzenia A.D. 2018.
Ciągle nadziwić się nie mogę, że tak późno załapałam zwyczaj przygotowywania dekoracji na 8 grudnia. Jakież to wygodne!
O kiermaszu już pisałam.
Teraz dom.
Właściwie to niewiele nowego się pojawiło. Wykorzystałam niesprzedaną na kiermaszu resztkę jemioły, czy inne dekoracje. Trwam pod urokiem ciemierników, które i jako kwiaty doniczkowe i jako cięte, królowały w domu.
Udało mi się narobić trochę świec, choć większość poszła na prezenciki, coś zachowałam na stół.
Choinka bez zmian, łącznie z drzewkiem. Mój mały sukces życiowy - w końcu mamy świerk z poprzedniego roku. Przeżył!
Jeden z mieszkańców domu bardzo niecierpliwie poszukiwał prezentów, a drugi był przezadowolony z otrzymanego urządzenia, mało kojarzonego z jego profesją.
Plebania po pasterce pękała w szwach.
Krzysztof w tym roku u nas odprawiał pasterkę jako ostatnią, więc został na składaniu życzeń, pełniąc honory pana domu i z wielką radością obserwując parafian, tych bardziej i mniej znanych :)
Jeśli chodzi o dekorację kościoła, postawiłam na girlandy.
Liście magnolii wielkokwiatowej oraz owoce zostały dostarczone przez parafianki. Dokupiłam tylko trochę gwiazd betlejemskich. Skrzyknęliśmy panów z drabinami i wespół zespół udziergaliśmy satysfakcjonujący efekt końcowy.
Jak co roku, gmina zapewniła nam grających na ulicach muzyków, którzy swoje występy zakończyli na sali, grając w tle mojego wernisażu. Odgłosy wywołane emocjami zwiedzających nie pozwoliłyby na dobre nagranie, na szczęście zrobiłam to przed otwarciem wystawy.



 Nie mam, niestety, zbyt wielu zdjęć Tobbiany, a przybyło w niej 50 kul wiklinowych, panie z Pro Loco przygotowały pieńki zamienione w krasnale, choinki z desek.
Przed barem wykorzystano słup od lampy i zamontowano lampki w kształcie drzewka. Ewidentnie wzrosło zaangażowanie mieszkańców w zdobienie wsi i domów. Sąsiedzi z naprzeciwka uszykowali szopkę plenerową z wielkich jutowych figur.
Na pewno ciekawym i nowym doświadczeniem była wizyta w barze i składanie sobie życzeń w gronie tzw. komunistów pod portretami Che Guevary :)


Na zdjęciach tyle, ile zdołałam w całym szaleństwie świąteczno-wystawowym uwiecznić:


NATALE 2018

czwartek, 27 grudnia 2018

PORTRET TOBBIANY

Podsumowania świąteczne zacznę nietypowo, od końca, ale wiem, że wiele osób czeka z niecierpliwością na relację z wernisażu. Wiem też, że duża część nie używa Facebooka, więc nawet pierwsze filmowe impresje są im niedostępne.
Wczoraj nie miałam sił pisać, wróciłam pełna pozytywnych emocji, ale i zmęczona do granic możliwości, a może i poza nie? Aż dziw, że zasnęłam po tym wszystkim. Myślałam, że całość potrwa maksymalnie godzinę, wróciłam szczęśliwa po trzech.
Zacznę od początku.
Przypomnę najpierw zapiski z 21 marca ("LA GENTE"). Rok temu postanowiłam, że 2018 będzie pod hasłem "portret". Rzuciłam się na głębokie, nieznane sobie wody. Uważałam, że nie potrafię, że to jakaś specjalna, niedostępna mi umiejętność. Dawno temu namalowałam czarno - biały portret na desce i to wszystko. Ciągle byłam przekonana, że to nie dla mnie. W końcu postanowiłam chwycić byka za rogi. Moje pierwsze kroki widzieliście, w oprócz już wspomnianym artykule, w notce "LA CUOCA".
Gdy poczułam wiatr w żaglach, zaczęłam realizować pałętający się po mojej głowie projekt.
Otóż wymyśliłam sobie, by namalować portrety mieszkańców Tobbiany.
Założeniem była absolutna tajemnica, do której dopuszczony był, oczywiście, pryncypał, moja siostra i przyjaciółki w kraju, Joanna oraz Polacy odwiedzający nas na plebanii (którzy byli informowani o kategorycznym zakazie publikowania zdjęć z pracowni, do czasu wernisażu). Nikt z Włochów nie wiedział nic, bo nie byłam pewna powiązań, czy ktoś gdzieś przypadkiem nie wypapla sekretu.
Jak utrzymać tajemnicę i malować portrety? Z pomocą przyszła mi współczesna technika i aparat z dobrym zoomem oraz godziny polowania na ludzi, a to z domowych okien, a to podczas różnych imprez.
Wybór warunkowała perfekcyjna jakość zdjęcia. Tylko jedno było zrobione przez Krzysztofa. Wrócił kiedyś od najstarszego mężczyzny w Tobbianie (chyba 97 lat) i pokazał mi jego zdjęcie. Oczy wypełnione łzami i jego życiowa historia pozwoliły mi na wyjątek autorstwa zdjęcia, będącego bazą do portretu mężczyzny z kroplami wody w tle.
Uzbierałam ponad 1000 zdjęć, ale często były zbyt poruszone, mało reprezentatywne dla danej osoby, albo nie miałam natchnienia, jakby je zinterpretować. Przy wyborze kierowałam się też płcią, z natury rzeczy spotykam tu więcej kobiet, więc musiały przeważać liczebnie w namalowanej reprezentacji mieszkańców Tobbiany.
Portrety zawiesiłam grupami, nie kierowałam się chronologią ich powstawania.
Omówienie zaczęłam od proboszcza, jako praprzyczyny mojego pojawienia się w Tobbianie. Jest to jedyny obraz prezentujący głównie dłonie, nie twarz, ujętą od mało znanej parafianom perspektywy. Przeważyła funkcja, miałam też potrzebę utrwalenia chwil z letnich, porannych Mszy, gdy słoneczne światło prześwietlało hostię.
Zaraz obok proboszcza pojawili się najbliżsi współpracownicy: kościelny, organista, pomocnik kościelnego, pani prowadząca śpiewy. W jej portrecie dodałam od siebie kolczyki w kształcie klucza wiolinowego i nuty z ulubionej pieśni religijnej.
Potem następują osoby, które znam z wykonywanych zawodów, pewnych życiowych historii, kobiety z różnie interpretowanymi przeze mnie włosami, fryzurami, ubiorami. Ludzie uprawiający sport, relaksujący się nad morzem, osoby, które kojarzę z roślinami, zwierzętami, itp.
Na końcu został ulokowany (ale i też namalowany jako ostatni) autoportret z chlebem, jako pewien punkt odniesienia do pryncypała z naprzeciwka, którego ręce trzymają chleb mistyczny, moje - powszedni. To był najtrudniejszy obraz, bo nie znam swoich charakterystycznych min, a i nie przepadam za swoimi zdjęciowymi wizerunkami.
Świadomie wpuściłam ludzi na tor myślenia o pejzażach. Udało się znakomicie! Nikt nie pomyślał, że "Portret Tobbiany" może oznaczać wizerunki jej mieszkańców. Wszyscy, ale to wszyscy, oczekiwali pejzaży, panoram, itp. Nikt nie zwrócił uwagi na pierwsze słowo w tytule.
Niestety, nie mam zbyt wielu zdjęć, bo sama w ogóle nic nie robiłam, a i Krzysztof musiał dzielić uwagę między telefonem a zwiedzającymi.
Nie chciałam z kolei prosić nikogo z zewnątrz, żeby dać ludziom komfort oswojenia się z tym, co widzą, pokazać, że oni są najważniejsi, a nie dokumentacja. Dobrze, że proboszcz nagrał wchodzących na wystawę, bo, oczywiście, ja za bardzo zaufałam baterii aparatu nagrywającego film, więc możecie zobaczyć wejście i tylko początek mojego przemówienia - czytanego, prawie w całości, z kartki, bałam się, że emocje nie pozwolą mi na opowiedzenie o idei projektu.


Szkoda, że nie nagrały się oklaski, gdy mówię mieszkańcom, że po długich chwilach spędzonych z ich obliczami, są mi bliżsi, bardziej interesujący i naprawdę piękni. A tak jest rzeczywiście. To już są inni ludzie.
Na filmie nagranym telefonem chciałam wyróżnić dwie postaci: chłopca, który wchodzi wpatrzony w telefon komórkowy oraz wysokiego mężczyznę w zielonej pikowanej kurtce, który z rozanielonym wzrokiem rozgląda się po wystawie - to burmistrz gminy, zarazem mieszkaniec Tobbiany.


Widzicie tu tylko część przybyłych, którzy zaraz zaczęli dzwonić i pisać do swoich, żeby dotarli na wystawę.







Wernisaż ubogaciłam poczęstunkiem oraz trzema filmami poklatkowymi śledzącymi proces powstawania trzech obrazów.


Rano poszliśmy posprzątać po wernisażu, ustawić sztalugę z wypisanym założeniem ideowym projektu. Zajęło to znowu o wiele więcej czasu, niż przewidywałam, bo zaczęli się schodzić następni.

Jeden pan, ponoć straszny maruda, ciągle pisujący ze skargami do prasy, tym razem przeszedł na jasną stronę mocy i poruszony wystawą zadzwonił zaraz po lokalnego dziennikarza. Dobrze, że nie byłam ubrana zupełnie na roboczo, choć i tak moja pokora została wystawiona na próbę.


W najbliższych dniach postaram się o lepsze fotografie obrazów, bo jednak telefon bardzo niszczy miękkość plamy i materię farby.
Na razie filmowy przegląd:




Dodam jeszcze, że taki, a nie inny, kształt wystawy był możliwy dzięki proboszczowi, który sam zbudował punkty oświetleniowe i połączył w całość. Oczywiście pomoc miałam i pod wieloma innymi postaciami, poczynając od wielkiego wsparcia dla całego przedsięwzięcia.
Z całego serca dziękuję!
Najtrudniej opisać emocje, łzy wzruszenia, nie tylko na mojej twarzy, mnóstwo śmiechu, i radości. Pławię się wręcz w podziękowaniach osobistych i tych w księdze gości, w wielu cudownych słowach i komplementach, czy to na Facebooku czy w grupie whastappowej Pro Loco. Starałam się niczego nie oczekiwać, na nic się nie nastawiałam, tym bardziej jestem przeszczęśliwa, że z takim odzewem spotkało się moje malarstwo.
Mam nadzieję, że 40 obrazów tłumaczy, dlaczego blog został przestawiony na daleki, boczny tor. Pędzle mają większą siłę przebicia :)
Jedyne zdjęcia autorki mam dzięki uprzejmości Paoli:


WYSTAWA BĘDZIE CZYNNA DO KOŃCA STYCZNIA, ZAWSZE OD 10:00 DO 19:00

sobota, 22 grudnia 2018

WYSTARCZY UWIERZYĆ


Cuda, cuda ogłaszają!
            

czwartek, 20 grudnia 2018

PORTRET TOBBIANY anons

Zapraszam serdecznie, wszystkich mieszkających tu na stałe, 
jako i przejazdem, na wystawę 40 moich obrazów, dotąd nigdzie niepublikowanych.


Wystawa będzie trwała do 31 stycznia, w godzinach 10:00 - 19:00