czwartek, 10 października 2019

ODPUST NA CAŁEGO

Emocje powoli opadają, ale radość ciągle wielka po kilku ostatnich dniach. Nie chcę wdawać się w szczegóły, zwłaszcza w te mocno negatywne, ale od pewnego czasu (jeszcze przed naszą przeprowadzką trzy lata temu) coś kulało z odpustem w Tobbianie. Nowy proboszcz nie mógł od razu zmienić stanu rzeczy, bo trudno wprowadzać zmiany, gdy się nie wie, co w ogóle tą zmianą może być, które opowieści są życzeniem parafian, które są prawdziwe, co faktycznie będzie dobre dla miejscowości. Tak się też złożyło, że i stowarzyszenie Pro Loco od kilku lat traciło impet i powoli odpuszczało działalność. A tu coś zawirowało, zmienił się proboszcz, osoby, które mocno mieszały wycofały się z mieszania, a do Pro Loco napłynęła świeża krew, głównie pod postacią działaczy lokalnej drużyny piłki nożnej. Przyznam się bez bicia, że podejrzewałam ich o przejęcie ugrupowania na rzecz sportu, bo jako Pro Loco mają osobowość prawną, a i pewna kłótnia z częścią starej ekipy tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.
Ależ się myliłam!
Odnowione Pro Loco ruszyło z działaniami na rzecz miejscowości, jak sama nazwa tego typu stowarzyszeń wskazuje.
I tak dochodzę do odpustu.
Ekipa zgłosiła się do Krzysztofa mówiąc, że chcą zasponsorować świąteczne oświetlenie Tobbiany oraz przygotować część profanum odpustu.



Nie spodziewajcie się jednego dnia obchodów Święta Matki Bożej Różańcowej.
Nawiasem: nigdy nie pojmę, dlaczego wtedy jest odpust, a nie w dniu patrona. Przecież nie powinnam się temu dziwić po latach w San Pantaleo, gdzie było dokładnie tak samo. Matka Boża rządzi!
Zaczęło się skromnie Mszą św. i Różańcem na cmentarzu.

W sobotę w kościele była tylko Msza, za to wieczorem zabawa na całego. Doskonałym pomysłem były proste zabawy dla dzieci i nie tylko, absolutnie do rozwinięcia.






Że nie wspomnę o pysznościach w postaci kanapki z prosiaczkiem, czy też ciepłych pączków.

Na straganach wystawili się hobbyści. Mnie bardzo cieszyło oblężenie kiermaszu naszej parafianki która robi różne ozdoby z tkanin, filców, itp.







W niedzielę - główne obchody - uroczysta Msza św. z procesją. W tym roku procesja była tak długa, że orkiestra z przodu miała problemy z usłyszeniem, kiedy ma grać, bo nie docierał dźwięk i nie wiadomo było, czy już się skończyły modlitwy.





A potem znowu profanum.
Ze strony parafii po raz drugi został zorganizowany konkurs na słodkości.
To jest absolutny hit. Ludzie przeżywają, szaleją, połączyli się w grupki, zaglądali do okna, by podejrzeć obrady sędziów.



Wygrało przepyszne ciasto, a właściwie rodzaj deseru na zimno, zwany po włosku semifreddo (pół zimne). Postaram się uzyskać od nich przepis.

Dodatkowo jedna parafianka dostała jeszcze nagrodę za najlepszy smak sernika.


Na koniec obrad, zrobiliśmy jury psikusa, i podstawiliśmy jako jeszcze jeden wypiek świece w postaci sera. Miny jurorów były bezcenne.

Proboszcz twierdził, że po 18 próbkach, gdyby nawet nadgryźli świece, to by się nie zorientowali, czy to jadalne. A świece były nagrodami dla dziewczynek biorących udział w konkursie.

Pro Loco zorganizowało loterię, w której można było wygrać salami całe prosciutto, albo komplet poduszek z kołdrą.




Nie myślcie, że to koniec.
Pozostałością po dawnych czasach, kiedy świętowano cały tydzień jest jeszcze poniedziałek, z Mszą i procesją, tym razem eucharystyczną.




Mniej ludzi, bo to dzień roboczy, ale nie zabrakło i uczestników i orkiestry. Są plany, by i ten dzień wzbogacić, na razie całość kończy się zajadaniem charakterystycznymi pulpetami mięsno-selerowymi, których panie przygotowały 400 sztuk!



Nie obyło się bez wyjadania słodkości pozostałych po konkursie.
Uwagi parafian, i nie tylko parafian, podczas święta i po nim, pokazują, jak ludziom bardzo brakowało takiej radosnej atmosfery, wspólnego przebywania, zabawy. Jedna starsza pani napisała, że poczuła się jak w czasach bycia nastolatką. Ludzie z innych parafii, którzy zajrzeli w tych dniach do Tobbiany, w wyraźny sposób zazdrościli nam wydarzenia. Wszyscy dziękowali sobie nawzajem, Proboszcz Pro Loco, Pro Loco proboszczowi. A reszta grzała się w cieple stworzonej atmosfery.
Cudem nad cudy była pogoda. tylko w poniedziałek, wiatr próbował pomieszać szyki, ale panie dzielnie przytrzymywały mężów, gdy szykowali się do lotu ze sztandarami.

Przygotowałam film, na którym możecie zobaczyć gry i posłuchać orkiestry, muzyków oraz fałszującego Pro Loco. Jest tutaj powiedzenie, że jeśli ktoś fałszuje, to następnego dnia będzie padało. I tak było! Poniedziałek rano przywitał nas deszczem.



Ajjjj!Zapomniałabym. Przecież pracownia artystyczna, którą prowadzę w Tobbianie, miała swoją wystawę. Pokazałyśmy 19 jedwabnych szali, ręcznie malowanych. Nauczyłam panie kopiować rysunki na tkaninę, posługiwać się specjalnym konturem, farbami i efektami specjalnymi. Oto wynik ich pracy:


wtorek, 1 października 2019

OCIUPINKA WAKACJI

Wybyliśmy do przyjaciół, chociaż na trzy dni, ale z Toskanii nie wyjechaliśmy.
Trzy dni, niby mało, ale były nasączone wspaniałymi rozmowami, pysznym jedzeniem (o czym jeszcze napiszę), nowymi i starymi miejscami, no, i zawsze wspaniałym jesiennym światłem.
Rozmów Wam nie przytoczę, ale miejsca, światło, ależ i owszem.








Zacznę romańsko (żeby tak jakoś nie wypaść z rytmu).
W końcu dotarliśmy do pozostałości kościoła i opactwa, położonego nieopodal Civitella Marittima. Nie dało się wejść do środka świątyni, ale i tak rzeźbienia na fasadzie uszczęśliwiły mnie romańsko.





Fasada szerokim żaglem wystaje poza zachowaną nawę, widać, że jej szerokość była dopasowana do trzynawowego kościoła.



Zarośla na tyłach zazdrośnie strzegą ulubionego kształtu półokrągłej absydy.
Dla samej uśmiechniętej gębuli z portalu jechałabym i wracałabym. A tu jeszcze inne stwory i chyba coś na kształt słonecznika.


Dało się za to zajrzeć do zabudowań obok.



Żal mi serce ściskał, bo ich potencjał jest niezwykły. Widać, że to było kiedyś opactwo, ukryte w planie podkowy, w niewielkie podcieniach. Wszystko to zostało przystosowane na początku XX wieku dla celów prywatnej posiadłości o świeckim charakterze.


Gdzieś w chaszczach widać basen.
Opuszczone pomieszczenia pokazują siłę natury, która wręcz złośliwie gałązkami dzikiego wina zaczęła opanowywać wnętrza. Złośliwie, bo zobaczyłam kilka szaf ozdobionych proroczo motywem tej samej rośliny.


Ponoć całość jest w rękach kogoś z Neapolu, ale nie za bardzo widać, żeby miał środki na wyremontowanie posiadłości.
Jeśli lubicie szperać w takich opuszczonych miejscach, jeśli nie straszne Wam dzikie ostępy, byle jaka droga, to szukajcie na mapie Abbazia di San Lorenzo al Lanzo.
A potem zagłębiliśmy się jeszcze mocniej w studnię czasu.
Jest w Toskanii, nieopodal Grosseto, ślad po starożytności, tej rzymskiej i etruskiej - to olbrzymi park archeologiczny Roselle. Na pierwszy rzut oka wydaje się być mało czytelny, niewprawne oko najpierw rejestruje kamienie, ale powoli oswaja się i wyobraźnia zaczyna szaleć.


Niemal słychać szum wody w atrium, widać zatokę u stóp wzgórza, choć teraz woda cofnęła się o kilkanaście kilometrów. Im dłużej wczytywałam się w opisy, tym bardziej rozumiałam, czym są oglądane zarysy budowli, podziwiałam organizację życia przez odległych nam mieszkańców Toskanii.
Miłym akcentem jest założony ogródek w ruinach jednego domu, oczywiście, założony po to, by podkreślić, że tam właśnie około 2000 lat temu też rosły rośliny.

Nieodmiennie, jak w Rzymie na Via Appia Antica, rozglądam się, czy już uciekać przed nadjeżdżającym rydwanem.  Tak działają na mnie wyżłobione w twardym kamieniu ślady. Szkoda, że w Roselle nie pozostawiono wyposażenia - tego szukajcie w muzeum w Grosseto.
W resztkach amfiteatru rozdziawiłam usta na dźwięk, który ciągle świetnie odbija się echem pomiędzy murami.

Na pewno te kamienie i Was sprowokowałyby do prób akustycznych, bez względu na poziom umuzykalnienia.
Wędrówka po Parku Archeologicznym Roselle kończy się spacerem wzdłuż cyklopowego muru etruskiego. Oniemiałam. Aż tyle się zachowało? Jak oni to zbudowali? Jak układali te olbrzymie kamienie?

Na koniec tej wycieczki, wskoczyliśmy do Istia all'Ombrone, blado wypadła po wcześniejszych skarbach. Oczywiście, znalazłam co nieco, ale nie żebym zapragnęła od razu tam wracać.




Aj! Zapomniałabym o pysznościach.
Jadąc z Sieny do Grosseto zobaczycie po prawej stronie rodzaj zajazdu, Trattorię "La Parolaccia". Nazwa lekko prowokująca, oznacza dosłownie "brzydkie słowo", ale nie będą Wam się takie cisnęły po posiłku w tej restauracji. Ceny zupełnie przyzwoite, dobry wybór win, a jedzenie pychota! Ponieważ od kilku miesięcy ograniczyłam ilości jedzenia, mogę jedynie polecić pici alla Norma, makaron charakterystyczny dla Toskanii, z sosem charakterystycznym dla Południa, Sycylii. Sos alla Norma jest kulinarnym hołdem dla opery Vincenzo Belliniego, której tytuł to właśnie owo żeńskie imię. Głównym składnikiem sosu są pieczone bakłażany, seler, ricotta i pomidory. Mniam!
Drugi wycieczkowy dzień to była głównie Siena, a w niej Pinakoteka oraz Palazzo Pubblico.






Cudowne powtórki, które nigdy mi się nie znudzą. Do ratusza zajrzeliśmy zupełnie nieplanowanie, zachęceni przez właściciela osterii, o której za moment. W magazynach soli, w podziemiu zobaczyliśmy fantastyczną wystawę. "Fantastyczna" to słowo, które dobrze pasuje nie tylko do formy, ale i do tematyki obrazów (na płótnie oraz wypalanych na kafelkach) i rzeźb.
Franco Fortunato w artystyczny sposób usiłował przekazać widzom "Historię Queriny", absolutnie nieznanego mi wycinka z dziejów Wenecji.  Wyobraźcie sobie, że w XV wieku weneccy żeglarze wynikiem problemów z nawigacją trafiają aż za koło polarne docierając do zupełnie nieznanych sobie światów, widoków i ludzi wydających się być fantazmą.






Oprócz samych dzieł, spodobało mi się podejście artysty do tematu, krążenie wokół niego, wariacje, powtarzające się motywy, wszystko wskazujące na to, jak pracował Franco Fortunato, jak wszedł całym sobą w lekturę dziennika pokładowego weneckich żeglarzy.
Na koniec zostawiłam Wam zaproszenie do wspaniałej restauracji, do której zostaliśmy zaproszeni przez naszych gospodarzy. Zapewne nie jest to miejsce przeznaczone do pierwszych spotkań z toskańską kuchnią. Osteria alle Logge to mistrzowskie, nowoczesne podejście do klasycznych potraw.




Dodajcie do tego dwie karty win, w tym bardzo interesującą ze starymi winami, co jest dużym ryzykiem, bo nigdy nie wiadomo, czy butelka zapewni nam wytrawne doznania. Mnie zaciekawił sam otwieracz do takich butelek.
Korki często nie wytrzymują próby czasu, więc trzeba je bardzo umiejętnie wyłuskać z szyjki butelki, stąd specjalne blaszki wślizgujące się między korek a szkło, co umiejętnie zrobił właściciel Mirko.




Przy okazji, chociaż nie ma to żadnego związku z sieneńskimi pysznościami, pochwalę się cudownym prezentem, na który patrzę rozanielonym wzrokiem. Wróciłam do domu z winem powstałym w roku mojego urodzenia. Nie będę do niego potrzebować specjalnego otwieracza, bo ... nie mam zamiaru otwierać tej butelki. Wystarczy mi wyobraźnia, że ktoś 54 lat temu zebrał winogrona, które zostały zamknięte w szkle i przetrwały, nie wiedzieć, w jakim stanie, ponad pół wieku.