piątek, 16 kwietnia 2021

MAŁY OBRAZ Z WIELKĄ HISTORIĄ W TLE

Tytuł jest nad wyraz dosłowny, bo faktycznie chodzi o tło obrazu, a nie jego powstania. C. poprosiła mnie o namalowanie niewielkiego kolorowego portretu, w oparciu o jeszcze bardziej niewielką fotografię w sepii. Bohaterką starego zdjęcia jest jej babcia, której nie miałam możliwości poznać. Wiedziałam, że studzienne dzbany były z miedzi. Naszukałam się, jakiego koloru mogła być sukienka wiejskiej dziewczyny. Potem odkryłam, że coś, co wygląda na kolczyk w uchu nie jest tak bardzo oczywiste, jak niezbyt oczywistą była wtedy biżuteria na wsi. Za to bardzo oczywisty jest czas zrobienia fotografii, który odczytałam z tła. 

Na pewno ujęcie powstało po 1933 roku, a ściślej po 28 października, bo tak liczono kalendarzowo erę faszystowską (tutaj mamy skrót AN i XII). AN oznacza Anno Nuovo (nowy rok). Jeśli jeszcze gdzieś się zachowały tego typu napisy, możecie zobaczyć odmiany, np. EF (era faszystowska), albo EN (nowa era). Pierwszy rok zaczął się 28 października 1922. 

Skąd myśl, że studnia zyskała oprawę mniej więcej w 1933 roku? Bo są na niej symbole faszystowskie, czyli rózgi liktorskie (fasces) z zatkniętym w nie toporem, przejęte z symboliki starożytnych Rzymian, którzy z kolei przejęli je od Etrusków. Zdjęcie mogło powstać maksymalnie podczas wojny, ale widziałam inne, wojenne, na którym bohaterka jest już starsza, tak mniej więcej o 10 lat. Po wojnie raczej byłoby trudno zrobić tego typu zdjęcie, gdyż nagminnie niszczono oznaczenia ery faszystowskiej, co czasami równało się jedynie z wydrapaniem numeracji. Gdy zobaczyłam tło zdjęcia i przypomniałam sobie wiele tablic z wydrapanymi literami, pomyślałam, że historii nie da się wymazać, skreślić, choćby nie wiem, jak była bolesna i trudna dla danego narodu. 

Oczywiście, C. w ogóle nie zależało na podkreślaniu charakteru studni, była wielce zadowolona z portretu babci. Z radości klaskała w ręce, gdy zobaczyła moją realizację.  A jak mi było trudno, możecie sobie wyobrazić, gdy porównacie wielkość zdjęcia, wysokiego na 8 cm, z obrazem, i tak niewielkim. 




wtorek, 6 kwietnia 2021

TA NADZIEJA

Na Wielkanoc życzyłam Wam i sobie, by mieszkała w nas Nadzieja. Było to też życzenie bardzo osobiste, wynikające z trudnych tygodni, które ostatnio przeżywałam. Nie chciałam o nich pisać, musiałam to ogarnąć bez wywnętrzniania się i Bogu dziękuję, że akurat zbliżała się Wielkanoc, Święto absolutnie związane z nadzieją. Stanęłam w miarę do pionu, więc mogę, jak co roku, pokazać Wam skrawki świętowania w Tobbianie.

Właściwie wykorzystałam to, co już było, dając czasami nakładkę sprawiającą pozór nowego, a przecież nikt nie powiedział, że zawsze musi być nowe, nieprawdaż? Przemalowałam zeszłoroczną dekorację z masy papierowej, inspirując się toskańską architekturą sakralną, z jej sztandarowymi wręcz biało-zielonymi pasami. Nie możemy jeździć turystycznie po Toskanii, to zaprosiłam Toskanię do domu. 










Wykorzystałam też zrobione dawno temu druciane ozdoby i zakupione kiedyś w Polsce hurtowo wydmuszki gęsie. Resztę ozdób pewnie już rozpoznacie. Na więcej nie starczyło sił i czasu. 









Na szczęście, od dwóch lat jestem na diecie ilościowej, czego już właściwie nie odczuwam jako diety, a pryncypał też ma tendencje do nieprzejadania się, więc wiedziałam, że upieczenie dwóch ciast to i tak szaleństwo. Mazurków być może w ogóle bym nie piekła, wykorzystuję je na drobne prezenty dla najbliższych znajomych. 

O colombę nie musiałam w ogóle zabiegać, pojawiła się od kogoś w prezencie i to ta najbardziej przeze mnie lubiana, sycylijska - czyli pistacjowa, co oznacza zwykłą colombę polaną białą czekoladą i posypaną pistacjami, zaopatrzoną w słoiczek z kremem pistacjowym. 




W poniedziałek wielkanocny zaprosiliśmy naszych zwyczajowych gości (kościelnego i jego pomocnika); muszę potwierdzić, że jednak żurkowi nie może się oprzeć nawet najbardziej wybredne podniebienie obcokrajowca :) 

Zaliczyłam też spektakularną porażkę pod kryptonimem "rzeżucha".


Odpowiednie ilości jedzenia pomagają skutecznie przeżywać religijną wymowę Świąt. Czasy, jakie są, nie muszę pisać. Krzysztof robił wszystko, na co mu pozwalały przepisy. Kolędy nie odpuścił (przypomnę, że we Włoszech zazwyczaj przebiega podczas Wielkiego Postu). Wystarczyło, że nie wchodził do domów, błogosławił domy przed wejściami, z czego ludzie byli bardzo zadowoleni. Nie czuli zagrożenia, ale czuli opiekę proboszcza. 

Nie zrezygnował też Drogi Krzyżowej, która w Wielki Piątek zwyczajowo idzie uliczkami parafii. Po prostu przeszedł ją z pomocnikami i mną, jako operatorem kamery, czyli telefonu, by umożliwić ludziom uczestniczenie online (w ten sposób pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w  dwóch Drogach Krzyżowych). Podczas naszego przejścia, ludzie wychodzili tylko przed swoje domy, zachowując wszelkie narzucone covidowo formy. 






Całe Triduum Paschalne było nadawane online. 

Nie ryzykowałam jazdy do Pescii po kwiaty. Mimo, że jakoś mocno nie kontrolują nas, mimo "czerwonej strefy", nie chciałam nikogo przekonywać, że kwiaty są towarem niezbędnym. Wymyśliłam wdepnięcie (po drodze z badań  lekarskich) do pobliskiego sklepu ogrodniczego, gdzie udało mi się okazyjnie wykupić piękne lawendy motylkowe oraz trochę azalii i hortensji do Grobu Pańskiego, który urządziłam skromniej, w samym kościele, a nie, jak to bywało, w osobnej kaplicy. Niektóre panie wykupiły kwiaty do domów, a co mi zostanie zasadzę w ogrodzie. To się już sprawdza od kilku lat, bo dzięki temu miałam do dyspozycji nie tylko zakupione kwiaty, ale i margaretki, czy świeże pędy kapryfolium. Wspomogłam się też porastającymi cały ogród śniedkami, czyli śpioszkami oraz dzikim czosnkiem, który akurat obficie kwitnie na poboczu dróg. 









wszystkie zdjęcia w albumie Pasqua 2021

sobota, 3 kwietnia 2021

WIELKANOC A.D. 2021

 Wbrew wszystkiemu,

 niech w naszych sercach mieszka Nadzieja!



wtorek, 9 marca 2021

PSIA WIERNOŚĆ

Pamiętacie książkę "O psie, który jeździł koleją"? Śladami tej książki zaprowadziłam Was kiedyś do Campiglia Marittima (tutaj artykuł). Jest jeszcze inne miejsce w Toskanii, gdzie uhonorowano pomnikiem psa. Od lat słyszałam i czytałam o psie Fido, ale ciągle nie po drodze było mi do Borgo San Lorenzo. Jakoś wschodnia Toskania jest przeze mnie traktowana po macoszemu, a samo Mugello odwiedziłam dotąd turystycznie tylko dwa razy. Jest nad czym popracować w przyszłości. Zamknięcie w domu sprzyja wycieczkom po albumach fotograficznych, na szczęście zgromadzonych w komputerze i opisanych. Ileż ja podróży Wam nie przedstawiłam! Dzisiaj więc zapraszam na Plac Dantego w Borgo San Lorenzo.

To bardzo duża przestrzeń miejska, właściwie park, wypełniony drzewami, śpiewem ptaków, ludźmi. 



Otoczony jest ze wszystkich stron pierzejami. Znałam tylko tę nazwę placu, dokładniejszych namiarów nijak nie mogłam wyszukać. Obeszłam cały plac, traciłam już nadzieję, że nie znajdę pamiątki po najwierniejszym z wiernych, ale moje serce psiary nie umiało odpuścić. Znalazłam! Jeśli kiedyś traficie na Piazza Dante w Borgo San Lorenzo, kierujcie się na ten narożnik, gdzie na plac wpadają Via Giotto i Via Roma. 





Zacznijmy jednak od historii. W 1941 roku Carlo Soriani, mieszkaniec osady Luco di Mugello, zimowym popołudniem wraca z pracy w Borgo San Lorenzo i słyszy skomlenie, znajduje w rowie zranionego szczeniaka. Przygarnia go, a pies odwdzięcza mu się swoim przywiązaniem. 

https://www.ilfilo.net/fido0110.htm

Do polowania się nie nadaje, nie z bardzo nawet pilnuje obejścia, ale za to każdego dnia o 5:30 budzi pana i odprowadza go na przystanek autobusowy, czeka tam do 19. Pan czasami robi sobie żarty, nie wysiada z autobusu, wtedy pies wskakuje do środka i odszukuje go schowanego za siedzeniami. Jest nieodłącznym cieniem swojego pana. I tak przez dwa lata. Niestety, 30 grudnia 1943 roku, wynikiem bombardowania fabryki, Carlo ginie (wśród 103 innych ofiar). Pies mija pobladłych wysiadających, szuka pana. Nie znajduje go i wraca sam do domu. Rodzina Soriani od razu wie, co to oznacza. 

Jak wytłumaczyć psu, że pan już nie wróci? Nie da się. Więc pies przez czternaście lat czekał zawsze na przystanku autobusowym, kiedy to jego znalazca miał wracać z pracy. Ludzie to widzieli i wszystkich poruszała jego postawa. Burmistrz zwalnia rodzinę z opłaty za psa, pozwala na jego swobodne poruszanie się bez kagańca.  Trzynaście lat od śmierci Carlo wręcza mu złoty medal. Niebawem zostaje też odsłonięty pomnik psa. Pomnik wykonany w majolice, odsłonięty w obecności bohatera nie przetrwał pewnej nocy. Rankiem znaleziono kawałki rozrzucone na ziemi. Przeprowadzono śledztwo, ale nie znaleziono winnego. Po 50 latach w trakcie pewnego wywiadu, stary komunista wyznał, kto zniszczył pomnik i dlaczego. Otóż niedaleko tego miejsca odbywało się jakieś burzliwe spotkanie Włoskiej Partii Komunistycznej i "współplemieńcy" burmistrza swoją furię wyrazili zniszczeniem rzeźby. Burmistrz nie podejrzewał, że to jego kolesie i zarządził, by pomnik stanął na nowo, tym razem odlany z brązu. 

1957 r. Odsłonięcie pomnika. Wdowa po Carlo głaszcze psa. https://it.wikipedia.org/wiki/Fido_(cane)

Fido żył potem jeszcze rok, zakończył żywot 8 czerwca 1958 roku, o czym wielkim tytułem donosiła gazeta "La Nazione",  został pochowany tuż przy cmentarzu w Luco, na którym pochowano jego pana. 

https://www.ilfilo.net/fido0110.htm

Możecie zobaczyć stareńkiego Fido na filmie bardzo ciekawego archiwum (Archiwum Światło). Przyznam się bez bicia, że gdy zobaczyłam ciężko już poruszającego się Fido, nie dałam rady zapanować nad łzami. Jeśli dobrze wpatrzycie się w stare kadry, nad Fido płakało i niebo i ludzie. 

KLIKNIJ, ŻEBY ZOBACZYĆ FILM

W 2009 roku na nowo odżyły wspomnienia o Fido, gdy na ekrany wszedł film o japońskim psie Hachiko, amerykański remake japońskiego odpowiednika z 1987 roku, z Richardem Gere w roli głównej. I tam psina latami wyczekiwał swojego pana na stacji tokijskiego metra. A mnie się przypomina jeszcze inna historia, znana mi z bezpośredniego przekazu Krzysztofa, która onegdaj dotarła też i do Polski, i wcale nie przez mojego bloga (patrz chociażby artykuł na onecie) . Otóż w Montagnanie, wtedy drugiej parafii pryncypała, zmarł właściciel kota Toldo i mruczek ruszył za konduktem na cmentarz, po czym każdego dnia zaczął odwiedzać grób swojego pana, znosząc mu swoje kocie "prezenciki". 

Fido - przykładowi wierności


czwartek, 4 marca 2021

MALCZEWSKI W TOSKANII

Ostatnio dużo wędrowałam po lasach, co teraz i tak nam ograniczono, ale nie o tym, nie o tym. 

W jednym z miejsc stanęłam jak wryta. Poczułam się, jakbym weszła do obrazu Malczewskiego "Krajobraz z Tobiaszem (Wiosna)". Jest to jeden z bardziej intrygujących, a  na pewno mój ulubiony obraz polskiego artysty. Oczywiście, tu nie chodzi o dokładność podobieństw, ale pewien rodzaj skojarzeń - barwa, układ terenu, pora roku, swoisty minimalizm. I tak sobie wyobraziłam Jacka Malczewskiego w Tobbianie, gdy wyrusza na spacer w góry i znajduje inspirację dla swojej twórczości. 

http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Malczewski_J/Images/Krajobraz_z_Tobiaszem.jpg


I nasłuchiwałam, czy to szelest zeszłorocznych liści pod stopami, czy skrzydła Archanioła Rafała?


KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *