sobota, 23 lipca 2016

KULINARNY TYDZIEŃ - LISTA NIETAJNA

Poprzedni wpis był akcentem na zakończenie tygodniowej włóczęgi ze wspaniałymi gośćmi. Jeździliśmy po Toskanii z naszymi gośćmi, ale wybór miejsc był dość specyficzny. Pewien znajomy, gdy mu wspominałam, że będziemy eksplorować gastronomicznie Toskanię, w żartach zapytał, czy mogłabym mu odsprzedać listę planowanych lokali. Pomyślałam, że może i ktoś inny będzie nimi zainteresowany, więc za jeden uśmiech przedstawię Wam swój sposób na kulinarną Toskanię. Wszystkie lokale już wspominałam na blogu, ale nigdy w przemyślanym pod kątem turystyczno-smakowym zestawie.

1 dzień
Przylot był po południu, więc przeciągnęłam gości na lekkim głodzie, by zabrać ich na kolację do Montagnany, gdzie pizzerię prowadzi Francesco, zwany Diabłem. Pseudonim nadał mu jeden z moich krewnych po tym, gdy zostali mocno ofuknięci przez właściciela. Nie jest to trudne, by zyskać nieprzychylność Francesco. Może się zdenerwować, że się przyszło za wcześnie, może zrobić minę, że chce się jeść wewnątrz, gdy pogoda piękna i pozwala biesiadować na zewnątrz. Lokalny koloryt. Francesco niewiele sobie robi z zabiegania o klienta, wie, że podaje pyszne potrawy, w dodatku niedrogie. Mniej oswojonym z włoską kuchnią można zapewnić bezpieczeństwo przepyszną pizzą, chociaż nasi goście bez problemu uporali się chociażby z makaronem z cukinią i kwiatami cukinii.


2 dzień
Włoskie śniadanie w barze Primavera, przy okazji zakupów w pobliskim markecie. W barze pracuje starsze małżeństwo. Jakież było moje zdziwienie, gdy pani dała dodatkową słodką bułkę w prezencie od baru. Może wyczuła, że moi goście przechodzą kulinarną inicjację. Gest miły, drobny, a jak inaczej ustawił początek dnia.

Głównym punktem programu był obiad w Orentano w restauracji "Da Benito". Tam nikogo nie interesuje karta dań, bo wiadomo, w jakim celu się przyjechało: bistecca alla fiorentina, najsmaczniejsza, jaką jadłam w Toskanii. Można, oczywiście, czekając na befsztyk, zjeść przystawki, można, jeśli ktoś ma olbrzymi żołądek, poprosić o pierwsze danie. Za całą opinię o potrawie niech wystarczy gest naszego gościa.
Wydawało nam się, że w środku tygodnia nie będzie zbyt dużego obłożenia klientelą, lecz na wszelki wypadek zarezerwowaliśmy stolik. Oj! Dobrze! Rezerwacje były nawet podwójne na jeden stolik, gdy tylko ktoś kończył, zaraz pojawiali się następni amatorzy grillowanego mięsa. 
Ciekawostką może być fakt, że większość klientów stanowili mężczyźni.


Na deser wybraliśmy się do Lukki, były to lody zjedzone nieopodal domu Pucciniego.


3 dzień
Na ryby!
Jeśli ma być morsko, to najlepiej w wypróbowanym już lokalu "La Stella" w Viareggio. Wszystko nam bardzo smakowało - ciepłe "poczekajki", oryginalne połączenie smaków w ravioli z ricottą i truflami w sosie z małych muszelkowców zwanych arsellami, frutti di mare smażone w głębokim oleju zawsze ujmą za podniebienie, ale najwięcej zachytów wzbudziła doskonale przyprawiona dorada. 

4 dzień
Gotowałam w domu. Był to kurczak w maśle. Przepis już jest na blogu.
Wyszliśmy za to na lody do mojej ulubionej lodziarni Parè.


5 dzień
Na kulinarnej mapie Toskanii nie może zabraknąć trufli, a te godne polecenia były w niedawno odkrytej restauracji przy Borgo dei Lunardi. Zestaw dla gości truflowy, dla nas mięsny - wszystko zakupione przez Groupon. 

6 dzień
Znowu gotowanie w domu (zgodnie z sugestią goszczonej osoby). Za królika po myśliwsku przyznano mi dwie gwiazdki Michelina.

Żart miły, ale gdzie mi się równać chociażby do fragmentu słynnego znaczka, o który tak walczą restauratorzy!

7 dzień
Zwieńczenie tygodnia było z prawdziwą gwiazdką Michelina, czyli obiad w "Il Silene".
Nie mogło być inaczej, by wielkie święto naszych gości podkreślić kuchnią Roberto. 
Nie skorzystaliśmy z menu, poprosiliśmy mistrza, by sam zaproponował nam zestaw.
Postaram się umieścić tutaj jak najmniej słów zachwytu, bo inaczej nie dałabym rady dotrzeć do końca artykułu.

Na przywitanie był wytrawny mus z moreli, z kwiatami i listkami bazylii. Muszę kiedyś podejść Roberto i podpytać o przepis. No, mus!
W ramach przystawki pojawił się ulubiony koszyczek z ciasta z chrupiącymi warzywami, lekko tylko potraktowanymi patelnią, w towarzystwie jajka w koszulce.
Pierwsze danie rozwarstwiło się na klasyczne ravioli maremmańskie, ale bez masła i szałwi, lecz polane jedynie oliwą z drylowanych oliwek i posypane 37 miesięcznym parmezanem. Drugą warstwą były maluśkie pierożki z gołąbkami. Ptaki te pochodzą ze specjalnej hodowli. Na talerz trafiają tuż po osiągnięciu pełnoletniości. 
Drugim daniem był kurczak. Niby nic takiego, ale jego mięso wzbogaca się tym, że pod koniec żywota ptaki sa karmione suszonymi figami. Czego to ludzie nie wymyślą!
Wszystko w towarzystwie wina, o którym mam zakaz pisania, żeby nikt nie mógł dotrzeć do jego producenta. Jeśli jednak tam traficie, poproście Roberto o jego wino, powiedźcie, że poleciła Wam je  Margherita.
Deser zaskoczył i rozbawił nas wszystkich, budząc wielkie zainteresowanie siedzących obok Australijczyków. Dostaliśmy ... watę cukrową z zatopionymi w niej małymi ptysiami. Wata była niezwykle delikatna, z nutą mięty i właściwie niewiele z niej zostawało po wzięciu do ust. Słodki powrót do dzieciństwa.
Na koniec kawa i dodatki.

Wybrane restauracje mają różne pułapy cenowe, co uwzględniłam w programie tego tygodnia - od najtańszej, po najdroższą. Restauracja Roberto drąży dość mocno kieszeń, ale na razie nie znam tego z doświadczenia, bo zawsze traktuje nas ulgowo. Myślałam, że tym razem uda się go namówić na pełną płatność, dlatego moją kaligraficzną pracę podarowałam po zapłacie. Z tego, co pamiętam, jedno danie to mniej więcej koszt 20 euro, więc pełny posiłek może krążyć wokół 100 euro na osobę. W tej cenie macie nie tylko kulinarne wyżyny, ale i wspaniałą obsługę kelnerów. Z ciekawostek powiem Wam, że kieliszki na wino dostaje się przepłukane winem, a cukier do kawy z gracją wsypuje kelner.
Wspominam o kosztach, gdyż kiedyś opisałam pewien lokal i czytelnik pojechał moim śladem, po czym niezadowolony zarzucił mi, że było tam mało i drogo, a to i tak była o wiele tańsza restauracja od "Il Silene". Co do ilości, to trudno orzec, co komu wystarcza, ceny mogłam przybliżyć.

Kulinarny tydzień nie ograniczał się li tylko do jedzenia. Wybór miejsc do zwiedzenia  był jednak podporządkowany danej restauracji. I tak: przy okazji bistekki, była to Lukka, Borgo a Mozzano i Mostem Diabła. Obiad w "La Stella"wiązał się ze spacerem po Viareggio oraz zwiedzeniem kopalni marmuru nieopodal Carrary. Z Borgo dei Lunardi wyprawiliśmy się do Certaldo - niedostępnego tego dnia, ze względu na trwający festiwal teatralny, więc wróciliśmy pod Pistoię, do Montecatini Alto.
Po obiedzie w "Il Silene" zobaczyliśmy Seggiano, Sant'Antimo i Pienzę.
Podczas zwiedzania pojawiło się kilka nowości, ale opiszę je w przyszłości.
Zdaję sobie sprawę z tego, że moi goście dotknęli tylko wierzchołka góry lodowej zwanej Kuchnią Toskanii. Wszystko przed nimi! Wyjechali zachwyceni, więc należy się spodziewać ich powrotu.

środa, 20 lipca 2016

ROBERTO, IL MAESTRO

Już tu dawałam wyraz swojego afektu względem kuchni Roberto z "Il Silene". Zakończenie pobytu moich ukochanych gości ukoronowaliśmy ucztą u mistrza. Ale ja nie o tym zamierzam pisać.
Parę miesięcy temu Monika napisała wiersz o Roberto, został on przetłumaczony wspólnym wysiłkiem z profesorem języka włoskiego, a przeze mnie "przetłumaczony" na obraz.
Czekałam okazji, by wręczyć prezent osobiście. Tak wzruszonego Roberto jeszcze nie widziałam. Moniko!
Dziękuję za słowa:

Mistrz Roberto

W zielonym gąszczu 
drgają radośnie
sprężynki cukinii…
Roberto dogląda ich 
z czułością czarodzieja.
Jasnozielone, delikatne
ciut obsceniczne 
owoce 
zamieni wieczorem
w spektakl aromatu,
smaku i koloru…
W czystą radość bycia tu i teraz
na śnieżnym obrusie…



Roberto, il Maestro

Nella macchia verde 
vibrano con gioia
le zucchine dai piccoli riccioli.
Roberto le cura
con la tenerezza del mago.
Delicati frutti verde chiaro,
un po’ osceni,
li cambierà, la sera,
nello spettacolo di profumo,
gusto e colore ...
nella pura gioia di essere qui e ora
sulla tovaglia bianco neve ...

wtorek, 12 lipca 2016

PELETON WIDMO - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Na zdjęciu samochody: pilotujący i zamykający peleton. 


Do zobaczenia za ponad tydzień.
Nadciągają bardzo, bardzo ważni goście, nie chcę uronić ani minuty ze wspólnego świętowania. 

niedziela, 10 lipca 2016

TRUFLE I ROMAŃSKA UCZTA

Wycieczkowy podział obowiązków:
- W niedzielę będzie na pewno otwarty pewien romański kościół, kiedyś zastaliśmy go zamkniętym, pojedziemy?
- Rozejrzę się na grouponie, czy jest po drodze jakaś oferta na obiad.
- Świetnie.
- Znalazłem, do wyboru są trufle i mięso, co wolisz?
- Trufle, oczywiście! Tylko pomylilam miejscowości. Nazwa ta sama, obydwie są w Toskanii. Gdzie są te trufle?
- Koło Ceretto Guidi.
- Uff! To i tak będzie po drodze.

Wycieczka zaczyna się od obiadu.
Miejsce warte dla oczu i podniebienia. Zatrzymaliśmy się w Borgo dei Lunardi u stóp Ceretto Gudi, z widokiem na medycejską willę.

Okolice na wypoczynek wymarzone, choć mam wrażenie, że jako agriturismo Borgo dei Lunardi nie najlepiej funkcjonuje. Dziwne, bo miejsce fascynujące.

Pustki zupełne, żadnych gości nie widziałam, a wszak był to już upalny czerwiec. Zajrzałam na tripadvisor i przeczytałam, że obsługa turystów coś im kuleje. Za to restauracja ma w większości dobre opinie, moim zdaniem zasłużone.
Jedynym mankamentem było podanie czerstwej, odgrzewanej już kilka razy schiacciaty. Gdy poprosiłam o inne pieczywo, okazało się, że go w ogóle nie mają.
Za to potrawy przepychota. Wszystko miało nutę przewodnią w postaci trufli.
Na przystawkę było carpaccio z płatkami trufli, na pierwsze smakowite tagliatelle, a na drugie pieczeń w truflowym sosie. Wszystkiemu towarzyszyły wina własnej produkcji (wypiliśmy czerwone i różowe, za drugie pani nam nie policzyła dodatkowej opłaty, pewnie w ramach rekompensaty za okropną schiacciatę). Do tego sorbet cytrynowy na deser i już jestem w niebie. Obawiałam się, że nie podołam całemu zestawowi, ale na szczęście porcje nie były zbyt obfite, szkoda byłoby coś zostawić na talerzu.

W idealnym stanie napełnienia żołądków ruszyliśmy ku Pieve w Chianni.
"Droga biegła wśród malowniczych wzgórz." - tak właściwie może brzmieć opis niemal każdej trasy wycieczkowej w Toskanii, różnica może tkwić w uprawach i budynkach spotykanych po drodze. Nas prowadziły winnice.

Chianni to nazwa, która wprowadziła mnie w błąd, myślałam najpierw o miejscowości położonej bardziej na zachód, a w tym przypadku chodziło bardziej o borgo, rodzaj osady położonej tuż pod Gambassi Terme. Tam, nad drogą góruje piękna fasada Pieve di Santa Maria Assunta.
Wniebowzięcie to dobre słowo tak na samą fasadę ciągnącą wzrok wzwyż, jak i na stan, w jaki popadłam po zwiedzeniu kościoła.
Jako, że budowla powstała głównie dzięki robotnikom z Volterry, szuka się wspólnych punktów stylistycznych właśnie z tym miastem, a zwłaszcza z jego katedrą.
Zdjęcia zrobione są w odstępie 10 lat, inne aparaty, inne światło, ale widać, że piaskowiec ma podobną strukturę. Ślepe arkadki inaczej są wykorzystane, ale wogóle są, i tu i tu. Tak samo podzielono fasadę na trzy części, sugerując układ naw za nią. Podobnie rozwiązany został sam portal, tylko ten w Volterze doczekał się marmurowych zdobień. Pieve z Chianni też miało kiedyś okno rozety, zwane po włosku okiem. Zabudowano je, zmieniając kształt na prostokątny.
Gdy tak sobie porównuję, to może i coś tam widzę w podobieństwach zewnętrznych.


Fasada nie jest bogato zdobiona, ale zawsze znajdzie się parę detali:

Z zalanego słońcem świata wchodzę w miejsce, w którym marzę, by być poetką. Chciałabym w odrobinie słów zawrzeć to, co niewypowiedziane. Piękno, które w kamieniu wyśpiewuje chwałę Bogu. Światło wpadaja drzwiami, alabastrowe w oknach płyty raczej zdobią nie dodają jasności.

Z  mroku wyłaniają się kolumny, cierpliwie dźwigające ciężar sklepienia. Ich rzeźbione kapitele są pełne prostych ozdób, dziwnych zwierząt, twarzy, ludzieńków.  Kto to rzeźbił? Jak postrzegał rzeczywistość. Czy brodata twarz jest autoportretem robotnika o imieniu Johannes Bundivulus? Podpisał się na kapitelu, to może i siebie zobrazował?


Niewiele tu innych barw poza miodowym ciepłem piaskowaca. Kolor pojawia się w niektórych ocalałych freskach, na krzyżu w prezbiterium, w nielicznych obrazach. Gdzieniegdzie mieni się złoto, ale nie dominuje. Barok wypędzono z wnętrza wiele lat temu.

Spokój mnie otula. Ludzie zaglądają, pokręcą się i wychodzą. Przy drzwiach młoda dziewczyna rozmawia ze staruszką, pytam o kościół, ale niewiele wiedzą, one tylko pilnują, a może po prostu są?
Nie chce się wychodzić. Też bym tak sobie tylko pobyła, może w modlitwę zaopatrzona.

W końcu z powrotem jestem na zewnątrz. Obchodzę kościół i znajduję bramę, przez którą można zajrzeć na podwórze plebanijne. Proboszcz już tu nie mieszka. Przekształcono miejsce na hostel dla pielgrzymów i turystów. Zwłaszcza ta pierwsza grupa przypomina, że tedy przebiegała Via Francigena.

Nasza droga nie wiodła pilegrzymim szlakiem. Tak głupio od razu wracać do domu, więc może lepiej wrócić do ulubionego Certaldo?
Z daleka wołało też San Gimignano, ale się nie skusiliśmy.

Malarskie czerwienie Certaldo Alto aż się prosiły o łyk pomarańczowego aperola.

Choć przyznam, że najlepszy to on nie był, dowodem jego słabe nasycenie barwą.

Przyjechaliśmy na zakończenie dwóch imprez. Ewidentnie tego dnia miasteczko było punktem spotkania się właścicieli psów, i to jednej rasy (choć nie za bardzo mam pojęcie, jakiej).

Ci już wracali. Za to pod Palazzo Pretorio wręczano nagrody uczestnikom wyścigu kolarskiego. Chyba każdy klub został uhonorowany za samo uczestnictwo, bo co chwilę widzieliśmy zawodników z majolikowymi dzbanami (zamiast pucharów), obrazami i torbami pełnymi dobra wszelkiego, wśród którego były widoczne ... wiechcie szczypioru! Nic dziwnego - Certaldo jest dumnym producentem czerwonej, okrągłej słodkiej cebuli, z której wyrabia się smakowite marmolady.

W Certaldo wszystko może być tematem fotografii.

Czas wracać do domu. Może kiedyś na skuterze?

czwartek, 7 lipca 2016

JEJ PASIASTA WYSOKOŚĆ PISTOIA

Od dawna chodziło za mną zrobienie pasiastego zestawu. 
Jest to szerokie wytłumaczenie, skąd wziął się (w zeszłym roku) pomysł na pracę do wiersza Moniki Zawadzkiej:

Ano stąd:


poniedziałek, 4 lipca 2016

EMPOLI? A CO TAM JEST?

Jak bardzo po macoszemu traktowałam dotąd Empoli może wskazywać na to fakt, że nie przyczepiłam etykiety o nazwie "Empoli" do artykułu wspominającego poprzednią wizytę w tym mieście. Znalazłam go tylko dzięki blogowej mapie Toskanii. Poprawiłam już oznaczenia, a dzięki temu niedopatrzeniu wiem, że zaniedbałam kilka skarbów kryjących się w tym mieście.
Położone w dolinie Arno, która to rzeka przez nie przepływa. Domyślam się, że równina i otoczenie z rozbudowaną infrastrukturą przemysłową nie zachęcają do wizyty, a jednak coś tam jest!
To tutaj znajdziemy chociażby kolegiatę św. Andrzeja z geometryzującą fasadą w stylu florenckiego romanizmu, ze sztandarowymi przykładami w postaci Baptysterium, czy kościoła San Miniato.
Ale nie o kolegiacie dzisiaj napiszę.
Udało mi się pogodzić godziny wizyt w dwóch małych muzeach - perełkach.
Za bardzo niewygórowaną cenę biletu (3,10 €) można wejść do obydwóch tych instytucji. Kolekcje są niewielkie, takie jak lubię, na miarę zwyczajnej pamięci.
Pierwszy zbiór - sakralny, ogranicza się głównie do sztuki dawnej, więc miód na serce me. Wyobraźcie sobie puste muzeum, wszystko tylko dla Was!
Jedyną osobą, która na chwilę przerwała zwiedzanie, była młoda kobieta. Dowiedziała się, że pytałam w kasie o Hebrajską Madonnę i przyszła zobaczyć, ktom zacz, bo specjliazuje się w hebrajskiej tematyce. Przedstawiła się jako przewodniczka, ale coś trudno mi w to uwierzyć. Zapewne zna się na swojej specjalizacji, tego nie byłam w stanie ocenić, ale inne dziedziny trochę się jej mieszały. Myliła czasami nazwy, czegoś tam nie wiedziała. Chociaż, szczerze muszę przyznać, że kilka ciekawostek od niej usłyszałam. Rozmawiałyśmy o małych muzeach i skarbach, jakie kryją. W pewnym momencie pokornie przyznała, że widziałam miejsca, do których nie dotarła. To chyba częsty przypadek w każdym kraju, że mając pewne skarby w zasięgu ręki, odkładamy ich zobaczenie na wieczne później.
Jeśli więc będziecie w pobliżu, jeśli lubicie sztukę średniowieczną i renesansową na najwyższym poziomie, jeśli chcecie do woli delektować się każdym obrazem, jeśli źle się czujecie wśród tłumów - jedźcie do Empoli.
Wejście do muzeum przy Kolegiacie św. Andrzeja dość trudno znależć, należy pójść z prawej strony świątyni (koło kwiaciarni) i wejść w bramę prowadzącą na plebanię, plebanię z pięknym chiostro (Ach! Marzenie me!).

To właśnie na jego górnym poziomie umieszczono kilka dzieł z warsztatów della Robbia i Buglioniego, w tym Hebrajską Madonnę.


Kliknij, by pokręcić się po dziedzińcu.

Tuż przed wejściem na dziedziniec, po lewej stronie znajdziecie kasę i równocześnie wejście do mueum.
Zbiór jest jednym z bardziej znaczących wśród małych toskańskich kolekcji, zarazem będąc też jednym z najstarszych tego typu.
Na całość składają się pomieszczenia na parterze i piętrze, plus loggia z majolikowymi rzeźbami.
Niższe pomieszczenia znajdują się w pozostałościach po starym kościele św. Jana Chrzciciela, przekształconym kiedyś w baptysterium.  Stare kamienie, prosty łuk przypominają o czasach, gdy chrzczono tu ludzi. Na przeznaczenie miejsca ma wskazywać najdziwniejsza misa chrzcielna, jaką dotąd spotkałam. Olbrzymia, marmurowa waza powstała w XV wieku. Skoro już jesteśmy przy wodzie święconej, to wspomnę jeszcze dużą misę na wodę święconą, o formie dużo częsciej spotykanej. Warto jednak było zajrzeć do jej czaszy, co za fantazja, by wyrzeźbić w niej delfiny!


Wchodzących wita "Pieta" namalowana przez Masolino - tak, tak, to ten sam malarz, który ropoczął ozdabianie słynnej Kaplicy Brancacci we Florencji. Autorstwo przypisywano i jego koledze - Masaccio, współcześni historycy sztuki zdecydowanie jednak wskazują na Masolino.
To jeden z niewielu malunków na parterze muzeum.

Pozostałe eksponaty są niezwykłej urody rzeźbami.


Można im pozaglądać w detale, pozachwycać się maestrią dłuta. Wspaniale!
A potem wchodzi się na piętro i ...
Tyle piękności!

Nie chcę opisywać każdego obrazu po kolei. Pinakoteka ma świetne obrazy, a jej sztandarowym autorem jest Francesco Botticini. Spodziewajcie się też Agnolo Gaddiego, Lorenzo Monaco, Bicci di Lorenzo, czy nawet małego obrazu Filippo Lippiego.
Dech zapiera!
Wybiorę fragmenty, które przykuły moją uwagę.

Predella (podstawa nastawy ołtarzowej) z natury rzeczy jest zestawem obrazków, najczęściej stanowiących jakąś historię. Ta akurat opowiada o Cudzie Najświętszego Krzyża, który wydarzył się pod koniec XIV wieku. Bracia z Kompanii Krzyża wyruszyli z pokutną wyprawą na przebłaganie, by odwrócić zarazę. Wędrowali po całej okolicy. Pewnego dnia, zatrzymali się, by odpocząć. Oparli niesiony krzyż o wyschnięte drzewo migdałowe, które cudownie rozkwitło, co było dla nich widomym znakiem zapowiadającym zakończenie epidemii. Rozradowani wrócili do domów.
Kiedyś predella była pod ołtarzem z tymże krucyfiksem, ale z czasem zrobiono marmurową oprawę i niewielkie obrazy przeniesiono, najpierw do innej kaplicy, aż w końcu znalazły się w muzeum. Ów krzyż dotąd jest w Kolegiacie, pokazałam go we wspomnianym na początku artykule.
Zafascynowała mnie nie tyle historia, co styl - swoisty przeskok do naszych czasów, a podkreśla go szalona tajemnica. Przez brak oczu, sylwetki wydają się jakieś uwspółcześnione, bliskie XX wieku, tylko ten brak wyraźnie nie był zamierzeniem autora. Oczy są zamalowane!
O co chodzi?
Zapytałam tę kobietę przewodniczkę, była w ogóle zaskoczona tym detalem.
Szukałam wyjaśnień. Nie znalazłam. Oczywiście, psychologicznie, antropologicznie i w ogóle ...     "-cznie" można zapewne wyjaśnić podłoże, psychikę, zamiary. Ale dlaczego? Dlaczego ktoś pochylił się nad tymi maleństwami i misternie, plamka po plamce zabrał im spojrzenie?

W pięknym poliptyku pistojskiego anonima poruszył mnie św. Antoni Opat. Gdyby nie charakterystyczna laska w kształcie Tau oraz aureola, można by pomyśleć, że to Żyd, a wszak on pochodził z koptyjskiej rodziny mieszkającej w Egipcie. Bez wzglęu na to - bardzo mi się spodobała jego sylwetka.

W zestawie piętnastu scen najbardziej zdziwił mnie ... opis, że to historie Matki Bożej i Chrystusa. Zaraz, zaraz! Nikomu na myśl nie przyszło, że to jest malarska wersja Różańca?

W obrazie Adoracji Dzieciątka ucieszył mnie mały Jan Chrzciciel podtrzymujący kuzynowi główkę. Ładny gest, taki ludzki. A teraz wróćcie do mojego anioła o imieniu Wątpię. Coś w tym jest! Może mój anioł to jakiś krewny Jana Chrzciciela z obrazu?

I na koniec Francesco Botticini (jego są anioły).

Myślę, że to bardzo niesłuszne, że tak mało jest znany. A właściwie znani, bo część obrazów powstała przy współpracy Francesco z synem Raffaello. Pierwszy raz poznałam Botticiniego 10 lat temu. Wtedy nie mieszkałam jeszcze w Toskanii, ale byłam tu na wakacjach i w ramach akcji "Wielkie dzieła sztuki w lustrze" zobaczyłam kilka prowincjonalnych muzeów, a w nich zestawienia dzieł bądących na ich stanie ze słynnymi nazwiskami, albo tymi samymi tematami z Florencji.
W Empoli spotkało się wtedy "Zwiastowanie" Botticiniego ze "Zwiastowaniem" Botticellego (cóż za piękna gra brzmień). Byłam zaskoczona in plus na rzecz Botticiniego. Nie, żeby mi się Botticelli nie spodobał, ale jakoś blado wtedy wypadł przy Botticinim.
Dzisiaj myślę, że obydwa dzieła warte spotkania a to, które się bardziej może spodobać, jest kwestią nastroju, upodobania do scen bardziej lub mniej rozbudowanych. U Botticiniego jest bardziej statycznie, spokojnie, rytmy cyprysów, sklepienia, czy nawet cegieł, wprowadzają ład, nadają scenie klimat skupienia, nastroju. Czuć tu powagę i znaczenie nadzwyczajnego spotkania.

U Botticellego dzieje się, oj! dzieje.
http://archivio.gonews.it/foto/annunciazione_san_martino_alla_scala.jpg
Nie wiedziałam, na czym skupić wzrok. Miałam wrażenie, że artysta oddalił anioła od Maryi, byśmy mogli delektować się jego warsztatem, wspaniałą perspektywą, pięknem draperii, czy sztukaterią na filarach. Promienie będącę znakiem treści wypowiadanej przez Archanioła Gabriela z trudem docierają do odsuniętej na bok Maryi Panny. Same w sobie promienie fantastyczny pomysł, bo nie wychodzą z ust Archanioła, tylko zza niego, sugerując, skąd idzie posłanie.
Specjalnie wspomniałam i opisałam Botticellego, którego obecnie nie ma w muzeum przy kolegiacie (jego miejsce jest w Uffizi, jeśli nie jeździ po wystawach). Chciałam podkreślić wyjątkowość Francesco Botticiniego i nieśmiało poprosić w jego imieniu, byście zapamiętali tego, którego malarstwo miało wpływ na przyćmiewających go sławą Lippiego czy właśnie Botticellego. A przecież to oni z niego czerpali. Zobaczcie, czyż nie zasługuje na to, by do muzeum w Empoli ciagnęły rzesze miłośników sztuki:

W "jego" sali Krzysztof zrobił zdjęcie sferyczne.

Inne dzieła mistrza możecie spotkać w Uffizi, Galleria dell'Accademia, w kościele Santo Spirito we Florencji, w Londynie, Berlinie, czy Nowym Jorku.

Teraz zmiana muzeum i tematyki.
Bohaterem drugiej części tego artykułu będzie szkło. W świecie szklanych cudeniek istnieje określenie "zieleń z Empoli", to taka głęboka, niemal szmaragdowa zieleń, z różnymi odcieniami.
Miasto od XV wieku było silnym ośrodkiem przemysłu szklarskiego, powstawały tu głównie pojemniki użytku powszedniego, takie jak gąsiory, butelki, ampułki, misy, talerze, dzbany, kieliszki, itd., itd.
MUVE jest idealnym miejscem dla doznań wzrokowych, ale, niestety, pogłębia też moją fiksację na punkcie szkła. Kilka obiektów upolowałam w ciągu paru lat.

Kupiłam je na starociach, więc zaintrygowało mnie, że w muzeum nie znalazłam informacji o aktualnej produkcji. I chyba takowej nie ma. Trudno doszukać się w internecie, co się stało, mogłam zapytać w muzeum, ale akurat trwały przygotowania do jakiegoś koncertu i zwiedzający byli zostawieni samym sobie.
Zdjęcia z trudnością oddają piękno tego szkła. Po pierwsze, skończyła mi się bateria w aparacie i korzystałam z telefonu, a po drugie podświetlenie witryn od dołu jest efektowne dla zwiedzających, lecz nie dla obiektywu, no i same szyby witryn to przeszkoda nie do pokonania.

Mam nadzieję, że, mimo niedoskonałości dokumentacji, zachęcę Was do wizyty w tym muzeum.
Zobaczycie tam nie tylko szklane eksponaty, ale i wszystko, co było związane z ich produkcją.

To jeszcze nie jest ostatnie słowo Empoli, miasto wie, co pominęłam, więc mi nie odpuści.

piątek, 1 lipca 2016

HEBRAJSKA MADONNA - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Parę lat temu podczas zwiedzania jednego z florenckich pałaców usłyszałam historię pewnej kapliczki z Empoli. Wybrałam się, żeby ją sfotografować, ale nie zdążyłam przed zamknięciem muzeum przy kolegiacie.
Minęły dwa lata i w końcu zrealizowałam zamierzenie.
Na pierwszym piętrze kolekcji jest wyjście na balkon, gdzie ulokowano dzieła z warsztatu della Robbia. Wśród nich jest wyjątkowa kapliczka przeniesiona z budynku Palazzo Pretorio stojącego w pobliżu kościoła.
Przedstawia naturalnej wielkości Madonnę z Dzieciątkiem, a w łuku nad nią Ducha św. pod postacią gołębicy. Dzieciątko, niestety, straciło głowę mniej więcej w XVIII wieku.


Jest to majolika w charakterystycznych dla della Robbia barwach, czyli białe postaci na niebieskim tle.  Na dole jest tablica wyjaśniająca, kto "ufundował" powstanie dzieła.

DEL PREZZO · DELGLEBREI · PER LORO · ERRORE · FERNO · A LAVDE · DI DIO · FARE · QESTA · GLI OTTO · SEDETE · NEL · 18 · DOMENICO · PARIGI · QVI · PRETORE

Co mniej więcej można przetłumaczyć na polski tak:

Z opłaty Hebrajczyków, za ich błąd, na chwałę Boga, Rada Ośmiu zrobiła  w (15)18 roku. 
Domenico Parigi - tutejszy Pretor 

Już z samej tablicy można się domyślić, że pewien Hebrajczyk (lichwiarz Zachariasz syn Izaaka) musiał opłacić karę. Kara dotyczyła jego synka, który wykonał jakiś gest bluźnierzy względem przechodzącej procesji. 
Zachariasz i tak został potraktowany łagodnie, bo we Florencji, za coś takiego można było wtedy stracić życie.
Od tego czasu na tę rzeźbę mówi się Hebrajska Madonna.