poniedziałek, 8 lipca 2019

LETNI KONKURS

Dzisiaj zagadka botaniczna. 

Co to za kwiat? 


Nagrodą za pierwszą prawidłową odpowiedź, czy to w komentarzu, czy na Facebooku, czy też w mailu, będzie obrazek mojego autorstwa, 10x10 cm, przedstawiający rozwiązanie.

edytowane:
Na Facebooku bardzo szybko padła prawidłowa odpowiedź, w dodatku po włosku. Chodziło o kwiat granatu, który zakwitł, a może ktoś pamięta, że ponad rok temu kupiliśmy dwa drzewka (artykuł "U Caruso"). Rośliny mają się dobrze, nie wiem, czy zaowocują, ale przynajmniej zakwitły. 
Panu Stanisławowi gratuluję z całego serca!
A  oto skromna nagroda:

czwartek, 4 lipca 2019

PUTTO

Najczęściej słowo putto kojarzy nam się z pyzatym aniołkiem, cherubinkiem, wyobrażeniem rozpowszechnionym w renesansie i baroku, ale może to być po prostu nagi chłopczyk, bardzo rzadko dziewczynka. Bywało nawet, że tym terminem określano Dzieciątko Jezus.

Putto doczekało się w Toskanii kilku przysłów.

All'uomo moglie, all putto verga - mówiące o wychodzącej z użycia (przynajmniej oficjalnie) metodzie wychowania. Po polsku dosłownie: Mężczyźnie żona, dla putto pręt. Co znaczy, że mężczyzna odnajdzie swoje miejsce na ziemi dzięki żonie, a putto dzięki klapsom, uderzeniom.

Aver cura de' putti non è mestier da tutti. Czyli: Opieka nad puttami nie jest zajęciem dla wszystkich. Jest to jedno z wielu przysłów dotyczących roli matki.

Cani, polli e putti imbrattan per tutto.  To oczywiste: Psy, kurczaki i putta usmarują się wszędzie.

Co mnie tak wzięło na cherubinka?
Radość, że jednego z najsłynniejszych mogłam obejrzeć w końcu bardzo dokładnie. A było to 13 marca tego roku. Ciągle się zbierałam do opisania dzieła, ale wiadomo, czas ...
Spotkałam go w Palazzo Strozzi, na wspaniałej wystawie "Verrocchio mistrz Leonarda".
Wcześniej i później spotykałam jego kopię, o czym nie wiedziałam, a przekonałam się, że tak jest, gdy podczas trwania wystawy (będzie czynna jeszcze do 14 lipca) zaszłam na dziedziniec Palazzo Vecchio i ze zdumieniem odkryłam, że aniołek ciągle trwa na posterunku.
Dziedziniec Michelozzo jest dostępny bezpłatnie i wielu turystów zagląda tylko tam, gdzie wśród niezwykle zdobnych kolumn, otoczony mapami bryka skrzydlate chłopiątko.
Daleko nam do niego, bez odpowiedniego zoomu możemy zapomnieć o detalach.




Gdy tak sobie rozmyślałam, które dzieło Verrocchio jest najbardziej znane, najczęściej oglądane, sama siebie zaskoczyłam odpowiedzią. Zaznaczam, że odpowiedź jest moja własna, ale podejrzewam, że słuszna. Otóż wszyscy niemal znamy, jeśli nie widzianą na żywo, to ze zdjęć złotą kulę wieńczącą kopułę florenckiej katedry (wspominałam tutaj o jej spektakularnym upadku).
Ostatnio przez profile florenckie przewinął się filmik, pokazujący jak duża jest ta kopuła.
Obejrzyjcie, są tam napisy po angielsku. A nawet, jeśli obydwa języki, zarówno angielski jak i włoski są Wam nieznane, obraz rozumie się sam przez się. Film pochodzi ze strony https://www.corriere.it


A teraz zmieniamy proporcje, kulę zamieniamy na mały jej wycinek i w ten sposób mamy już bazę dla Putto, zwanego też Duszkiem (Spiritello). Całość wysoka na 67 cm. 

Pełny tytuł rzeźby to"Putto z delfinem". Mamy więc już wszystkich bohaterów niewielkiego dzieła. 
Autorstwo znamy z kilku źródeł, pierwszy raz wspominane jest w spisie prac Andrea Verrocchio, wykonanym przez jego brata.

Postać nagiego chłopczyka została odlana w brązie dla medycejskiej willi Careggi, stanowiła część dużej fontanny. W XVI wieku figurka została przeniesiona do Palazzo Vecchio, gdzie pozostaje do dziś, lecz nie w tym samym miejscu. Oryginał przeniesiono na piętro. Obecnie jest jednym z eksponatów wystawy, ale pewnie nieprędko wróci do Palazzo Vecchio, bo ta sama wystawa ma wyruszyć za ocean. 
Za czasów ulokowania putto na fontannie, woda wylatywała z pyszczka i nozdrzy delfina. 
Temat nie był nowy, rzeźbiarz zaczerpnął go z antyku, ale dodał swoiste ożywienie postaci, nadał mu nadzwyczajną naturalność, radość, dynamikę. Cherubinek zgrabnie balansuje na jednej nodze ściskając stylizowanego delfina. Część fryzury mu oklapła, zmoczona przez wodę. 

Echo rzeźby spotkacie w Waszyngtonie (może ktoś trafi do National Art Gallery?), tam, w niewypalonej glinie, zachwyca golusieńki chłopczyk, przypisywany Verrocchio. Także zadziera filuternie nogę, ale mam wrażenie, że jest bardziej toporny i bardziej przejęty, tym, co mu się wywinęło z rąk. 
https://www.nga.gov

Nasz skrzydlaty duszek nie kryje zadowolenia ze złapania delfina.
Biegnie, frunie niemal, pelerynka zsunęła mu się na plecy.


Może kiedyś opiszę jeszcze jedno dzieło Verrocchio, bo pochodzi z Pistoi, zazwyczaj wisi w katedralnej kaplicy Najświętszego Sakramentu, więc nie ma możliwości dokładnego przyjrzenia się mu, tym bardziej sfotografowania. 
Całej wystawy nie zamierzam opisywać, choć trudno nie zaakcentować, że Leonardo da Vinci nie urodził się jako samotna gwiazda zawieszona w kosmicznej przestrzeni. Jego mistrz był także genialnym artystą, rzeźbił, malował, zostawił po sobie piękną artystyczną spuściznę. Trudno nie zauważyć jego maestrii, aż po najdrobniejszy detal. Zaznaczę, że zdjęcia w albumie "VERROCCHIO IL MAESTRO DI LEONARDO" nie pokazują jedynie dzieł głównego bohatera, gdyż wystawa umieszcza je w kontekście poprzedników i następców.

czwartek, 27 czerwca 2019

DWANAŚCIE

 Dwa lata temu to ja przyjmowałam prezenty, bo była okrągła rocznica mojego przyjazdu do Toskanii i równocześnie założenia bloga. Ale bardziej chyba lubię dawać prezenty.  W tym roku rozdaję moją ostatnią pasję, czyli malowanie na tkaninie, zwłaszcza na jedwabiu. Właściwie to Kinga dała mi sukienkę z prośbą, żebym ją ozdobiła, sugerując, między innymi, że lubi papugi. Niestety materiał był bardzo trudny do malowania, Trudna struktura, trudne tło, bo pomarańczowe a nie białe. Malunek więc ma swój ciężar, także dotykowy. Od siebie samej dodałam chustę, z którą mogłam poszaleć. Oczywiście, jest jedwabna i malowana innymi farbami. Prezenty wręczone dokładnie w 12 rocznicę dnia, który zmienił moje życie. A teraz siedzę w aucie i jadę spotkać się z Lidią, jak Kinga, czytelniczką mojego bloga. Też wiozę prezenty, ale w płynie :)
Jeśli zdjęcia nie pokazują się dobrze, to wybaczcie, wrzucam przez telefon, narazie komputer mam w naprawie, chciało mu się pić, ale jednak nie zniósł wody.




wtorek, 25 czerwca 2019

HERBATKA Z MISTRZEM

W 1922 roku Alaide Garosi Cipriani, jedne źródła podają, że projektantka mody, inne, że właścicielka sklepu z modą, żona adwokata, matka trójki dzieci, zachodzi w ciążę z tekstylnym kupcem. Wszyscy wiedzą, że ciąża jest pozamałżeńska, bo mąż w tym czasie dokonywał żywota w jakimś sanatorium. Namawiano ją usilnie, by zabiła dzieciątko, pozbyła się skandalicznego balastu. Ale ona z dumnie podniesioną głową nie uległa namowom i urodziła syna. Według wtedy panującego prawa, nie mógł on mieć ani nazwiska ojca (który uznał syna dopiero po 19 latach) ani matki, więc był dzieckiem z rodziców nieznanych (NN). Nazwiska takich dzieci nadawano według litery alfabetu przypadającej na dany dzień. 23 lutego 1923 była to Z.
Matka chłopca bardzo lubiła pewną arię Mozarta i z niej wzięła pomysł na Zeffiretti, ale niedbały urzędnik nie napisał poprzeczek w literach t i tak oto powstało wyjątkowe, znane potem na całym świecie, nazwisko Zeffirelli.
Na tym problemy matki Zeffirellego się nie skończyły. Ludzie bojkotowali jej sklep. Straciła klientów, pieniądze, zdrowie. Kłóciła się z kochankiem, aż w końcu uciekła z synkiem do Mediolanu, gdzie mieszkała jej najstarsza córka. Płonne były nadzieje na odmianę życia, miała gruźlicę. Umarła, gdy Franco miał 6 lat. Siostra chciała zatrzymać chłopca, ale nie jej mąż.
Dziecko odesłano do Florencji i trafia do słynnego Szpitala Niewiniątek. W końcu przygarnia go bezdzietna ciotka. Franco ciągle ma pod górę. W szkole słyszy, że jest bękartem. Słyszy to także po szkole, kiedy to żona ojca śledzi go i powtarza słowa, których mały chłopiec jeszcze nie rozumiał: "bastardo, bastardo".
Wydawać by się mogło, że matka decyzją o narodzeniu potomka, skazała go jednocześnie na ciężkie życie.
A jednak ...
Posyła się go do nauczycielki angielskiego, która przekazuje mu fascynację Szekspirem. Dziadek zaraża go umiłowaniem muzyki, a sam chłopiec ciągle rysuje, aż trafia do szkoły plastycznej.
Dobrze jest znać ten początek życia niedawno zmarłego Franco Zeffirellego, gdy idzie się odwiedzić poświęcone mu muzeum, co ja zrobiłam na początku maja, a śmierć mistrza zmotywowała mnie, by w końcu opisać wizytę.
Ekspozycja została zbudowana w oparciu o archiwum reżysera, ulokowano ją w budynku przy Piazza San Firenze, w pomieszczeniach po Sądzie.
Na początku miałam wrażenie megalomanii, ale potem zapomniałam o sławach na zdjęciach, o nagrodach w gablocie i z pełnym podziwem oglądałam to, co oglądalne w murach Fundacji Zeffirellego.



Napisałam "w murach", bo wszak to maluśki wycinek jego działalności. Zeffirelli był reżyserem nie tylko filmowym, prowadził wielkie produkcje teatralne, projektował kostiumy, zajmował się polityką.
Powiedzmy, że mam pewne, znikome, pojęcie o teatrze, które mi pomagało rozumieć ogrom pracy, talentu, który wypełniał życie mistrza.
Wspaniałe projekty, niektóre same w sobie gotowe dzieła sztuki, malarskie do bólu.





Rozmach w kostiumach, w scenografii.













Bardzo poruszyła mnie sala "gigantów", jak ją sobie nazwałam na własny użytek. 



W niej zetknęły się dwie wielkie postaci Italii - Dante i Zeffirelli. Niestety, z braku funduszy, nie doszło nigdy do realizacji projektu powstałego w 1962 roku. Aż mi ciarki przechodzą, gdy pomyślę, jak by to mogło wyglądać przy obecnych możliwościach technicznych.



W tej muzealnej ekspozycji pokuszono się o animację tablic z projektami. "Pokuszono" - nomen omen - wszak tematem była najbardziej inspirująca artystów księga "Boskiej Komedii" - Piekło.
Miło jest usiąść w sali projekcyjnej i powspominać największe filmowe i teatralne realizacje Franco Zeffirellego.

Dobrym komentarzem do zwiedzanych sal była krótka rozmowa ze starszą amerykańską parą. Lekko oszołomieni zapytali mnie: Kto jest autorem tych prac plastycznych? Nie mieli pojęcia, że reżyser był też scenografem, że ukończył szkołę plastyczną. Ich podziw dla tytana pracy wzrósł niepomiernie.
W jednym z wywiadów mistrz, wspominając swoje pochodzenie dzieciństwo, przyrównał życie do danej nam pustej szklanki. Powiedział, że tylko od nas samych zależy, czym ją wypełnimy, a ja dodam, że najpierw trzeba, by ta szklanka w ogóle się pojawiła, co zawdzięczamy dumnej matce.

A "Herbatka z mistrzem"?

Zapomniałabym wyjaśnić.
Moim ulubionym dziełem Zeffirellego jest film z 1999 roku oparty o wątki autobiograficzne  pt. "Herbatka z Mussolinim"  z toskańskim bohaterem samym w sobie, jakimi są miejsca rozgrywania akcji - Florencja, San Gimignano.
Na wystawie oprócz zdjęć z planu filmowego, możemy zobaczyć płaszcz, który niezwykle kobieco i wdzięcznie nosiła Cher.




środa, 19 czerwca 2019

DON MASSIMO

Pierwsze zamówienie na portret było niesamowitym wyzwaniem. Właścicielka pizzerii poprosiła mnie o namalowanie swojego wujka (a właściwie to brata dziadka), który był księdzem w Monachino, maluśkiej osadzie w głębokich lasach, na północ od Tobbiany.
Nie jestem wytrawnym portrecistą, za mało jeszcze mam doświadczenia w tej materii, ale zgodziłam się, bo lubię pokonywać trudności, rozwiązywać problemy. A tych było tu dużo, między innymi małe stare zdjęcie, czarno-białe i brak wiedzy o człowieku.
Wiedziałam, że jest ktoś, do kogo mogę się zwrócić o informacje. W Tobbianie mamy wspaniałego historyka, który wydał już parę książek na temat terytorium, a nawet jedną powieść historyczną (doskonale się ją czyta). Trafiłam idealnie - Andrea podarował mi kopię starego artykułu wspominkowego o tym księdzu.
Don Massimo Giandonati żył na przełomie XIX i XX wieku. W 1899 roku został księdzem i wysłano go w roli "ekonoma duchowego" (nie znam polskiego tłumaczenia tej funkcji) do Monachino, osady liczącej około 100 mieszkańców. Wyznaczona mu rola oznaczała bardzo skromną pensję z diecezji. Nie mógł liczyć na pomoc ubogich parafian, więc sam szukał sposobu na znalezienie pożywienia, uprawiał ogród, łowił ryby, zbierał grzyby, polował, liczył na skarby natury, których było w bród w górskich lasach. W październiku odprawiał msze jeszcze przed świtem, na co bardzo narzekano. Usprawiedliwiał się, że jest tyle do zrobienia z jadalnymi kasztanami, będącymi wtedy głównym źródłem mąki. Żył w biedzie, sutannę zakładał tylko na uroczystości, bo utrudniała zdobywanie pożywienia, ale nigdy nie zdejmował koloratki.
Piszący wspomnienia zatytułował artykuł "Ksiądz z gór, dobry i biedny".
Don Massimo uczył mieszkańców pisać i czytać, póki gmina w 1920 roku nie wysłała tam nauczyciela.
Gdy dziecko spowiadało się, że ukradło śliwki z plebanijnego ogrodu, ze smutkiem mówił: "to wiedziałem, mogłeś poprosić".
Zimą ludzie chodzili do księdza pograć w karty przy rozpalonym kominku. Pił dosyć dużo wina, ale umiał zawsze zatrzymać się przed północą, wiedząc, że następnego dnia musi wcześnie wstać.
Zamawiająca na widok portretu zaczęła snuć jeszcze inne opowieści (artykułu nie znała). Powiedziała mi, że jej ojciec, jako mały chłopczyk, chodził z Don Massimo na połowy, z których zapamiętał, że zawsze łowili tylko tyle, ile potrzeba na posiłek.
W tym sielskim obrazie jest szrama, niczym blizna na jego oku, którą wykryłam dokładnie obserwując zdjęcie. Parafianin zapamiętał, że ksiądz zmarł na raka żołądka. Nawet, gdy już czuł się bardzo źle, nie chciał, by go przewieziono do rodzinnego domu w Tobbianie. Zgodził się, bo mu obiecano, że będzie operowany.
A ja dowiedziałam się, że ponoć Don Massimo poszedł gdzieś do kogoś na obiad, gdzie suto mu polewano, a potem wracał sam do domu i podczas drogi został pobity. Tata zamawiającej powiedział jej jedynie, że wiedziano, która to rodzina zrobiła, lecz nie wyjawił nigdy, dlaczego. Ponoć to pobicie było faktyczną przyczyną śmierci księdza.
Zastanawia mnie też fakt, dlaczego ówczesny proboszcz Tobbiany nie powiedział homilii podczas Mszy pogrzebowej. Niby taki nic nieznaczący fakt, ale zastanawia, że powierzono to innemu księdzu.
Moja klientka opowiadała o wujku ze wzruszeniem, siedziałyśmy w kuchni, nad którą jest położony pokój, w którym, w listopadzie 1939 roku, w wieku 70 lat, zmarł Don Massimo Giandonati. Pochowano go na tutejszym cmentarzu.
Skąpe informacje, fakt, że nie znałam Don Massimo osobiście, były dla mnie dużym utrudnieniem. Postanowiłam namalować bardzo spokojny, niemal klasyczny portret, dodając jedynie zarys kościółka w Monacchino; całe tło wypełniłam paprociami. Naszukałam się zdjęć pokazujących, jaki to rodzaj koszuli, czy sutanny mógł mieć na sobie, gdy mu zrobiono fotograficzny portret. Prawdopodobnie była to sutanna bez guzików, prawdopodobnie zakładana przez głowę.
Spędziłam z Don Massimo wiele godzin, zmagałam się z niewiedzą, usiłowałam odczytać każdy cień na twarzy, domyślić się, jak głęboko zapadały mu się oczy, jakiego były koloru, czy jaśniejsza plama na włosach oznaczała skórę, czy pierwszą siwiznę. Teraz pokornie zostawiam Was  z tym, co uzyskałam.






poniedziałek, 17 czerwca 2019

ANECZKOWE WAKACJE - suplement

Suplement kiedyś miał znaczenie jeno dodatku, ale w dzisiejszych czasach, przy wielu dietach, jest wręcz czymś nieodzownym, słowem zaczarowanym w aptekach i poza nimi.
Myślę, że miejsce, o którym będzie dziś mowa, zasługuje na każde znaczenie.
Było niespodziewanym dodatkiem, wzmocniło, zasiliło, wydaje się być teraz niezbędnym elementem wizyty w Pizie.
A było to tak:
Jak już wspomniałam, pojechałyśmy po Krzysztofa do Bolonii, by go odebrać z lotniska, co oznaczało, że nie uczestniczył w naszych wcześniejszych wycieczkach. Zapewne lekko (albo i nie) nam zazdrościł,  bo załapał się tylko na krótki spacer po Florencji, do której pojechaliśmy głównie dla taniej księgarni. Podczas nieszczęsnej wyprawy dwa dni wcześniej, deszcz wybił nam z głowy wszelkie spacery, więc chociaż obejrzeliśmy sobie wystawę małej księgarenki (mojej ulubionej, nie tylko ze względu na ceny) i wypatrzyliśmy interesujące książki. Postanowiliśmy więc, że koniecznie, jak najszybciej musimy dotrzeć do sklepu, gdy będzie czynny. Aneczka też nakupiła sobie cudeniek.
Ale tego było nam mało.
Co więc robić?
Został wtorek, dzień jej wylotu.
Pogoda znowu nie zawiodła deszczem.
Hmm.
Jeśli opady, to może jakieś muzeum w Pizie?
Sprawdzam, czy może już wyremontowali Katedralne Muzeum. Gdzie tam! Zamknięte.
To może coś innego?
Wrzucam do wyszukiwarki "musei pisa" i zaciekawiona jednym tylko zdjęciem proponuję Muzeum Narodowe w Pizie.
Oj, szumna nazwa.
Nie są to wielkie zbiory, samo muzeum, jeśli chodzi o stan utrzymania, poziom opisów, itd. tragedia.
Liczba eksponatów okazuje się być plusem, bo jest czas (nam zajęło to około półtorej godziny, więcej nie mogło, ze względu na godzinę odlotu do Polski), by delektować się każdym eksponatem, po wyjściu w głowie pozostają wyraźne obrazy, a nie oszołomienie.
Nawet ta byle jakość wystawiennicza jest absolutnym plusem, wyobraźcie sobie, że nikt Was nie pilnuje, że możecie niemal nos wściubiać w obrazy.
Mała popularność muzeum pozwala poczuć się tak, jakby ta wystawa była tylko do Waszej dyspozycji. Czasami cicho przejdzie inny zatwardziały turysta.
A już gigantycznym dla mnie plusem jest zawartość, przedział czasowy, w którym powstały dzieła, bywa że i nazwiska twórców, albo miejsce, z którego pochodzą.
Poprawna nazwa kompleksu to "Museo Nazionale di San Matteo". Muzeum powstało w oparciu o kolekcję kanonika katedralnego Sebastiano Zucchettiego, który pozostawił dzieła w spadku dla Szkoły Rysunku. Nie za bardzo rozumiem, jak on to robił, bo absolutna większość prac przynależała przecież do jakiejś świątyni. Więc co? Zabierał je z kościołów? Ponoć znajdował je na jakimś rynku antykwarycznym, ale tam jak się znalazły? Nie znalazłam wyjaśnienia. To zresztą był tylko jakiś niewielki zbiór, który powiększył się w następnym, XIX, wieku, tym najbardziej nieszczęśliwym, gdy poprzez kasację zakonów, walkę z Kościołem, zagrabiono mnóstwo znakomitych dzieł.
Ciągle jeszcze nie było to obecne muzeum, które ukonstytuowało się w 1949 roku, a ulokowano je w ścianach byłego klasztoru San Matteo, tuż nad Arno.




Nie zapomnijcie i o tym, bo, mimo, że niewiele tego zostało, ale uważne oko wypatrzy także w wewnętrznych murach ślady wczesnego średniowiecza.


Uważnym trzeba też być na same pomieszczenia, trasę zwiedzania, bo, gdyby nie wrodzona ciekawość, nie trafilibyśmy do byłego kościoła, w którym wystawiono (szumnie powiedziane), średniowieczne rzeźby.









Może uda wam się trafić w godziny pracy konserwatora zabytków i podejrzeć go przez szklane drzwi?


A teraz z powrotem do muzeum.
Mimo, że kolekcja do wielkich nie należy, nie sposób ją opisać w krótkim artykule.
Na pewno zainteresuje Was zobaczenie z bliska mis, które zazwyczaj spotykane są na murach kościelnych. Te akurat pochodzą z San Piero in Grado (o którym pisałam w artykule z 2008 roku).









Z bliska możecie zobaczyć oryginalne rzeźby z maleńkiego gotyckiego kościoła Santa Maria della Spina.







Przepięknie rozmawiają ze sobą drewniane figury średniowieczne.















Kręciłam się jak wariatka wśród kapiteli, które, zachowane w architekturze, nie są dostępne bezpośredniemu oglądowi.
Patrzyłam w oczy postaciom na nich wyrzeźbionym.









Fantastyczny jest zbiór malowanych krzyży. Nigdzie dotąd nie widziałam takiego ich nagromadzenia.





Na salę można też spojrzeć z antresoli, z której wypadało mi wręcz zajrzeć do niewielkiego zbioru manuskryptów.






Poliptyków jest tu poli wybór.






Madonny, małe duże, średniowieczne, renesansowe - komu, komu?!









Jeszcze nie wspomniałam, że spotkacie tu takich artystów, jak Donatello, Gaddi, Gozzoli, Gentile da Fabriano, Beato Angelico czy Pisano.
Co zwracało moją uwagę? Czasami całość, kompozycja, ale i piękne detale, dłonie, anioły, tkaniny, barwne zestawienia, na widok których aż ciarki mi przechodzą, jak chociażby róże z zieleniami, fioletami i lazurami.













Mam nadzieję, że przekonałam Was, iż brzydka pogoda może mieć niewątpliwe walory artystyczne. Niestraszne nam ołowiane chmury nad Pizą, gdy gościnne ściany dostarczają czystego piękna.