Wspomniałam w poprzednim wpisie, że pewnego sierpniowego dnia pojechaliśmy poza Toskanię, do Umbrii. Głównym celem było pokazanie gościom katedry w Orvieto.
I znowu to nie był mój pierwszy raz w mieście. Byłam tam już kilka razy, ale w różnych konstelacjach towarzyskich, także jeszcze przed czasem pisania bloga. Na blogu są dwa wpisy. Było już Orvieto w świetle dziennym i nocnym. W trzecim będzie rządzić oświetlenie sztuczne, bez względu na porę dnia, gdyż zobaczyłam i ja coś nowego, a były to podziemia.
Byliśmy już po zwiedzeniu katedry i lekkim obiedzie, ruszyliśmy spacerem przez Orvieto.
Znaleźliśmy się na Piazza Repubblica przed kościołem św. Andrzeja i Bartłomieja. z niezwykłą dwunastoboczną wieżą. Wnętrze proste, romańskie, z gotyckimi elementami w postaci sklepienia nad prezbiterium, z pozostałościami po pięknych freskach.
My jednak dość pobieżnie obejrzeliśmy to, co znajdowało się nad ziemią. Skorzystaliśmy z obecności młodego przewodnika i zeszliśmy z nim do podziemi. Tam przekonaliśmy się, jak warstwowa i to dosłownie jest historia tych ziem. Opowiedziano nam, jak miasto narastało od kultury Villanova, przez Etrusków i Rzymian do wczesnych chrześcijan.
Z tym, że Rzymianie to właściwie pozostawili nie tyle ślady swojej kultury, co zniszczenia. Sami nie zamieszkiwali tufowego wzgórza, po podboju wynieśli się do niedalekiej Bolseny, zostawiając osiągnięcia poprzedników niemal na jednym, przemielonym poziomie. Tylko gdzieniegdzie można zobaczyć fragmenty etruskiej zabudowy, resztki drogi, czy fragmentaryczne pochówki.
Poruszyło mnie też zobaczenie kamienia węgielnego obecnej świątyni. Rzadko kiedy trafia się taka okazja, którą umożliwiły wykopaliska archeologiczne (to ten z krzyżykiem w środku kolażu).
Po pierwszej, paleochrześcijańskiej świątyni zachowały się posadzki, niektóre elementy architektoniczne. Jest coś nieuchwytnego w nagromadzeniu pamiątek tak bardzo odległej przeszłości, coś, co zawsze wywołuje we mnie swoiste ciarki. Rzekłabym historyczne ciarki. A może raczej socjologiczne? Staram się wyobrazić sobie tamtych ludzi, ich zajęcia, umiejętności, a głównie emocje. Przecież te niewiele się zmieniły. Nasi dalecy przodkowie także odczuwali radość, lęk, smutek, strach, miłość, niepewność. Swoista ciągłość emocjonalna.
Podziemia Orvieto są o wiele większe, to była tylko przystawka. Przyjdzie czas, by jeszcze zobaczyć inne odkryte pozostałości.
Byliśmy ograniczeni rozkładem jazdy pociągów, więc w drodze powrotnej do kolejki, która miała nas zawieźć do stacji na dół, zaproponowałam jeszcze jeden podziemny obiekt.
Jest dużo młodszy, bo z XVI wieku, jego niewielka część wystaje ponad poziom ziemi i nie zapowiada ogromnego wysiłku, na jaki skazałam naszych gości, rzekłabym nie pierwszej młodości. Na szczęście ich wielkie zadowolenie oszczędziło mi choć trochę wyrzutów sumienia.
A o czym piszę?
O Studni Świętego Patryka.
Ciekawa już jest sama nazwa obiektu, bo skąd niby ten irlandzki święty w Orvieto?
Prawdopodobnie wzięła się od innego miejsca, położonego w Irlandii, głębokiej jaskini zwanaej czyśćcem św. Patryka, gdzie według legendy święty udawał się na modlitwę. Ponoć posługiwał się też tą jaskinią, by zobrazować kary piekielne.
Coś w tym jest! Po zejściu na dno studni i wydostaniu się z niej z powrotem, nie chciałabym odbywać takiej kary, a jeśli jeszcze miałabym w tym miejscu zostać na dłużej, to już w ogóle bym popadła w desperację.
I nie znaczy, że nie byłam zachwycona tym nadzwyczajnym budynkiem, ale jego przeznaczeniem nie jest udzielanie schronienia ludziom, a zapewnienie wody dla, ewentualnie, oblężonego miasta.
O inwestycję postarał się Papież Klemens VII, po przeżyciu złupienia Rzymu. O obronność Orvieto nie musiał się właściwie w ogóle starać, bo położenie na stromym wzgórzu uniemożliwia jego bezpośrednie zdobycie, ale przecież można było zgnębić ludzi odcięciem zaopatrzenia dla miasta, w tym w niezastąpioną wodę.
Nad projektem czuwał Antonio da Sangallo (młodszy), architekt żyjący na przełomie XVI i XVII wieku, pochodzący z rodziny obfitującej w architektów i rzeźbiarzy.
Wybudował głęboki na ponad 60 metrów pionowy tunel, który można obejść dwiema spiralnymi klatkami. Geniusz kosntrukcji! Klatki oplatają się wokół studni, nie krzyżują się. Jeśli się wejdzie jedną klatką (po zapłaceniu za bilet), to powrót może nastąpić drugą, lecz po zejściu na samo dno.
Kondycja moja też dno! Myślałam, że ducha wyzionę.
A przecież i tak szłam powoli, by smakować rytm okien, zmniejszający się krążek dziennego światła i przybliżające się lustro wody, mieniące się także dzięki wrzuconym tam pieniądzom.
W oczach nałożyły się dwa budynki: wcześniej widziana wieża przy kościele św. Andrzeja i wnętrze studni. Studnia staje się być wnętrzem wieży.
Dzięki dwóm zwiedzonym podziemiom nabrałam tylko większego apetytu na Orvieto. Trzeba do niego wracać nie tylko ze względu na fascynującą katedrę, więc mówię miastu "do zobaczenia".
Na koniec zostawiam kilka migawek z miasta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orvieto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orvieto. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 września 2013
piątek, 14 stycznia 2011
Z NOTATNIKA SURREALISTY - cz.4
Zabieram się za tworzenie wpisu nie wiedząc jeszcze, czy ktoś w ogóle odgadł, że przystanek na czekoladę urządziliśmy sobie w Orvieto. Głównym motywem przed wypiciem i po wypiciu nie była czekolada, ale miasteczko i katedra nocą. Zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu.
No i właśnie nadeszła prawidłowa odpowiedź od milli, która rzutem na taśmę wyprzedziła Iwonę, więc dla Iwony w ramach nagrody pocieszenia będzie audiobook.
Wróćmy jednak do zwieńczenia mojego onirycznego 11 stycznia.
Tłumy ludzi na uliczkach, wszyscy chyba pośpiesznie przed kolacją chcą wykorzystać czas zimowych wyprzedaży. Po 20.00 wszyscy zniknęli, pustki. Fakt, to pora kolacji. Trafiamy na bar, który kusi wystawionymi słodyczami, podejrzewamy go więc o podobny zestaw pitnych czekolad. I się rozczarowujemy. Czekolada bardzo "proszkowa", znacznie, znacznie gorsza od tej, którą wyślę milli.
Tę zamówioną w barze ratuje tylko bita śmietana. Za to opatrznościowo zamówiliśmy jeszcze herbaty i to był strzał w dziesiątkę. Zdziwienie tym większe, bo wszak jesteśmy we Włoszech. Pyszne mieszanki sporządzane na miejscu aksamitem wypełniające gardło. Ciekawy jest też wystrój lokalu, drewniane elementy i ściany wyklejone starymi gazetami. Zajrzyjcie na ich stronę, albo do nich na Corso Cavour.
Potem powolutku, odkrywając nowe zakątki w Orvieto, jak np. Piazza Repubblica (nigdy jeszcze tam nie byłam), kierujemy się do głównego celu tej wizyty - do katedry. Ach zapomniałabym dodać, że wcześniej zaskoczyła mnie Piazza del Popolo.
Chyba na Via Signorelli widzę parę wychodzącą z jakiegoś lokalu. Od razu zwracam uwagę na ciekawy ubiór i chyba znajomą twarz. Marlena de Blasi? Pomyślałam, że podejdę i pozdrowię. Krzysztof wycofująco spytał się: ale co powiesz? A ja sobie pomyślałam, że chyba autorce tak popularnych w Polsce książek będzie miło, gdy ktoś ją rozpozna i pozdrowi. No więc podeszłam, upewniłam się, że to na pewno Marlena de Blasi z mężem. A to wcale dla mnie nie takie hop siup, bo po pierwsze ja mam słabą pamięć do twarzy, a po drugie jakoś jawiła mi się większa i zupełnie inna. A tu taka wzruszająca drobina, otulona cudownym zestawem tkanin, w kapeluszu i lekko splecionym na bok warkoczu. Pisarka była poruszona i zaskoczona, że ją rozpoznałam. Zupełnie rozkleiła się po informacji, że jesteśmy Polakami i nie mogła zrozumieć, dlaczego nie mieszkamy w kraju, w którym ona by chętnie zamieszkała. Rozmowa była serdeczna i widać trudno było nam się rozstać. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona różnicą między wizerunkiem z mediów a tym realnym. Sama nie wiem, co mnie podkusiło, by podejść, bo ja do odważnych nie należę, ale myślałam też o wielu moich czytelnikach, którzy pozytywnie odbierają książki Pani Marleny więc ją pozdrowiłam i od nich i dla nich też zdobyłam się na ten krok, który został uwieczniony tylko jednym marnym zdjęciem.
Jakoś głupio było zajmować się fotografią przy tak serdecznym przyjęciu a nawet zaproszeniu na obiad w przyszłości :)
Lekkim krokiem skierowaliśmy się po pożegnaniu na plac przed katedrą.
I tu zwariowałam zupełnie! Samiuścy, samiusieńcy, żywej duszy, a taki klejnot tylko dla nas! Katedra tak jaśniała, że niemal nie widziałam pobliskich budynków. Miałam wrażenie, że to nie tylko reflektory, ale jakieś jej wewnętrzne światło ją przenika. Trudno mi dobrać słowa wobec radości, która mnie rozpierała przy spoglądaniu na nią. Żadna czekolada, ani inne łakocie, nie mogą się z nią równać. Ciekawy kontrast, bo mrok czyni wszystko mięciutkim, przytulnym, ale architektura nie poddaje się i geometrycznymi kształtami walczy o należny jej podziw.
Zostawię więc resztę milczeniu i nietypowym księżycom nad Orvieto.
Jeszcze tylko zapytam, czy następnego dnia też byście się obudzili przekonani, że cały ten dzień był tylko snem?
Etykiety:
konkurs,
Orvieto,
turystycznie
Lokalizacja:
Orvieto
środa, 5 sierpnia 2009
UMBRYJSKI KLEJNOT
Przed przyjazdem do nas Tata spotkał się z rodzinką, między nimi była moja kuzynka zafascynowana architekturą, którą zobaczyła podczas wycieczki objazdowej po Włoszech. Napomknęła, żeby koniecznie zobaczył Orvieto. Podczas rozmowy telefonicznej Tata zapytał mnie o tę miejscowość. W jakiejś pierwszej reakcji powiedziałam, że to daleko i temat według mego Rodzica został zakończony. Ale ja wspomniałam o tym Krzysztofowi, a ten stwierdził, że rzecz jest do zrealizowania. Potem sama niemal już o tym zapomniałam, gdy w zeszłym tygodniu ksiądz proboszcz zaczął ustalać ze mną, kiedy moglibyśmy pojechać do Orvieto. Padło na poniedziałek.
Tata nie został poinformowany dokąd jedziemy. Rozglądał się więc po drogowskazach, ale te mu niewiele mówiły. Nawet gdy już wjeżdżaliśmy do samego miasta nadal miał nietęgą minę. Okazało się, że po mojej informacji o odległości dzielącej nas od domu wyparł treść zachęty kuzynki i nie miał pojęcia po co tam zajechaliśmy. A co do odległości, to jest to tylko 203 km, co autostradą daje dwie godziny jazdy. Tylko tyle by ugiąć nogi z zachwytu przed jedną z najpiękniejszych katedr Italii, jeśli nie świata. Wzięliśmy ze sobą przewodnik Touring Club po Umbrii oraz "Barbarzyńcę w ogrodzie" Herberta i "Wyspy zaczarowane" Łysiaka. O tym drugim później.
W drodze doczytywałam dawno już nieczytany fragment książki poświęcony właśnie wizycie poety w Orvieto. Ponieważ byłam już tu dwa razy, sprawdzałam, czy zabrać "Barbarzyńcę" z samochodu. Miałam wrażenienie, że czytam tekst zupełnie od nowa, pewne opisy bardzo mi się spodobały, czuć było mistrza słowa. W związku z tym nieśmiale przystępuję do opisania wycieczki, bo gdzie mi marnemu robaczkowi stawać w szranki ze Zbigniewiem Herbertem.
Zostawiliśmy samochód już na ostatnim możliwym parkingu, więc nie zmęczyliśmy Taty i siebie wspinaniem się pod górkę. Chociaż dla wrażeń turystycznych może i lepiej byłoby zostać nawet dużo wcześniej pod stacją kolejową i stamtąd podjechać na szczyt kolejką zwaną funicolare.
Skąd w ogóle kwestia pokonywania różnicy wysokości? Otóż Orvieto widziane już z autostrady wznosi sią na stromych skałach z tufu wulkanicznego.
Są miodowo-rdzawe, jak całe miasto, wydaje się więc, że budynki niemal naturalnie wyrastają z budulca, że to tylko takie ugładzone zakończenia skały.
Tradycyjnie już wstąpiliśmy najpierw do baru "del Corso" na coś do picia i przekąszenia. Trzeba było nabrać sił, by nie omdleć przed spodziewanym natłokiem wrażeń.
Spacer uliczkami dał dobry podkład pod to, co nas czekało.





Duomo jest dobrze widoczna z daleka, ale w mieście ledwie wystaje ponad dachy, czasami ukazując rąbek swej świetności.
Podejrzewam, że bez względu na ilość wcześniejszych spotkań z katedrą, człowiek staje zdumiony przed fasadą lśniącą niczym drogoceny klejnot. Błyskające mozaiki wędrują pionowo ku słońcu, by wejść z nim w niebiańską zmowę.

A jak nam ludzieńkom dostać się do tego paktu? Nie zadzierać od razu głowy wysoko, lecz przyjrzeć się historii zbawienia i pomyśleć, jak skorzystać z tej opowieści, by znaleźć się w górnych partiach czegoś na wzór drzewa genealogicznego, tutaj bardziej pasowałoby określenie "ostatecznego". Ja tam na dolne partie tego układu się nie piszę.
A wszystko zaczęło się od wyjęcia żebra pewnemu mężczyźnie.
Wejście do świątyni to przekrocznie granicy dwóch nieporównywalnych światów, najpierw majestat światła a potem ogrom półmroku.
Różne światy, różne światło, a pasy na zewnątrz i wewnątrz.


Te w ostrym słońcu też jakby wysotrzone, te w półmroku wyłagodzone pastelowym światłem wpadającym przez alabastrowe okna.



Podeszliśmy najpierw do kaplicy San Brizio z prawej strony kościoła. Tam za ozdobną kratą można zobaczyć malarskie rozwinięcie historii zbawienia.
Jeśli kogoś nie przekonała płaskorzeźba z fasady, ten tutaj dobitine może wybrać między wsłuchaniem się w głos Antychrysta a czystymi dźwiękami muzykujących aniołów. W kaplicy spotkały się dwa nazwiska rozdzielone w rzeczywistości połową wieku. Część fresków na sklepieniu stworzył słodki Fra Angelico, a resztę ekspresyjnie zapełnił Luca Signorelli. Herbert miał śmiałość zauważyć wyższość eschatologicznych malunków z Orvieto nad tymi w Sykstynie. Jakoś nie umiem się z nim zgodzić. Nie, żebym przyznała palmę pierwszeństwa Michałowi Aniołowi. Obydwa dzieła są porażające, obydwa warte artystycznej pielgrzymki. Trduno opisywać dokładniej co jawi się przed oczami zwiedzającego. Szkoda, że nie można tam nigdzie przycupnąć, by zatopić się w świat spraw ostatecznych. Na Watykanie przy odrobinie szczęścia daje się posiedzieć pod ścianą. W Orvieto bezradnie odczuwam narastający ból pleców, a z taką chęcią jeszcze bym popatrzyła. Zaraz z kaplicy wyszliśmy na zewnątrz katedry, by potem jeszcze do niej wrócić. Woleliśmy jednak wykorzystać zakupiony bilet i jak najwięcej zobaczyć w godzinach otwarcia innych obiektów objętych ceną. Udaliśmy się do krypty umieszczonej na tyłach katedry. Urządzono tam wystawę reprodukcji fragmentów fresków z Kaplicy San Brizio.
Podobają mi się tego typu inicjatywy, bo tylko w ten sposób mogę wyraźniej zobaczyć "rękę mistrza". Oczywiście najlepiej byłoby oglądać oryginały w intymnej odległości, jak to np. jest możliwe w Monte Oliveto Maggiore, ale ...
Od razu spostrzegam, że malarz miał świadomość w jakiej przestrzeni będą freski i gdzie stanie widz. Z bliska, dzięki reprodukcjom, widać uproszczenia, grube, mocne kontury, światło i cień traktowane kreską a nie plamą. Mistrzostwo! A przecież ten sam malarz tworzył o wiele łagodniejsze przejścia barwne, lecz wtedy, gdy nie mogły zmieszać się w naszym oku.
Nasze zwiedzanie przerwaliśmy na obiad. Nie chcąc zbyt daleko się oddalać od katedry szukaliśmy zachęcającego lokalu. W końcu zdecydowaliśmy na "Nonnamelia" - fortunnie i niefortunnie. Miejsce miłe uchroniło nas przed nagłą i bardzo głośną burzą.

W oczekiwaniu na posiłek zajadaliśmy się pysznymi, malusieńkimi bułeczkami. Jedno z dań natchnęło mnie na transformację sosu z gorgonzoli. Tu użyto jeszcze drugiego sera wyłagadzającego smak, było to delikatne mascarpone. Natomiast ilość podanych kopytek stanowiła raczej porcję dla dzieci a nie dwóch mężczyzn. Ja zamówiłam sobie makaron z serem i pieprzem. I to była porażka. Odgrzewane kluchy! Brr! Jakoś przełknęłam, ale nie polecam. Potem wróciliśmy do zwiedzania. Najpierw muzeum Emilio Greco.
Po obejrzeniu fragmentów starożytności, umieszczonych przed wejściem, trudno było nam się odnaleźć w świecie sztuki współczesnej.
Wcale nie chcę oceniać jego dzieł, po prostu miałam nastawioną częstotliwość na inne czasy. Za to Muzeum Katedralne przypadło mi do gustu. W przepięknych pomieszczeniach miałam niespodziewany zaszczyt znowu stanąć oko w oko z "Marią Magdaleną" Signorellego, jedną z opisywanych przeze mnie w pracy magisterskiej. Gdzież bym pomyślała wtedy, że ją spotkam w oryginale.
I na koniec znowu weszlismy w paskowany świat wnętrza Duomo. Gdy tak swobodnie sobie chodziłam po katedrze już zaczynałam odczuwać niedosyt czasu, pomyślałam, że na jej "czytanie" trzeba by poświęcić więcej nić jeden dzień.





No i oczywiście nie obciążać przy tym swoim bzikiem Rodzica. Zaciągnęłam jedynie jeszcze Tatę do kaplicy cudu eucharystycznego zwanej kaplicą Najświętszego Korporału, miejsca samego w sobie pięknego, udekorowanego freskami, z arcyciekawym relikwiarzem.


A komu, tak jak mi, mało katedry polecam dobrą stronę, jedynie aktulności mają zdezaktualizowane. Czasami niestety jest problem z wejściem na nią.
I to byłby już koniec, ale wspomniałam o "Zaczarowanych wyspach" Łysiaka. Otóż zapragnęłam spełnić następne marzenie z czasów, gdy pracując podczas studiów jako opiekunka do dzieci zaczytywałam się tą książką podczas snu moich podopiecznych. Ależ ja wtedy pragnęłam, by pojechać w ślady autora!
Trochę poczekałam :) I oto znalazłam się w rozdziale "Błogosławiona cisza monasterów".
Nieopodal Orvieto na mniejszym wzgórzu przycupnął klasztor o nazwie "La Badia". Trudno go znaleźć w czerwonym przewodniku Touring Club "Umbria", w końcu znajdujemy go pod nazwą Klasztoru Świętych Sewera i Martina. Wiemy już, że to tylko 3 km od miasta w kierunku na Viterbo.
Taaa! Gdy tafiamy na drogowskazy, objechawszy niemal dookoła podnóże Orvieto, nie ma na nich tej nazwy tylko właśnie Łysiakowa "La Badia".
Czułam pismo nosem, a raczej ołówek ręką, że będzie co rysować. Nie zraził nas napis, że to własność prywatna i że nie wolno tam piknikować. Wyczytaliśmy, że obecnie budynki są przeznaczone na hotel, więc może chcieliśmy zarezerwować nocleg (nic to, że ponoć 350 euro za dobę!). A z kolei szkicowania, fotografowania i czytania książek nie można chyba nazwać piknikiem? Śmiało więc zanurzyliśmy się w ciszę. Za czasu odwiedzin Łysiaka działał weń skromny zajazd. Obecnie śladu skromności nie uświadczysz, raczej pieczołowite zadbanie, dopieszczenie detalu i ... romantyczne ruiny.






Nie doświadczyliśmy też śladu gości hotelowych, tylko dwa razy ciszę zakłócili pracownicy restauracji. Po spokojnym smakowaniu ciepłych murów usiedliśmy by na niemal dwie godziny pogrążyć się każde we własnym świecie.
Tym razem nie było tyle czasu, by dopieścić rysunek.
Trzeba było wracać do domu, by Krzysztof ze spokojem mógł odprawić wieczorną Mszę św.
Tata nie został poinformowany dokąd jedziemy. Rozglądał się więc po drogowskazach, ale te mu niewiele mówiły. Nawet gdy już wjeżdżaliśmy do samego miasta nadal miał nietęgą minę. Okazało się, że po mojej informacji o odległości dzielącej nas od domu wyparł treść zachęty kuzynki i nie miał pojęcia po co tam zajechaliśmy. A co do odległości, to jest to tylko 203 km, co autostradą daje dwie godziny jazdy. Tylko tyle by ugiąć nogi z zachwytu przed jedną z najpiękniejszych katedr Italii, jeśli nie świata. Wzięliśmy ze sobą przewodnik Touring Club po Umbrii oraz "Barbarzyńcę w ogrodzie" Herberta i "Wyspy zaczarowane" Łysiaka. O tym drugim później.
W drodze doczytywałam dawno już nieczytany fragment książki poświęcony właśnie wizycie poety w Orvieto. Ponieważ byłam już tu dwa razy, sprawdzałam, czy zabrać "Barbarzyńcę" z samochodu. Miałam wrażenienie, że czytam tekst zupełnie od nowa, pewne opisy bardzo mi się spodobały, czuć było mistrza słowa. W związku z tym nieśmiale przystępuję do opisania wycieczki, bo gdzie mi marnemu robaczkowi stawać w szranki ze Zbigniewiem Herbertem.
Zostawiliśmy samochód już na ostatnim możliwym parkingu, więc nie zmęczyliśmy Taty i siebie wspinaniem się pod górkę. Chociaż dla wrażeń turystycznych może i lepiej byłoby zostać nawet dużo wcześniej pod stacją kolejową i stamtąd podjechać na szczyt kolejką zwaną funicolare.
Skąd w ogóle kwestia pokonywania różnicy wysokości? Otóż Orvieto widziane już z autostrady wznosi sią na stromych skałach z tufu wulkanicznego.
Od razu spostrzegam, że malarz miał świadomość w jakiej przestrzeni będą freski i gdzie stanie widz. Z bliska, dzięki reprodukcjom, widać uproszczenia, grube, mocne kontury, światło i cień traktowane kreską a nie plamą. Mistrzostwo! A przecież ten sam malarz tworzył o wiele łagodniejsze przejścia barwne, lecz wtedy, gdy nie mogły zmieszać się w naszym oku.
Nasze zwiedzanie przerwaliśmy na obiad. Nie chcąc zbyt daleko się oddalać od katedry szukaliśmy zachęcającego lokalu. W końcu zdecydowaliśmy na "Nonnamelia" - fortunnie i niefortunnie. Miejsce miłe uchroniło nas przed nagłą i bardzo głośną burzą.
I na koniec znowu weszlismy w paskowany świat wnętrza Duomo. Gdy tak swobodnie sobie chodziłam po katedrze już zaczynałam odczuwać niedosyt czasu, pomyślałam, że na jej "czytanie" trzeba by poświęcić więcej nić jeden dzień.
I to byłby już koniec, ale wspomniałam o "Zaczarowanych wyspach" Łysiaka. Otóż zapragnęłam spełnić następne marzenie z czasów, gdy pracując podczas studiów jako opiekunka do dzieci zaczytywałam się tą książką podczas snu moich podopiecznych. Ależ ja wtedy pragnęłam, by pojechać w ślady autora!
Trochę poczekałam :) I oto znalazłam się w rozdziale "Błogosławiona cisza monasterów".
Nieopodal Orvieto na mniejszym wzgórzu przycupnął klasztor o nazwie "La Badia". Trudno go znaleźć w czerwonym przewodniku Touring Club "Umbria", w końcu znajdujemy go pod nazwą Klasztoru Świętych Sewera i Martina. Wiemy już, że to tylko 3 km od miasta w kierunku na Viterbo.
Taaa! Gdy tafiamy na drogowskazy, objechawszy niemal dookoła podnóże Orvieto, nie ma na nich tej nazwy tylko właśnie Łysiakowa "La Badia".
Czułam pismo nosem, a raczej ołówek ręką, że będzie co rysować. Nie zraził nas napis, że to własność prywatna i że nie wolno tam piknikować. Wyczytaliśmy, że obecnie budynki są przeznaczone na hotel, więc może chcieliśmy zarezerwować nocleg (nic to, że ponoć 350 euro za dobę!). A z kolei szkicowania, fotografowania i czytania książek nie można chyba nazwać piknikiem? Śmiało więc zanurzyliśmy się w ciszę. Za czasu odwiedzin Łysiaka działał weń skromny zajazd. Obecnie śladu skromności nie uświadczysz, raczej pieczołowite zadbanie, dopieszczenie detalu i ... romantyczne ruiny.
Etykiety:
Orvieto,
śladami literatury i filmu,
turystycznie
Subskrybuj:
Posty (Atom)










