czwartek, 16 stycznia 2020

W KRAINIE CUDOWNOŚCI - część domowa

Obiecałam Wam część domową Świąt Bożego Narodzenia A.D. 2019, ale czekałam na przyjazd Moniki. Chciałam jej zrobić niespodziankę, więc nie mogłam niczego pokazać z tego, co się działo w domu.
Wspomniałam, że tym razem  faktycznie "niewiemjaksiętoudałozrobić?"
Początek opowieści sięga lata i Facebooka.
Użytkownicy tej platformy zapewne znają ikonkę domku, który oznacza miejsce sprzedaży rzeczy, zarówno nowych i używanych. Można tam zawęzić opcję przeglądania do takiego promienia, który pozwala pojechać osobiście obejrzeć przedmiot wystawiony na sprzedaż. Nie wiem, jakie rzeczy wystawia się na polskim Facebooku, ale myślę, że jest podobnie - mydło powidło - od samochodów, domów, korepetycji, ubrań, drewna na opał, po przedmioty dawne, kolekcjonerskie. Jeśli się ma cierpliwość, można trafić na okazję, gdy ludziom bardziej zależy na pozbyciu się przedmiotu, niż na zarobku.
Specjalnie wśród wymienionych towarów wrzuciłam drewno opałowe, bo i za takim będziemy się teraz rozglądać, gdyż ... pryncypał wypatrzył na Facebooku oprawę kominka z kamienia o nazwie pietra serena, bardzo popularnego w Toskanii. Kominek stał w domu sięgającym jego wieku, czyli mniej więcej lat 60, nie był używany i ma taką formę, która wielce do tamtej epoki nie nawiązuje.
zdjęcie z Facebooka

zdjęcie z Facebooka
Stał się "zawaliścianą", bo pomieszczenie, w którym go zbudowano, było olbrzymie i właściciele postanowili podzielić je na dwa mniejsze, przyszła ściana przypadała dokładnie w jego miejscu. Robotnicy remontowi wyznaczyli termin przebudowy na wrzesień, więc pan miał ciśnienie, żeby sprzedać owo cudo.
Problem tylko, jak przewieźć kamienie do Tobbiany?
I tu zaczynają się cuda.
Kowal (pan wręcz stroniący od kościoła, ale nie od proboszcza) załatwił gromadę silnych mężczyzn i pojechali po 5 ciężkich kamieni pochodzących z kamieniołomu w Firenzuoli.
Potem kamienie swoje odleżały w parafialnym ogrodzie i, żebym właśnie nie myślała, że mam dużo zajęć przed Bożym Narodzeniem, budowa zaczęła się pod koniec listopada.

Każdy, kto przeszedł remont w zamieszkanym domu, zrozumie mękę samą w sobie. Przejdę więc szybko nad zaplątywaniem się w folie nylonowe broniące przejścia pyłom. Najtrudniej i tak miał Druso, starutek nierozumiejący, co się dzieje w jego domu - pełno obcych ludzi, otwarte drzwi, przez które mu zabraniano przechodzić.
Mnie jednak zafascynował inny starzec - 80 letni murarz, który od początku do końca wiedział, co ma robić, stosował stare techniki, z cudownym pietyzmem wstawiał kamienie na swoje miejsce.





Szczęśliwie nie potrzeba było budować komina, tylko odzyskać, to, co pozostało po nieistniejącym już kominku. W nowej niszy ulokowano kamień, znaleziony ze starej niszy. Po włosku ma nazwę "kamień frontalny".
Poprzednio był wmontowany dokładnie po drugiej stronie ściany, całą strukturę zburzono na początku lat 60.




Podczas przebijania się do otworu kominowego odkryliśmy malutkie nisze, w których kiedyś przetrzymywano przedmioty służące zapalaniu ognia, dbaniu o kominek. Znaleźliśmy stary plakat wyborczy właściciela firmy budowlanej, który w 1959 roku startował z sukcesem na senatora.

Dzięki niemu Tobbiana ma nową, wygodniejszą drogę dojazdową. Wiem, że dla niektórych nawet i ta droga zdaje się być zbyt kręta, ale widocznie nie jechali starą :)
Uchowała się też świeczka oraz ... damski podkoszulek.
Z tym mieliśmy najwięcej ubawu.
Krzysztof od razu przypuścił, że to własność starej gosposi Ausilii. Murarz bardzo szybko zareagował, że nie. Nie chcieliśmy pytać, skąd taka pewność :)
Wspomniany już kowal załatwił i pomógł umieścić stalową rurę wewnątrz przewodu kominowego, otworzył na nowo zamurowany otwór na dachu, a syn murarza (też murarz, już w 5 pokoleniu) wykonał zgrabne zakończenie komina.






Ekipa znajomych parafian pomogła przenieść kamienie do domu i tak oto powstawał wymarzony kominek.



Nie zabrakło też momentów mrożących krew w żyłach. Kowal przycinał gumówką gruby pręt i ta mu się zsunęła, przecinając kawałek ręki. Na szczęście miałam zaopatrzoną apteczkę, wystarczyło więc na okład, który pozwolił mi na spokojne przewiezienie Lorenzo na pogotowie. Zostawiłam go w kolejce na szycie, myśląc, że ma przed sobą długi czas oczekiwania, a sama w te pędy wróciłam do Tobbiany, bo akurat w tym czasie szykowałam świąteczny kiermasz. Nasz poszkodowany wrócił z kimś innym i z ośmioma gustownymi szwami.

Właściwie głównym zadaniem kominka jest po prostu żywy ogień, ogrzewanie, ale też i gotowanie, czego zazdrościłam ciągle podczas wizyt w wielu tutejszych domach.
Dostaliśmy w prezencie łańcuch do zawieszania kociołka, sam kociołek i "alari", czyli wielofunkcyjne podpórki.

I tu muszę się zatrzymać nad następnym cudem.
Krzysztof wypatrzył alari na facebookowym targu i właśnie wyruszał, żeby je odebrać, gdy zorientował się, że zapomniał telefonu. Wrócił, wziął sprzęt, wyszedł i od razu natknął się na Lorenzo niosącego zrobione specjalnie dla nas podpórki.
Największym zmartwieniem i troską wszystkich było to, czy wytworzy się odpowiedni ciąg powietrza. Ile razy usłyszałam w tym czasie słowo "tira" (ciągnie)? Nie policzę.
pierwsza próba
Jedną z przeszkód mógł być za duży otwór samego kominka, zdecydowano więc zmniejszyć go poprzez wbudowanie kolumn w bazę, która stała się wygodnym siedziskiem, pozwala też na dogodne  zapalanie drewna, bez zbyt mocnego nachylania się. Myślę, że sama konstrukcja zyskała też na proporcjach.
Skąd wzięliśmy resztę kamieni?
W latach przebudowy plebanii wypatroszono i kościół. Zlikwidowano balaski, a kamienie po stopniu pozostawiono w różnych miejscach ogrodu i zabudowań. Udało się je skompletować!
Historia herbu w okapie (mój pomysł na takie ulokowanie) sięga wielu lat wstecz, gdy Krzysztof wypatrzył na terenie innej plebanii porośnięte trawą kamienie. Pozwolono mu je zabrać. Były tam, między innymi, dwa pistojskie herby, które długo trzymaliśmy w San Pantaleo i zabraliśmy ze sobą do Tobbiany, nie mając w ogóle pojęcia, co z nimi zrobimy. Jeden, lepiej zachowany, uszlachetnił kominek.

W bazie zamurowaliśmy odkryty plakat wyborczy, współczesną gazetę oraz butelkę (po ulubionym winie) z kartką, na której wypisaliśmy historię obecnego kominka. Mam nadzieję, że nigdy nie zostanie odnaleziona.







Trzeba Wam było widzieć ten niesamowity entuzjazm wszystkich, którzy nam dopomogli. Miało się wrażenie, że dla siebie budują, a wiadomo, że dużo rzadziej będą korzystać z uroków tego kominka. Nikt nie wziął nic za robociznę, łącznie z proboszczem :) A ten był nie lada pomocnikiem murarza, przycinał płaskie cegły na okap, odkuwał zbędny kawałek kamienia w herbie, mieszał i nosił zaprawę, pomagał montować wiele elementów, przyczynił się wybitnie do utrzymania terminu "Na Święta".




Gdy już stałam w blokach startowych, gotowa do walki z pyłem, odkryłam, gdzie ubywała nam woda z centralnego ogrzewania.
Trzeba było kuć ścianę w tym samym pomieszczeniu. W dniu, gdy ekipa malarzy weszła do pokoju, murarz kończył zalepiać otwory po usterce.
Załatwienie malarza to następna niezwykła opowieść, wiele osób chciało potem jego numer telefonu.  Pytano, gdzie znaleźliśmy tak szybko człowieka, który jeszcze szybciej pomalował olbrzymią jadalnię.
We wtorek, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, Krzysztof wrzucił w wyszukiwarkę hasło "imbianchino Montale". Piąty wynik w kolejności zgodził się na przyjazd za dwa dni.
Specjalnie podałam Wam włoską nazwę malarza pokojowego, bo jest niezwykle znacząca i wiele mówi o charakterze sporów z malarzami pokojowymi. Otóż "imbianchino" zawiera w sobie rdzeń pochodzący od słowa biały. Na swój sposób powiedziałabym, że włoski malarz pokojowy, to ktoś, kto bieli ściany. Możecie więc oczekiwać, że niechętnie spojrzy na każdą farbę o innej barwie niż biała. Ten nie był inny. Wykrzywił się znacząco na widok niebieskiej próbki na ścianie, potem popatrzył się na mnie jak na niespełna rozumu, że chce mi się bawić w malowanie kaloryfera (nawet go o to nie śmieliśmy prosić), a już w trakcie malowania określił, że wybrałam kolor z zakresu prymitywizmu, cokolwiek miał na myśli. Usiłowałam pana naprowadzić na inspirację ścianami w Muzeum Bardini, ale nie chciał nawet odpowiedzieć na pytanie, czy tam był. Spokojnie znosiłam jego docinki, perfidnie wręcz czekając dogodnej okazji. Zazwyczaj nie rzucam się na ludzi z dyplomem ukończenia szkoły plastycznej, ale tym razem nie zdzierżyłam. Gdy pan tłumaczył się, że przy tak starej architekturze na styku dwóch barw nie da się otrzymać prostych, ostrych linii, z wielkim zrozumieniem pokiwałam głową, a po chwili dodałam, że proste linie są zbyt bezosobowe, że sama nie pozwalałam swoim uczniom na używanie linijki. Spojrzał się na mnie dziwnie i zapytał: jak to uczniom? No to mu wyjaśniłam, że prowadziłam zajęcia plastyczne. Otwierał oczy co raz szerzej. Skromnie przyznałam się do posiadania dyplomu magistra sztuki. Na co pan z cicha odrzekł: aaaa to teraz już rozumiem ten niebieski kolor.
A ja przecież bardzo pokornie przyjęłam i zaakceptowałam jego sugestię, by zamiast czysto białych wykończeń użyć tzw. brudnej bieli (kod barwy 9002). Uważam, że to było świetne posunięcie.


Dlaczego tak się śpieszyliśmy? Mogliśmy sobie przecież odpuścić, zasiąść do Wigilii wyjątkowo w kuchni.
Nie, nie...
Pamiętacie, że po Pasterce zapraszamy parafian na składanie życzeń? Nie mogliśmy przyjąć gości w rozgrzebanym domu. W tym roku plebania pękała w szwach, ludzie brali poczęstunek (przygotowany wspólnie z parafiankami) i wychodzili przed dom.

Starty wieloma kurtkami parafian napis na zmywarce pełniącej też funkcję tablicy.

Sama marzyłam, by na Święta spokojnie zasiąść przed kominkiem i odpocząć po szalonym czasie remontu, po odkurzaniu całej biblioteki, po woskowaniu cegieł w salonie, po zmywaniu podłogi w kuchni na 5 minut przed Pasterką i wielu, wielu innych nietypowych dla przedświątecznego okresu zachowaniach. No, i, oczywiście, marzyłam też o jako takim udekorowaniu domu i stołu.  
trzeci rok z nami to samo drzewko :)





















Mieliśmy już dwie imprezy w wyremontowanej jadalni.
Pierwszą była polska kolacja dla pań chodzących do mojej pracowni. Zdradzę Wam, że zachwyciły się tradycją opłatka, chłonęły barszcz z uszkami, bigos i gołąbki, nie były w stanie oprzeć się piernikowi i makowcowi. Przy okazji zrobiłam im kurs komponowania stołu - czyli, jak wymyślam dekorację. Tematyka narzuciła się sama w sobie, bo spotkałyśmy się na dzień przed Sylwestrem.







Zaraz dzień potem wykorzystałam powstałe dekoracje, bo zasiedliśmy przy zapalonym kominku z inną grupą, o nazwie symbolicznej "kultura". Chodzimy z nimi nie tylko na spacery i spotykamy się na kolacjach, ale ruszyliśmy też ze wspólnymi wypadami do kina.  W planach są wycieczki krótsze i dłuższe, zwiedzanie muzeów, itd.






A reakcja Moniki?
Potwierdziła wrażenie, które wywołuje ten kominek na innych. Najpierw go nie zauważają, myśląc, że był już tu od dawna. Moja przyjaciółka weszła więc, rozejrzała się po portretach, szybko spostrzegła, że są inaczej ułożone. Potem dotarła do niej zmiana barwy ścian. W końcu stanęła naprzeciw kominka i z lekka niepewnie powiedziała: kominek? A potem dołączyła do naszych niesłabnących zachwytów.