Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze warsztaty rysunkowe w Toskanii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze warsztaty rysunkowe w Toskanii. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 maja 2012

DUŻO PLUSÓW

Już z poprzednich relacji można się domyślić, że jestem bardzo zadowolona z warsztatów, ich uczestniczek, przebiegu oraz efektów.
Wyszło jeszcze inaczej, niż planowałyśmy z Joanną, bo oprócz trzech osób zgłoszonych na warsztaty, przybyła z nimi przezacna ekipa rodzinno-przyjacielska. Tak więc i Asia miała dodatkowych klientów, których i tak w tym czasie jej nie brakowało. Oczywiście jest to powód jedynie do radości :)
W mojej grupie razem było osiem osób, które przyjechały dwoma autami. Umówiliśmy się więc, że to ja będę dodatkowym pasażerem, co pozwoliło nam z Joanną obniżyć jeszcze koszty warsztatów. 
Poza tym towarzystwo moich trzech kobietek, wraz z nimi oczywiście, było wymarzoną grupą do wspólnego podróżowania. Bezkonfliktowe, bezproblemowe, wrażliwe, zainteresowane i wielce radosne. To tylko kilka określeń, które obrazują, jaka atmosfera panowała podczas warsztatów i podróży, i biesiadowania.
Danusiu, Lucynko, Marylko, Adelko, Olu, Aniu, Agnieszko, Jurku - DZIĘKUJĘ!
Sprawdził się zamysł wspólnego przebywania. Byłam przekonana, że to nie mogą być sztywne godziny na zajęcia, a potem niech grupa robi, co chce. Właśnie owe wspólne podróże, poznawanie nowych smaków, zaglądanie w zakamarki miasteczek i własnych serc było niezbędną oprawą warsztatów i tego będę trzymać się na przyszłość.
Wspólne spożywanie posiłków to bardzo cenne doświadczenie, wyszło naturalnie i spontanicznie, a okazało się być tym, co nadawało charakteru całości.
Miło mi było, że moja jako taka znajomość włoskiego pozwalała czuć się nam swobodnie, przełamywała bariery językowe, co wiadomo, było np. niezbędne wręcz podczas zamawiania posiłków.
Mocno przydawała się też wiedza o potrawach, zwyczajach itp. Mogłam służyć grupie poniekąd za cicerone. 
Także elastyczność w podejściu do programu, do potrzeb grupy była aspektem ułatwiającym pracę.
Cieszę się też, że przez dobór ćwiczeń udało mi się uruchomić drzemiące (także i w większości z Was) pokłady własnej wrażliwości artystycznej. Na pewno też pokazałam, jak obserwować to, co się rysuje. Dzięki różnym wprawkom, mniejszym i większym ćwiczeniom, mogłam z dużą pewnością na koniec powiększyć format i dać babeczkom więcej swobody.
Tak wyglądało dochodzenie do efektu końcowego:
No i jeszcze raz przypomnę ostatnie prace:
Dużo, dużo plusów.
A minusy?
Głównie czas trwania. Było to pięć intensywnych dni. Owszem przyniosły zamierzony efekt, ale z wielkim poświęceniem dla uczestniczek, dla których niemałą torturą musiała być rezygnacja ze zwiedzania na rzecz zajęć. Wydłużenie warsztatów jednak podrożyłoby bardzo koszty, gdyż większość agriturismi działa w systemie pełnych tygodni.
Myślę też, że lepiej by było, gdybym mieszkała razem z uczestnikami, przy jednoczesnym zostawieniu każdemu jakiejś prywatnej przestrzeni, czasu dla siebie, na książkę itp. 
Z takimi wnioskami zasiadłyśmy już z Joanną do planowania następnych, wrześniowych warsztatów.
I tutaj jeszcze musi się pojawić jedna uwaga:
Bez Joanny i VisiToscana nie dałabym rady zorganizować zajęć. Ja może i jestem dobry belfer, ale logistycznie chyba bym padła. Podział obowiązków, zaufanie, że lokum znalezione przez Asię nie przyniesie nam wstydu. Pyszny obiad w niezwykłej scenerii parku Giaccherino, a także wiele, wiele telefonów przez nią wykonanych przyczyniło się do zadowolenia z pierwszych warsztatów.
A żeby nie było, że sama nad sobą pieję, wklejam wypowiedź na razie Marylki, bo reszta wpadła w popowrotny wir zajęć i muszę uzbroić się w cierpliwość by pozyskać komunikaty zwrotne.
Niebawem pokażę jeszcze zdjęcia wykonane przez innych uczestników.

Chciałabym jeszcze raz bardzo Ci podziękować za doskonałe przygotowanie naszego pobytu, że tak cierpliwie towarzyszyłaś nam do późnych godzin wieczornych.
A warsztaty przeszły wszelkie oczekiwania, moja rodzina była zdumiona , gdy zobaczyła moje 2 ostatnie rysunki .
Odkryłaś przed nami nie tylko techniki rysunku ale przede wszystkim zmieniłaś mój sposób postrzegania. Wspaniale wypoczęłam, skupienie się na rysowaniu  pozwala oderwać się od codzienności , zapomina się o całym świecie...
...

Właśnie zamierzam wypełnić toskański szkicownik rysunkami ze zdjęć , no i studnię muszę trochę  poprawić, bo jedna ściana jest wklęsła co zobaczyłam dokładnie na zdjęciach (ale i tak mi się podoba, nawet taka krzywa – nie przypuszczałam , że  uda mi się ją tak narysować).
Jak się trochę ogarnę w pracy i w domu to postaram się więcej napisać na temat naszego pobytu i warsztatów. Dziewczyny na pewno  też coś napiszą. Lucyna na każdym postoju szukała obiektów do rysowania, a Danka  następnego dnia cały czas mówiła o studni , która jej się nawet przyśniła. Ja muszę powiedzieć, że po dłuższym rysowaniu też byłam zakręcona, trudno było mi się skupić na drodze jak wracaliśmy do Il Pianaccio, może za dużo wina ...? 
Wygląda na to ,że połknęłyśmy bakcyla rysowania.
Maria Koszałka

W zakładce warsztaty jest już nowa oferta, oczywiście na razie z zawyżoną ceną, gdyż nie mamy pełnych danych pozwalających ją urealnić. To zależy od samych uczestników.


wtorek, 8 maja 2012

STANOWCZO ZA SZYBKO MINĄŁ TEN CZAS

Nadszedł ostatni dzień warsztatów. Ale bez żadnych ulg.
Najpierw były ćwiczenia w plenerze, a dokładniej na Piazza Duomo w Pistoi. Nie chciałam być aż tak okrutna, by nie pokazać miasta uczestniczkom kursu. Zaczęliśmy więc całą ekipą choć od krótkiego spaceru.
Krótkiego, nie dlatego, że w Pistoi nie ma czego pokazać, wręcz przeciwnie i wbrew temu, ile miejsca poświęcają miastu przewodniki. Krótkiego, bo chciałam zrealizować ostatnie ćwiczenie.
Było ono bardzo intensywne, stałam niemal z batem nad kobietkami, ale osiągnęłam zamierzony cel, by patrzyły bardziej całościowo na kompozycję i za szybko nie wchodziły w detal.
W tym czasie najpierw podszedł do nas starszy pan i zaczął mi mówić, jak one powinny rysować. Nie chciał wiedzieć, jakie ćwiczenie miały do wykonania, więc oparłam się o argument, że ja jestem ich nauczycielką. Na co usłyszałam, że pan też i że .. często jeździ do Auschwitz. No to faktycznie było istotne w rysunku.
Potem podszedł inny człowiek. Nic nie powiedział, ale wymownie otworzył mi przed nosem swój szkicownik, w którym piórkiem miał dobrze narysowany budynek, nad którym koncentrowała się jedna z pań. Porównał, dowartościował się, nie wiedząc też, na czym polegało ćwiczenie, i poszedł.
Dzięki uprzejmości Oli Koszałki mam mniej więcej tę chwilę uwiecznioną na zdjęciu.
fot. Ola Koszałka
A ja się cieszyłam, że im tak dobrze idzie, bo naprawdę szło tak, jak powinno.
Niestety trzeba było już iść z powrotem na parking, ale to, co czekało na wszystkich choć trochę wyrównało im niedosyt Pistoi.
Ostatnim punktem było Giaccherino.
Nie brakuje Wam w tym wpisie jedzenia?
Mimo, że Giaccherino w ofercie nie ma restauracji, w pobliżu trudno o jakąkolwiek trattorię czy osterię, to właśnie park przy klasztorze był miejscem ostatniego wspólnego posiłku.
Tym razem o nasze żołądki zadbała Joanna z Andreą z VisiToscana. Już z daleka scena wydała się surrealistyczna.
Długą aleją cyprysów szliśmy ku placowi pod piniami, pod którymi nierealnie wyglądał pięknie zastawiony stół.
Zapomnieliśmy o jedzeniu, długi czas syciliśmy wzrok.
Joanna przygotowała stół w czerwieniach, które wspaniale kontrastowały z zielonym tłem i błękitem ponad nim.
Andrea - jedyny Włoch w tym towarzystwie - oprócz przybyłych także włoskich psów - zajął się grillem. Joanna przy pomocy swojej mamy dzielnie tnącej pomidory podała pyszne bruschetty.
A ja przed posiłkiem użyłam pewnej rośliny zazwyczaj używanej jako przyprawa, tym razem miała dosłownie pokazać, kim jest laureat. Dla moich wspaniałych kursantek uplotłam wieńce laurowe, oczywiście z gałązek naciętych z plebanijnego żywopłotu.
Przebojem i nowinką dla absolutnej większości była sałatka panzanella (pancanella), według przepisu mamy Andrei:

chleb toskański og 0,70 (w Polsce pewnie można dać pszenny chleb, niekoniecznie też musi być czerstwy)
1 duża czerwona cebula
0,5 kg pomidorków (najlepsze małe koktajlowe czereśniowe - takie owalne)
2 świeże ogórki
pół pęczka bazylii
oliwa
winny ocet 
sól i pieprz

Chleb moczyć i wycisnąć. potem rozdrobnić na masę przypominającą kuskus. Dodać pokrojone na kawałki warzywa, w miarę drobno ale nie za cienko. Poszarpać bazylię i przyprawić według uznania.
Najlepiej zrobić ją wcześniej, na kilka godzin, żeby się przegryzła.


Trudno nam było oderwać się od stołu, ale to jeszcze nie był koniec warsztatów. Na koniec pozostała smakowitość samego klasztoru.  Po szybkim zapoznaniu się z tym niezwykłym miejscem, wręczyłam kobietkom większe kartki i dając dużo więcej swobody towarzyszyłam im w największym przedsięwzięciu warsztatów.
Atmosfera Giaccherino jest niezwykle sprzyjająca twórczości.
Marylka, Lucynka i Danusia nie bacząc na chłód panujący w chiostro pokazały, jak bardzo pilnymi uczestniczkami warsztatów były.
Ups! Zapomniałabym napisać, że o mały włos nie powstałby rysunek z włoskim modelem - Andreą.
Z dumą chcę Wam zaprezentować efekt końcowy warsztatów. Mogę teraz zdradzić, że sama nie spodziewałam się, iż po pięciu dniach nauki pojawią się takie rysunki. Wszak to oczywiste, że tego typu kursy dają głównie bazę pod długą pracę własną. Reszta należeć będzie już do tych, które przyjechały przekonane, że nie umieją rysować.

Podsumowaniu warsztatów  i wnioskom na przyszłość poświęcę jeszcze jeden wpis.

poniedziałek, 7 maja 2012

TYLKO I AŻ

Znowu zaczęłyśmy od zajęć w pracowni.
Czas było nauczyć się czegoś o świetle i cieniu, a następnie ruszyć w światło i cień Chianti.
Nikt z ekipy nie był jeszcze w Greve in Chianti, więc tam wyznaczyłam cel wyprawy. 
Oczywiście zaczęliśmy od ... posiłku. Tym razem już nie ryzykowaliśmy i pomyśleliśmy o obiedzie w słusznej porze. Najpierw weszłam do jakiegoś sklepu, zobaczyłam ekspedientkę żegnającą się serdecznie z klientką, więc zaczepiłam wychodzącą, pytając, czy jest z Greve. Skoro usłyszałam odpowiedź twierdzącą, przypuściłam  od razu atak pytając, gdzie tu się dobrze zje. Mieszkanka Greve zadała najpierw kluczowe pytanie: pizza czy mięso? Co oznaczało mniej więcej, czy interesuje nas fast food czy lokalna wyżerka. Wiadomo co!
Tak trafiliśmy do położonego przy placu hotelu z restauracją "Giovanni da Verrazzano".  Przyznam, że miałam lekkie obawy, bo taki wyszynk na placu tłumnie zazwyczaj odwiedzanym przez turystów nie wróży nic dobrego. Ale zaufałam doradczyni, a wraz ze mną cała ekipa. 
To dopiero była uczta! 
W dobry humor wprawił nas nie tylko posiłek z winem, ale i zachowanie restauratorki. Podeszła i usłyszawszy nas rozmawiających ze sobą, zapytała, czy jesteśmy Rosjanami. Z uśmiechem odpowiedziałam jej, że to okrutne mówić Polakowi, że jest Rosjaninem. Właścicielka w lot zrozumiała błąd i naszą awersję do bycia nacją ze wschodu. Zareagowała niezwykle spontanicznie i na przeprosiny ucałowała mnie w rękę. Było tak zaskakujące, że nikt nie zdążył uwiecznić tego gestu. Już było wesoło, ale po tej reakcji poczuliśmy się bardzo domowo. Znowu była dziczyzna, makarony, kaczka z porchettą, pieczone ziemniaki. Wszystko tak wyśmienite, że nie skusiliśmy się nawet na deser, choć nie wątpię, że i ten by nas rozpieścił.
Po obiedzie zasiadłyśmy na Piazza Matteotti, by tym razem stanąć przed zagadnieniem perspektywy i dominanty w rysunku.
Reszta ekipy, jak zawsze zajęła się zaglądaniem miasteczku w zakamarki, czytaniem, opalaniem, itd. 
W nagrodę za pilny udział w zajęciach a dla pozostałych za cierpliwe oczekiwanie wstąpiliśmy jeszcze do pobliskiego Montefioralle. Kilka spojrzeń wokół miasteczka, kilka wewnątrz.

Dalej już nie ruszyliśmy, bo się nie da każdego dnia wracać ok.23.00 do domu. Więc było tylko Greve i aż Greve in Chianti.
Mam nadzieję, że znowu rozjaśniłam kobietkom parę aspektów rysowania, sama jednak pozostałam w ciemnej niewiedzy, z jakimi dwiema roślinami spotkałam się tego dnia. Może ktoś z Was wie?


niedziela, 6 maja 2012

ODROBINA GENIUSZU NIE ZASZKODZI

Zgodnie z prognozami, słońce delikatnie zachęcało do wycieczki, na którą, oczywiście, wyruszylibyśmy bez względu na warunki pogodowe.
Po drodze zatrzymaliśmy się u handlarza starzyzną, mimo że sezon na poszukiwanie nowych starych nabytków dopiero się zaczyna, z chęcią poszperaliśmy w pozimowych "resztkach".
Wycieczkę zaczęliśmy od postawienia kilku kroków przy domu Leonarda da Vinci w Anchiano. Niestety sam budynek jest obecnie niedostępny z powodu remontu. Ponoć planuje się re-otwarcie w czerwcu.

Przyjemnie było zacząć podróż od leonardowskich pagórków, od wyobrażenia sobie młodego chłopca, który po nich biegał i odcisnął swoje nazwisko na całym artystycznym i technicznym świecie.
Anchiano było tak tylko po drodze, starej drodze łączącej Pistoię z Vinci, omijającej Lamporecchio, dającej zachwyt krajobrazem.
Pierwszy dłuższy przystanek - Vinci - muzeum maszyn według projektu imć pana Leonardo. Nie wchodziłam. Już kilka razy widziałam, a zamarzyło mi się na chwilę przysiąść i tak zupełnie od niechcenia naszkicować jakiś jeden przedmiot. Padło na dzbanek z herbatą.
Pławiłam się w końcu w ciepłych promieniach słońca. Na krótko przed powrotem zwiedzających miejsca przy stolikach wokół mnie opróżniły się z nagła. Przegoniły je pszczoły przybyłe tysiącami i krążące  nad naszymi głowami. Ja sobie je spokojnie obserwowałam, żadna nie obniżała lotów, a po chwili wszystkie odleciały. Pierwszy raz słyszałam tyle pszczół na raz, dlatego to zapisuję, bo chcę zapamiętać tę chwilę.
Vinci nie miało być modelem rysunkowym, tego dnia planowałam głównie podać wskazówki dotyczące rysowania pejzażu, lecz dopiero tego okalającego Certaldo Alto.
Trochę nam zeszło w Vinci i zachodziła realna groźba, że w Certaldo nie załapiemy się na obiad. Trattorię z widokiem na San Gimignano zastaliśmy zamkniętą na cztery spusty, była 14.30, więc chyba po prostu jeszcze nie otworzono jej na sezon, albo akurat tego dnia mieli wolne. Zaszliśmy więc do Osteria da Chichibio (czyt. kikibio). Myślałam, sądząc po ilustracji, że Chichibio to jakaś nazwa ptaka. Okazało się po powrocie do domu, że nie znam Boccaccia, a Chichibio to tytułowa postać jednego z opowiadań "Dekameronu". Jego treść zamieściłam na samym końcu wpisu. A dlaczego Boccaccio? No bo właśnie w niedalekim od osterii kościele jest pochowany.  Certaldo to jego rodzinne miasto.
Wróćmy do posiłku. Dlaczego w ogóle piszę o wspólnych obiadach? Tego nauczyłam się tutaj i to działa w każdym przypadku - biesiadowanie zbliża ludzi do siebie, łagodzi, przełamuje opory, wytwarza dobrą atmosferę. A jeśli jeszcze jest tak smacznie jak "U Chichibio", to nic dodać, nic ... zostawić na talerzu.
Przebojem tego obiadu było na pewno lardo - słonina. Już się otrząsacie na samą myśl, jakie to tłuste i niedobre? Już o niej pisałam i wiem, że jeśli ktoś jej nie spróbuje, to nie będzie miał wyobrażenia, czym jest toskańska słonina na grzance, albo nawet podana na surowo. Zjedliśmy po jednym daniu, żeby na pewno starczyło nam miejsca na deser. Była to poezja lekkości mascarpone ze śmietaną, posypana czekoladą oraz na deseczkach podane cantuccini ze szklaneczką vinsanto do ich moczenia. Nie będę Was zadręczać winami, ale wystarczy, że zamówicie tam vino di casa, nie pomyślicie, że to zwykłe wino stołowe.
Dobry obiad to też dobry podkład pod ćwiczenia rysunkowe. Krótki spacer po Certaldo dotyczył tylko tej części ekipy, która brała udział w kursie, reszta buszowała dalej po miasteczku.
Nie wiem, czy napotkana inna grupa także była po obiedzie, nie zaglądałam też im w szkicowniki, ale widać, że Toskania przyciąga ołówki jak magnes.
Potem, gdy rysowałyśmy, podszedł do nas jeden z uczestników tamtego pleneru, więc dowiedziałyśmy się, że to niemiecka grupa ucząca się, jak rysować portret i akt.
Myśmy zajęły się toskańskim krajobrazem.
Po żmudnej próbie poradzenia sobie z planami w pejzażu zasłużyłyśmy na barwne cappuccino oczywiście o nazwie Boccaccio. Taką kawę najlepiej się pije na zewnątrz, przy studni obłożonej kwiatami.
Trudno było naruszyć te małe dzieła barmanki. Jakoś sobie poradziliśmy i ruszyliśmy dalej.
Na chwilę zatrzymaliśmy się, by zrobić zdjęcia miasteczka widzianego z drogi. Mnie poruszył  jednak inny widok, pani sadzącej pomidory. A ja myślałam, że już większej toskańskiej motyki nie może być. Jak ta pani ją dźwiga? Moja jest połowę mniejsza a mam wrażenie, że pielę hantlami.
Dojechaliśmy do San Gimignano - wieczornego, pustego, niemal pozbawionego turystów.
Większość z tych, którzy jeszcze przemykali uliczkami kamiennego miasteczka, posługiwała się językiem polskim. Zresztą w minionym tygodniu ten język królował w całej Toskanii.
Oczywiście już zwyczajowo przed rysowaniem trzeba było zrobić dobre podłoże w żołądku. Jeśli San Gimignano to .. lody, oczywiście, że lody. Pyszne. A skoro już Wam brakuje tego słowa to napiszę: MNIAM!
Usiadłyśmy na samym środku Piazza della Cisterna i skoncentrowałyśmy się jedynie na studni. Oczekiwałam  spotkania z koleżanką, która tam mieszka, więc nie zdziwiłam się, gdy usłyszałam za plecami "Małgosia?". Odwróciłam się, ale to nie była Edyta, tylko ... Ania! Moja koleżanka z dawnych projektów międzynarodowych. Ależ byłam wzruszona. Lecz nie było czasu na dłuższe pogaduszki, musiało nam wystarczyć długie przytulenie i radość ze spotkania.

Edyta też się pojawiła, ale tylko na rzut oka na siebie i parę słów.
Gdy się ściemniło, ruszyliśmy w drogę powrotną.
Tak minął nam następny dzień. Dobry i słoneczny.

A teraz obiecane opowiadanie Boccaccio.

JEDNONOGI ŻURAW (CHICHIBIO E LA GRU):

Currado Gianfigliazzi,  jak  to  każdy  z  was  już  zapewne  słyszał,  a  może  i  widział,  był jednym z najszczodrobliwszych i najgościnniejszych obywateli naszego miasta. Wiecie także, że rycerski wielce żywot pędził i osobliwe upodobanie w psach i ptakach łowczych znajdował – by już o większych jego dziełach nic nie rzec. Otóż pewnego dnia, gdy sokół jego koło Peretoli żurawia upolował, pan Currado, widząc, że ptak jest młody i tłusty, posłał go swemu doskonałemu kucharzowi z rozkazem przyrządzenia tej zdobyczy smakowicie na wieczerzę.
Chichibio (tak się nazywał ów kucharz, Wenecjanin, będący wielkim tępakiem z wejrzenia i w rzeczy samej) oskubał żurawia, wsadził go na rożen i jął troskliwie opiekać. Potrawa była już niemal gotowa i wokół siebie silną i apetyczną woń rozsiewała, gdy pewna niewiastka z
okolicy, imieniem Brunetta, w której Chichibio był wielce rozkochany, do kuchni weszła, a poczuwszy woń mięsiwa na rożnie i widząc żurawia, najpieszczotliwszymi słowy jęła prosić kucharza, ażeby jedno udo dla niej odciął.
Chichibio odrzekł, śpiewając:
- Nic z tego, piękna Brunetto, nic z tego, wierzaj mi!
Czym dziewczynę tak rozgniewał, że zawołała:
– Ha! Jeśli tak, to przysięgam ci, że jak Bóg na niebie, i ty nigdy niczego ode mnie nie dostaniesz.
Wówczas Chichibio po krótkim, ale w słowa obfitym sporze, nie chcąc dręczyć niewiasty, odciął żurawiowi jedną nogę i obdarzył nią swoją umiłowaną.
Gdy godzina wieczerzy nadeszła, postawiono przed panem Curradem i gośćmi owego żurawia o jednej nodze. Wówczas gospodarz, zdziwiony, rozkazał przywołać kucharza i zapytał go, co się z drugim udem stało. Chichibio, który jako Wenecjanin, w łgarstwie celował, odrzekł natychmiast:
– Panie, żurawie mają tylko jedno udo i jedną nogę.
Na to pan Currado, rozgniewany, zawołał:
– Jak to, do kroćset, chcesz wmówić we mnie takie głupstwo? Zali to pierwszy żuraw, którego w życiu widzę?
Ale Chichibio, niezmieszany, rzekł:
– Jest tak, jak powiadam, a jeśli chcecie, panie, to na żywych żurawiach dowodnie wam to pokażę.
Currado przez wzgląd na przytomnych gości pohamował się i rzekł:
– Jeśli obiecujesz pokazać mi to, czegom nigdy sam nie widział  ani nie słyszał o tym od innych, jutro obietnicy dotrzymać musisz. Jeżeli jednak nie zdołasz tego uczynić, to przysięgam na ciało Chrystusa, że dam ci taką naukę, iż przez całe życie swoje z trwogą o mnie
wspominać będziesz.
Na tym skończyła się tego wieczora ich rozmowa. Nazajutrz zaraz o świcie pan Currado, którego gniew we śnie wcale nie osłabł, podniósł się z łoża, jeszcze jakby napęczniały, kazał wsiąść kucharzowi na koń, a potem wspólnie z nim wyjechał kierując się ku bagnom, położonym przy rzece, nad brzegiem której o wczesnym ranku najczęściej żurawie się trafiały. Po drodze zasię rzekł do Chichibia:
– Obaczymy teraz, kto wczoraj zełgał: ja czy ty.
Chichibio, widząc, że gniew jego pana nie sfolgował i że trzeba dowieść prawdy słów swoich, co rzeczą niemożliwą mu się zdawało, jechał w największym strachu za panem Curradem. Gdyby mógł, byłby chętnie umknął, gdzie pieprz rośnie. Nie mając jednak tej możności, spoglądał raz na prawo, to znów na lewo lub przed siebie, a każdy przedmiot, który przed nim zamajaczył, zdał mu się być żurawiem, stojącym na dwóch nogach.
Nareszcie na brzegu rzeki ujrzał pierwszy około dwunastu żurawi, stojących na jednej nodze, jak to jest w obyczaju u tych ptaków, gdy je sen zmorzy.
Na ten widok Chichibio obrócił się żywo do swego pana i rzekł wskazując na ptaki:
– Teraz jawnie przekonać się możecie, że wczoraj wieczorem prawdę powiedziałem twierdząc, iż żurawie mają tylko jedno udo i jedną nogę. Spojrzyjcie tylko przed siebie.
Currado zawołał:
– Poczekaj chwilę, zaraz ci pokażę, że żurawie mają dwie nogi.
I podjechawszy bliżej nieco, zakrzyknął:
– Ha! Ha!
Na ten krzyk spłoszone żurawie opuściły natychmiast podniesioną  w  górę  nogę  i  przebiegłszy kilka kroków odleciały z pośpiechem. Wówczas pan Currado zwrócił się do Chichibia i spytał:
– No! hultaju, jak ci się zdaje, ile nóg mają?
Chichibio ze strachu już prawie zmysły postradał, ratując się zawołał jednak:
– W samej rzeczy, wielmożny panie, w samej rzeczy, ale na wczorajszego żurawia nie krzyknęliście: „ha! ha!”. Gdybyście to byli uczynili, jestem pewien, że i on byłby drugą nogę pokazał, jako i te ptaki przed chwilą.
Niespodziana ta odpowiedź wprawiła pana Currado w tak wielką wesołość, że cały gniew jego stopniał i gwałtownemu śmiechowi miejsca ustąpił. Wreszcie, pohamowawszy się nieco, rzekł:
– Masz słuszność, Chichibio, powinienem był tak wczoraj wieczór postąpić. Moja więc to wina, nie twoja.
Takim to sposobem Chichibio, ułagodziwszy szybką i zabawną odpowiedzią swego pana, ciężkiej kary uniknął.

sobota, 5 maja 2012

ZAPŁAKANA FLORENCJA

Czas upłynął w szalonym tempie. Czasu na oddech nie było, bo cały wypełniała radość wspólnego przebywania, ucztowania, no i rysowania.
Trafiłam na tak niezwykłą ekipę ludzi, że nie odczułam ostatniego tygodnia, jako okresu pracy, lecz jako wakacje z ołówkiem w ręce. Wspomnę o tym jeszcze w swoistym podsumowaniu, wnioskach na przyszłe warsztaty.
Wróćmy do początków, wszak dopiero opisałam jedną biesiadę, jedno popołudnie.

Poniedziałek - ćwiczenia dowolne, czyli dzień bez warsztatów. Ja miałam dodatkowe bardzo ważne zajęcia, ważne i bardzo męczące. Na szczęście udało mi się zregenerować siły i następnego dnia z niecierpliwością oczekiwać kobietek u mnie w domu. Wtorek zaczęłyśmy od wprawek, u mnie w pracowni.
Potem dołączyłyśmy do reszty ekipy i pociągiem wspólnie wyruszyliśmy w kierunku Florencji.
Tam o 12.00 mieliśmy umówione spotkanie z Anną Młotkowską - przewodniczką po mieście. Uzbierała się spora grupa, gdyż do "mojej" ekipy dołączyli inni klienci Joanny oraz uczestnicy mojego toskańskiego forum. O godzinie 15.00 z przewodniczką żegnało się 20 wielce zadowolonych osób. Ania poprowadziła ich specjalnym programem, pokazała ciekawe miejsca, przekazała mnóstwo interesujących informacji, a wszystko w tak dobrym stylu, że niemal nie zauważyli padającego deszczu.
Ja w tym czasie poszukałam miejsca, gdzie można zjeść dobrze, ale nie tylko o "włoskiej porze". Wypróbowałam "Osterię Grzeszników" (Osteria dei Peccatori)  nieopodal Bargello. Miejsce godne polecenia. Szeroki wybór, ceny przyzwoite, a potrawy bardzo, bardzo smaczne. Skusiłam się na peposo - czyli rodzaj toskańskiego, mocno pieprznego gulaszu z gotowanymi ziemniakami w sosie pomidorowym oraz fasolę all'uccelletto, a na deser skusiłam się na panna cotta z truskawkami. Po takim obiedzie poszłam na Piazza Signoria i kryjąc się przed deszczem szkicowałam jeden z jego narożników. Czasu nie miałam na pełne studium, ale zawsze to jedno ćwiczenie więcej, do czego też namawiałam moje kursantki.
Potem plan był prosty, wszyscy zjedzą obiad, rozejdą się po Florencji, a my przycupniemy gdzieś ze szkicownikami. Obiad faktycznie zjedli. Wszyscy orzekli, że tak pysznego tiramisu jeszcze nie jedli. Muszę się przyznać, że drugiego obiadu nie jadłam, ale drugi deser też pochłonęłam. Oj! Warto było.
Nie wyszła za to reszta planu. Rozpadało się, zrobiło się nam tak strasznie zimno, że marzyliśmy jedynie o powrocie i łyku grzanego wina. Co wykonaliśmy.
Ale rysowania nie odpuściłyśmy.
Na chwilę przysiadłyśmy ze szkicownikami, oczywiście już po wypiciu rozgrzewającego trunku i po sesji fotograficznej przepięknego agriturismo, gdzie Joanna ulokowała moje kobiety z ich rodzinami.

A wszystko to w plenerze, bo już w drodze powrotnej do Pistoi zaczęło wychodzić słońce. I jego właśnie oczekiwaliśmy następnego dnia. 

środa, 2 maja 2012

DOBRZE ZACZĄĆ, A POTEM BĘDZIE TYLKO LEPIEJ

Od czego zacząć jakiekolwiek warsztaty we Włoszech? Od jedzenia! Oczywiście, od jedzenia.
Agriturismo, w którym Joanna ulokowała uczestniczki zajęć wraz z rodzinami, nadaje się idealnie nie tylko na miejsce noclegowe, mają tam wyśmienitą kuchnię. Wiedziałam, że będzie smacznie i dużo, więc tego dnia odpuściłam sobie obiad, a już podczas samego posiłku mocno pilnowałam, by raczej skubać potrawy niż jeść. No bo się nie da zjeść przystawek w postaci kuleczek warzywnych (mogłabym się nimi zajadać), crostini wątróbkowych i grzybowych, chleba z philadelphią i szynką oraz zestawu wędlin i serów. Na pierwsze były wstążki z ragu z jelenia oraz risotto grzybowe a na drugie bistecca alla fiorentina (kość po niej widać na jednym ze zdjęć), schab, królik, ziemniaki, a na deser ciepluśkie pączki, niektóre z nutellą. No i wino, a potem słodkie vinsanto własnej produkcji.
Menu przedstawiam Wam tak dokładnie, żebyście wiedzieli, na jaki poziom wywindowano mi warsztaty. Poza tym trawienie pokarmu jest dość ciężkie, więc następnego dnia podeszliśmy elastycznie oraz ostrożnie do programu warsztatów. Także ze względu na niepewną pogodę.
Ale zanim ...
Było już niemal pod koniec pory obiadowej, wszystkim nam burczało w brzuchach. Ale co znaleźć w miarę sensownego o tej porze?
Trafiliśmy do "Piccolo Mondo Self Service Pizzeria Rosticceria". Właściciel szybko zareagował i polecił obsłudze nakryć stoliki. Gdy usłyszał nas mówiących do siebie po polsku spytał, czy jesteśmy Polakami, po czym poinformował, że jego żona jest Polką, ale on nie mówi w tym języku. Mało tego, zawołał żonę, Beatę, która serdecznie się z nami przywitała i bardzo mile podjęła stawiając całej dziewięciosoobowej grupie kawę i tartę warzywną na słodko, lokalny lukkański przepis. Tarta nas powaliła, warzywa a słodka, okazała się bardzo smaczna, wcale nie było w niej czuć np liści buraczanych, podstawowego składnika. Nazywa się ją tartą z dziobami ze względu na charakterystyczne wykończenie brzegu.
Nie wypróbowałam przepisu (znowu sięgnęłam do Wielkiej Księgi Prawdziwej Kuchni Toskańskiej), ale lepiej go podać w tym miejscu, skoro jest okazja.
WARZYWNA TARTA Z DZIOBAMI:
ciasto:
250 g mąki
2 jajka
100 g cukru
skórka z połowy cytryny
2 łyżki oleju
1  łyżka likieru sassolino albo maraschino 
szczypta soli
Przygotować ciasto ucierając wszystkie składniki ze sobą. Zrobić to szybko, uformować kulę i wstawić do lodówki na pół godziny.
farsz:
100 g ryżu
200 g buraka liściowego
2 jaja
1 garść bułki tartej
1 łyżka parmezanu
100 g cukru
szczypta cynamonu
50 g rodzynek 
50 g orzeszków piniowych
w niektórych odmianach jest 50 g kakao
szczypta soli i pieprzu

Ugotować ryż. Wymieszać go z osuszonymi i cienko posiekanymi liśćmi buraczanymi oraz jajkami, bułką tartą wcześniej zamoczoną w wodzie albo mleku, także namoczonymi rodzynkami oraz pozostałymi składnikami. 
Wyłożyć papierem do pieczenia, albo nasmarować masłem.okrągłą formę z wyjmowalnym dnem, ok 25 cm średnicy. Rękami ułożyć ciasto, formując na brzegach owe dzioby. Wypełnić nadzieniem i piec w temperaturze 180 stopni przez 40 minut.
Górę można ozdobić wzorem według własnego pomysłu, chociażby kratką. Wygląda to mniej więcej tak:
http://aifornelliconlaceliachia.blogspot.it/2011/03/torta-co-bischeri-pisana-senza-glutine.html
Wróćmy do warsztatów. Popołudniową niedzielę spędziliśmy w Lukce. Miałam nadzieję, że przed ewentualnym deszczem uchroni nas loggia nieopodal San Michele in Foro, ale była ogrodzona. Za to gościnnie podjął nas pomnik XVI wiecznego włoskiego polityka Burlamacchiego. Nie padało więc zaczęłyśmy pierwsze ćwiczenia, wyjaśnienia i eksperymenty. Jak to u dorosłych bywa, największym problemem są nawyki obserwacyjne i rysunkowe utrwalone jeszcze w dzieciństwie. Powoli burzyłam więc skorupkę przeszkadzającą Marylce, Lucynce i Danusi w dochodzeniu do prawidłowego rysunku. Uczennice z nich zacne i pojętne, wiem, że będzie dobrze.
Po rysowaniu reszta czekającej na nas ekipy pytała się kobietki, czy nie bolą je palce od rysowania, a im głównie parowały głowy od wysiłku wymuszającego inne postrzeganie świata.
Ruszyliśmy więc na zasłużony spacer po Lukce.
Na Piazza dell"Anfiteatro zwariowałam, bo z okazji patronalnej festy Św. Zity całą powierzchnię placu wypełniły kramy z kwiatami. Szaleństwo, któremu trudno się oprzeć.
Kupiłam sobie chociaż malutki wilczomlecz zwany po polsku koroną cierniową (Euphorbia milii).
Spacerem po mieście i jego murach zakończyliśmy pierwszy warsztatowy wypad.
Rzutem na taśmę udało mi się zrobić ten wpis, zaraz wyjeżdżamy, więc cierpliwości proszę, cdn.