niedziela, 10 listopada 2019

ROŚLINNY LEONARDO

Jeszcze do 15 grudnia można zobaczyć multimedialną wystawę poświęconą spojrzeniu na botanikę poprzez Leonardo da Vinci. Wystawa ciekawa z różnych punktów widzenia.



Bardzo aktywnie wciąga zwiedzających w swoją treść.



Na żywo można przyjrzeć się roślinom, które rysował Leonardo. Niektóre znałam, ale kamfory, na przykład, nigdy w życiu osobiście nie spotkałam.



Wszelkie animacje, filmy popularno naukowe, pogłębiają treść, a to jest niezbędnie potrzebne,
gdy się ma do dyspozycji tylko trzy karty rękopisu mistrza.



Kto chętny, może dać się wciągnąć w bryły geometryczne zbudowane w oparciu o szkice artysty. Ja  byłam chętna, chociaż do proporcji człowieka witruwiańskiego to mi daleko :)

Tym razem zapraszam Was nie tylko do oglądania zdjęć, ale i do filmowego zwiedzenia wystawy.



Jednym z niewątpliwie atrakcyjnych jej aspektów jest samo miejsce: krużganki i jedna z sal poklasztornych Santa Maria Novella. Ale o tym innym razem.

środa, 30 października 2019

KWAŚNA MINA

Dawno nie pokazywałam tutaj swoich prac na jedwabiu. Zacznę od ostatniej, cytrynowej - stąd odpowiednia mina na zdjęciu :) Potem moje ulubione zestawy różu z zielenią, no, i z ulubionymi ptakami. A na końcu oliwkowo - tylko na szalu, bo w tym roku nie zbieraliśmy - muszka zaatakowała gaje oliwne, więc jeśli ktoś nie spryskiwał lekarstwami, nie ma oliwy w tym roku. Dla wielu osób będą to już znajome szale, ale trudno mi się ogarnąć czasowo i wrzucać też na bloga, łatwiej kliknąć na Instagramie, czy Facebooku.


sobota, 26 października 2019

BOSKA JOLA

Tego lata kilka razy gromadziliśmy się z parafianami w ogrodzie na wspólne oglądanie filmu.


Obejrzeliśmy całą serię "Don Camillo". Ostatnią projekcję poprzedziła spontaniczna kolacja na około 20 osób. Właściciel baru Avio zaoferował się z sosem, ja przygotowałam sałatkę chlebową (panzanellę), kilka pań uszykowało słodkości. Proboszcz dokupił do sosu dwa kilogramy penne i przygotował wino.
Ależ było wesoło!





A przyczyną kolacji był sos. Co tam sos! Poezja, nie sos. I to piszę ja, wcale nie taka amatorka głównego jego składnika.
Bohaterem wieczoru był "Sugo alla Boscaiola"
Opowiadałam o tym sosie koleżankom w Polsce, a one bez namysłu zauważyły homofoniczne brzmienie włoskiej nazwy i nazwały potrawę "boską Jolą".
Szukałam znaczenia boscaiola - trudno przetłumaczyć, bo kobiet o takim zawodzie dość mało w naszym kraju i chyba nie powstała oficjalna żeńska wersja leśnika - pani leśnik, leśniczyni, leśniczka?
Od czasu spotkania z koleżankami z chęcią nazywam ten sos "boska Jola".
Domyślacie się już, że jego obowiązkowym składnikiem są grzyby.
Skoro grzyby, to najlepiej je nazbierać własnoręcznie, co w Polsce w tym roku jest wprost dziecinnym zadaniem.



We Włoszech nie takie hop siup, nawet jeśli i tutaj rok łaskawy. 

Już chyba wspominałam kiedyś, że trzeba opłacić pozwolenie na zbieranie (w granicach gminy łaskawie wolno robić to za darmo). Należy mieć koszyk, albo inny sztywny, przepuszczający powietrze pojemnik (za foliowe torebki grozi mandat). 

Turystom wolno zbierać za 15€ dziennie. 

Tubylcy mogą zaszaleć i uzbierać jednorazowo 10 kg grzybów, odleglejsi mieszkańcy mają prawo do 3 kg. 

W piątki obowiązuje absolutny zakaz grzybobrania, we wtorki wolno zbierać tylko pobliskim mieszkańcom. 

Wszystkim wolno zbierać tylko po wschodzie słońca!

Przypomniałam te zasady, żebyście wczuli się w atmosferę pierwszej anegdotki, którą Wam opowiem. Swego czasu żona grzybiarza zadzwoniła do carabinieri, że jej mąż nie wrócił z grzybów. Mundurowi zwrócili się do okolicznych grzybiarzy o pomoc w poszukiwaniach, ale ich pierwsza reakcja była zaskakująca. Zauważyli, że to był ... piątek. 

Grzybiarze tutaj są specyficzną grupą, głównie męską. Przestrzegają przepisów dotyczących grzybobrania, rzadko pokażą komuś swoje ulubione miejsca, są zazdrośni o grzyby. Ich pasja czasami zakrawa o szaleństwo. Pewnego razu taki pasjonat spotkał innego poszukiwanego grzybiarza, ale nie chciał zrezygnować z rozpoczętej wyprawy do lasu. Kazał chodzić zgubie ze sobą, aż nazbierał wystarczająco grzybów. Zaginiony był chyba tak zalękniony, że grzybiarz nie obawiał się zdradzenia swoich łownych miejsc.

Na szczęście Krzysztof trafił na łagodnego grzybiarza, albo mało kumatego. Poszedł na grzyby ze znajomym i oznaczył sobie kilka miejsc na mapach google. Popłoch powstał wśród grzybiarzy, gdy się o tym dowiedzieli i słyszałam już deklaracje, że nikt inny księdza ze sobą nie zabierze :)

Pinezki na mapie bardzo się przydały, gdy wraz z Joanną i Giacomo wyruszyliśmy z koszykami do lasu i wróciliśmy wielce zadowoleni. 



W koszykach wylądowały prawdziwki, rydze, kanie i podgrzybki. Z tych ostatnich zrobiłam "boską Jolę".





Poszperałam mocno w przepisach, chciałam znaleźć najbliższy temu, którym posłużył się Avio, gdy dostarczył sos na parafialną kolację w ogrodzie, a nie było czasu, by iść go wypytać osobiście. Dzięki temu odkryłam, że jest wiele wariantów "boskiej Joli", łącznie z użytym gatunkiem grzybów. 

- Zazwyczaj na oliwie podsmaża się boczek, potem dodaje kiełbasę typu nasza polska surowa, rozdrabiając aż do uzyskania konsystencji zmielonego mięsa (zdarzyło mi się dać zastępczo polską wędlinę, co dodało wybitnego smaku, dodawałam też już zmieloną wołowinę). 

- Wcześniej możemy zeszklić pokrojoną w kostki cebulę. Niektóre przepisy ją pomijają.  Ja lubię i daję dużo. 
- Po podsmażeniu dolewamy pół szklanki wina (daję białe, ale widziałam też przepisy z czerwonym)  i czekamy, aż alkohol wyparuje. 
- Dodajemy pokrojone na kawałki grzyby (spotkałam się nawet z pieczarkami w miejsce prawdziwków, podgrzybków, boczniaków), solimy i pieprzymy, możemy dodać zielony groszek i podsmażamy wszystko około 8 minut. 


- na koniec dodajemy pomidory, dobrze gdy są świeże, mogą być też obrane z puszki, wystarczy nawet przecier (zazwyczaj daję taki zamrożony z własnych surowych pomidorów), dusimy na małym ogniu przez 45 minut. 
- przed podaniem posypujemy siekaną natką pietruszki.

Avio nie zalecał posypywania startym parmezanem, jednak byłam na imprezie, gdzie nie stanowiło to problemu. Z sosem najczęściej podawanym makaronem są penne, ewentualnie wstążki. 
Smacznego!


niedziela, 20 października 2019

POPOŁUDNIE NA ZAMKU

Nie minęły dwa dni od festy, gdy fruuuuuuuu, poleciałam do Polski.
Tyle spotkań, tyle emocji, że serce z trudem je mieści.
Ale przedtem, rzutem na taśmę, zawiozłam obiecaną pracę na zbiorową wystawę w Villa Smilea.
Stowarzyszenie Auser z Montale (lokalny oddział krajowej organizacji działającej na rzecz rozwoju kultury i sportu) od 20 lat prowadzi ogólnowłoski konkurs poetycki. Okrągłą rocznicę postanowiono uświetnić wystawą okolicznych artystów, do których i mnie zaliczono i poproszono o pokazanie swojej twórczości. Nie chciałam dawać obrazów z serii "Na skraju wakacji", nie chciałam też rozbijać sporej liczby pozostałych mi wizerunków z projektu "Portret Tobbiany".  Mogłam dać jeszcze wcześniejszą pracę, ale wolałam zmotywować się do ukończenia pierwszego etapu nowego zamysłu, bo gdy się do mnie zwrócono, właśnie zaczynałam realizację następnego projektu pt. "Sąsiedzi".
Przekornie, tytuł nie wskazuje bezpośrednio na tych, o których myślimy mówiąc sąsiedzi (co ciekawe, po włosku "vicini" to dosłownie "bliscy"). Od dawno chodziły za mną, a raczej latały, ptaki.
Tobbiana stwarza mi idealne warunki do ich obserwowania, więc aż ręce świerzbiły, by coś z tym zrobić.
Na wystawę trafiła instalacja, na własny użytek nazwana ptasim drzewem.
Które zdjęcie, z jeszcze nieukończoną instalacją, wybrać do katalogu? W pośpiechu łapałam światło.




Nie miałam zamiaru umieszczać ptaków dosłownie na gałęziach, więc trafiły na transformację drzewa w postaci drabiny :)
Założeniem całego projektu jest to, że nie wiem, kiedy i jak się skończy, co w nim zostanie zawarte. Wiem, że nie będą to tylko malutkie obrazki (10x10cm), których, jak dotąd, mam 22 sztuki, ale nie wiem, czy będą dalsze małe, czy może już przejdę na większy format. Z zaciekawieniem czekam, dokąd zawiodą mnie latający "Sąsiedzi".
Na razie zajechały do Villi Smilea, przez tubylców zwanej zamkiem.
Sama jazda z drabiną zasługuje na wyróżnienie dla proboszcza.

Zostawiłam zmontowaną całość i wyjechałam.

Nie wiedziałam nawet, gdzie zostanie ulokowana moja praca. Zaufałam organizatorom.

Zdążyłam wrócić na samo zakończenie.
To było świetne popołudnie - ciekawe rozmowy, obecność Kasi, która po wypadku po raz pierwszy ruszyła w świat, nowe znajomości.

 Krótkie przedstawienie amatorskiego teatru wizji i ruchu.

Nie obyło się bez poczęstunku w postaci apericeny na dziedzińcu (pyszności!).



Na koniec koncert, który był zapowiadany z loggi.


Obeszłam część wystawy, nagrywając filmik:




ALBUM Z FOTOGRAFIAMI
Wybaczcie jakość zdjęć moich ptaszków, nie mam głowy do dokumentacji, gdy się wystawiam.