czwartek, 14 marca 2019

ANTIPASTO

Po polsku przystawka, bo tak właśnie odczułam krótki wypad do Parmy. Spróbowałam, zachwyciłam się, ale absolutnie się nie najadłam.
Pojechałam tam z Kasią i Matteo, moimi przyjaciółmi, których poznałam dzięki swojej wystawie. 
O celu wyprawy napiszę w następnym artykule, bo Parma to tylko tak "po drodze". 
Zaczęliśmy od dużego Parco Ducale, gdzie wiosna bardzo nieśmiało zapraszała na spacery. 








Kot z poprzedniego wpisu siedział przed teatrem, który przylega do parku. Nie był jedynym, nieopodal rozłożyła się cała kocia wioska.






Potem przeszliśmy na drugą stronę rzeczki i zanurzyliśmy się w stare miasto. 

Czuć inny charakter, inną architekturę, nastrój miasta pełnego rowerów, innego od tych odwiedzanych w Toskanii. 






To, co bardzo weszło mi w oczy, to wiele niezwykle elegancko ubranych kobiet, albo uliczka pełna sklepów z artykułami dla dzieci, dobrymi zabawkami, pięknymi ubraniami. Z tego wniosek, że mieszkańcy muszą się mieć zupełnie dobrze, jeśli takie sklepy utrzymują się, jeden przy drugim. 

Najbardziej jednak zachwyciłam się baptysterium z zewnątrz i Duomo, także wewnątrz.
Na baptysterium już ostrzę pazurki. Kiedyś zobaczę i wnętrze.








Katedra zatrzymuje już samym portalem, a potem to sama uczta. Puzdereczko pełne fresków i skarbów.










Niestety, mój towarzysz aparacik jest w naprawie, więc nie mogłam poprzybliżać detali, ale to nic straconego, przecież i tak postanowiłam tam wrócić, zapewne nie jeden raz.
Na razie jeszcze możemy pokręcić się sferycznie po wnętrzu katedry.

Skoro tytuł jest kulinarny, to na koniec nasze rozważania z powrotnej drogi. 
Matteo zastanawiał się, która forma nazwania mieszkańca Parmy jest poprawna - Parmense czy Parmigiano. Szybko zaczęłam latać po internetach, ale nie znalazłam jednoznacznego stanowiska. 
Po powrocie do domu sięgnęłam do olbrzymiego słownika języka włoskiego (21 opasłych tomów!) i teraz mogę powiedzieć, że Parmigiano, choć użycie Parmense nie jest niepoprawne, lecz może nie tak oficjalne, za to wyraźniej ma bliższe powiązania z językiem łacińskim. 

Gdzie tu kulinaria?

No przecież Parma to nie tylko stolica szynki parmeńskiej, ale i parmezanu. 



Podczas poszukiwań lingwistycznych dotarłam w końcu do wyjaśnień, czym się różni Parmigiano Reggiano od Grana Padano. Zawsze wydawały mi się bardzo bliskie, a wręcz identyczne smakowo i strukturalnie. Nie licząc różnic w smakach, zależnych od długości dojrzewania.
Pierwsza podstawowa różnica, to miejsce produkcji. Najprościej ujmując, na południe od rzeki Pad powstaje Parmigiano Reggiano, a na północ Grana Padano. Wśród niezwykle finezyjnych różnic znalazłam informacje o odmiennym sposobie karmienia krów, użyciu mleka z udoju porannego i wieczornego, czy o czasie robienia ekspertyz i nadawania serom oficjalnych oznaczeń długości dojrzewania. Dla parmezanu może to być ponad 30 miesięcy (i taki właśnie kupiłam - pycha!), dla Grana Padano może to być maksymalnie ponad 20 miesięcy. Chociaż i tak w przypadku obydwóch gatunków trafia się i  dużo dłuższe dojrzewanie.  Bądź tu mądry i pisz wiersze!

Tak zupełnie na deser zaserwuję Wam kocie salami, czyli Salame Felino, które widziałam na jednym stoisku, zupełnie wyleciało mi z głowy zrobienie zdjęcia. Nazwa trochę budzi niepokój, ale że co? Z kota zrobili? Ależ nie, po prostu w powiecie parmeńskim jest miejscowość Felino, w której produkuje się zastrzeżoną salami. 

wtorek, 12 marca 2019

CZEKAJĄC NA GODOTA - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Podczas pewnej wyprawy, w pewnym mieście, przed pewnym teatrem.
O samym mieście i celu wyprawy w następnych wpisach. 



niedziela, 10 marca 2019

SKARBKI cz.2

Trudno uwierzyć w dzisiejszą chłodną i deszczową niedzielę, że tydzień temu dopuściliśmy się szaleństwa w postaci pikniku. No, może nie był to kocyk na trawie, ale posiłek zapakowany w koszyku został opróżniony na ławce z widokiem.

Wyruszyliśmy na południowy wschód, o rzut beretem od Pistoi.
W sobotę, wynikiem prognoz, siadłam do komputera i szukałam czegoś romańskiego, potem szukałam kościołów pod wezwaniem Michała Archanioła, potem znowu romańskiego, aż, nie wiedzieć jakim zrządzeniem losu, dotarłam na dwie ciekawe strony, jedną poświęconą średniowieczu, drugą wędrówkom, pielgrzymkom, szlakom prowadzącym przez Pistoię. Obydwie strony pokazały mi nazwę "Cecina di Larciano". Żaróweczka w głowie zapaliła się nagłym olśnieniem. Przecież już słyszałam tę nazwę. Chyba jakieś dwa miesiące temu mówiła mi o niej Joanna. Co ciekawsze, zawsze byłam przekonana, że byliśmy w Larciano, a nie znajduję nigdzie śladu takiej wizyty. Czyli żadnej z tych dwóch miejscowości (Ceciny i Larciano) nie widziałam? Tak blisko, niemal pod samym nosem?

Ruszamy! Bierzemy nawet Druso, bo nie planujemy wielkich spacerów, które zmęczyłyby staruszka.

Zaczęliśmy od obiadu w Cecinie.

Na deser nie mogło być nic innego niż chruściki. To była ostatnia niedziela karnawału.

Najmniej zadowolony z posiłku był Druso.




Mnie za to bardzo zadowoliło jego posągowe zdjęcie. Nie widać, że ani na chwilę nie chciał tam siedzieć? A teraz trwa!

Pod kościołem ustawiono ławki, które idealnie nadają się do piknikowania i podziwiania rozległych wzgórz.
Tylko mieszkaniec Ceciny nie korzystał z ławki, przykuśtykał o kuli i przysiadł wygrzewając się na słońcu.


Za naszego krótkiego postoju trafiła się jeszcze obok nas piknikująca rodzina, a potem przyjechała para na huczącym harleyowo motorze.

Potem ruszyliśmy poszperać w niewielkiej miejscowości.
Sam kościół, niestety, zastaliśmy zamknięty.




W barze dowiedzieliśmy się, że tylko rano jest szansa, by zobaczyć wnętrze, podczas Mszy. Trzeba będzie nawiązać kontakt z proboszczem, mam nadzieję, że się uda, bo na tablicy są informacje o freskach i rzeźbach z różnych wieków, poczynając od XIV.

Skoro już wspomniałam o barze, to lekko uśmiechnęłam  na zestaw: kapliczka + szyld baru (komunistycznego circolo).

Sama Cecina jest niewielka, ma około 150 mieszkańców.




Mam wrażenie, że to miejsce zapomniane przez konserwatora zabytków i ludzie swobodnie "dysponują" budynkami. Jest w tym dużo uroku, ale też i bajzlu. Pięknie odnowione domy, absolutnie nobliwe, obok bylejakości, zapomnienia i opuszczenia.





Ciekawostką dla Was może być zestaw barwny namalowany na jednym z  remontowanych domów.

Takie kolory proponuje gmina i tylko z nich może wybierać właściciel malując swoją posiadłość.

Na pewno latem taka miejscowość wygląda dużo piękniej, jest bardziej atrakcyjna. W moich oczach zdobiła ją nie tylko autentyczności, ale i wiosna uderzająca pierwszym porządnym kwieciem.








Muszą mieć tam specjalny mikroklimat, bo cytrusy rosną prosto w ziemi, o tej porze jeszcze zabezpieczone agrowłókniną.


Patrzyłam na Cecinę okiem nie turysty, ale mieszkańca i moja wyobraźnia odrzucała chęć zamieszkania w niej. Czułabym się tam klaustrofobicznie.
Ślady pisane sięgają X wieku, ale ponoć można się tam dogrzebać czasów etrusko-rzymskich.
Średniowiecze nie dało się zupełnie zagłuszyć, przypomina o sobie dwiema bramami, resztkami murów wykorzystanymi podczas powstawania budynków mieszkalnych.






Wszystko było w miarę oczywiste, tylko numeracji nijak nie mogłam pojąć. Nazwałabym ją swobodną, ale urzędnicy na pewno wiedzą swoje. Przypominam, miejscowość liczy około 150 mieszkańców.



Larciano jest położone niedaleko od Ceciny (dwa kilometry w prostej linii, a sześć kilometrów drogą). Trzeba zjechać zupełnie na sam dół i potem wspiąć się na następne wzgórze.

Właściwie to powinnam napisać Castello di Larciano, żeby nie pomylić go z położoną u jego stóp nową miejscowością o nazwie Larciano, siedzibą gminy.



I tu nie udało nam się zajrzeć do kościoła.


 Zamek, mimo jednej kartki informującej o tym, że powinniśmy go zastać otwartym, stał zamknięty się przed nami.



Dopiero jakaś inna zafoliowana kartka wyjaśniała, że, z powodu uszkodzeń po burzy w zeszłym roku, nie ma co liczyć na zwiedzanie aż do odwołania.
Szkoda, bo to właśnie to miejsce obserwowałam z góry, dekorując jedno z wesel w 2017 roku i miałam nadzieję, że w końcu zobaczę je nie tylko z bliska, ale i od wewnątrz.

Takie to małe skarby znajdują się nieopodal Pistoi.