piątek, 17 maja 2019

POSTNE PULPETY

Dawno nie było kulinariów.
Ten przepis trochę sobie poczekał. Trafiłam na niego, gdy ktoś z włoskich znajomych udostępnił na Facebooku zbiór przepisów nazwanych "Na Wielki Post".
Od razu poczułam sympatię do pulpetów z ricotty, a po ich przygotowaniu tym bardziej jestem "za".
Dzisiaj ugotowałam je dla mojej Przyjaciółki, część nawet udało się obfotografować, więc mogę zaprosić Was na

PULPETY Z RICOTTY W SOSIE POMIDOROWYM

składniki:

pulpety
350g ricotty (najlepiej owczej, ale może być i krowia, byle dobrze odsączona z serwatki)
40g startego parmezanu
60g startego pecorino (zastanawiam się, czy niewędzony oscypek z owcy byłby dobrym zamiennikiem?)
140g suchego chleba też startego (użyłam swojego pszennego ze skórką, nie zaszkodzi na pewno bułka tarta)
ząbek czosnku
6g posiekanej natki pietruszki
2 roztrzepane jajka
pieprz sól

sos
750ml przecieru (używam swoich zmiksowanych na surowo i zamrożonych od razu pomidorów)
50g oliwy
5 listków bazylii
2 ząbki czosnku
sólo i pieprz

Wymieszać wszystkie składniki na pulpety, następnie formować w kulki ok. 30g (przed formowaniem ręce natłuszczać oliwą, dzięki której powierzchnia jest gładka i nie rozsypują się w gotowaniu). Odłożyć na natłuszczonej oliwą powierzchni (talerzu, tacy, itp.).
Sos jest banalnie prosty, zarumienić czosnek na oliwie, wyjąć go, wlać przecier, dodać listki bazylii, posolić i popieprzyć, chwilę podgotować włożyć pulpety, na średnim ogniu gotować je przez 10 minut. 

Zauważcie, że pulpeciki ładnie puchną w sosie i stają się pulpetami.


Dodatki wedle upodobania. 
Jak dla mnie, danie na każdą okazję, nie tylko na Post :)
Smacznego!




wtorek, 14 maja 2019

JEDWABIŚCIE

No i mnie wzięło.
Pamiętajcie niedawny konkurs? Pokazałam rozkręcone słoiczki z farbami w płynie i zapytałam o rodzaj techniki, której dotąd jeszcze nie stosowałam.

Rylka napisała, że chodzi o malowanie na jedwabiu. Miała rację.
Skąd mi się to wzięło?
Pewnie w naturalny sposób przeszłam od malowania akrylami na tkaninach.
Zaczęłam malować na wszystkim, co miałam akurat w domu. Skończyłam jedwabne zasoby, muszę więc wybrać się do hurtowni, żeby kupić tkaninę. Na szczęście, miałam jeszcze taką długość, żeby wykonać nagrodę.
Zastanawiałam się, co namalować dla Rylki i pomyślałam, że zajrzę najpierw na jej bloga. Odkryłam, że gdzieś tam w jej życiu pojawił się czarny kot, więc on stał się inspiracją do motywu na jedwabnym szalu. Mam nadzieję, że już dotarł do swojej właścicielki.


Ponieważ moja rama do malowania, na której naciągam jedwab, jest szeroka na całą tkaninę, robię tak, że maluję od razu dwa szale. Powstały koty i margaretki.  Te drugie już trafiły pod inny dach, a raczej na czyjąś szyję :)


Wcześniej namalowałam dwa inne szale, jeden w ulubione maki, drugi jest uzupełnieniem do spódnicy, którą uszyłam z pięknego materiału wypatrzonego w hurtowni tkanin.




A w ogóle to zaczęłam od malowania spodni, które podarłam i wymieniłam w nich wierzchnią warstwę.Nie miałam odpowiedniego koloru jedwabiu, więc wymyśliłam, że wzorami i barwami dopasuję się do dzianiny pod spodem.

Najwięcej  wysiłku i cierpliwości kosztował mnie surdut, uszyty kiedyś przez Paolę (na ślub i wesele), którego nie miałam za bardzo do czego nosić. Brakowało okazji, żeby go założyć w czystej postaci. Wymyśliłam więc sobie wałek, na który naciągnęłam surdut i pomalowałam go w kwiaty,   zainspirowana obecną mocno kwiatową modą. Normalnie jedwab maluje się przed szyciem, ale dzięki odwróceniu kolejności, mogę mieć wzór, którego nie "tną" szwy.



Mam już w planach zajęcia dla pań z mojej pracowni. Malowanie na jedwabiu jest bardzo przyjemną techniką. Jeśli dostarczę moim uczestniczkom zajęć gotowe wzory, to właściwie będzie to rodzaj  obecnie modnych kolorowanek. Pozostaje mi tylko jechać po jedwab i rozrysować różne wzory. Kilka już mam :)

poniedziałek, 6 maja 2019

MUZEUM SZALEŃSTWA

Tytuł artykułu jest tytułem bardzo ciekawej i pełnej emocji wystawy zorganizowanej w Lukce, wcześniej pokazywanej już w innych miejscach Włoch.
Jej kuratorem jest krytyk i historyk sztuki, dziennikarz, ostatnio też polityk, wielki celebryta, osobowość telewizyjna - Vittorio Sgarbi. Wcale mnie nie zdziwiło, że to on wsparł powstanie wystawy, której założeniem jest pokazanie choroby psychicznej, najogólniej rzecz mówiąc, poprzez sztukę. Sam w sobie jest szaleńcem, potrafiącym wykrzyczeć najbardziej nieprzyjemne opinie.
Wystawa porusza wiele zagadnień, próbuje osadzić chorobę psychiczną w życiu człowieka, pokazać stany umysłu poprzez sztukę, podejmuje zagadnienie wolności i jej ograniczeń w szpitalach psychiatrycznych, upodlenie pacjentów, wręcz ich uprzedmiotowienie.




Uzasadnia zamknięcie, szpitali, bądź zamianę na zupełnie inne struktury, małe oddziały przy zwykłych szpitalach, placówki dziennego pobytu, itp. Zamknięcie? Tak, Włochy są jedynym chyba krajem na świecie, który po 1978 roku zamknął szpitale psychiatryczne; nie znalazłam informacji o takim przypadku w innych krajach.

Wystawa nie ogranicza się do dzieł sztuki powstałych na temat szaleństwa, bądź malowanych przez chorych psychicznie.












To także dokument o jednym ze szpitali, zbiór przedmiotów związanych z tą instytucją, opowieść o psychiatrze, który doprowadził do likwidacji "psychiatryków".







To niepokojąca sala ze zdjęciami pacjentów, z wydrapanymi nosami, udało mi się zrobić jej zdjęcie sferyczne, co nie było łatwe, by nie ująć zwiedzających.


To drzwi, za którymi głos mówi, że teraz już tak łatwo nie uda Ci się poza nie wyjść.
To kilka filmów dokumentalnych, w tym jeden o więziennych szpitalach psychiatrycznych.

Nie dałam rady zobaczyć całej wystawy, nie sprostałam własnym emocjom i wspomnieniom, a właściwie to nie chciałam się w nich grzebać.
Wiele, wiele lat temu leczyłam się z depresji na małym oddziale w klinice psychiatrycznej. Nie widziałam może wielce "spektakularnych"  przypadków, chociaż nieźle zostałam nastraszona przez schizofreniczkę, którą wkurzał mój płacz, albo spać mi nie dawały dźwięki przeraźliwego słowotoku zza ściany, którego nie udawało się wyciszyć lekarzom przez wiele godzin. Najcięższe przypadki nie trafiały do kliniki, dominowały w niej depresje poporodowe, menopauzalne i takie, jak moja, powstałe wynikiem jakiegoś doświadczenia.
W momencie, kiedy nie miałam sił i woli, by walczyć o własne życie, właśnie w szpitalu poczułam się bezpieczna, że nie zagrażam sama sobie. Zostałam doprowadzona do stanu, dającym mi możliwość podjęcia ciężkiej pracy nad sobą.


Piszę o tym, żeby Wam wytłumaczyć, iż jako była pacjentka szpitala, nie postrzegałam go jako zła, nie rozpoznawałam zaprezentowanego mi w dokumentach okrucieństwa, beznadziei, odczłowieczenia.







Na pewno rozumiem poczucie izolacji, dla mnie zbawiennej. Poznałam problem sztuki tworzonej podczas kuracji i przejmowania jej przez szpital. Sama, z własnej woli, podarowałam oddziałowi swoje rysunki, które pomogły mi dźwignąć się z depresji. Nigdy jednak nie zastanowiłam się, ile niezwykłych dzieł przejmowała i sprzedawała obsługa szpitali psychiatrycznych, a ponoć był to (miejmy nadzieję, że użyłam odpowiednio czasu przeszłego) wielce lukratywny rynek. Dzieła największych artystów-pacjentów sprzedawano bez ich wiedzy. W jednym z dokumentów wystawy uzasadniających likwidację szpitali psychiatrycznych przypuszczono, że Vincent Van Gogh mógł tworzyć swoje wspaniałości, bo szedł, gdzie chciał, wybierał sobie plenery, nie ograniczały go szpitalne mury.
Sztuka na pewno ma niesamowite walory terapeutyczne. Wiem to nie tylko z doświadczenia pacjenta, ale i nauczyciela, który "zastosował" teatr, jako remedium na problemy wychowawcze.
Na wystawie podziwiałam wiele dzieł, czując, ile cierpienia kryje się za nimi.





Nie jestem psychiatrą, trafiłam na dobrych lekarzy, chociaż pani psycholog niezbyt dobrze oceniła moje predyspozycje, stwierdzając, że ze swoją nadwrażliwością będę zawsze obrywać od życia. Nie do końca miała rację, bo nauczyłam się swojego charakteru, wiem, jak omijać sytuacje, które mogłyby mi zaszkodzić. Nie znaczy, że nie przeżywam, jak każdy, stresu, swoistego bólu egzystencji, że nie miewam gorszych dni. Staram się czerpać ciągle z doświadczeń przeszłości, przeobrażać je na korzyść i być wdzięczną ludziom, na których trafiłam w chwilach najtrudniejszych dla mnie.



A jednak wystawa nie była mi łatwą do zwiedzenia. Ujawniam Wam fragment swojej przeszłości, by nie tylko wytłumaczyć, skąd moje emocje w "Muzeum szaleństwa", ale też i po to, by może chociaż jednej osobie pomóc, dać nadzieję, że depresja to nie koniec świata, że po niej wschodzi słońce, czasami toskańskie słońce. Trzeba się tylko mocno, mocno napracować.
Czy wróciłabym na wystawę? Chyba tak. Chciałabym jeszcze raz zobaczyć niektóre prace, dokończyć jej zwiedzanie, wiedząc, że odkurzone wspomnienia nie zagrażają mojemu poczuciu szczęścia. To świetnie urządzona ekspozycja, bogata warstwowo, budząca wiele refleksji, niepokojąca, intrygująca, dająca zadowolenie, że drzwi, za które się weszło, ciągle stoją otworem, pozwalają wyjść na zewnątrz.
Wejdźcie, ale nie szukajcie trasy zwiedzania, jedyną drogą jest strata. 



Strona wystawy: http://www.museodellafollia.it

Garść informacji praktycznych: wystawa jest czynna do 18 sierpnia 2019 roku, mieści się w budynkach byłej stajni, przy murach Lukki. 

Otwarta jest przez cały tydzień od 10:00 do 20:00, ale wejść można do 18:45. Wstęp 12€, a jeśli ktoś jeszcze chce, za 2,50€ może wypożyczyć wielojęzyczny audioprzewodnik.