poniedziałek, 26 marca 2018

NA WIELKI TYDZIEŃ

Czekałam z opublikowaniem tego artykułu, bo kiedyż,  jeśli nie podczas Wielkiego Tygodnia czytać i myśleć o zdjęciu z krzyża?
Zawieszone w jednej sali trzy dzieła pojawiły się na już zamkniętej wystawie "Cinquecento" w Palazzo Strozzi.

Wywarły na mnie niezwykłe wrażenie, może właśnie przez zestawienie, że tak koło siebie?
To trochę, jak kiedyś doskonałe okazanie trzech słynnych florenckich krucyfiksów (patrz "Wyjątkowy tryptyk").

Tym razem nie opowiem o każdym obrazie. Jeden, zresztą, już miał tu swoje miejsce, w artykule "Z podziwem całej Florencji".

Nie opowiem też o tym trzecim, z prawej strony zdjęcia.

Wspomnę jedynie, że jest to obraz Bronzino zatytułowany "Złożenie Chrystusa [do grobu]". Nie mam pojęcia, dlaczego nie nazywa się tego przedstawienia "Pietą", albo "Opłakiwaniem", ale pewnie naukowcy wiedzą swoje. Nad moimi relacjami z Bronzino ciągle pracuję, jeszcze nie czas na niego.

Zapraszam Was do kontemplacji dojmującego "Zdjęcia z krzyża" Rosso Fiorentino.

Gdy stanęłam przed obrazem, długo nie mogłam się uspokoić, nie mogłam też uspokoić wzroku ni uporządkować myśli.
Zachłannie wpatrywałam się w szczegóły, starałam się zapamiętać, każdą szaloną plamę.
Dzisiaj już opanowana mogę pisać o wcale spokojnym obrazie.
Rosso Fiorentino (dosłownie: Florencki Rudzielec) trudniejszy do zapamiętania pod prawdziwym Giovan Battista di Jacopo Gasparre żył tylko 45 lat, zakończywszy żywot samobójstwem. Nie mógł znieść oskarżenia go o to, że ukradł pieniądze swojemu przyjacielowi, take malarzowi.  To trochę mówi o jego charakterze. Był to, ponoć, piękny i elegancki mężczyzna, oryginalny nonkorfomista. Uczeń Andrea del Sarto, z trudem daje umieścić się w manieryzmie. Wystaje z niego niezwykłą plamą i barwami. Gdy myślę Rosso Fiorentino, zawsze widzę oczy jego postaci skrywane przez przedziwny cień, niczym rozmazany makijaż.

Zapewne najbardziej znanym jego obrazem jest niewielki "Muzykujący Anioł"
http://chroniquesdemomentspartages.blogspot.it
"Zdjęcie z krzyża", zaprezentowane na wystawie, pochodzi z Pinakoteki w toskańskiej Volterze.
Powstało w 1521 roku, zostało namalowane farbami olejnymi na desce. Jest to obraz powstały na zamówienie pewnego pobożnego Towarzystwa od Krzyża. Do czasów Rosso nie było to częste przedstawienie, by pokazać dokładnie moment odłączenia martwego ciała.
Ewangelista Mateusz pisze, że: Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa.  On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa.
Ten wieczór wyraźnie zapada w tle obrazu, jeszcze reszki światła tlą się na horyzoncie, nad niewielkimi wzgórzami. Gdybym nie zaczęła od tego, co za sceną, zapomniałabym pewnie, by tam potem spojrzeć.
Wszystko dzieje się na pierwszym planie podzielonym na dwie wyraźne części: dolną i górną.
Pierwsza wpisuje się w wiele znanych nam scen dziejących się pod krzyżem. Omdlewającą Madonnę podtrzymują towarzyszące Maryi dwie matki apostołów. Hmm, dość młode.

Jeszcze ciekawsze jest ułożenie Marii Magdaleny, nie obejmuje w rozpaczy drzewa krzyża,  nie unosi z krzykiem rąk ku niebu, jak to bywa w wielu obrazach.
Masaccio  https://ilsassonellostagno.files.wordpress.com/2015/09/crucifix_masaccio.jpg
Signorelli - Wikipedia
Ona odwraca się od głównej sceny, łączy w bólu z Matką Bożą. Podtrzymuje ją?

Ma intensywnie czerwoną suknię, namalowaną zgeometryzowanymi fałdami, z mocno wyciętym dekoltem na plecach, spod którego widać złotą tkaninę zakończoną białą falbaną.

Do tego misternie upięte włosy i od razu dostajemy sygnał o jej poprzednim życiu.

W dolnej grupie są jeszcze dwie postaci: pomocnik podtrzymujący jedną z drabin oraz św. Jan Ewangelista pogrążony w rozpaczy, rudymi włosami ewidentnie nawiązujący do autora obrazu.

Młody chłopiec za nim, jako jedyny nie angażuje się w akcję, ani emocjami, ani aktywnością. Widać, że podtrzymywanie drabiny nie zmusza go do zbytniego wysiłku, może więc z ciekawością przyglądać się grupie rozpaczających kobiet.

Teraz spójrzmy wyżej.
Od razu poraża nas zieleń martwego ciała Chrystusa.

Gdy się przyjrzymy baczniej to i twarz Madonny jest bliska tej barwy, nawet jej suknia jest pewnym odnośnikiem do ciała Syna. Spotkałam się z intertpretacją, że na twarzy Jezusa został odmalowany uśmiech, poniekąd komentarz do zdejmujących nieudolnie  Go z krzyża. Wydaje mi się to mocno naciągane. Chrystus wszak zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha. Usta mogły więc pozostać otwarte, z widocznymi zębami dającymi wrażenie uśmiechu.

Skąd w ogóle pomysł, że twarz Zmarłego coś komentuje?
Dochodzimy do najbardziej ekspresyjnej części obrazu.
Chyba nie jestem w stanie wyobrazić sobie emocji, jakie musiały towarzyszyć wyciąganiu gwoździ z ciała Chrystusa. Przecież ani Nikodem ani Józef z Arymatei nie byli w tym "wyspecjalizowani", a w dodatku robili to z wielkiego szacunku. Nie zarządzili dobrze procesem, coś poszło nie tak, ciało zdaje się im wymykać.
Nie! Tylko nie to! Nie może upaść!
Pomocnicy na drabinach wkładają wiele siły, by ustrzec zwłoki Zbawiciela przed osunięciem na ziemię. Ten po lewej stronie patrzy, gdzie by się przytrzymać lewą ręką, podczas gdy prawa pewnie chwyciła ciało pod kolanami.

Ten po prawej stronie całym ciałem napiera, by nie stracić kontroli.
Nikodem krzyczy, ale i pomaga, chwytając za czubek drabiny.

Józef podpowiada, jak wyjść z trudnej sytuacji.

Dynamikę sceny podkreślają rozwiane tkaniny o intensywnych barwach.
Światło wydobywa głębokie drapowania materii, rzeźbi mięśnie napięte wysiłkiem.

I znowu wzrok kieruje się na Chrystusowe ciało.

Tym razem musicie poradzić sobie sami, przez trzy dni nie może Wam pomóc.
Przypomniam sobie jeden z esejów Rusinka, gdy zadziwia się nad językowym zjawiskiem, że zieleń jest symbolem świeżości (chociażby w powiedzeniu "zielone płuca"). Tutaj jest przerażająco martwa, ale ... Wszak zieleń to też kolor nadziei, więc tego się trzymajmy.

piątek, 23 marca 2018

JESZCZE JEDNO WSPOMNIENIE

Wracam na chwilkę do spotkania w Delikatesach "Peretti" i pięknej inicjatywy, która trwa już od paru miesięcy. Z pomysłu rodziny właścicieli i dzięki jej pomocy powstaje świetnie wydana gazeta "Ulica Mickiewicza. I tuż obok" - określana jako miesięcznik nieregularny. Jest to rodzaj promocji, ale takiej zupełnie przy okazji, w każdym numerze pojawiają się inni właściciele lokali umieszczonych przy ulicy Mickiewcza w Poznaniu, ciekawe artykuły z zakresu szeroko rozumianej kultury. Jako, że rodzina, do której należą Delikatesy, jest zbiorem miłośników Italii, przeczytacie w tym periodyku różne teksty związane z kuchnią, a raczej postaciami dobrze wpisującymi się w smaki Toskanii.
Szata graficzna ma w sobie coś nostalgicznego, a teksty napisane są piękną polszczyzną. Całość na dobrym papierze, dającym wielką przyjemność obcowania ze słowem.
Głównym "winowacją" jest Roman Zieliński, wciągnięty do projektu przez właścicieli,  pieczołowicie czuwający nad każdym wydaniem.
Gazeta budzi zainteresowanie nie tylko mieszkanców poznańskiej ulicy Mickiewicza, ale i miłośników lokalnych przedsięwzięć.
Nieskromnie prezentuję Wam numer 4, w którym redaktor naczelny napisał i o mnie.
Aby zajrzeć do środka, wystarczy kliknąć na link pod winietą.



środa, 21 marca 2018

LA GENTE

Ciekawa forma na określenie olbrzymiego zbioru, jakim są ludzie. We włoskim ma postać liczby pojedynczej i rodzaj żeński, czyta się ją "dżente". Nie będę jednak snuć rozważań lingiwstycznych, to nie moja działka, za to od lat pragnęłam, by moim udziałem było malowanie portretów. Jako, że mam słabą pamięć do twarzy, łatwo się usprawiedliwiałam, by nie podejmować się tego niełatwego zadania. W końcu w tym roku, jako moje jedyne postanowienie noworoczne, zadałam sobie temat portretu.
Pierwsza odważna znalazła się w lustrze, potem przyszła kolej na dobrego pryncypała, a potem zaczęłam realizować następne pomysły.

001-IMG_9164 
Krzysztof 2018 portret Malgo 

Portret proboszczowski miał (i jest) być prezentem na Wielki Czwartek, ale do wykończenia potrzebowałam żywego modela, więc nie mogłam ukrywać się z niespodzianką. Szczerze powiem, Krzysztof zachwycił się prezentem i pochwalił się nim już na Facebooku, czyniąc z obrazu zdjęcie profilowe. Za ciosem pokazałam więc jeszcze następny obraz, moją interpretację wypatrzonej parę lat temu sceny.

  IMG_8204 Dalszy ciąg za parę miesięcy.

niedziela, 18 marca 2018

OPLECIONE

Zapewne już Was trochę przyzwyczaiłam do przedświątecznego spowolnienia na i tak już powolnym blogu?
Nie da się inaczej, jeśli chce się porządnie przygotować Święta, nie tylko w swoim domu.
Dzisiaj krótki reportaż z tego, co pojawi się w niektórych domach na tegoroczną Wielkanoc.
Znowu zaprosiłam parafian (a właściwie parafianki) do nauki robienia stroików. Nauczona doświadczeniem, nie proponowałam szerokiego wachlarza możliwości, skupiając całe wysiłki uczestniczek na upleceniu wiklinowej klatki. Mimo wielu problemów,  jakie stwarza wiklina i słuchanie instrukcji, zwłaszcza po polskim włosku. Mimo tego, że moje uczennice uparcie na witki mówiły filo (drut, nić, itp.), a ja nie znałam słowa ramoscello (gałązka), język gestów funkcjonował dobrze. W trakcie plecenia wzmacniałam kobietki nie tylko dobrym słowem, ale i mazurkami. Jedna uczestniczka na początku mocno się zniechęcała i marudziła,  że wymieni swoje dzieło na któryś z moich pokazowych modeli. Na koniec już nie chciała się wymieniać. Wiedziałam, że tak będzie. Kocham te uśmiechnięte miny wychodzących z moich zajęć.

Oggi, un breve reportage di ciò che apparirà in alcune case per la Pasqua di quest'anno.
Di nuovo, ho invitato i parrocchiani (in realtà le parrocchiane) a imparare a fabbricare le gabbie. Non ho offerto una vasta gamma di possibilità, concentrando tutti gli sforzi dei partecipanti come intrecciare una gabbia di vimini. Nonostante molti problemi creati dal vimini ed ascolto delle istruzioni, in particolare l'italiano polacchi. Anche se i miei studenti hanno parlato ostinatamente di filo, io non conoscevo la parola ramoscello (ramoscello), il linguaggio dei gesti funzionava molto bene. Durante la intrecciatura, ho rafforzato le donne non solo con una buona parola, ma anche col polacco dolce pasquale "mazurek" . Una partecipante all'inizio fortemente scoraggiata e si lamentava che avrebbe scambiata il suo lavoro per uno dei miei modelli. Alla fine, non voleva scambiarla. Sapevo che sarebbe stato così. Adoro quei volti sorridenti che escono dalle mie lezioni. 

Wszystkie zdjęcie / tutte le foto:

LE GABBIE DI VIMINI

niedziela, 11 marca 2018

O MILĘ DALEJ

Zupełnie niechcący trafiłam niedawno na Facebooku ogłoszenie, że gminny wydział kultury organizuje rodzaj spisu powszechnego artystów (zarówno profesjonalnych, jak i nieprofesjonalnych), którego owocem ma być wystawa zbiorowa w Villi Smilea.

036-IMG_9359

Długo się nie zastanawiałam, zresztą nie mogłam, bo termin naglił (na ogłoszenie trafiłam na tydzień przed ustalonym terminem zgłoszeń). Pomyślałam, że to będzie zarówno dobra okazja do poznania tutejszego środowiska artystycznego, zobaczenia, co robią inni; jak i jakiś krok z moim pojawieniem się w środowisku. Zachętą było też miejsce. Może ktoś pamięta, gdy je opisałam w artykule "Rozważania na szóstej mili" ? W tym samym wpisie troszkę przypuściłam do myśli pomysł, że może kiedyś i ja wystawię się w tym miejscu. Nie pomyślałam, że po dwóch latach zamieszkam milę dalej.
Nie pomyślałam też, że z organizacją to tutaj różnie bywa, a tym bardziej, że różnie bywa z artystami.
Organizacja zaskoczyła mnie totalnie. Odezwały się stare nawyki z Ośrodka Kultury w Czerwonaku, w którym pracowałam. Tutaj choćby cień tego się nie pojawił, jak myśmy organizowali wystawy.
Powiem tylko dwa przykłady: 24 lutego mijał termin zgłoszeń. Zawiozłam papiery nawet dwa dni wcześniej, dowiedziałam się, że wystawa prawdopodobnie odbędzie się w czerwcu, a 2 marca dostałam maila, że 10 marca będzie inauguracja wystawy! Plakat informujący o imprezie pojawił się na dzień przed wernisażem.
.130-plakat gminy 

Przeczuwając już, że to nie będzie tak, jak sobie wyobrażałam, szybko skleciłam własny plakat.
006-manifesto 

Gdy pojechałam zawieźć zgłoszone obrazy, zauważyłam, że stosik ze zgłoszeniami do wysokich nie należy, do końca jednak nie wiedziałam, ile osób się wystawi, czego chyba nawet nie wiedział wydział kultury. Podczas wieszania moich wiekopomnych dzieł usłyszałam, że w tej samej sali stanie jeszcze rzeźba, a takowej nie widziałam na wernisażu, więc faktycznie z tymi artystami to różnie bywa. Nie spodziewałam się tłumów, nawet osoby, na które mogłabym liczyć miały akurat bardzo zajęty czas. Myślałam, że dwaj panowie wystawiający się w sąsiednich salach będą mieli swoich widzów, więc zniknę w tłumie. Okazało się, że to dla mnie przyjechało najwięcej osób, co samo przez się było bardzo miłe.

105-IMG_9492 

Dzięki kameralnej liczbie odbiorców nie miałam problemów z opisaniem swoich prac po włosku. Zresztą wystarczyło zacząć od tego, że się jest obcokrajowcem i się słabo mówi w tubylczym języku, wszyscy potem byli i tak zachwyceni i z uwagą słuchali, co mam do powiedzenia.
Na początku miałam pomysł, by wystawić pięć obrazów z serii "Na skraju wakacji" . Krzysztof podpowiedział mi, żebym raczej pokazała bardziej reprezentacyjną piątkę (tyle tylko można było wystawić).
Tak to na ścianach zawisły znane już tutaj obrazy (między innymi interpretacja kaligraficzna poezji Moniki Zawadzkiej, we włoskiej wersji) oraz jeden z nowej serii, nigdzie jeszcze niepublikowanej. Jeszcze nie pokazuję projektu, bo ciągle rośnie.

001-IMG_9164 004-IMG_5984 003-IMG_3636 002-nogi 005-3 

Panowie, którzy wystawiali się razem ze mną skomplementowali moje prace, a jeden z nich zapytał, czy studiowałam na akademii, usłyszawszy odpowiedź, rozbrajająco powiedział, że to widać.
Sam jest amatorem gustującym w abstrakcyjnych zabawach strukturami.

046-IMG_9433 113-IMG_9500

Drugi pan zaprezentował fotografie, z których jedna, zrobiona na pustyni w Namibii wydawała się obrazem. Ogólnie świetne kadry, oddające nastrój miejsc zobaczonych podczas podróży po całym świecie.
104-IMG_9491 041-IMG_9428

Pierwsze koty za płoty, kilka nowych osób poznałam, dałam się poznać odpowiedzialnym za wystawy w gminie, czas pokaże, co z tego wyniknie.
133-WhatsApp Image 2018-03-10 at 19.14.08 132-WhatsApp Image 2018-03-10 at 19.15.22 058-IMG_9445

Ja jeszcze na chwilę wrócę do samego miejsca, bo gdy byłam w nim pierwszy raz, było już ciemno. Ciekawostką może być fakt, że czworo z moich znajomych, mieszkańców Tobbiany, pierwszy raz było w Villi Smilea.
Dwoje wyraziło chęć dogłębnego jej zwiedzenia, co i też jest w moich zamiarach. Dzisiaj kilka zdjęć zrobionych podczas rzadkich jeszcze słonecznych chwil, a także nocnych, bo nie mogłam się opanować, tak lubię to miejsce.

034-IMG_9357 029-IMG_9352 025-IMG_9348 123-IMG_9513 

Wystawa czynna jest do 8 kwietnia. Można ją zwiedzać w soboty i niedziele oraz dni świąteczne w godzinach 16:00-19:00. Jest to też okazja, by zobaczyć chociaż fragment Villi Smilea.


Wszystkie zdjęcia:
MOSTRA

środa, 7 marca 2018

L'ORGANARO

Waracam do pewnego niezwykłego, lutowego wieczoru. Tego dnia wróciliśmy z Polski. Chwilę ochłonęliśmy i wraz z naszymi wspaniałymi opiekunami Druso, jako i z psem samym, pojechaliśmy do pewnego warsztatu.
Skąd pomysł, by, zamiast spokojnie usiąść i pogadać z naszymi gośćmi, ciągnąć ich po podpistojskich lasach?
Pomysł zrodził się z zainteresowań Macieja, syna Moniki. Ten, jakże utalentowany, młodzieniec uczy się gry na pianinie i ... organach. Jest bardzo żywo zainteresowany tym instrumentem i wszystkim, co się z nim wiąże. Krzysztof wpadł więc na pomysł, by zorganizować mu wizytę u organmistrza. Jeszcze przed wyjazdem zadzwonił do Samuela Maffucciego i umówił na wieczorną pogadankę o organach.
Pogadanka była tylko w naszych głowach, gdy jechaliśmy w kierunku warsztatu. Na miejscu zostaliśmy wciągnięci w świat szalonego pajonata, mistrza naprawy, historyka organów, który z wielką chęcią pokazywał nam swoje osiągnięcia.
  IMG_7122 

Wyjaśniał, na czym polega jego praca, pozwalał dotykać, a  nawet grać na kilkusetletnich piszczałkach.
IMG_E8657 

 Zacznijmy jednak od pewnego rysu historycznego z ciekawostką dyplomatyczną w tle.
Obecność organmistrza w pobliżu Pistoi nie jest przypadkiem. Jest tu jeszcze jeden znakomity warsztat, ale tam zapewne by nas tak wspaniale nie potraktowano.
Wydawać by się mogło, że kraju muzyką stojącym, muzyka organowa ma się dużo lepiej, niż w Polsce. Nic bardziej mylnego. To Polska ma to szczęście, że kościoły jeszcze nie są ciche, jest w nich jeszcze wielu organistów, i to śpiewających.
Na szczęście, Pistoia to bardzo szczególny przypadek.
Może gdzieś tutaj na zdjęciach, a na pewno na zdjęciach u Joanny z Visitoscana, widać, że podczas polskich ślubów na organach grają Japonki.
Mieszkają w Toskanii już od wielu lat, a pojawiły się właśnie w Pistoi, by uczyć się gry na organach w uznanej szkole założonej w 1975 roku, obecnie funkcjonującej pod nazwą Międzynarodowa Akademia Organowa "Giuseppe Gherardeschi". Musiałam zaznaczyć, że taką ma teraz nazwę, bo, jak  to w życiu bywa, znajdziecie tu obecnie dwie szkoły, które kiedyś były jedną. Nie mam pojęcia, o co poszło. Wiem, że jedna mieści się w Villa di Scornio, a druga przy kościele Ignacego Loyoli.  Ta druga ma właśnie ścisłe powiązania z Japonią, prowadzi w tym kraju kursy organowe. Wspominam o tym tylko dlatego, że to muzyka organowa przyczyniła się do uczynienia Pistoi miastem partnerskim Shirakawy. Ksiądz Umberto Pineschi (twórca Akademii) zadzierżgnął w Japonii tak silne więzi, że zawitał tu w 1993 roku cesarz Japonii. Sprawa była o tyle ciekawa, że według protokołu imperator nie odwiedza nigdy tego samego miasta powtórnie. Jakiż był więc popłoch wśród miejskich włodarzy, gdy okazało się, że władca Japonii nie chce spotkać się z burmistrzem. Na nic przekonywania, przyjechał tylko z wizytą towarzyską do księdza Pineschiego.
O samej szkole nie umiem wiele powiedzieć, poza tym, gdy widzę efekty w postaci gry jej uczennic.
Zaskoczył mnie fakt, że, zwłaszcza jedna, doskonale zagra wszystko z nut, nawet widzianych pierwszy raz, ale już z trafieniem w tonację jest większy problem. Że tylko wspomnę, iż nie łączy się tutaj gry na organach ze śpiewem, do czego przyzwyczaiły mnie polskie świątynie.
Wróćmy do warsztatu.
IMG_7097

Jak już wspomniałam, zobaczyliśmy piszczałki z różnych epok. Samuele zrobił ciekawy instrument, takie małe organy (myślę, że spokojnie można je nazwać portatywem), które składają się ze starych piszczałek, począwszy od XV wiecznej.

IMG_8644
 fragment fresku z Palazzo Trinci w Foligno - https://upload.wikimedia.org/
IMG_E8648 

 Zwróćcie uwagę na fakt, że piszczałki mają różną budowę, są kryte, otwarte, zwężające się, jedna nawet nie ma charakterystycznego (dla piszczałek wargowych) szczelinowego otworu.
Jej brzmienie zaprezentował nam sam organmistrz, w krótkim ujęciu na początku filmiku.



Portatyw, jak i duże organy potrzebuje miecha. Do łączeń i uszczelnień używana jest skóra owcza, Samule chyba mówił nawet o jagnięcej, nie ma zmiłuj, nie ma lepszego tworzywa.
IMG_7102 

Samuele poświęcił nam chyba ponad godzinę na opowieści. Cierpliwie wyjaśniał, na czym polega jego praca, jak odnawia ołowiano-cynowe piszczałki, czasami poprawia takie już "odnowione", przez dyletantów, którzy przecięli piszczałkę i dospawali dyletancko nowy kawałek w miejsce starego .
Widzieliśmy "naprawy" z użyciem wikolu - do metalowych piszczałek! Część robót wykonanych (przez uznaną firmę naprawczą) przypominała raczej robotę hydraulika a nie organmistrza.
Jak to w ogóle możliwe, że konserwator zabytków zatwierdził taką fuszerę? Dał sobie wmówić, że to stary instrument i musi wydawać nieczyste dźwięki. Po naprawie naprawy organy zaczęły grać jak należy.
Dzięki mistrzowi wiemy, że wysokość piszczałki jest ograniczona miękkością stopu.
Faktycznie, zobaczyliśmy wcale nieduże piszczałki, które potrafiły się pofałdować pod własnym ciężarem, o czym za chwilę. Zapadnięcie się nie grozi drewnianym piszczałkom, nie znaczy, że gorszym, tylko inaczej brzmiącym
IMG_8652 IMG_8650 

Drewnianym grożą, oczywiście, korniki, wilgoć, ale czy wiedzieliście, że metalowe to przysmak myszy? Albo że metalowe piszczałki chorują na raka? Jest to rodzaj skamieliny, która rozprzestrzenia się na metalu. Trzeba ją wyciąć i wstawić zdrowy fragment blachy.

IMG_7154 IMG_7155

Metalowe piszczałki są bardzo precyzyjnie robione, organmistrz posługuje się wyliczeniami matematycznymi, by dopasować grubość blachy do wysokości i średnicy piszczałki. Wszystko musi być precyzyjnie wyskalowane. Im mniejsza piszczałka, tym cieńsza blacha, z której jest zrobiona.
Przy okazji dowiedzieliśmy się, co ma wspólnego budowa organów z więzieniem. Otóż do walcowania ręcznego blachy w dawnych czasach używano narzędzia zwanego galerą, była to ciężka, niewolnicza praca, ruchem przypominająca heblowanie. Jest duże podobieństwo w tym geście do więziennych łodzi, zwanych galerami. Co ciekawe, we Włoszech dotąd używa się pojęcia więzienie zamiennie z galerą. Zupełnie anegdotyczna jest jedna z definicji słowa, którą znalazłam w słowniku, gdy szukałam potwierdzenia dla słów Samuele. Galera to też rodzaj narzędzia służącego do ... polerowania podłóg.
Widzieliśmy zwyczajne narzędzia, ale i też takie, których poza warsztatem u organmistrza się nie spotyka. Służą do formowania kształtu.

IMG_7115 IMG_7136 

Samuele wiele rzeczy robi sam, chociażby blachę, bo ta fabryczna jest za czysta i dlatego piszczałka potrafi się zapadać pod własnym ciężarem; czy nawet gwoździe.
IMG_7270

Jendak nie ze wszystkim sobie radzi.
Pokazał nam starą wiatrownię (wiatrownicę), której działania nikt nie jest w stanie rozszyfrować.IMG_7256 

Nasz mistrz ma na nią pomysł, ale mówi, że w środowisku organmistrzów byłoby to herezją, więc na razie urządzenie stoi wyzwaniem.
Oto inny przykład wiatrowni (czyli rozdzielni powietrza), naprawionej przez Samuele. Przyjrzyjcie się wstawkom miesternie wklejonym zgodnie z kierunkiem słojów.
IMG_7236 IMG_7246 

A tu z fargmentem doprowadzającym powietrze do konkretnej piszczałki. IMG_7239


Pytaliśmy Samuele o szkołę dla budujących i naprawiających organy. Z żalem stwierdził, że nikogo nie interesuje utworzenie takiej placówki. Sam uczył się u mistrza, który już zamyka swoją działalność. Teraz on ma dwóch pomocników, lecz nie widać, żeby którykolwiek wiązał z tym swoją przyszłość. Strach pomyśleć!

Gdy tak nam opowiadał, robiłam zdjęcia, rozglądałam się wszędzie.
W jakimś zakątku oko kaligraficzne wypatrzyło tabliczkę, na której było napisane, że w 1738 zbudował [organy] Pistojczyk Filip Tronci.
  IMG_7309 
To bardzo znane tu nazwisko wśród miłośników muzyki organowej, dotąd zachowało się kilka instrumentów autorstwa Tronci. Nie wszystkie organy przetopiono podczas wojny, te pozostałe uratowała (o, ironio losu!) bieda. Brak środków kazał wykorzystywać rzeczy zastane, nie zastępowano ich nowymi.
Tronci był uczniem mistrza Agati, od którego potem się odłączył, a gdy nie udał mu sie samodzielny biznes, wrócił z powrotem do Agatiego, który nie mając spadkobierców, zostawił swoją firmę jednemu z Troncich.
W kościele Madonna dell'Umiltà (charakterystycznym dzięki pięknej kopule górującej nad panoramą Pistoi), w przedsionku można zobaczyć tablicę nagrobną.
IMG_8609 

Dowiedzieliśmy się, że najstarsze organy (w dodatku odnowione) w powiecie pistojskim są w małym nieczynnym kościółku i pochodzą z XV wieku. Mało kto o tym wie, ze względu jakieś napięcia między starym organmistrzem (u którego terminował nasz Samuele), a księdzem, twórcą szkoły organowej. Ech!!!! Może kiedyś uda nam się dotrzeć do tego kościółka, oczywiście, myślę, o wnętrzu.
Skoro zagłębiłam się w historię, opowiem Wam jeszcze ciekawostkę. W rodzie Agatich pojawiła się jedyna kobieta organmistrz Maria Giustina Becarelli. Urodzona w 1750 roku, w 1766 została żoną Pietro Agatiego. Była tak znaczącą osobą w warsztacie swojego męża, że pojawiała się na tabliczkach informujących o autorstwie budowniczego. czy też naprawiającego organy. Jedna z takich tabliczek zachowała się w Kościele San Martino a Mensola w Fiesole. W podarowanym nam przez Samuele kalendarzu z organami Pistoi doczytałam jeszcze na czym między innymi polegała pomoc Giustiny. Otóż była ona, nazwijmy to, solidnej budowy, dużo solidniejszej od męża, więc podtrzymywała go, gdy musiał naprawiać trudno osiągalne części organów.

Żałuję bardzo, że nie jestem w stanie przekazać Wam języka, jakim opowiadał nam  o swojej pracy Samuele. Była to soczysta opowieść pasjonata, jasno wyjaśniająca funkcjonowanie organów, niepozbawiona barwnych wulgaryzmów. Można było zapatrzeć się na mówiącego, nawet nie rozumiejąc sensu jego słów. Nie jestem pasjonatem muzyki organowej, ale przyznam, że zawsze mam ciark, gdy dotykam namacalnie historii jakiegoś przedmiotu, gdy dowiaduję się, kto za tym stał, jakie były związane z tym historie. Wszyscy wyszliśmy zauroczeni Samuele Maffuccim i jego warsztatem, dziękując pryncypałowi, że wpadł na taki pomysł i go zrealizował.

Wszystkie zdjęcia:

  L'organaro