niedziela, 17 stycznia 2021

ABSURDZIK - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Ciągle mam problemy ze zrozumieniem różnych zarządzeń związanych z pandemią. Dużo z nich jest niekonsekwentnych, nielogicznych, czasami wręcz niemoralnych. No bo jak rozumieć zarządzenie ustalające, że media będą otrzymywać specjalne pieniądze (astronomiczne sumy) za puszczanie informacji na temat covid, nawet nie określono, jakich. I nie myślcie, że to jakaś teoria spiskowa, informację tę można znaleźć głęboko ukrytą w oficjalnych dokumentach rządu włoskiego. 

Jak nie martwić się o małe dzieci siedzące zimą w klasach przy non stop otwartych oknach?

Jak zrozumieć zamknięcie muzeów wobec innych "galerii", handlowych? Pojechałam kupować rzeczoną kurtkę puchową, znalezienie wolnego miejsca na olbrzymim parkingu było nie lada wyzwaniem. Tłumy! Nikt nie mierzył temperatur, a często nawet przy wejściu do sklepów nie było żadnego "wpuszczacza". 

I po tych tłumach jadę ja sobie do wyludnionego San Gimignano (o czym w następnym artykule), a tam taka scena na dziedzińcu urzędu miejskiego. Tak się przyjmuje petentów. 



środa, 13 stycznia 2021

CANNICCIAIA

Mały, urokliwy domek, a w rzeczywistości to suszarnia. Okoliczne cannicciaie (jest ich wiele rozsypanych po górach) służyły do suszenia kasztanów, których upraw już niemal tutaj zaprzestano. Znam dosłownie tylko jednego lokalnego producenta mąki kasztanowej. Suszenie to długotrwały i trudny proces, w którym łatwo o spalenie, czy przesuszenie kasztanów, ogień podłożony musi być delikatny, sprawdzany i podsycany co kilka godzin, dlatego domki-suszarnie musiały służyć też krótkotrwałemu pobytowi w lesie, więc, oprócz miejsca produkcji suszonych kasztanów, w swojej strukturze mają też izby mieszkalne. Nazwa pochodzi od słowa canna, czyli trzcina, a cannicciaia to głównie rodzaj platformy, na której rozkłada się kasztany. W rejonie związanym z Prato (jesteśmy w połowie drogi między Pistoią a Prato) nazwę tę przejęły całe domki, zwane w górach północnej Toskanii metato, lub po prostu seccatoio (suszarnia). 

Ilustracja z wikipedii dobrze pokazuje, jak przebiega suszenie kasztanów. 

https://it.wikipedia.org/wiki/Metato#/media/File:Metato_o_seccatoio_in_sezione.jpg

W okolicach Tobbiany właściwie nie używa się cannicciai zgodnie z przeznaczeniem, jako suszarni.  Często to miejsce letnich spotkań przy posiłku, czego uczestnikiem byłam już wiele razy. Cannicciaie są w lasach powyżej, więc z natury, w gorące dni gwarantują niższe o kilka stopni temperatury. Dlaczego nie wynajmuje się ich letnikom? Najczęściej dojazd do nich jest bardzo utrudniony, a jednym z niewielu luksusów jest woda z naturalnego źródła. 







Dlaczego o niej teraz piszę? Bo zauroczyła mnie zimowa wersja napotkana na jednym ze spacerów. Ot, tyle i aż tyle. Przed Wami cannicciaia.




piątek, 8 stycznia 2021

TIRAMISU

Ten słodki deser wcale nie był motywem przewodnim spaceru w Święto Trzech Króli. Podpuszczam, ale nie do końca. Nazwa tłumaczy się na deser, który "mnie podnosi", czyli tirami sù, stawia do pionu. I właśnie te słowa towarzyszyły nieplanowanemu spacerowi. 

Rankiem obudziliśmy się w innym świecie, biel cichutko zasypywała Tobbianę, lecz było zbyt ciepło, by robiła to skutecznie. 




Należy jednak pamiętać, że mieszkamy na wysokości 300 m, a krańce Tobbiany to już 700 metrów nad poziomem morza. Wiadomo, im wyżej, tym chłodniej. 

Krzysztof zaproponował spacer zamiast siedzenia przy kominku. Przyznam się, że pierwsza reakcja była absolutnie na nie, kocham wygrzewać się przy żywym ogniu. Nawet w moim skromnym mieszkaniu w Czerwonaku miałam kominek, i tego bardzo mi brakowało po przeprowadzce do San Pantaleo. Otwarcie zazdrościłam wszystkim kominków. 

No to idziemy?

Do śniegu nie mam awersji, chyba, że w mieście, tego brudnego, oblepiającego buty, zamieniającego się w brązowe błocko. Zastanawiałam się nawet, czy mam jakieś negatywne skojarzenia z białym puchem i jedyne, co mi przyszło do głowy, że kiedyś schodząc ze Śnieżki, trzymając się łańcuchów, zostałam w pewnym momencie od nich oderwana i omal nie skończyłam w jakiejś przepaści razem z czeskim turystą, który wpadł na mnie, straciwszy uprzednio przyczepność. Reszta to wręcz idylliczne obrazki, zwłaszcza jeżdżenie na łyżwach po zamrożonych jeziorach, a nawet Warcie. To wielka przygoda w Finlandii, robienie zdjęć zasypanego śniegiem jeziora pudełkiem po butach, kąpiel w przerębli. Jazda na sankach szlakiem z Samotni. Mnóstwo wspaniałych wspomnień. Właściwie głównie są to chwile z dzieciństwa, więc śnieg wbrew temperaturom, w jakich się pojawia, ciepło wypełnia mi duszę. 

Jeszcze przed wyruszeniem na spacer, Krzysztof rozmawiał z Marco przez telefon i w ramach jakiejś niby wygranej zaproponował jemu i żonie wspólną wyprawę. Ani minuty się nie zastanawiali. Laura potem przyznała, że jej życie uratowaliśmy, że miała wielkiego doła tego dnia, że śnieg ją też ustawił w pionie. 

Było faktycznie jak w bajce, jak za dzieciństwa. 








Spotkaliśmy nawet rudzika, który jest tutaj zapowiadaczem śniegu. 

Uśmiech nie schodził mi z twarzy, a proboszcz podbił jeszcze nasze humorki przelanym do maluśkich butelek gruszkowym koniakiem. Ten to miał pomysł!



Najbardziej niebywałe było, ile osób wpadło na ten sam, co my, pomysł. Niby strefa czerwona, a ludzie już chyba pękali w mieszkaniach, ruszyli w górę, niektórzy nawet przekroczywszy granice gminy (czego nie wolno było robić). Wszyscy chyba już też dość mieli "kagańców" na buzi, bo niemal nikt nie miał nałożonej maseczki. Jedynym mankamentem tego pospolitego ruszenia była główna droga, po której, w tę i z powrotem, jechało mnóstwo pojazdów. A że tubylcy mało oswojeni z jeżdżeniem chociażby po resztkach śniegu, to mijanki na wąskiej drodze tworzyły wielki chaos, a już ustępowanie samochodom do wygodnych nie należało bo akurat po bokach zgromadziła się klasyczna breja. 




Okazało się też, że nie do końca jestem przygotowana do chodzenia w takich warunkach pogodowych, ale zmienię to, gdyż akurat są zimowe wyprzedaże, więc na pewno uda mi się okazyjnie skompletować odpowiedni strój. Najbardziej zazdrościłam proboszczowi żółtej "puchówki", i wcale nie chodzi o kolor, chociaż świetnie odcinał się na śniegu i genialnie komponował w kadrze, tylko parafianie, przyzwyczajeni do czerni zwyczajowego ubioru, nie poznawali proboszcza w zimowej odsłonie.



Muszę przekonać się do puchowej kurtki, zawsze miałam wrażenie, że będę w takim odzieniu przypominać ludzika Michelin. Czas pokornie przyznać, że to wygodna propozycja i nie kombinować z jesienną bluzą i z ledwością wciśniętym pod spód grubym swetrem. Trzeba się śpieszyć z zakupami, bo na niedzielę zapowiadają dalej opady śniegu. 

Czekając na następne tiramisu, zapraszam do obejrzenia zdjęć ze śniegiem w roli głównej, będącym tutaj zawsze wielkim wydarzeniem. 

TIRAMI SU'


wtorek, 5 stycznia 2021

SCHEDA

Po śmierci Taty musiałam zmierzyć się z tym, co po nim materialnie zostało. Zadanie trudne, nie udało mi się w całości, dużo zostawiłam siostrze. Jednak ta część mojego "porządkowania" kazała spojrzeć na swoje życie pod kątem, co po mnie zostanie i, czy w ogóle, musi zostać. Mój Kochany Tatko potrafił wydawać pieniądze na rzeczy obecnie nieprzydatne, nic niewarte, jemu wydawało się, że zabezpiecza nas na przyszłość. Działał jednak w dobrej woli, tylko potem my stanęłyśmy bezsilne wobec jego decyzji. To kazało mi jeszcze bardziej zastanowić się nad tym, co ma wypełniać moje życie i co zostawię po sobie.

Pierwszą myślą było swego rodzaju czyszczenie. Postanowiłam jeszcze mniej się rozpraszać medialnie. Zobaczyłam, jak bardzo irytuje mnie Facebook, zobaczyłam, że blog jest jednak o wiele bardziej "moim" miejscem, też czymś, co może po mnie dobrze "zostać". Nie znaczy to jednak, że wpisy będą pojawiać się częściej, jednak najbardziej chciałabym przekazać swoją sztukę. Mimo, że zaraz po śmierci Taty, miałam problem z wejściem do pracowni wiedziałam, że do niej wrócę, bo to jest dar od Boga, który ciągle chcę pielęgnować, rozwijać i zostawić po sobie, mając nadzieję, że uniwersalny język obrazu wzbogaci życie innych osób, nie tylko moje. Nie mogę i nie chcę pokazać Wam nad czym obecnie pracuję, gdyż całość na pewno będzie bardziej czytelna, niektóre obrazy z nowego cyklu tłumaczą się i wzbogacają przez swoje miejsce w grupie. 

Mogę pokazać Wam kilka prac wykonanych równolegle do cyklu. 

Zupełnie drobiazgami były świece, te na świąteczny stół, ale nie tylko mój. Zamówienie od rodaczki z północy Włoch zmobilizowało mnie do zrobienia kilku podobnych "toskańskich" świec, gdyż najlepiej robi się je serią. Wymyślona przeze mnie technika wymaga konkretnych czasowo etapów pracy, nie da rady ich przyśpieszyć, ale, w oczekiwaniu na następny krok, może powstawać równolegle kilka świec, tu na zdjęciu tylko duże prostopadłościany, ale zrobiłam też malutkie, cylindryczne. Poszły już na prezenty bożonarodzeniowe.




Tuż przed chorobą Taty zaczęłam obraz inspirowany ikoną, namalowałam patrona dla małego Tadzia, który walczył o przyjście na świat. Po powrocie z Polski zostało jeszcze tylko kilka ostatnich muśnięć pędzlem.


Po śmierci Taty, z wielką męczarnią dla mnie było namalowanie portretu małżonków. Była to wygrana w licytacji na rzecz chorego Marcela, więc zagryzałam zęby w żałobie i malowałam. Trzeba było zawalczyć o młode życie.

No i dalej dziergam, dziergam, dziergam.  Bardzo dla siebie, tuż przed końcem roku, skończyłam wypatrzony na Pinterest sweter. Dodałam pompony, zamiast sugerowanych na tego typu modelach chwostów, nauczyłam się przy okazji warkocza 3D. 

A już w tym roku wróciłam do ołówka, by w podziękowaniu za pewną przysługę narysować właścicielowi jego konia.


A teraz już w pełnym wymiarze pracownia, a czasami jeszcze dzierganie, tym razem dla maluśkiego Kacpra, oczka w głowie naszej rodziny.