piątek, 16 listopada 2018

AUTOSTOPOWICZE

Autostop we Włoszech nie jest zbyty popularną formą przemieszczania się. Sama kiedyś docierałam tak do celu, ale to było wieki temu i w Polsce. Tutaj zazwyczaj podrzucam gdzieś znajomych, zgarniam ich z przystanku autobusowego, ale nie przypominam sobie, bym jadąc, w dodatku sama, zabrała kiedykolwiek kogoś na stopa. 
Trzy lata temu wybierałam się na kilka dni do Chianti, w celach, że tak powiem, biznesowych. Zaraz za bramkami zobaczyłam parę, która, według napisu, chciała dotrzeć do Sieny. Mogłam ich podrzucić gdzieś do połowy tej trasy. Wydali mi się bardzo sympatyczni, coś mnie w nich ujęło, że postanowiłam ich podwieźć. Mocno się zdziwiłam, gdy w tyle samochodu usłyszałam rodzimy język. Droga miło nam mijała. N. i D. z kraju całą trasę przejechali autostopem, a ich celem była realizacja zaproszenia N. na kawę we Włoszech. W głowie zalągł mi się pewien pomysł, który udało się zrealizować i tak moi pasażerowie zatrzymali się na noc w Chianti, następnego dnia pojechali ze mną na Mszę do Poggibonsi, a potem ich podrzuciłam do Sieny, gdzie się rozstaliśmy. Kontakt potem pozostał, ale bardzo rzadki. Aż tu niedawno N. poprosiła mnie od adres pocztowy. Po jakimś czasie dostałam kartkę z kolażem ich zdję,ć a z tyłu wyjaśnienie, że ten dzień, gdy nasze drogi się skrzyżowały, był początkiem ich jako pary. Wyruszyli jako przyjaciele, a w Toskanii ...
Gdy robiłam zdjęcia winnic, w kadrze, zupełnie nieświadomie, zatrzymałam ich pierwsze pocałunki.

Teraz są już małżeństwem, które wybrało piękną podróż poślubną - pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostella - z Polski do Hiszpanii. 
Wzruszyłam się do łez na myśl, że byłam świadkiem tak romantycznego początku wspólnej drogi dwojga ludzi. Myślę, że jeśli młodzi ludzie tak długo ze sobą przebywają, rozmawiają, idą w trudzie i wielkim zaufaniu, to mają przed sobą dobre małżeństwo, czego Wam N. i D. z całego serca życzę. Niech Wam Bóg błogosławi Kochani!

niedziela, 11 listopada 2018

WSZYSTKO, CO DOBRE I POLSKIE

Nie chcę dzisiaj pisać o negatywnych stronach polskości. Te o wiele łatwiej znaleźć i nazwać. Pierwszy raz przekonałam się, że jest coś takiego, jak cechy narodowe, gdy brałam udział w międzynarodowych projektach artystycznych dla dzieci i młodzieży. Już wtedy spostrzegłam, że pochodzę z kreatywnego, pełnego pasji narodu. Trudno jednak było mi to jakoś określić, by nie popaść w stereotypy.
Za mną 11 lat mieszkania poza krajem. Nie piszę, że na obczyźnie, nie czuję się tu obco; chociaż zawsze wolę traktować siebie jako gościa, który zasiedział się na dobre w innym domu. Wiem, że zawsze mogę wrócić do rodzinnego.
Niełatwo jest mi pisać bez porównywania się, być może niesprawiedliwego dla obydwóch stron.
Wyjazd do Toskanii pomógł mi zobaczyć siebie z pewnym dystansem, na innym tle.
Dzisiaj mogę z całym przekonaniem napisać, że moja osobowość została ukształtowana przez Polskę, że pewne cechy wręcz odziedziczyłam. Cieszą mnie przyjaźnie na całe życie, słowo, które waży, otwarcie na człowieka, swoista odwaga, cele i organizacja czasu potrzebnego na ich realizację. Wielkim oparciem jest mi wiara wyniesiona z domu, a potem, samodzielnie, czasami z wielkimi kłopotami, rozwijana. Nigdy nie zapominam o tradycjach, które dobrze kultywowane pomagają mi  być tym, kim jestem. Zachwyca mnie nasz niezwykle twórczy język, jego barwność, bogactwo, szeleszcząca melodia. Kocham polskie krajobrazy, niepowtarzalny zapach lasu.


    Jestem dumna, że jestem Polką.   

piątek, 9 listopada 2018

BARBARZYŃCY

Zgodnie z kultywowaną przez nas tradycją, by w oktawie Wszystkich Świętych nawiedzić cmentarz, w tym roku wybraliśmy się do Prato Chiesanuova. Kierowałam się odległością i ciekawymi zdjęciami.
Faktycznie cmentarz ten ma stare nagrobki, które zawsze kradną moje serce. Ma też niesamowitą kwaterę żołnierzy z Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej. Pewnie nie muszę nawet pisać, które są które, bo to od razu widać. Te starsze mają oryginalny kształt krzyża, co może mniej jest widoczne na zdjęciach. Stare nagrobki w murach zachowały częściowo swoją małą architekturę ze zdobnymi metalowymi zadaszeniami. Olbrzymie struktury na ścienne pochówki trumienne też mocno różnią się od siebie, im bliżej naszych czasów, tym bardziej przypominają okropny tarasowy hotel nad morzem, do którego można wjechać windą.
Mało tutaj kaplic rodowych.
Gdzieś za nimi, w mało widocznym zakątku, schowano dojmującą część z pochówkami dzieci, wśród których zastanawiająca jest duża ilość chińskich (nie widziałam takiego z dorosłym grobem, a może akurat nie tam poszliśmy?). Wiem, że to nic szczególnego, bo wszak w Prato jest największa europejska chińska społeczność, lecz wieść gminna niesie, że chińskich pochówków jak na lekarstwo, że zwłoki albo są wywożone do Chin, albo rozpuszczane w kwasie solnym. Może trudniej ukryć śmierć dziecka, stąd te poruszające serce proste, jak patyki lodowe oznaczenia dziecięcych grobów?
Ale nie myślcie, że tytuł odnosi się do poczynań ze zwłokami w azjatyckiej kulturze mieszkańców Prato.
W pewnym momencie cmentarza zobaczyłam pięć, słownie pięć, grobów, w sposób zupełnie nielogiczny rozmieszczonych na dużej łące. Jednym z nich był też chiński pochówek, ze zdjęcia trudno określić, czy to był dorosły człowiek. Mnie się zdaje, że to młodzieniec, a data chyba mówi o jego dniu śmierci. Na tej samej łące zachowały się dwa zrośnięte niemal ze sobą groby dwojga młodych ludzi, z wyjątkowo urokliwymi krzyżami, nawiązującymi zdobieniami do średniowiecza. Przypuszczam, że to była para za życia. Gdy tak się zadziwiałam dziwnym rozmieszczeniem grobów, Krzysztof przytomnie zauważył, że to zaorana łąka i tylko te ostały się po pogromie.
Pogromie, którego przykład za chwilę usłyszałam i zobaczyłam.
Najpierw wyjaśnienie:
Nie wiem, czy o tym pisałam, że we Włoszech ziemne pochówki można legalnie ekshumować po 10 latach. Tak przewiduje tutejsze, powstałe w II połowie XX wieku, prawo; zapewne po to, by nie rozbudowywać za bardzo cmentarzy. Ludzie są uprzedzani o fakcie w ogłoszeniu na bramie cmentarza. Zdarza się na małych cmentarzach, że ekipa ekshumująca rozkopuje kilka grobów w poszukiwaniu rozłożonych ciał, bo tylko takie można "zsypać" do urny, a że w pożywieniu mamy wiele konserwantów, to i nasze ciała rozkładają się dłużej.
Kilka razy Msza pogrzebowa, odprawiana przez Krzysztofa, nie zakończyła się pochówkiem, bo nie zdążyli na czas znaleźć odpowiedniego grobu. Raz przenieśli poszukiwania na inny, pobliski cmentarz i przesunęli termin pochówku o dwa dni. Gdy proboszcz podjechał na tamten cmentarz, rodzina stała pod bramą z zakazem wstępu. Krzysztof wszedł, by się dowiedzieć, o co chodzi, a jeden pan wychylił się z grobu z kością udową w ręce i mówi, że tu chyba jeszcze się nie da pochować. Po interwencji księdza, żałobnicy w końcu mogli pochować swojego krewnego.
Znajoma zapomniała, że i jej męża dotyczy już to okrutne prawo ekshumacji i pewnego dnia zastała dziurę w ziemi. Wiedziała, że po odbiór urny musi zgłosić się do gminy, ale samo wrażenie zobaczenia otworu w ziemi, po grobie najbliższego, to ... Nawet nie chcę tego opisywać.
Na urny z "odzyskanymi" szczątkami jest osobna ścianka.
Wracam teraz na duży miejski cmentarz w Prato Chiesanuova.
"Zdolni" projektanci wymyślili, jak poradzić sobie z tymczasowością. Już nie ma drewnianych szalunków. Najnowszą kwaterę niemal w całości wypełniają plastikowe zastępniki.  To tylko estetyczny koszmar.
Najgorsze przed Wami.
Ogrodzona brezentem z trzech stron kwatera już prawie cała była pusta, wyglądała jak zaorane pole. Tylko w jednej części widać było coś, co mnie ukłuło, zabolało i puścić nie chce.
Sprzęt zabierający nagrobki! Same nagrobki! Już nie drewniane, jeszcze nie plastikowe, tylko ze złowieszczo krzyczącego kamienia. Potem zapewne nastąpią tam ekshumacje, czyli zsypane zostaną kości, ale czy ktoś serio zajmie się dookreśleniem, czyje szczątki do kogo należały? Czy te groby były bardzo regularnie rozłożone i opisane, żeby malutkie białe krzyże na obwodzie pomogły zlokalizować pochowanych tam?
Żeby było jeszcze bardziej boleśnie, to na jednym krańcu ustawiono wykopane rośliny, a nieopodal złożono świeże kwiaty, które bliscy dopiero co przynieśli na groby swoich zmarłych. Po drugiej stronie alejki leżały zdjęcia odkute z nagrobków. I teraz wyobraźcie sobie choć trochę parę starszych ludzi, którzy podeszli do tych pamiątek, odnaleźli wśród nich swojego bliskiego, zabrali fotografię, a potem, jak spłoszone zwierzęta, krążyli cały czas wokół, przyglądając się destrukcji. Zapytaliśmy ich tylko o datę pochówku - 17 lat temu! Nie byłabym w stanie zapytać, co o tym myślą, bo miałam kluchę w gardle, bo czułam ich ból, bo z zatrwożeniem patrzyłam na ich twarze.
Wyobraźcie sobie na koniec, jak wyglądałby ten cmentarz, gdyby nie zabytkowość starych nagrobków, chroniąca je przed zniszczeniem.

Cały album:

CEMTARZ CHIESANUOVA PRATO 
Wieczny odpoczynek (?) racz im dać Panie ....

sobota, 3 listopada 2018

ŚWIĘTY PAS

O tej wyjątkowej relikwii z Prato już pisałam, gdy dokładnie zapoznałam Was z freskami Agnolo Gaddiego w artykule "Giotto i co dalej?".
Niestety, nie znalazłam czasu, by omówić widzianą po kilku latach wystawę poświęconą wybitnie prateńskiemu tematowi. Czasu na pisanie nadal nie mam, ale aż żal nie podzielić się bogactwem ikonograficznym tematu "Sacra cintura" czyli "Święty pas".
To nie tylko obrazy, czy rzeźby,manuskrypty, relikwiarze, ale i oprawa towarzyszącej okazaniu relikwii liturgii.
Znowu więc wykopaliska fotograficzne:

"ŚWIĘTY PAS" Prato

czwartek, 25 października 2018

OD PLAM PO WARSZTATY

Już kiedyś pokazywałam tutaj swoje malowane ubrania, torby zakupowe, itp. Jeśli ktoś pamięta, to nazwałam moje malowanie "odplamianiem", gdyż takie były początki mojej przygody z farbami do tkanin: ukryć, co niespieralne.
W zeszłym roku, podczas florenckich warsztatów z Basią Bodziony, byłam ubrana w jedną z moich malowanych sukienek i to była inspiracja dla prowadzącej, by mnie zaprosić do poprowadzenia jednodniowego warsztatu z malowania na tkaninie. Na kilka godzin zamienić się rolami.
Zastanawiałam się, co mogłoby być proste (czytaj, bez zbytniego cieniowania), efektowne, związane z Florencją i malarstwem miniaturowym, wykonalne podczas jednego spotkania, spersonalizowane. Jest chyba tylko jedna odpowiedź - białe winorośle!
Nie, nie, nic mi na mózg nie padło.
Tak po polsku i angielsku nazywa się XV i XVI wieczny styl, którego często używano do ozdabiania inicjałów dzieł renesansowych humanistów. Co ja się naszukałam, jak to się nazywa po włosku! Dopiero mistrz Francesco Mori (u którego terminowałam w katedrze sieneńskiej) podpowiedział mi, że to w swobodnym tłumaczeniu na nasze "białe zakrętasy".
I tak oto w ostatnie piątkowe popołudnie spotkałam się z niektórymi uczestniczkami dwóch kursów - malarstwa miniaturowego i tempery na desce - by choć na chwilę zmienić im format, temat i technikę. A co z tego wyszło?
Zobaczcie foto relację:

BIAŁE WINOROŚLE Chyba nie muszę nikogo przekonywać o zadowoleniu kobietek?

piątek, 12 października 2018

FESTA MASSICCIA SEDANO E CICCIA

Pozwoliłam sobie na swobodne tłumaczenie tytułu: “Święto na fest, gdy seler i mięso jest”. To powiedzenie było używane kiedyś w Tobbianie, właśnie na dni odpustu, a wiązało się z lokalną potrawą gotowania pulpetów z mięsa i selera naciowego. 
Gdy tylko proboszcz o tym usłyszał, zapałał chęcią powrotu do starej tradycji. Trzy parafianki przygotowały 180 sztuk pyszności, które rozeszły się jak ciepłe pulpety. To było w poniedziałek, a w niedzielę odbył się  pierwszy turniej słodkości. Wygrała pani, która przygotowała schiacciatę z winogronami i rozmarynem. Spróbowałam kawałek -pyszna. Oprócz klasycznej muzyki podczas procesji w wykonaniu Orkiestry Dętej z Fognano, wieczorem zagrał młody zespół bardzo sympatycznych muzyków. Muzykę wrzucę po powrocie z jakże zasłużonego urlopu :) 
A teraz zapraszam do zdjęć, na których zobaczycie i moją część przy organizacji odpustu.

FESTA 2018

poniedziałek, 1 października 2018

PO WĄTKU DO MUZEUM

Kinga z koleżankami zawitała do Toskanii. Szybko zajęłam się jej poplamioną sukienką, chociaż nie wiadomo, czy zdoła ją założyć, bo pogoda właśnie przyjęła jesienną formę.
Zainspirował mnie pierścionek barwnej właścicielki.

To współcześnie, ale jest wstępem do następnych wykopalisk fotograficznych. Półtora roku temu szalałyśmy z Kingą po muzeach w Prato. Z racji zainteresowań własnych i jej siostry oraz, oczywiście, moich, z wielką uwagą zwiedziłyśmy Muzeum Tkaniny. Trudno w nim zrobić dobre zdjęcia, bo najcenniejsze tkaniny są w szklanych gablotach. Na szczęście, nie tylko stare ubiory są eksponatami. Znajdziecie tam wiele interesujących informacji o wszelkich włóknach, naturalnych i syntetycznych. Przyjrzycie się starym maszynom tkackim, zobaczycie reklamy z tkaniną jako bohaterem na równi z modelką. Zagłębicie się w świat vintage. 

PRATO MUSEO DEL TESSUTO

poniedziałek, 24 września 2018

PTASZYNA

Ptaszyna to mało popularne toskańskie wino. Ptaszyna, bo po włosku nazwa producenta (Uccelliera) oznacza wolierę, choć rzeczone wino nazywa się Castellaccio.
A historia jego odkrycia jest banalna.
W zwyczajnej knajpce, nieopodal pistojskiego ZOO, prowadzonej niezwyczajnie przez Egipcjanina, ale z kuchnią głównie toskańską, można do obiadu dostać owo wino.
Krzysztof zapytał właściciela, czy mógłby kupić od niego kilka butelek. Rzecz rzadka, wino butelkowano nie tylko w 0,75 ale i w 0,5 litra, za które Sahid chciał jedynie 5 bądź 3,5 euro. Gdybyście spróbowali wina, zrozumielibyście "jedynie", ale nawet bez próbowania mogę wyjaśnić owo jedynie.
Wybraliśmy się kiedyś (czytaj: w 2015 roku) z Joanną, w ramach wypadów integracyjnych na degustację do Uccelliera. W smaczny, estetycznie doskonały, sposób przekonaliśmy się, że nabytek "u Egipcjanina" to strzał w dziesiątkę. Sprzedał wino po cenie zakupu od producenta, tylko, że on kupował kilka tysięcy butelek, więc płacił 5 euro za płyn o cenie 26 euro u źródeł. Detal przegrywa z hurtem. Jeśli więc uwierzycie mi na słowo, możecie je potem sprawdzić w "Le Piastrelle" (Powołajcie się na Don Cristoforo), chyba że ktoś woli wydać dużo więcej na to samo wino w Uccelliera, która sama w sobie warta wizyty. Stąd dzisiaj album z degustacji:

UCCELLERIA

poniedziałek, 17 września 2018

PRODUKT BARDZO LOKALNY

Zdjęcie z poprzedniego wpisu poczyniłam oglądając zupełnie inne zwierzęta, ale że byłam na farmie, to i na krowy, świnie, króliki, kaczki, kury, psy i gęsi się też załapałam. IMG_5853 IMG_5850 IMG_5854 IMG_5855 IMG_5800 

Wybraliśmy się ze znajomymi do położonej w lesie na wysokości prawie 1000 m n.p.m 
Cascina di Spedaletto, tylko 8 km od domu. IMG_5799 

 W sezonie można tam zjeść smaczne obiady, a gdy upały doskwierają, to i zaznać ochłody. 
Tym razem  chodziło o pobłogosławienie i domostwa i obejścia, a przy okazji posiłek na świeżym powietrzu (m.in. mistrzowskie risotto z grzybami i takoż maccheroni z kaczką).IMG_5866 IMG_5864 

Głównymi zwierzętami, hodowanymi w Cascina di Spedaletto, są owce.
Moje polskie wyobrażenie o owcach legło w zupełnych gruzach. Niby już znałam kilka tutejszych ras, bardziej wyrazistych z pyska, czasami wręcz diabolicznych, ale tego się nie spodziewałam.
Powiedzenie "czarna owca" traci zupełny sens.

Starsze   są lekko brunatne, ale młodziaki to czarniusieńkie i rozczulające cudo. IMG_5817

IMG_5809

Najmłodsze jagnię miało jeden dzień, słabo trzymało się na nogach, więc nieźle wpasowało się uginanymi kończynami w modlitwę.
IMG_5834 

IMG_5849 

IMG_5847 

IMG_5847

IMG_5844

IMG_5839

IMG_5830

IMG_5828 

Mogłabym gadać i gadać, ale, oczywiście, czas mnie goni z pędzlami, więc dobijam do brzegu.
Z tych to czarniusieńkich owiec produkowane są sery, zwyczajne pecorino oraz biała ricotta.
Niedawno rozmawiałam z kimś o tej ostatniej. Mój rozmówca twierdził, że zna włoską ricottę. I ja mu wierzę. Jednego jestem pewna - nie zna "ricotta di Pistoia".
To lokalna odmiana, z wyjątkowym zezwoleniem na produkcję sera z niepasteryzowanego mleka. Jest aksamitna i słodka, tak pyszna, że trudno mi ją dawać do gotowanych potraw, zjada się właściwie  sama. IMG_5872

Jeśli więc będziecie w Pistoi, czy jej okolicach, zapytajcie o "ricotta di Pistoia"; bywa na garmażeryjnych stanowiskach w marketach, bywa w małych sklepikach, bywa, to rzecz pewna, u producentów :)


piątek, 14 września 2018

CZTEREJ JEŹDŹCY APOKALIPSY - z cyklu „Galeria jednej fotografii”

Przy okazji pewnej wizyty taka scenka weszła mi w obiektyw.


A co tam robiłam? 
Dam znać niebawem.

czwartek, 13 września 2018

RODO

A dzisiaj taki wpis krótki, techniczny. Wiem, że nie tylko ja miałam problem z brakiem informacji o komentarzach oczekujących na moderację. Okazało się, że wszystko przez RODO . Co należy zrobić? Trzeba wejść w ustawienia i tam, gdzie wpisaliście e-maila, na którego miały przychodzić powiadomienia, zostawcie puste okienko, zapiszcie zmiany, następnie na nowo wpiszcie ten sam adres. Dzięki temu dostaniecie powiadomienie od Google’a, z linkiem informującym, że wyrażacie zgodę na przetwarzanie danych. Kliknąć i po sprawie :)

środa, 12 września 2018

ODRODZENIE

Z wielką ulgą mogę powiedzieć, że problemy zostały pokonane. Łatwo nie było. Musiałam przenieść domenę "matyjaszczyk.com" na inny serwer, a to była reakcja łańcuchowa. Nie działał mail, nie działał blog, nic co było powiązane z moim adresem. Firmy tak łatwo nie wypuszczają klientów ze swoich objęć, więc mój poprzedni dostawca kazał mi czekać wiele dni, żeby się przekonać, że moja decyzja jest ostateczna. W dodatku, komunikacja z nim kulała, co powodowało następne opóźnienia.
Część Czytelników wiedziała z Facebooka, co się dzieje, ale nie miałam żadnej możliwości powiadomić wszystkich o tym na blogu, bo adres nie działał. Dziękuję Wam za cierpliwość, za troskę, wyrażoną także w mailach, które pisaliście na mój adres ze strony proarte.it.
Mimo, że na razie zawiesiłam pisanie, bo intensywnie pracuję nad wspomnianym już kiedyś projektem, postanowiłam osłodzić chwile rozłąki z Wami.

Zapraszam dzisiaj na figowe szaleństwo.

03-IMG_5122 W tym roku drzewa w parafialnym ogrodzie uginają się od owoców. 06-IMG_5127Lubię je na surowo, ale niestety, nie mogę ich jeść za dużo. Jest ktoś inny, komu nie przeszkadzają lekko zapalne właściwości świeżych fig. 05-IMG_5125

Pozamieniałam je w dżemy i nie tylko.
15-IMG_5145 

Surowych użyłam też do deseru, którym "poczęstuję" Was na koniec.
Dżemy (a właściwie to chyba konfitury?) robiłam małymi porcjami, żeby eksperymentować różne dodatki.
Zawsze był to cukier, ale dużo mniej, niż w przepisie. Zawsze był to sok z wyciśniętych cytryn, więcej niż w przepisie. I prawie zawsze była dorzucona skórka z cytryny.
14-IMG_5142 

17-IMG_5151 

Następnie "jak stryjenka sobie życzy":
- peperoncino
- mięta (dodana na ostatnie pięć minut, w gałązkach, które potem wyjęłam)
- plastry zamrożonych zimą czerwonych pomarańczy (zwycięzca w konkursie na najlepszy smak)
19-IMG_5217

Proporcje, mniej więcej:
800g fig
200g cukru
ok 90 g soku ze świeżo wyciśniętych cytryn.
45 minut gotowania w kawałkach, lekkie zmiksowanie, żeby część została wyczuwalna część owoców. Gorące do słoików, zamknięte ustawiam do góry nogami, przykrywam ręcznikiem i czekam, aż wystygną.

A potem siup! na philadeplphię, z listkiem cytrynowej bazylii. I śniadanie gotowe!

18-IMG_5175


Od Paoli dowiedziałam się o figach w brandy. Oj, to, to! Samej brandy nie lubię, ale w tym przepisie nie przeszkadza, wręcz odwrotnie. Jeden słoik nieufnie miał wybrzuszone wieczko, więc spróbowałam po krótszym, niż wskazano w przepisie, czasie oczekiwania. Pyszne, zachowują dużo ze smaku surowych, plus orzechy - zawsze i wszędzie mniam.
Figi muszą mieć obcięte ogonki.
09-IMG_5137

Przygotujcie:
1 kg fig (dojrzałych, ale niezbyt miękkich)
500g cukru (dałam ciut mniej)
sok i skórkę z jednej cytryny
brandy 100g
włoskich orzechów

10-IMG_5138 

  11-IMG_5139 

250 g gorącej wody Przekroić figi na połowy, nadziać orzechami i przekładać w słoikach warstwami, każdą skrapiając brandy, polewając wodą i dodając sok i skórkę z cytryny, zasypując cukrem.
  12-IMG_5140 13-IMG_5141 16-IMG_5149 

I na koniec, tylko na zdjęciu, bo całość zniknęła w żołądkach gości, sernik stracciatella w figowej i jeżynowej odsłonie. Przepis ze strony "Kwestia smaku".

01-IMG_5433 02-IMG_E5438

niedziela, 19 sierpnia 2018

MIASTO PEŁNE PRANIA

To akurat nic dziwnego, wszak pranie to ulubiona dyscyplina domowa włoskich gospodyń, ale w Catselnuvo di Berardenga rozpanoszyło się ono niezwykle.
To był 1 maja 2017 roku. Rzutem na taśmę zdążyliśmy przed zapowiadanymi ulewami, czego nie zapowiadało zwodnicze niebo. Pamiętam, że miałam tego dnia jeszcze kilka innych punktów na mapie, do dwóch miejsc zajrzeliśmy już w deszczu i niewiele zobaczyliśmy. Warto jednak wrócić do wycieczki, warto wrócić też na południe Chianti, by pomyszkować po okolicach Castelnuovo Berardenga.


Castelnuovo Berardenga

niedziela, 12 sierpnia 2018

POMNIEJSZE PROJEKTY

Pracuję intensywnie, nie daję się upałom, najwyżej w najgorętsze dni zmieniam trochę rytm i zaczynam malować od rana.
Żeby nie popaść w automatyzm, zachować świeże wejrzenie, przerywam czasami, a wtedy powstają pojedyncze projekty.
W drugiej parafii był pokój bez okna, więc je namalowałam.

Za to w Tobbianie uszykowaliśmy w końcu porządną altanę. Już jej nam nie zerwie deszcz z wiatrem (jak to było z żaglem w zeszłym roku). Szukałam pomysłu na lampy i w końcu namówiłam Krzysztofa do eksperymentu z odcinaniem dna w gąsiorach. Nie wyszło zbyt równo, bo fabrycznie produkowane gąsiory są odlewane w kliku częściach, więc napięcia w szkle są nieprzewidywalne.
Dorobiłam wiklinowe kołnierze, pryncypał zajął się resztą.





A gdy już jestem mocno zmęczona, to siadam i snuję wzory po widokach Toskanii.  Tych poniżej chyba jeszcze tu nie pokazywałam?
Anghiari

toskańskie drzwi
San Gimignano

Sant'Antimo

Zakończenie dużego projektu przewiduję na Boże Narodzenie, lecz kto wie, co mi potem do głowy wpadnie?