Emocje powoli opadają, ale radość ciągle wielka po kilku ostatnich dniach. Nie chcę wdawać się w szczegóły, zwłaszcza w te mocno negatywne, ale od pewnego czasu (jeszcze przed naszą przeprowadzką trzy lata temu) coś kulało z odpustem w Tobbianie. Nowy proboszcz nie mógł od razu zmienić stanu rzeczy, bo trudno wprowadzać zmiany, gdy się nie wie, co w ogóle tą zmianą może być, które opowieści są życzeniem parafian, które są prawdziwe, co faktycznie będzie dobre dla miejscowości. Tak się też złożyło, że i stowarzyszenie Pro Loco od kilku lat traciło impet i powoli odpuszczało działalność. A tu coś zawirowało, zmienił się proboszcz, osoby, które mocno mieszały wycofały się z mieszania, a do Pro Loco napłynęła świeża krew, głównie pod postacią działaczy lokalnej drużyny piłki nożnej. Przyznam się bez bicia, że podejrzewałam ich o przejęcie ugrupowania na rzecz sportu, bo jako Pro Loco mają osobowość prawną, a i pewna kłótnia z częścią starej ekipy tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.
Ależ się myliłam!
Odnowione Pro Loco ruszyło z działaniami na rzecz miejscowości, jak sama nazwa tego typu stowarzyszeń wskazuje.
I tak dochodzę do odpustu.
Ekipa zgłosiła się do Krzysztofa mówiąc, że chcą zasponsorować świąteczne oświetlenie Tobbiany oraz przygotować część profanum odpustu.
Nie spodziewajcie się jednego dnia obchodów Święta Matki Bożej Różańcowej.
Nawiasem: nigdy nie pojmę, dlaczego wtedy jest odpust, a nie w dniu patrona. Przecież nie powinnam się temu dziwić po latach w San Pantaleo, gdzie było dokładnie tak samo. Matka Boża rządzi!
Zaczęło się skromnie Mszą św. i Różańcem na cmentarzu.
W sobotę w kościele była tylko Msza, za to wieczorem zabawa na całego. Doskonałym pomysłem były proste zabawy dla dzieci i nie tylko, absolutnie do rozwinięcia.
Że nie wspomnę o pysznościach w postaci kanapki z prosiaczkiem, czy też ciepłych pączków.
Na straganach wystawili się hobbyści. Mnie bardzo cieszyło oblężenie kiermaszu naszej parafianki która robi różne ozdoby z tkanin, filców, itp.
W niedzielę - główne obchody - uroczysta Msza św. z procesją. W tym roku procesja była tak długa, że orkiestra z przodu miała problemy z usłyszeniem, kiedy ma grać, bo nie docierał dźwięk i nie wiadomo było, czy już się skończyły modlitwy.
A potem znowu profanum.
Ze strony parafii po raz drugi został zorganizowany konkurs na słodkości.
To jest absolutny hit. Ludzie przeżywają, szaleją, połączyli się w grupki, zaglądali do okna, by podejrzeć obrady sędziów.
Wygrało przepyszne ciasto, a właściwie rodzaj deseru na zimno, zwany po włosku semifreddo (pół zimne). Postaram się uzyskać od nich przepis.
Dodatkowo jedna parafianka dostała jeszcze nagrodę za najlepszy smak sernika.
Na koniec obrad, zrobiliśmy jury psikusa, i podstawiliśmy jako jeszcze jeden wypiek świece w postaci sera. Miny jurorów były bezcenne.
Proboszcz twierdził, że po 18 próbkach, gdyby nawet nadgryźli świece, to by się nie zorientowali, czy to jadalne. A świece były nagrodami dla dziewczynek biorących udział w konkursie.
Pro Loco zorganizowało loterię, w której można było wygrać salami całe prosciutto, albo komplet poduszek z kołdrą.
Nie myślcie, że to koniec.
Pozostałością po dawnych czasach, kiedy świętowano cały tydzień jest jeszcze poniedziałek, z Mszą i procesją, tym razem eucharystyczną.
Mniej ludzi, bo to dzień roboczy, ale nie zabrakło i uczestników i orkiestry. Są plany, by i ten dzień wzbogacić, na razie całość kończy się zajadaniem charakterystycznymi pulpetami mięsno-selerowymi, których panie przygotowały 400 sztuk!
Nie obyło się bez wyjadania słodkości pozostałych po konkursie.
Uwagi parafian, i nie tylko parafian, podczas święta i po nim, pokazują, jak ludziom bardzo brakowało takiej radosnej atmosfery, wspólnego przebywania, zabawy. Jedna starsza pani napisała, że poczuła się jak w czasach bycia nastolatką. Ludzie z innych parafii, którzy zajrzeli w tych dniach do Tobbiany, w wyraźny sposób zazdrościli nam wydarzenia. Wszyscy dziękowali sobie nawzajem, Proboszcz Pro Loco, Pro Loco proboszczowi. A reszta grzała się w cieple stworzonej atmosfery.
Cudem nad cudy była pogoda. tylko w poniedziałek, wiatr próbował pomieszać szyki, ale panie dzielnie przytrzymywały mężów, gdy szykowali się do lotu ze sztandarami.
Przygotowałam film, na którym możecie zobaczyć gry i posłuchać orkiestry, muzyków oraz fałszującego Pro Loco. Jest tutaj powiedzenie, że jeśli ktoś fałszuje, to następnego dnia będzie padało. I tak było! Poniedziałek rano przywitał nas deszczem.
Ajjjj!Zapomniałabym. Przecież pracownia artystyczna, którą prowadzę w Tobbianie, miała swoją wystawę. Pokazałyśmy 19 jedwabnych szali, ręcznie malowanych. Nauczyłam panie kopiować rysunki na tkaninę, posługiwać się specjalnym konturem, farbami i efektami specjalnymi. Oto wynik ich pracy:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracownia dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracownia dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 października 2019
sobota, 14 grudnia 2013
MYSZOPŁOCH
W końcu się odważyłam!
Ruszyłam z zajęciami dla dorosłych. Już nie jako spotkaniami towarzyskimi w mojej pracowni, lecz z odpłatnymi kursami w parafialnej świetlicy.
Jak to przed Świętami, było zapotrzebowanie na wianki i stroiki.
Przygotowałam materiały, jeden ze szkółkarzy podarował mi mnóstwo roślin. Najpierw zrobiłam kilka egzemplarzy poglądowych i ...
… zaczęła się zabawa!
Panie już na wejściu podmawiały się o następny kurs, Przeczuwałam to i już wstępnie pomyślałam nad częstotliwością. Na razie zaproponowałam im kursy raz na miesiąc. Muszę przemyśleć ofertę.
Przyszło pięć pań, każda z nich sama wykonała wieniec, albo stroik.
Bardzo lubię klimat babskiej pracowni, tę swobodną atmosferę, no, i uśmiechnięte buzie wychodzące po zajęciach. Tak było w Polsce, tak było i dzisiaj.
Tutaj nie miałam długo odwagi, by ruszyć z edukacyjną działalnością, głównie ze względu na mój poziom włoskiego, lecz teraz już tym się nie przejmuję. A wręcz na tym skorzystałam, szlifowałam swój włoski, bo nie miałam nikogo polskojęzycznego u boku, kogo mogłabym poprosić o tłumaczenie.
Poznałam kilka ciekawych zwrotów i określeń.
Jest też jedno polskie słowo, które sprawiło mi wiele radości, to właśnie tytułowy myszopłoch, a właściwie to myszopłoch kolczasty (inaczej ruszczyk), po włosku pungitopo (czyli kłujący myszy). Przyznacie, że polska nazwa tej rośliny jest cudna?
Co roku jedna z parafianek przynosi nam kilka jego gałązek, w końcu więc poszukałam przyczyny jej zachowania. Ze względu na właściwości, wręczenie myszopłocha ma oznaczać dobre życzenia.
Jest rośliną leczniczą, wzmacnia naczynka krwionośne, używa się go w przypadku krwawień, skurczów, hemoroidów, itp. Wspomaga walkę z ... cellulitem.
W dawnych czasach ruszczykiem wykładano miejsca będące potencjalną trasą myszy do spiżarni.
Inna włoska nazwa tej rośliny to "roślina wiedźma", ma odstraszać czarownice. Hmm! Ale chyba te z zewnątrz domu? Hi, hi, hi.
Zmartwiłam się tylko moją nieznajomością przepisów. Myszopłoch zebrany w lesie okazał się pod ochroną. Buu! Ponoć Włosi tak nagminnie go wycinali w okolicy Świąt, że postanowiono tego zakazać odgórnie.
Na przyszłość będę wiedziała, a w tym roku "popełniłam" ozdoby z tą rośliną.
Pocieszam się efektami pracy moich podopiecznych.
Ruszyłam z zajęciami dla dorosłych. Już nie jako spotkaniami towarzyskimi w mojej pracowni, lecz z odpłatnymi kursami w parafialnej świetlicy.
Jak to przed Świętami, było zapotrzebowanie na wianki i stroiki.
Przygotowałam materiały, jeden ze szkółkarzy podarował mi mnóstwo roślin. Najpierw zrobiłam kilka egzemplarzy poglądowych i ...
… zaczęła się zabawa!
Panie już na wejściu podmawiały się o następny kurs, Przeczuwałam to i już wstępnie pomyślałam nad częstotliwością. Na razie zaproponowałam im kursy raz na miesiąc. Muszę przemyśleć ofertę.
Przyszło pięć pań, każda z nich sama wykonała wieniec, albo stroik.
Bardzo lubię klimat babskiej pracowni, tę swobodną atmosferę, no, i uśmiechnięte buzie wychodzące po zajęciach. Tak było w Polsce, tak było i dzisiaj.
Tutaj nie miałam długo odwagi, by ruszyć z edukacyjną działalnością, głównie ze względu na mój poziom włoskiego, lecz teraz już tym się nie przejmuję. A wręcz na tym skorzystałam, szlifowałam swój włoski, bo nie miałam nikogo polskojęzycznego u boku, kogo mogłabym poprosić o tłumaczenie.
Poznałam kilka ciekawych zwrotów i określeń.
Jest też jedno polskie słowo, które sprawiło mi wiele radości, to właśnie tytułowy myszopłoch, a właściwie to myszopłoch kolczasty (inaczej ruszczyk), po włosku pungitopo (czyli kłujący myszy). Przyznacie, że polska nazwa tej rośliny jest cudna?
Co roku jedna z parafianek przynosi nam kilka jego gałązek, w końcu więc poszukałam przyczyny jej zachowania. Ze względu na właściwości, wręczenie myszopłocha ma oznaczać dobre życzenia.
Jest rośliną leczniczą, wzmacnia naczynka krwionośne, używa się go w przypadku krwawień, skurczów, hemoroidów, itp. Wspomaga walkę z ... cellulitem.
W dawnych czasach ruszczykiem wykładano miejsca będące potencjalną trasą myszy do spiżarni.
Inna włoska nazwa tej rośliny to "roślina wiedźma", ma odstraszać czarownice. Hmm! Ale chyba te z zewnątrz domu? Hi, hi, hi.
Zmartwiłam się tylko moją nieznajomością przepisów. Myszopłoch zebrany w lesie okazał się pod ochroną. Buu! Ponoć Włosi tak nagminnie go wycinali w okolicy Świąt, że postanowiono tego zakazać odgórnie.
Na przyszłość będę wiedziała, a w tym roku "popełniłam" ozdoby z tą rośliną.
Pocieszam się efektami pracy moich podopiecznych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































