... mus, motyw, muzeum, mostra, mistrz.
Po prostu, M jak Mitoraj.
Motywem przewodnim, a raczej motywacją, trzydniowego wyjazdu zaraz po warsztatach kaligrafii była wystawa (mostra) mistrza Mitoraja w Pompejach.
Motywem przewodnim, a raczej motywacją, trzydniowego wyjazdu zaraz po warsztatach kaligrafii była wystawa (mostra) mistrza Mitoraja w Pompejach.
Żadnego stałego czytelnika nie muszę przekonywać, że fascynuje mnie twórczość Mitoraja. Kiedy parę miesięcy temu przeczytałam informację o wystawie na terenie antycznych Pompejów, wiedziałam, że muszę się tam wybrać.
Dodatkowo miałam niedosyt samych Pompejów, bo byłam tam raz, po południu i nie zdążyłam obejść terenu wykopalisk.
Najtrudniejsze było znalezienie wolnego i odpowiedniego czasu. Pogoda budziła moje obawy, że będzie za gorąco, ale sama nie chciałam jechać, a Krzysztof mógł dopiero po zakończeniu lekcji katechizmu i związanych z nimi uroczystości Pierwszej Komunii i Bierzmowania. Padło na pierwszy możliwy termin, czyli koniec maja. Idealnie przydały się nietypowe warunki atmosferyczne. Upał nie był nam groźny, a i deszcz spadł tylko raz, gdy byliśmy pod zadaszeniem. Ale o tym niebawem.
Myślę, jak tu napisać, żeby nie narzekać za bardzo?
Najpierw wspomnę, że tydzień wcześniej uszkodziłam obiektyw i pojechałam z wypożyczonym kompaktem, obcy aparat - trudność sama w sobie.
Oczywiście, same dzieła mistrza absolutnie mnie nie rozczarowały. Gdzieżby źle miały wyglądać, zwłaszcza w kontekście prawdziwego, choć skaleczonego antyku? Wszak i one takie okaleczone, niedopowiedziane. Miejsce dla wystawy trafione w dziesiątkę.
Czasami tylko przykro mi się robiło, gdy spotykałam je za roboczą kratą.
Zniesmaczona obserwowałam niektóre zachowania ludzi robiących sobie zdjęcia na tle rzeźb, tu wspomnę delikatnie o pocieraniu penisa jednej z nich. Jarmarczna reakcja. Zastanawiałam się, czy wszyscy zwiedzający mieli świadomość obcowania z rzeźbą współczesną, a nie pozostałościami po wybuchu Wezuwiusza?
Zapamiętawszy Pompeje z pierwszego pobytu, miałam wielkie trudności ze zgodą na tłumy depczące (jako i ja) śladami mieszkańców zniszczonego miasta. Ewidentnie był to też dzień, gdy przywieziono ludzi z olbrzymiego wycieczkowca cumującego u brzegów Zatoki Neapolitańskiej.
Wyjątkowo trudno bylo mi zrozumieć, że przecież wszyscy chcą zobaczyć, że mają prawo do przebywania w Pompejach.
Ale jak to?
A moje intymne spotkanie z Mitorajem?
Zabrakło komfortu z Pizy, gdy sama chodziłam po salach muzealnych i cieszyłam się każdym detalem, nieprzesłoniętym przez nikogo (odsyłam do artykułu sprzed dwóch lat).
Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zadziałał filtr "tylko ja i rzeźby". Bywało, że tylko plecak i kapelusz wchodziły w kadr, a już coś mi zgrzytało.
Tylko ptaszyna, niczego nieświadoma, szukała schronienia w murze, albo właśnie na rzeźbie.
Rzeźby czasami też same się broniły przed ludzkim chaosem.
To ciekawe doświadczenie. Diametralnie różne, a rzeźbiarz ten sam.
To był najgorętszy dzień z trzydniowego wypadu, w zachwycie jakimś starałam się nie dostrzegać temperatury, za wszelką cenę szukałam "rozmowy" z tymi, dla których tam pojechałam.
Obok przepływały słowa w wielu językach, a ja się cieszyłam i byłam dumna, że mówię językiem autora rzeźb, które budziły powszechne, lecz bywa że i zbyt powszechne, zainteresowanie.
Teraz już przestaję zupełnie narzekać. Zapraszam Was do świata Igora Mitoraja. A że jest to świat trzech wymiarów (co najmniej), to i będą powtarzać się dzieła, lecz w różnych ujęciach.