czwartek, 11 sierpnia 2016

TOSKAŃSKIE KORALIKI

Niedawno Krzysztof miał poniekąd służbowy wyjazd na południe Toskanii. Nie pozwoliłam, by marnowało się puste miejsce pasażera. Przecież można wyjechać wcześniej, a i w drodze powrotnej z lekka zjechać trasy, by nanizać na toskański sznurek następne koraliki.
Ileż to razy jadąc z autostrady w kierunku La Foce (jednego z najsłynniejszych cyprysowych zygazków) przejeżdżałam przez Chianciano Terme? W samym miasteczku też się zatrzymywałam, ale u franciszkanów, gdy jeszcze rezydował tam mój licealny kolega.
Chianciano Terme jest miastem na wskroś uzdrowiskowym, dla mnie nic interesującego, no - chyba, żeby pójść do uzdrowiska i oddać się przyjemnym terapiom.
Nic z tego!
Ciągnęła mnie stara część, zwana po prostu Chianciano.
Osadzona na wyraźnym wzgórzu nie jest może porywającym historycznie i architektonicznie miejscem, ale w końcu zaspokoiłam ciekawość. Stare miasto jest klasycznym przykładem niedbałości konserwatorskiej. Co pewien czas pojawiają się straszliwe aluminiowe okna i drzwi, z lat bodajże 70, no, i okrutne szare tynki. Dziwne rozwiązania tymczasowe złośliwie trwają długo, szpecąc miasteczko, które stara się żyć własnym rytmem, tak, jakby nie chciało zauważyć, że pobliskie uzdrowiska już dawno wyssały z niego wszystkie soki. A może jest zupełnie odwrotnie? Ludzie z Chianciano zupełnie nic sobie nie robią z kurortu, z turystów. Po prostu żyją.
Jak zwykle, trudno będzie mi udowodnić szpetne rozwiązania, bo oko naturalnie nastawiało się na to, co malarskie, uwodzące, co przetrwało bylejakość.






































Na drogę powrotną, a raczej na zjazd z niej wymyśliłam jeszcze nigdy nie odwiedzony teren Murlo. Czas dotarcia do niego wydłużył się z powodu ciągłych okrzyków: zwolnij! Zatrzymaj się! Cofnij, proszę, o dwa metry! O, tam będzie chyba najlepszy widok!
Wstrętne krzaki, znowu mi zasłoniły!





Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że wszelkie okrzyki były jak najbardziej uzasadnione?














No więc ... Murlo.
Jechaliśmy od południa, dlatego z głównej trasy, wiodącej do Sieny, zjechaliśmy w Buonconvento. Zaczęliśmy od winowajcy, czyli osady, która zadecydowała o nadaniu nazwy gminie, chociaż siedzibą gminy nie jest. W ogóle jest siedzibą niewielkiej liczby osób, bo to maluśka miejscowość, koralik, nad koraliki, chyba najpiękniej świecący wśród tych nanizanych tego dnia.
To kamienne domki, zrośnięte ze sobą, pusty plac z zabudowaną studnią, z której wodę wydobywa się dziwnym uchwytem poruszanym niemal w poziomie. Jedna restauracja, nieczynny kościół, stary pałac biskupi, obecnie siedziba muzeum etruskiego.























Muzeom powiedzieliśmy stanowcze nie.
W Murlo widać wszędzie, że było prężnie funkcjonującą siedzibą kościelnego władcy feudalnego. Można było w nim sprawować wszelkie funkcje i wykonywać zalecenia władzy. Musieli mieć nawet więzienie, bo uroczy plac ma mało uroczą nazwę Więziennego.


Mogłabym spędzić w Murlo wiele czasu, przyglądać się każdemu okienku, roślinom, cegłom.
Zaraz, zaraz. Nie wszystkie cegły takie proste.

Murlo szczyci się tym, że kiedyś był tu silny etruski ośrodek. Śladem po nich jest nie tylko muzeum, ale i pobliskie odkrywki archeologiczne.
Nie, nie.
Nadal nie tym razem.
To był bardzo burzowy dzień, ale nam się udało, że nawałnice ominęły Murlo, przysyłając tylko wiatr, który łopotał wielkimi portretami współczesnych mieszkańców. Rzeczywiście - mają w sobie coś z Etrusków. Łopot wielkich banerów zamieniał się w szept dawnych włodarzy tej ziemi. Opowiadali o swoim codziennym życiu, cichutko udowadniali, że nic nowego nie wymyśliliśmy. I oni się śmiali, byli smutni, zezłoszczeni, zapracowani...

Ze wzgórza widać pobliskie Vescovado di Murlo. Najpierw myślałam, zwiedziona nazwą (vescovo = biskup), że to była główna siedziba średniowiecznego biskupa. Nie trzeba jednak znać lokalnej historii, by zobaczyć, że stare Vescovado jest trudne do wyłuszczenia spośród współczesnych budynków.


Nie trafiliśmy na żadne ośrodki władzy sprzed wieków.

Ostatnim koralikiem tego dnia było Casciano di Murlo, znowu niewielkie, przytulne, z dwoma placami.






Jest gdzie zjeść zaskakująco dobre lody. Tuż, za kościołem, który mnie tam przyciągnął. Pieve di SS. Giusto e Clemente ma prostą romańską bryłę i także mało skomplikowany wystrój.








Budynek jest niezwykle atrakcyjnie położony. Z kameralnej przestrzeni, z lekka uduchowiony, wychodzi sobie człowiek na zewnątrz, a tam dal, wzgórza. Tylko dziwna tablica pamiątkowa psuje sielankowy nastrój.

Dziwna, bo dlaczego w tym miejscu? Upamiętnia śmierć dwóch mężczyzn, ale ufundowała ją nie rodzina, lecz gmina. Może byli w jakiś sposób zasłużeni? Trudno wyczytać to z kamienia. A że czasy odległe, to trudno rozwiązać zagadkę. Z tego, co znalazłam, śmierć "wyrwała z życia" (strappati dalla vita) młodych ludzi w wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas polowania.
I tak zwykłe nawlekanie koralików na chwilę staje się zadumą. Nie da rady uciec od trudnych spraw, nie omijają Toskanii.

Póki więc mogę chłonąć dane mi w nadmiarze piękno, póty będę starała się Wam o nim opowiadać. To czysta radość dzielić się Toskanią, nawet gdy niektóre jej koraliki mocno wyszczerbione, zaniedbane, ale są.






poniedziałek, 8 sierpnia 2016

POTRÓJNE MARZENIE - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Czy mówiłam Wam, że dla czerwonej Vespy 
byłabym w stanie pokonać lęk przed jazdą na motorach i skuterach? 
Założyłabym nawet kask, ja, która nie lubię nakryć głowy.


czwartek, 4 sierpnia 2016

DROGI PRZYJACIELU

W lipcu zakończyła się wystawa szczególna dla miłośników archiwaliów, sztuki i kaligrafii.
We florenckim Palazzo Medici Ricardi zaprezentowano bogaty zbiór listów pochodzący z Archiwum Vasariego, które ulokowane jest w rodzinnym mieście artysty - w Arezzo.

Korespondencję podzielono na sekcje. Pierwsza mówiła wiele o samym Vasarim, o szeroko rozumianej spuściznie po nim. W pismach są nie tylko informacje spadkowe, ale i dbałość o własny wizerunek. Swoista autopromocja celebrycka. Vasari szykuje się do uwiecznienia swojej osoby, do zdobycia wiecznej chwały, tej ziemskiej chwały. 

Drugi rozdział udowadniał nam, że Vasari był bardzo poważaną osobistością. Wśród nadawców odkryto wiele sław tamtych czasów, z Cosimo I de' Medici na czele. 

Osobną grupę listów tworzą te, które mówią o narodzinach historii sztuki pod postacią "Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i archtektów".  Pierwsze wydanie ukazuje się w 1550 roku. Jeszcze za życia Vasariego, wychodzi druga, rozszerzona wersja, wzbogacona o graficzne wizerunki artystów. Kulminacyjnym życiorysem jest w "Żywotach" biografia Michała Anioła, absolutnie hołubionego przez autora. 

To właśnie postać geniusza jest bohaterem ostatniej sekcji wystawy.
Od razu poruszyły mnie litery.
Tak jak listy z poprzednich działów, śmiem podejrzewać,  pisali kanceliści, tak w ostatniej sekcji widać bardzo indywidualny charakter. Może dlatego, że Michał Anioł uczył się pisać, nim powstało pismo znane nam dzisiaj jako italika?
W tych pierwszych działach widać czasami poprawki naniesione na wyćwiczone przez jakiegoś skrybę pismo. Czaami pojawiają się ozdobniki. 

Ciekawe, czy Vasari umiał pisać italiką, zwaną tutaj cancellaresca (od kancelarii)?
Czy sam tak pięknie wykaligrafował swoje słowa? Widać, że wielcy posługiwali się skrybami.



Pochylam się z czułością nad znakami pisanymi ręką mistrza, starego, bliskiego już końca.  Czasami litery pochylają się, wyrywają z rytmu, drżą, a jednak linie wersów są dość proste. 

Ja chyba bardziej od liter drżę, z przejęcia nad materialnymi śladami po geniuszu sprzed wieków. 
Ostatnie lata życia artysty są latami chwały i rozpaczy Buonarottiego. Czasem, gdy rodzi się jego bratanek, gdy poczas prac przy Bazylice św. Piotra ginie jego wierny współpracownik. Czasem zmierzenia się z własnymi błędami popełnionymi na budowie. Ciągle jeszcze marzy, ciągle galopuje mu wyobraźnia, ale jest też rozgoryczony, trudno mu pogodzić się z tym, że nie może wrócić do Florencji. 

Mogłam na własne oczy przekonać się, że relacje między Vasarim a Michałem Aniołem, pod koniec życia tego drugiego stały się bardzo bliskie, wręcz familiarne.
Parę razy powtarza się zwrot: Mesjer Giorgio, amico caro... (Panie Jerzy, drogi przyjacielu...).

Po prostu wzruszające! 
Wyobrażacie sobie dostać od kogoś tak zaczynający się list? Od kogoś, kogo bardzo, ale to bardzo cenicie? Ależ Vasari musiał być dumny. 

Cenię bardzo Włochów za ich kunszt wystawienniczy. Wydawać by się mogło, że niewiele "atrakcji" da się wycisnąć z zapisanych drobnym maczkiem kart.
A jednak!
Z prostego rzutu architektonicznego stworzono przestrzenną wizualizację.

Wystawa nie kończyła się listami. 
Po jej zwiedzeniu można było obejrzeć filmy. Przyznam, że w miarę dobrze działa mi własna mózgowa wizualizacja, ale jest ona niczym przy świetnej rekonstrukcji tego, co wyburzono, by wybudować Uffizi. 

Z kolei, oko przyzwyczajone do surowej fasady kościoła San Lorenzo, ze zdumieniem patrzy na jej wyobrażenie, według projektów Michała Anioła. 

Wystawa idealna w proporcjach, nie za duża, nie za mała. Do ogarnięcia kulawą pamięcią.

Jeszcze na chwilę zawrócę Was do listów Michała Anioła, bo pokazują pięknego starca. Wśród zapisanych kartek są autografy trzech sonetów Michała Anioła. 


Jeden z nich może być wręcz testamentem duchowym artysty i powinien pojawić się tu na końcu:


Na schyłku dni mych, przez burzliwe morze
Zawijam w kruchej łodzi do ostoi
Wspólnej, gdzie każdy z pielgrzymki tu swojej
Sprośnej lub dobrej, zda liczbę w pokorze.
Rwany uroczej fantazyi rozpędem,
Bożyszczu sztuki paliłem ofiary,
Tuczyłem ducha błędami bez miary:
Bo czyż miłości ziemskie nie są błędem?
Sny wyobraźni! łudzić wam nie długo!
Oto podwójna śmierć ku mnie się zbliża:
Jednej jam pewny, truchleję przed drugą...
Pędzel, ni dłuto, duszy nieukoi;
Jedyne wsparcie Boże w łasce Twojej,
W ramionach wyciągniętych do mnie z krzyża. 

tłum. Lucjan Siemieński

Wasz Michał Anioł Buonarotti, Rzym