środa, 19 czerwca 2019

DON MASSIMO

Pierwsze zamówienie na portret było niesamowitym wyzwaniem. Właścicielka pizzerii poprosiła mnie o namalowanie swojego wujka (a właściwie to brata dziadka), który był księdzem w Monachino, maluśkiej osadzie w głębokich lasach, na północ od Tobbiany.
Nie jestem wytrawnym portrecistą, za mało jeszcze mam doświadczenia w tej materii, ale zgodziłam się, bo lubię pokonywać trudności, rozwiązywać problemy. A tych było tu dużo, między innymi małe stare zdjęcie, czarno-białe i brak wiedzy o człowieku.
Wiedziałam, że jest ktoś, do kogo mogę się zwrócić o informacje. W Tobbianie mamy wspaniałego historyka, który wydał już parę książek na temat terytorium, a nawet jedną powieść historyczną (doskonale się ją czyta). Trafiłam idealnie - Andrea podarował mi kopię starego artykułu wspominkowego o tym księdzu.
Don Massimo Giandonati żył na przełomie XIX i XX wieku. W 1899 roku został księdzem i wysłano go w roli "ekonoma duchowego" (nie znam polskiego tłumaczenia tej funkcji) do Monachino, osady liczącej około 100 mieszkańców. Wyznaczona mu rola oznaczała bardzo skromną pensję z diecezji. Nie mógł liczyć na pomoc ubogich parafian, więc sam szukał sposobu na znalezienie pożywienia, uprawiał ogród, łowił ryby, zbierał grzyby, polował, liczył na skarby natury, których było w bród w górskich lasach. W październiku odprawiał msze jeszcze przed świtem, na co bardzo narzekano. Usprawiedliwiał się, że jest tyle do zrobienia z jadalnymi kasztanami, będącymi wtedy głównym źródłem mąki. Żył w biedzie, sutannę zakładał tylko na uroczystości, bo utrudniała zdobywanie pożywienia, ale nigdy nie zdejmował koloratki.
Piszący wspomnienia zatytułował artykuł "Ksiądz z gór, dobry i biedny".
Don Massimo uczył mieszkańców pisać i czytać, póki gmina w 1920 roku nie wysłała tam nauczyciela.
Gdy dziecko spowiadało się, że ukradło śliwki z plebanijnego ogrodu, ze smutkiem mówił: "to wiedziałem, mogłeś poprosić".
Zimą ludzie chodzili do księdza pograć w karty przy rozpalonym kominku. Pił dosyć dużo wina, ale umiał zawsze zatrzymać się przed północą, wiedząc, że następnego dnia musi wcześnie wstać.
Zamawiająca na widok portretu zaczęła snuć jeszcze inne opowieści (artykułu nie znała). Powiedziała mi, że jej ojciec, jako mały chłopczyk, chodził z Don Massimo na połowy, z których zapamiętał, że zawsze łowili tylko tyle, ile potrzeba na posiłek.
W tym sielskim obrazie jest szrama, niczym blizna na jego oku, którą wykryłam dokładnie obserwując zdjęcie. Parafianin zapamiętał, że ksiądz zmarł na raka żołądka. Nawet, gdy już czuł się bardzo źle, nie chciał, by go przewieziono do rodzinnego domu w Tobbianie. Zgodził się, bo mu obiecano, że będzie operowany.
A ja dowiedziałam się, że ponoć Don Massimo poszedł gdzieś do kogoś na obiad, gdzie suto mu polewano, a potem wracał sam do domu i podczas drogi został pobity. Tata zamawiającej powiedział jej jedynie, że wiedziano, która to rodzina zrobiła, lecz nie wyjawił nigdy, dlaczego. Ponoć to pobicie było faktyczną przyczyną śmierci księdza.
Zastanawia mnie też fakt, dlaczego ówczesny proboszcz Tobbiany nie powiedział homilii podczas Mszy pogrzebowej. Niby taki nic nieznaczący fakt, ale zastanawia, że powierzono to innemu księdzu.
Moja klientka opowiadała o wujku ze wzruszeniem, siedziałyśmy w kuchni, nad którą jest położony pokój, w którym, w listopadzie 1939 roku, w wieku 70 lat, zmarł Don Massimo Giandonati. Pochowano go na tutejszym cmentarzu.
Skąpe informacje, fakt, że nie znałam Don Massimo osobiście, były dla mnie dużym utrudnieniem. Postanowiłam namalować bardzo spokojny, niemal klasyczny portret, dodając jedynie zarys kościółka w Monacchino; całe tło wypełniłam paprociami. Naszukałam się zdjęć pokazujących, jaki to rodzaj koszuli, czy sutanny mógł mieć na sobie, gdy mu zrobiono fotograficzny portret. Prawdopodobnie była to sutanna bez guzików, prawdopodobnie zakładana przez głowę.
Spędziłam z Don Massimo wiele godzin, zmagałam się z niewiedzą, usiłowałam odczytać każdy cień na twarzy, domyślić się, jak głęboko zapadały mu się oczy, jakiego były koloru, czy jaśniejsza plama na włosach oznaczała skórę, czy pierwszą siwiznę. Teraz pokornie zostawiam Was  z tym, co uzyskałam.






14 komentarzy:

  1. Piękny portret. Patrzy gdzieś daleko, w przeszłość lub przyszłość...Chciałoby się z nim porozmawiać albo może raczej wspólnie pomilczeć?

    OdpowiedzUsuń
  2. Piekny portret,ciekawszy od zdjecia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to samo orzekła zamawiająca, więc cieszę się, że udało mi się tchnąć coś od siebie na płótno.

      Usuń
  3. Wspanialy portret, wspaniala historia jego powstania!
    czeko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to jest właśnie niezwykła strona malowania portretów ze zdjęć - obcowanie z ludźmi, których przy nas nie ma.

      Usuń
  4. Bardzo ładny portret :) Muszę się zgodzić z moim przedmówcą/przedmówczynią - zdecydowanie ciekawiej wypada od zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Malgosiu, idealny portret. Kropka w kropke! Jaki wielki rozwoj w Twojej tworczosci,podziwiam i kocham Twoja tworczosc:)
    Malgosia Neuss

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutne i piękne jednocześnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, takie trudne, pełne mozołu życie, ale też pełne treści.

      Usuń
  7. A oczy są jednocześnie usppkojone i pełne żalu. Bardzo przyciągają wzrok.

    OdpowiedzUsuń
  8. Malgosiu, nadrabiam zaleglosciw czytaniu Twojego bloga, a tu znowu piekna niespodzianka! Portret jak "zywy,",to glebokie, melancholijne spojrzenie….!

    OdpowiedzUsuń