poniedziałek, 7 września 2015

NOS PINOKIA

To miał być krótki spacer, wypad pod Pescię, około pół godziny od domu.
Zobaczyłam ogłoszenie pod szumnym hasłem "Flower show di fine estate". Ten zestaw angielskiego z włoskim, jak nic - magnes na turystów, więc domyślałam się, że wielkiego "halo" to nie będzie. Pokaz pokazem, ale dotąd byłam raz w Ogrodzie Garzoni i chciałam zobaczyć go po 7 latach, kiedy to widziałam tylko część założenia.
Faktycznie, pokaz kwiatów wcale nie oznaczał pokazu, tylko po prostu wystrój ogrodu u schyłku lata.

Ale czyż to nie przyjemnie chodzić po takim ogrodzie, nie bacząc na żaden flower show?
Gdy byłam w nim kilka lat temu, trafiłam na okazję darmowego wejścia, ale wiązało się to z ograniczeniami. Nie można było zobaczyć górnych partii ogrodu, ani pawilonu z motylami.
Myślałam, że tym razem nic nie zobaczymy, bo przez szpary w ogrodzeniu widać było uwijające się wśród stołów osoby, szykowały weselne przyjęcie.
Na szczęście, nie odpuściłam, poszłam zapytać się w kasie, gdzie miła pani powiedziała mi, że weselnicy nadciągną po zamknięciu ogrodu.
Hulaj dusza!
Giardino Garzoni nie jest może w całości tak zadbane, jak inne ogrody przy willach, ale...
Najpierw jest część bardziej formalna, z dwoma stawami, równo przyciętymi żywopłotami, kwietnymi kompozycjami, z rzeźbami.



Im wyżej, tym robi się mniej zobowiązująco. Tunele z drzew ułożone są dosyć symetrycznie i prostopadle względem kaskady stanowiącej oś górnej części.

W jednym z nich odkryłam klatkę z kózkami. Ależ z nich pieszczochy :)

Gdzieś na samej górze można odbić w odnogę prowadzącą do willi.
Willa?
A tak, zapomniałam napisać. Przecież ogród nie mógł powstać w oderwaniu od jakiegoś budynku, w tym przypadku opuszczonego, z bramami pozamykanymi na kłódkę. Rok temu wystawiono willę (zwaną Willą Pinokia) na sprzedaż, ale nie znalazłam żadnej informacji o nowym właścicielu. Może jeszcze się nie znalazł? "Wystarczy" wyłożyć 19 mln. euro :)
Wróćmy do odnogi. Zapewne kiedyś to ona prowadziła do ogrodów, by nie schodzić zupełnie na dół, do rerezentacyjnej bramy. Świadczy o tym mur z niszami, w których dotąd stoją rzeźby.
Wszystkie te zacienione zakamarki, ścieżki, przejścia, czy labirynt, wyzwoliły we mnie chęć zabawy w chowanego, albo, jeszcze lepiej, podchody.

Kochałam takie rozgrywki, są dla mnie jednym z symboli szczęśliwego dzieciństwa, gdy bezpiecznie, całą ferajną dzieciaków, mogliśmy eskplorować okolice.
Te dziecięce sentymenty jeszcze bardziej wzmocniły mi się w pawilonie z motylami. Myślałam, że będzie ich więcej, ale i tak wejście pomiędzy bezgłośnie fruwające kolorowe owady silnie przywróciło marzenia o tajemniczym ogrodzie.

Przyznam, że skrzeczące papużki, trochę mi zakłócały atmosferę niesamowitości.

Za to niewykłe były inne ptaszki, które pierwszy raz w życiu widziałam i zaaferowania ich zachowaniem, dźwiękami, które wydawały, zapomniałam poszukać informacji, co to za zwierzęta.

Potem wyczytałam tylko, że ich obecność w naturalny sposób zabezpiecza motyle i larwy, gdyż zjadają wrógów, typu pająki.
Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do pawilonu, a tu do Was podlatuje duży, rozłożysty na kilkanaście centymetrów niebieski motyl. Nie wolno ich dotykać. Zamiast siatki na motyle uruchomiłam aparat i w amoku niemal usiłowałam sfotografować fruwające piękności. Strasznie trudne zadanie. Powinny wolniej latać a nie tak mi szybko przed obiektywem przemykać. Dlatego mam na zdjęciach tylko te, które karmiły się cukrem z wyłożonych owoców.
Na koniec pobytu w ogrodzie zatrzymaliśmy się przy stawie z czarnymi łabędziami i żarłocznymi karpiami. Nie, nie - nie karmiliśmy ich, ale świadczą o tym te otwarte pyszczki wystające z wody, gdy tylko widziały rękę ...
Nie mogłam oderwać wzroku, a raczej obiektywu, od dziewczynki w czerwonej opasce - idealnie zgrała się z łabędziami.

Ominęłam szerokim łukiem weselne stoły, by teraz do nich powrócić. Sceneria niesamowita na przyjęcie. Jakież więc było nasze rozczarowanie, gdy po wyjściu z motylego pawilonu zobaczyliśmy tandetnie wygladające balony. No cóż, kwestia gustu.
Gdybyśmy się dobrze zakręcili, to załapalibyśmy się na powitalny stół z przystawkami, goście weselni nadciągnęli jeszcze przed zamknięciem ogrodu, więc wymieszali się ze zwiedzającymi.
Od tego zaczynają się tutejsze przyjęcia. Ludzie nie siadają od razu do stołu, tylko przy aperitivo i podgryzajkach czekają na przyjazd Młodej Pary.


Niby namówiłam Krzysztofa tylko na wyjazd do Ogrodu Garzoni, ale "skoro już tu jesteśmy ...".
Tylko z daleka, gdy się dojeżdża do Collodi, widać nad willą stare zabudowania. Dobrego zdjęcia nie mam, bo za późno się zorientowałam, by je zrobić.

Jakoś to wcześniej umknęło mojej uwadze, gdy tu przyjeżdżałam. Tym razem nie darowałam.
Najpierw jednak o Collodi.
Zapewne wiele osób o tym wie, ale mieszkała tu mama twórcy "Pinokia".
Córka chłopa zaopatrującego willę Garzoni, sama też pracowała dla hrabiostwa, niestety, nie wiem, w jakim charakterze. Pisarz z sentymentu przybrał nazwę miasteczka na swój pseudonim literacki.

Jedziemy za willę, ale droga ewidetnie się oddala i nie wspina ku górze.
Przypomniałam sobie drogowskaz jeszcze przed Giardino Garzoni i przed kościołem św. Bartłomieja.

Wróciliśmy do tego miejsca, przejechawszy koło strasznie wielkiej i strasznie nieładnej figury Pinokia.

Faktycznie, należy skręcić w prawo i jechać, jechać gajami oliwnymi, przegapić skręt na parking w połowie Castello i dojechać aż na sam szczyt miasteczka, o czym nie mieliśmy pojęcia.

Dopiero schodząc w dół, zorientowaliśmy się, że zaczęliśmy od najwyższego punktu Castello di Collodi.
Tym razem nazwa "castello" słusznie wskazuje na związki z zamkiem, chociaż w Toskanii wcale tak być nie musi. Tym słowem określa się też zwartą zabudowę małego miasteczka, przywodzącą na myśl dawne podzamcza.
W Collodi ślady po zabudowaniach obronnych są na górnym końcu osady.
A potem powolutku w dół, w dół, w dół.
Castello wydłużało się niczym nos Pinokia, chociaż czas mi się nie dłużył.














Chwila moment, i ja mam potem wspinać się z powrotem? Padnę!
Krzysztof wrócił po auto, a ja zeszłam na sam dół.
Castello di Collodi opiera się o opuszczoną Villa Garzoni, koło której można przejść pieszo.










Na koniec minęłam uliczkę z kolorowymi domami i wylądowałam przy punkcie informacji turystycznej, koło którego stoi pinokiowe drzewo, czyli instalacja złożona z rzeźb uczniów szkoły ceramicznej.



Na wyciągnięcie ręki miałam "kawałek raju" (un pezzo di paradiso):


sobota, 5 września 2015

UDANA OPERACJA

Pamiętacie wpis "Zajrzeć Katedrze w oko"?
Rzutem na taśmę udało mi się obejrzeć z bliska odnowiony witraż, wystawiony we florenckim Baptysterium.
Jestem porażona jego wielkością. Widziałam przygotowane do odnawiania fragmenty dzieła, widziałam kartony wspomagające ułożenie ich na nowo, ale dopiero całość o średnicy ponad 6 metrów daje pojęcie o ogromie projektu Ghibertiego.

Specjalnie zrobiłam zdjęcia z ludźmi, by pokazać Wam skalę.



Czapki z głów za odnowienie, za przywrócenie barw. Co za uczta!







Jedynie ta twarz Głównej Bohaterki taka dziwna, mocno osadzona w sztuce bizantyjskiej. Powiedzmy sobie szczerze, że piękna to ona nie jest.

Zastanawiające!
Za to szata - wręcz przeciwnie - zdobna, doskonale namalowana, mięsista, aż czuć jej ciężar i elegancję.

Witraż przedstawia Wniebowzięcie i Ukoronowanie NMP. W wielkiej aureoli, otoczona przez anioły wznosi się ku Synowi, który już czeka z koroną.

We fryzie okalającym kompozycję widzimy 12 apostołów i 2 proroków. Niektórzy są rozpoznawalni dzięki atrybutom, np. św. Piotr dzięki kluczom, św. Paweł - mieczowi, św. Bartłomiej - nożowi.





Jeszcze tylko do 8 września można obejrzeć rozetę, potem powędruje 40 metrów wyżej.


piątek, 4 września 2015

NADMORSKA WYPRAWA

Zapewne już zauważyliście, że częstym bywalcem plaż to ja nie jestem.
Tym razem morze, a nwet jego plaże były lejtmotywem wycieczki. Co nie znaczy, że chociaż na chwilę przysiadłam na gorącym piasku.
Pierwszym punktem były słynne "Białe plaże" (Spiagge bianche).
Z ledwością upakowaliśmy się na parkingu. Pani wpuszczająca nie chciała wierzyć, że wrócimy szybko i usiłowała sprzedać nam całodniowy bilet.
Potem szliśmy długo pomiędzy zaroślami, drogą, wzdłuż której rozłożyli się czarnoskórzy sprzedawcy, ich liczba wzrastała wraz ze zbliżaniem się do morza.

Wśród plażowiczów dominował język niemiecki i włoski. Faktycznie, plaże niczym w tropikach, oszałamiający kolor wody, z białym, bieluśkim piaskiem, jasnym, niczym w Białogórze, blisko przylądka Rozewie, do której jeździłam kiedyś każdego roku. 

I tu się kończą zachwyty. Tłumy ludzi rozumiem, ale ...


Wystarczy odwrócić się od morza i poszukać przyczyny tego nienaturalnego zjawiska - zakładów chemicznych Rosignano Solvay.


Lata zrzucania do wody rtęci i innych mniej groźnych substancji utworzyły miejsce, do którego ciągną tłumy. Ponoć w wodzie można się kąpać, ale moje "umiłowanie" ryzyka kończy się na zanurzeniu stóp. Woda przy samym brzegu jest mleczna, niczym zawiesina, nawet gdybym miała na sobie strój kąpielowy, nie pływałabym tutaj.
Woda tego dnia nie była wielce wzburzona, więc zastanawiam się, czy czerwona flaga wisi tam zawsze, czy też nawet niewielkie fale oznaczają, że jest już bardzo niebezpiecznie? Jeśli w ogóle jest tam flaga, to istotny komunikat. Ponoć spiagge bianche mają atest na kąpiele. Ciekawa jestem, czy badający poziom zanieczyszczenia tej wody, sami się w niej chętnie kąpią?
Odjeżdżamy trochę od morza, ale niezbyt daleko. Nie tracimy jego z pola widzenia, pojawia się czasami na horyzoncie.
Kierunek Bibbona, jej część położona na wzgórzu.
Miasteczko zawładnęło mną doszczętnie.
Mogłabym po nim snuć się godzinami, zaglądać w każdy zakamarek.

Z radością odkrywać rzeźby.
Prawdopodobnie ich obecność jest wynikiem sympozjum o rzeźbie, które odbyło się w Bibbonie na początku sierpnia. Jeśli każde sympozjum będzie zostawiało po sobie takie owoce, to radziłabym przenosić je do różnych miasteczek Toskanii.
Niektóre aż korcą, by z nimi "porozmawiać".

Prawie wszystkie kobiety nagie, więc ta ustawiona pod kościołem przysłoniła się cieniem.
Zajrzeliśmy, oczywiście, do środka budynku. Skromny, o korzeniach romańskich, z bardzo zadziwiająco dobudowaną po skosie nawą. Wyobrażam sobie, ile musieli się natrudzić budowniczowie, by chociaż tak poszerzyć świątynię, która zyskała wtedy prawo do chrztów, musieli gdzieś ulokować chrzcielnicę.

Na plac przed kościołem najlepiej spoglądać ze schodów, chociaż ... czy ja wiem? Z każdego punktu cieszy oczy biały ornament w kostce brukowej.

Nie zobaczyliśmy wszystkiego w Bibbonie, chociażby wielce ciekawego kościoła u stóp miejscowości.
Nie mogłam jednak odpuścić staremu wiatrakowi.
Trochę się go naszukałam, na mapie. Jechałam już zaopatrzona w koordynaty geograficzne, w wiedzę, że jest położony tuż za Bibboną, że nazywają go wieżą, albo młynem.
Pokazałam już jedno zdjęcie, ale nie mogę się opanować, by nie pokazać Wam, jak wyglądał  fotografowany z różnych stron, pod różnym kątem.

Z Bibbony ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża, do Populonii.
Im bliżej byliśmy celu, tym częściej widzieliśmy morze, jechaliśmy drogą równoległą do brzegu. Na pewien czas szlak odbija od wody, by po zakręceniu na cypel ukazać Zatokę Baratti.

Trochę mnie kusiło, by zatrzymać się i pospacerować w kierunku jachtowego portu, wygrała jednak wizja krenelaży wieńczących zamek na szczycie wzgórza.
Skoncentrowaliśmy się na średniowiecznych pozostałościach. Przyznam, że ciągnęły mnie też wykopaliska archeologiczne, bo wszak Populonia była jednym z dwunastu miejscowości etruskich tworzących rodzaj ligi autonomicznych miast.
To, co przetrwało do naszych czasów jest niewielką osadą z dwiema równoległymi ulicami połączonymi krótkimi przejściami. Jedna z tych ulic nawet nie doczekała się utwardzenia, wysypano ją białym żwirem. Światło, jasne tynki kładzione dość swobodnie, czasami jakieś zaokrąglenia na kantach, wszystko przywodzi na myśl raczej południowe Włochy, gdzieś tam nawet wybrzmiewa mi echo Grecji. Inna Toskania.



Jednak i tutaj odczuwa się specyficzny współczesny klimat nadmorskich osad - butiki z odzieżą dla wyluzowanych plażowiczów, knajpki, galeria, przez której wszystkie obrazy przelewa się kolor pobliskiej wody.

Główną atrakcją miasteczka jest zamek, niewielka fortyfikacja najeżona blankami.
Gdy weszłam na najwyższy jej punkt, nabrałam powietrza i zaczęłam marzyć o byciu odkrywcą. Już czułam łopot żagli, które niosłyby mnie do przesłoniętych mgiełką wysp. Która to Portoferario? Czy tam, najdalej, to już Korsyka? Zdają się takie bliskie, już, natychmiast, chciałabym się tam przenieść.

Jeśli chcę zdążyć na zachód słońca do konkretnego punktu, muszę zredukować plan wycieczki.

Zajeżdżamy jeszcze do Castagneto Carducci. Ludzie już oderwali się od plaży, więc uliczki miasteczka tętnią życiem, nie to, co wyciszona Bibbona.

Trafiamy na kobietę w kwietnym kapelusiku. Zastanawiam się, czy to jakaś szalona mieszkanka Castagneto. Odpowiedź przyjdzie w drodze powrotnej ze szczytu wzgórza, na którym stoi wyglądający z zewnątrz mocno zamkowo kościół.

Pani w motylim kapelusiku okazała się aktorką,  która ćwiczyła do spektaklu pokazywanego w ramach festiwalu teatrów ulicznych.
Gdy zapominała kwestii, zaglądała do smartfona - ot, współczesny sufler. Podczas próby chwyciła rekwizyt, jakim była wielka księga. A że chwyciła do góry nogami, to nie odczytałam tytułu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przekręciłam fotografię o 180 stopni.

Idąc na parking, skręciliśmy z trasy, trafiliśmy na rzeźbiarza amatora, dziadziu z chęcią opowiadał o swoich pracach, chwalił się, jakie to kopie on nie zrobił, a mi było trudno nie odwracać oczu od ewidentnych błędów. Szkoda, że nie zdecydował się jedynie na własny styl, w odtworzeniu czegoś istniejącego, wychodzą braki warsztatowe. Tak się zagadaliśmy, że nie zrobiłam tam ani jednego zdjęcia.
Nie napiszę, że Castagneto Carducci jest niewarte wyprawy. Wręcz przeciwnie.
Tylko moim sercem tego dnia zawładnęła Bibbona. O serce, a raczej o mózg można by się obawiać w restauracji i rzeźni o nazwie "Hannibal". I to nie obawiam się o własny mózg, a raczej o umysł, któremu ta nazwa wydawała się zapewne bardzo adekwatna, gdyż nie chodzi, oczywiście, o starożytnego Hannibala, lecz o postać literacką i filmową psychopatycznego kanibala,  czym świadczy charakterystyczny dla filmowej postaci kapelusz.

Przyszedł wyczekiwany moment - zachód słońca, zbliżał się wielkimi krokami, znaleźliśmy się w miejscu, któremu sprzyjają wydłużone, ciepło zabarwione promienie słoneczne. Ha! Nic z tego! Za wcześnie, o co najmniej miesiąc za wcześnie. Nie będzie więc fotografii, póki nie będę miała idealnej sytuacji.
Na koniec zajechaliśmy jeszcze do Bolgheri spróbować słynnej Sassicai. O wynikach eksperymentu już wiecie, więc teraz wieczorna mieścina.