Zobaczyłam ogłoszenie pod szumnym hasłem "Flower show di fine estate". Ten zestaw angielskiego z włoskim, jak nic - magnes na turystów, więc domyślałam się, że wielkiego "halo" to nie będzie. Pokaz pokazem, ale dotąd byłam raz w Ogrodzie Garzoni i chciałam zobaczyć go po 7 latach, kiedy to widziałam tylko część założenia.
Faktycznie, pokaz kwiatów wcale nie oznaczał pokazu, tylko po prostu wystrój ogrodu u schyłku lata.
Ale czyż to nie przyjemnie chodzić po takim ogrodzie, nie bacząc na żaden flower show?
Gdy byłam w nim kilka lat temu, trafiłam na okazję darmowego wejścia, ale wiązało się to z ograniczeniami. Nie można było zobaczyć górnych partii ogrodu, ani pawilonu z motylami.
Myślałam, że tym razem nic nie zobaczymy, bo przez szpary w ogrodzeniu widać było uwijające się wśród stołów osoby, szykowały weselne przyjęcie.
Na szczęście, nie odpuściłam, poszłam zapytać się w kasie, gdzie miła pani powiedziała mi, że weselnicy nadciągną po zamknięciu ogrodu.
Hulaj dusza!
Giardino Garzoni nie jest może w całości tak zadbane, jak inne ogrody przy willach, ale...
Najpierw jest część bardziej formalna, z dwoma stawami, równo przyciętymi żywopłotami, kwietnymi kompozycjami, z rzeźbami.
Im wyżej, tym robi się mniej zobowiązująco. Tunele z drzew ułożone są dosyć symetrycznie i prostopadle względem kaskady stanowiącej oś górnej części.
W jednym z nich odkryłam klatkę z kózkami. Ależ z nich pieszczochy :)
Gdzieś na samej górze można odbić w odnogę prowadzącą do willi.
Willa?
A tak, zapomniałam napisać. Przecież ogród nie mógł powstać w oderwaniu od jakiegoś budynku, w tym przypadku opuszczonego, z bramami pozamykanymi na kłódkę. Rok temu wystawiono willę (zwaną Willą Pinokia) na sprzedaż, ale nie znalazłam żadnej informacji o nowym właścicielu. Może jeszcze się nie znalazł? "Wystarczy" wyłożyć 19 mln. euro :)
Wróćmy do odnogi. Zapewne kiedyś to ona prowadziła do ogrodów, by nie schodzić zupełnie na dół, do rerezentacyjnej bramy. Świadczy o tym mur z niszami, w których dotąd stoją rzeźby.
Wszystkie te zacienione zakamarki, ścieżki, przejścia, czy labirynt, wyzwoliły we mnie chęć zabawy w chowanego, albo, jeszcze lepiej, podchody.
Kochałam takie rozgrywki, są dla mnie jednym z symboli szczęśliwego dzieciństwa, gdy bezpiecznie, całą ferajną dzieciaków, mogliśmy eskplorować okolice.
Te dziecięce sentymenty jeszcze bardziej wzmocniły mi się w pawilonie z motylami. Myślałam, że będzie ich więcej, ale i tak wejście pomiędzy bezgłośnie fruwające kolorowe owady silnie przywróciło marzenia o tajemniczym ogrodzie.
Przyznam, że skrzeczące papużki, trochę mi zakłócały atmosferę niesamowitości.
Za to niewykłe były inne ptaszki, które pierwszy raz w życiu widziałam i zaaferowania ich zachowaniem, dźwiękami, które wydawały, zapomniałam poszukać informacji, co to za zwierzęta.
Potem wyczytałam tylko, że ich obecność w naturalny sposób zabezpiecza motyle i larwy, gdyż zjadają wrógów, typu pająki.
Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do pawilonu, a tu do Was podlatuje duży, rozłożysty na kilkanaście centymetrów niebieski motyl. Nie wolno ich dotykać. Zamiast siatki na motyle uruchomiłam aparat i w amoku niemal usiłowałam sfotografować fruwające piękności. Strasznie trudne zadanie. Powinny wolniej latać a nie tak mi szybko przed obiektywem przemykać. Dlatego mam na zdjęciach tylko te, które karmiły się cukrem z wyłożonych owoców.
Na koniec pobytu w ogrodzie zatrzymaliśmy się przy stawie z czarnymi łabędziami i żarłocznymi karpiami. Nie, nie - nie karmiliśmy ich, ale świadczą o tym te otwarte pyszczki wystające z wody, gdy tylko widziały rękę ...
Nie mogłam oderwać wzroku, a raczej obiektywu, od dziewczynki w czerwonej opasce - idealnie zgrała się z łabędziami.
Ominęłam szerokim łukiem weselne stoły, by teraz do nich powrócić. Sceneria niesamowita na przyjęcie. Jakież więc było nasze rozczarowanie, gdy po wyjściu z motylego pawilonu zobaczyliśmy tandetnie wygladające balony. No cóż, kwestia gustu.
Gdybyśmy się dobrze zakręcili, to załapalibyśmy się na powitalny stół z przystawkami, goście weselni nadciągnęli jeszcze przed zamknięciem ogrodu, więc wymieszali się ze zwiedzającymi.
Od tego zaczynają się tutejsze przyjęcia. Ludzie nie siadają od razu do stołu, tylko przy aperitivo i podgryzajkach czekają na przyjazd Młodej Pary.
Niby namówiłam Krzysztofa tylko na wyjazd do Ogrodu Garzoni, ale "skoro już tu jesteśmy ...".
Tylko z daleka, gdy się dojeżdża do Collodi, widać nad willą stare zabudowania. Dobrego zdjęcia nie mam, bo za późno się zorientowałam, by je zrobić.
Jakoś to wcześniej umknęło mojej uwadze, gdy tu przyjeżdżałam. Tym razem nie darowałam.
Najpierw jednak o Collodi.
Zapewne wiele osób o tym wie, ale mieszkała tu mama twórcy "Pinokia".
Córka chłopa zaopatrującego willę Garzoni, sama też pracowała dla hrabiostwa, niestety, nie wiem, w jakim charakterze. Pisarz z sentymentu przybrał nazwę miasteczka na swój pseudonim literacki.
Jedziemy za willę, ale droga ewidetnie się oddala i nie wspina ku górze.
Przypomniałam sobie drogowskaz jeszcze przed Giardino Garzoni i przed kościołem św. Bartłomieja.
Wróciliśmy do tego miejsca, przejechawszy koło strasznie wielkiej i strasznie nieładnej figury Pinokia.
Faktycznie, należy skręcić w prawo i jechać, jechać gajami oliwnymi, przegapić skręt na parking w połowie Castello i dojechać aż na sam szczyt miasteczka, o czym nie mieliśmy pojęcia.
Dopiero schodząc w dół, zorientowaliśmy się, że zaczęliśmy od najwyższego punktu Castello di Collodi.
Tym razem nazwa "castello" słusznie wskazuje na związki z zamkiem, chociaż w Toskanii wcale tak być nie musi. Tym słowem określa się też zwartą zabudowę małego miasteczka, przywodzącą na myśl dawne podzamcza.
W Collodi ślady po zabudowaniach obronnych są na górnym końcu osady.
A potem powolutku w dół, w dół, w dół.
Castello wydłużało się niczym nos Pinokia, chociaż czas mi się nie dłużył.
Chwila moment, i ja mam potem wspinać się z powrotem? Padnę!
Krzysztof wrócił po auto, a ja zeszłam na sam dół.
Castello di Collodi opiera się o opuszczoną Villa Garzoni, koło której można przejść pieszo.
Na koniec minęłam uliczkę z kolorowymi domami i wylądowałam przy punkcie informacji turystycznej, koło którego stoi pinokiowe drzewo, czyli instalacja złożona z rzeźb uczniów szkoły ceramicznej.
Na wyciągnięcie ręki miałam "kawałek raju" (un pezzo di paradiso):

































