poniedziałek, 8 stycznia 2018

NIETYPOWO NIEŚWIĄTECZNIE

Stało się już piękną tradycją, by w samo Boże Narodzenie wybrać się do Florencji. Liczyłam na Festwal Światła, ale chyba mi się przejadł, albo jakoś nie podpasowało mi, że poszedł w kierunku ekologii. Nie tego oczekiwałabym treściowo od autorów, podczas jednych z ważniejszych dla chrześcijan świąt. Znużyło mnie odciąganie akcentu, próby odreligijnienia religijnego święta.
Rozczarowało mnie, że na przykład taki kościół Św. Trójcy, kryjący w sobie jedną ze słynniejszych scen Bożego Narodzenia, był głucho zamknięty. Nie, to nie!
W Tobbianie mieliśmy bardzo świętecznie, więc pozwolę sobie dzisiaj napisać o szewcu.
Szewc to nietypowy, jego historię można znaleźć w internecie, jego dzieło to najdoskonalsza forma rzemiosła, sztuka wzornictwa, taki rodzaj piękna, który sprawia mi przyjemność oglądania, bez chęci posiadania. No, może jednej pary jego dzieł bym nie odmówiła?

W końcu nie stresowałam się obecnością sprzedawców, Boże Narodzenie z większą swobodą pozwoliło mi zaglądać aparatem przez szyby. Nie mam pojęcia, skąd te wcześniejsze obawy, nigdy nikt mi nie zwrócił uwagi na robienie zdjęć wystawom, chyba że był na nich wyraźny zakaz.
Zapraszam, przed Wami wystawy sklepu Salvatore Ferragamo:

























środa, 3 stycznia 2018

ONIRYCZNA PIZA

Zaraz po Świętach przyleciała do nas siostrzenica Krzysztofa. Z pewnego ważnego powodu pojechałam razem z nim na lotnisko i dzięki temu zobaczyłam plakat: Escher w Palazzo Blu.
Więcej mówiło mi nazwisko artysty, niż Palazzo Blu. Sądząc po stronie internetowej trzeba będzie tam wrócić, także dla stałej ekspozycji, ale dobrze się złożyło, że nie miałam o tym pojęcia. Mogłam do woli rozkoszować się grafikami Holendra, który wpisał się w moje życie, gdy byłam dzieckiem i nastolatką. Byłam dziewczynką zafascynowaną książkami z zagadkami logicznymi i matematycznymi, nic dziwnego, że wciągnęły też mnie grafiki-mozaiki, z przenikającymi się kształtami.
 

A potem przez wiele lat miałam przyczepioną do jakiegoś mebla reprodukcję samorysujących się rąk.

   

 Poczułam, że i nasz gość, nastolatka, także wciągnie się w świat Eschera. Pomysł na wizytę w Pizie od razu celował na ostatni dzień starego roku.
Informacje o Palazzo Blu zostawiłam sobie na kiedyś, ale o artyście  wypadałoby coś napisać.
Ze zdumieniem odkryłam, że polska wikipedia (w odróżnieniu chociażby od włoskiej), nie poświęca Escherowi zbyt wielu słów. Jeśli zdarzają się czyjeś analizy to w oparciu o stronę fundacji Eschera: http://www.mcescher.com. Zobaczycie tam nie tylko jego dzieła, ale nawet i film podczas pracy.
Z róznych polskich stron, moją uwagę przyciągnęła matematyczna analizę jego dzieł: http://www.matematyka.wroc.pl/doniesienia/w-magicznym-zwierciadle-eschera 

Tak króciutko o artyście:
Maurits Cornelis Escher (1898 -1972) urodził się i zmarł w Holandii, ale przez całe swoje życie wędrował przez kilka krajów, w tym Włochy. Za szkołą na tyle nie przepadał, że musiał nawet powtarzać jedną klasę. Jedyne, co w niej go trzymało to lekcje rysunku. Syn inżyniera, nie poszedł drogą ojca, bo był bardzo świadomy swoich uzdolnień. Artystycznie też nie przystawał do tego, co się działo w XX wieku. Nigdy nie porzucił wybitnego warsztatu grafika. W szkole artystycznej taką wyrobił sobie opinię: Escher jest zbyt uparty, zbyt filozoficzno-literacki: brakuje mu żywotności i oryginalności, jest zbyt słabym artystą.
W 1922 wybiera się do Włoch i wpada jak śliwka w kompot :) Nie dziwimy mu się, nieprawdaż?
To we Włoszech spotyka miłość swojego życia - Szwajcarkę Jettę Umiker. Żeni się z nią i ma trzech synów. Jako artysta nie zarabia wiele, ciągle otrzymuje pomoc od swoich rodziców. Po dojściu Mussoliniego do władzy, wyjeżdża do Szwajcarii, Hiszpanii, Belgii , a na koniec wraca do Holandii.
Mimo szczęśliwego, rodzinnego życia, umiera opuszczony przez żonę, w domu opieki dla artystów.

Jeśli ktoś nie lubi zabawy złudzeniem optycznym, czy kafelkowych metamorfoz, to może zachęci go część twórczości Eschera inspirowana Włochami, w tym rzadkiej urody pejzaże toskańskich miast, miejsc jego zamieszkania podczas "włoskiego" okresu, czyli Sieny i San Gimignano.



Sama wystawa jest świetnie skonstruowana, potwierdzając moją opinię o Włochach jako doskonałych projektantach ekspozycji.
Swoim układem, różnymi dodatkowymi, czasami ruchomymi atrakcjami, potęguje klimat sztuki Holendra żyjącego aż do lat 70 XX wieku. Chociażby animacja jego panoramicznej metamorfozy, wyświetlonej na bębnie, to zagrywka na moim błędniku, nie wiadomo, czy rusza się pomieszczenie, czy grafika Eschera.



W jednej z sal skontruowano bryłę, która tylko na ekranie, widziana przez kamerę zamieniała się w przestrzenny trójkąt.



To jednak nie koniec wrażeń z wyprawy do Pizy.

Zaczęłam od wystawy, bo ona była głównym motywem wyjazdu, lecz niezwykłości temu popularnemu miastu dodał dzień, który wybraliśmy na wizytę. Zdążając pieszo do Palazzo Blu trafiliśmy na pokazy akrobatyczne nad Arno, w ramach miejskiej imprezy na zakończenie roku.





 Idealny przedsmak, wstęp do spotkania z Escherem.

Ale nawet i po wystawie było ciągle onirycznie.
Pan pilnujący plenerowej imprezy nosił podświetlane buty.


 Mijaliśmy ludzi balowo odświętnie ubranych, zdążających na Sylwestrowe kolacje.



My zupełnie nieodświętni postanowiliśmy jeszcze zajrzeć na Plac Cudów.

Sen nad snami.  Krzywa Wieża, pierwszy raz widziana w takiej atmosferze.
   

 Mało ludzi, nikt, ale to nikt, wśród turystycznych niedobitków, nie podpierał słynnej dzwonnicy. Czułam się wręcz nieswojo. Jak to? Serio? Da się?  Przestrzeni między Duomo, Baptysterium a Camposanto nie wypełniało właściwie nic innego, poza światłem i trawnikiem.



Nie tylko Escher tego dnia był twórcą figur niemożliwych, cała Piza jawiła mi się złudzeniem optycznym. Doskonałe zakończenie jakże dobrego roku 2017.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

NA NOWY ROK - z cyklu „Galeria jednej fotografii”

A tak, w ramach życzeń :) Zobaczone wczoraj w Pizie. 

Zbyt dużo porządku tworzy nieporządek. 

A co tam robiłam? Na pewno nie porządki :) O tym w następnym artykule.

sobota, 30 grudnia 2017

KUCHNIA SPEŁNIONYCH MARZEŃ

W San Pantaleo moim blatem roboczym były drzwi położone na krzesłach, przykryte ceratą.  To pomieszczenie było dla mnie wyzwaniem, przechowywanie i sprzątanie do łatwych nie należało, szafki z oberwanymi drzwiczkami, rdzewiejący zlew. Kuchenki gazowej nie znosiłam, nie umiałam porządnie jej wyczyścić, psuły się w niej pokrętła, czasami trudno było zapalić gaz, pieczenie było kwestią losową. Nie narzekałam nigdy na blogu, a i w czasie realnym starałam się robić to jak najrzadziej, bo przecież nie przeskoczy sie pewnych spraw. Remont był w planach, czekałam, czasami mniej cierpliwie, ale czekałam. I się nie doczekałam. Projekt już był gotowy, nawet niektóre elementy wystroju miałam przyszykowane.
Wyprowadziliśmy się.
W Tobbianie zastaliśmy kuchnię w stanie szczątkowym, to co z niej zostało, trąciło latami 70.
Pryncypał, pomny doświadczenia długowiecznej prowizorki, od razu założył, że to pomieszczenie musi być zrobione porządnie, od początku. Z rozrysowanym przeze mnie szkicem pojechał do wykonawców kuchni. Jakież było moje rozczarowanie, że nic nie wnieśli od siebie, a jeśli cokolwiek zmienili w projekcie, to na gorsze. Długo kazali czekać na kosztorys. Nawet niepełny był bardzo wysoki. Krzysztof zrezygnował, ale nie z remontu.
Na pomoc przyszedł mi zaprzyjaźniony franciszkanin, polecił ekipę rumuńskich robotników. Którzy zrobili najważniejsze rzeczy, instalację elektryczną, hydrauliczną, podłogę, murowane meble, itp.

Może nie byli we wszystkim fachowcami najwyższych lotów, ale nie bali się wyzwań, wiele rzeczy robili pierwszy raz w życiu i już rok temu mogłam na Boże Narodzenie wejść do jako tako funkcjonującej kuchni, według mojego projektu. Mimo rozwiązania konkursu, wygranego przez  Małgosię z Niemiec (obiecaną nagrodę otrzymała), ciągle oficjalnie nie przedstawiłam obiektu, o który chodziło (kto jeszcze pamięta "Zgadywankę z aniołem"?), bo czekałam na wiele brakujących elementów.  Powoli pojawiały się, by co raz bardziej ułatwiać mi gotowanie.
Właściwie "projekt", to szumnie powiedziane. Rozrysowałam ogólny wygląd kuchni, nie używając żadnego programu komputerowego, tylko ołówka i linijki. Plany wisiały podczas prac na ścianach:

 Projektując uwzględniłam już istniejące ujęcie wody, oczywiście, wymiary kuchni, no, i swoje oczekiwania, w tym wymogi mojego kręgosłupa, czy niechęć do górnych szafek (nie wiem skąd mi się wzięła, ale nie przepadam).
Kuchnia jest niemal skończona i to ona była, wspomnianym w poprzednim artykule, pomieszczeniem, które wzbudziło zachwyt naszych bożonarodzeniowych gości.

Nie znam się na wielu wymogach ergonomicznych, za to wiem, o czym marzyłam. Opowiem Wam o tym punkt po punkcie:

1. Murowana kuchnia, inspirowana toskańskimi, lecz nie do końca. Bez kafelków, bo miałam wrażenie, że dodają ciężaru. W tle więc pojawiły się namalowane jeszcze dla San Pantaleo tablice botaniczne.

2. Podwyższony blat roboczy do 95 cm, betonowy. Z tym betonem to może nie do końca wyszło, jak chciałam, lecz pracuje się na nim doskonale. Jest miły w dotyku, nie ma właściwości twardego kamienia. Z resztek, które zostały robotnikom zrobiłam lampę nad stół.



Lubię wieczorem patrzeć, jak oświetla stół.
3. A skoro o stole mowa, to o wyspie nawet nie marzyłam. Za mała przestrzeń, lecz jakiś stolik na dwie osoby, czemu nie?
Na miesiąc przed wyprowadzką, sprawdziliśmy, czy dobrym pomysłem będzie beczka przykryta szklanym blatem, a do tego przezroczyste krzesła, by nie zabierały optycznie miejsca.

4. Jak już wspomniałam, założyłam brak górnych szafek, choć jakieś półki były mile widziane, najlepiej w postaci grubych belek. Tylko, że belki są drogie, a ja starałam się ciąć koszty powstania kuchni. W ich miejsce zostały zbite ze zwykłych surowych desek dwie podłużne skrzynki, które, oszlifowałam, pomalowałam i nawoskowałam.  Górna służy tylko do tymczasowych wystawek. Pryncypał wymyślił sposób podwieszenia kubków. Prosty i niezawodny.

Ostatnio coś mu jeszcze wpadło do głowy, ale na realizację poczekam pewnie bardzo długo, sądząc po tym, jak długo powstawały szuflady.

5. Szuflady. Nie miały zapełniać wszystkich półek, ale miały pojawić się dużo szybciej. Jeśli jednak chce się mieć je po kosztach zakupu mechanizmów, to trzeba cierpliwie czekać, aż proboszcz znajdzie chwilę wolnego czasu i natchnienia. Aż się znajdzie odpowiednie drewno, stare, bądź ze skrzynek po winach. Potem jeszcze trzeba było sobie przypomnieć, gdzie odłożyłam uchwyty do szuflad. Z założenia nie miały tworzyć kompletu.


6. W wielu miejscach, zamiast szuflad, są skrzynki, dwie stare, reszta pomalowana przeze mnie, na kilku są włoskie przysłownia dotyczące jedzenia. Stojące bezpośrednio na podłodze mają zamontowane kółka (Krzysztof wiele razy powtarzał, że gdyby nie był księdzem, to realizowałby się jako stolarz - na szczęście!).





6. Zmywarka i piekarnik nie wymagają pochylania się. To było obowiązkowe, przy moim kręgosłupie. Chleby teraz pieką się jak marzenie. 

7. Okap nie uderza mnie w głowę, nie ma charaterystycznego kołnierza, jest białym walcem.

8. Lampy nad zlewem kupiłam dawno temu na starociach. Były niebieskie i przeznaczone do starej pracowni.
9. Zlew - rozwiązanie zagadki sprzed ponad roku. Moje marzenie - kamienny, ze śladem po ostrzeniu noży.


10. Koniecznie madia. Uff! Zmieściła się.

11. Tablica do zapisywania zakupów. Miałam taką w San Pantaleo, była bardzo przydatna. Gdzie by ją tu powiesić? Przemalowałam częściowo starą lodówkę, używając tablicowej farby i oto moja:


Zapomniałabym napisać o dwóch istotnych zaletach. Kuchnia przylega do salonu - jadalni oraz ma drzwi wyjściowe prosto na ogród. Marzenie!