piątek, 20 lutego 2009

DLA SPRAGNIONYCH WIOSNY

Mimo mocnych przymrozków nocami przyroda się nie daje. Wszystkim więc przysypanym śniegiem chciałam dedykować przytargane z ogródka żonkile i fiołki. Jeszcze mnie zaskakują o tej porze roku.

I na dodatkowe pocieszenie prosty, wypróbowany dziś, przepis na placki ziemniaczane "con rucola". Krzysztof, jak zwykle, z cukrem. Ja pokusiłam się o eksperyment i jestem z niego bardzo zadowolona. Na placki ziemniaczane położyłam sobie trochę tuńczyka z puszki i to przysypałam pociętą rukolą, skropiłam cytryną, doprawiłam solą i świeżo zmielonym pieprzem oraz posypałam parmezanem. Polecam!
A DoReMiemu bardzo dziękuję za nazwę pojazdu Segway, przynajmiej będę spokojnie spać po nocach, no i już wiem, ile ta przyjemność kosztuje we Florencji. Może kiedyś?

czwartek, 19 lutego 2009

WYPRAWA PO ZŁOTE RUNO

A właściwie to po złotą farbę do malowania twarzy.
Już w zeszłym roku zakupiliśmy komplet farb do malowania twarzy podczas zabawy karnawałowej dzieci katechetycznych. Niestety nie mogłam ich użyć z racji psiej, wtedy właśnie ugryzł mnie Bojangles. Parę twarzyczek pomalowałam dzieciakom przybyłym na październikową festę parafialną. A teraz po roku zbliża się karnawałowa niedziela i raczej już nie mam zamiaru dać się ugryźć ani w oko ani w żadną inną część ciała.
Podczas, nazwijmy to próbnego, malowania zauważyłam, że nie nabyłam drogą kupna złotej farbki, niezbędnej w wielu wzorach makijażu karnawałowego. I tak schodziło, schodziło, aż czwartek zrobił się ostatnim możliwym dniem do wyjazdu.
Przecież nie pojedziemy do Florencji li tylko po złotą farbę, upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym mrozie i w końcu zwiedziliśmy Palazzo Davanzati.
No właśnie, nie upiekliśmy pieczeni, tylko je zamroziliśmy za jednym szalonym wypadem. Szaleństwem była przede wszystkim godzina – 7.30 wyjazd z Pistoi! Na dworze -4 stopnie, na głowie czapka a na dłoniach rękawiczki.
Wiem, wiem, w Polsce jeszcze zimniej plus śnieg.
Nie wzięliśmy aparatu, bo żal ręce odmrozić, w końcu i księdzu, i mi, przydają się na co dzień.
W pociągu pełno ludzi, ale oczywiście nie turystów.
Naszym pojawieniem się w Palazzo Davanzati wywołaliśmy swoisty popłoch, pani pilnująca zwiedzających ledwie zdążyła nas zastać w pierwszym pomieszczeniu, a pani sprzątająca tuż przed podejściem do jednej z gablot w drugim pokoju, czem prędzej zadziałała szmatką.
A w ogóle to dokąd się wybraliśmy? Ano do muzeum prezentującego florencki dom średniowieczny i renesansowy. Przyznam, że to szumnie powiedziane.
Nie wytrzymałam nerwowo braku aparatu i wspomogłam się telefonem, pokornie zamieszczam te bardzo niedoskonałe pamiątki z dzisiejszej wyprawy do Florencji.

Z zewnątrz widzimy wąski i wysoki budynek wybudowany przez rodzinę Davizzi, bogatych kupców sukiennych, w XIV wieku, już w XV przejęła go rodzina Davanzati i to jej nazwisko obecnie wiąże się z ta budowlą. Davanzati aż do XIX wieku zamieszkiwali palazzo. Przyglądałam się drzewu genealogicznemu rodziny, takie to smutne było, rozrastała się, rozrastała, a potem coś się zaczęło się kurczyć liczebnie, by dojść do jednego męskiego potomka w głównej linii rodu, a ten dodatkowo kończy żywot, powiedzmy, samo...dzielnie.
Na szczęście budynek nie podzielił losów innych średniowiecznych domostw w okolicy, nie został wyburzony i dzięki temu mógł go zakupić florencki antykwariusz zafascynowany miejscem. Odnowił go w oryginalnym stylu i otworzył prywatne muzeum. Niestety sam potem wyprzedał na aukcji w Nowym Jorku wyposażenie domu. No i następnie się już tylko sypało, aż w 1951 roku posiadłość przejęło państwo włoskie.
Przez wiele lat pomieszczenia nie były dostępne dla zwiedzających, obecnie samodzielnie można zobaczyć pierwsze piętro, czyli piano nobile, najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia w takich domach. Nam się jeszcze poszczęściło, zobaczyliśmy drugie zaplątawszy się w grupę nobliwych Włoszek, przez co drugie piętro też wyszło „nobile”. Zanim jednak do tego doszło (Krzysztof sposrzegł, że II piętro można zwiedzać z oprowadzeniem), musieliśmy poczekać godzinę.
I co robić w mroźnej Florencji o godzinie 9 rano? Ano pójść na spacer.

Handlarze pamiątkami i cudnymi wyrobami ze skóry na Mercato Nuovo dpiero rozkładali swoje towary, z hoteli bądź autobusów wychynęli się pierwsi turyści, ciekawe, że skośnoocy. Na Ponte Vecchio większość sklepów jubilerskich nie przypominała sklepów jubilerskich.

Pusto, spokojnie, słonecznie i mroźno. Dało się wytrzymać! Rozgrzać można się było na wiele sposobów, tym razem było to wyszukiwanie ciekawostek. Teraz więc pęk obrazków z porannej zimowej Florencji.
Przy Uffizi pustki, wszyscy oczekujący na wejście do muzeum stali tam, gdzie wchodzą „zamówione bilety”, a był to grupa amerykańskiej młodzieży (kto im kazał tak wcześnie wstać? biedactwa). Z zewnątrz Uffizi wyglądają teraz jak wielki plac budowy. Mnóstwo rusztowań, ciekawe do kiedy? Szał odnawiania nie ominął najbardziej obleganej zazwyczaj kopii Dawida i jego sąsiada przy wejściu do Palazzo Vecchio. Zasłonili!



Turystę ostrzega się przed kupnem towarów z fałszywymi markami.

Sposób, jaki znalazło miasto jest godzien wybuchu śmiechu. Otóż sroga kara dotknie nie tego, co produkuje czy sprzedaje, ale tego, co kupi! Pewnie, bo słabiej ucieka przed policją niż egzotyczni sprzedawcy fałszywek. I teraz dochodzi następne kuriozum. Anglojęzyczny turysta płaci, bo kupił podróbkę,



a włoskojęzyczny, gdy kupił ze świadomością. Ha!

Ciekawy jest ten rozrzut cenowy mandatu, nieprawdaż?
Na Ponte Vecchio przy popiersiu Celliniego wróciły kłódki, mimo widocznego zakazu ich przyczepiania. Tutaj uważam, że karę powinien ponieść Cellini, albo jubilerzy, za to, że nie dopilnowali.

Gablota sklepu pasmanteryjnego, absolutnie niezwykłego, oprócz różnych gadżetów zawierała takie oto „trzymaki” na pierścionki:

A z czego żyje były prezydent Związku Radzieckiego? Z siedzenia w aucie obok torby, tym razem niepodrobionej:

Nagle wśród pustych uliczek trafiamy na wynędzniałe drzewo oliwne, o niezywkle grubym pniu i cieniutkich gałązkach, jest ogrodzone obrzydliwą siatką a napisy na kartkach i tabliczkach piszą, jak ważne jest to drzewo w tej kulturze. Moja ukochana przyjaciółka Aneczka podpowiedziała mi, że wyczytała na karteczce, której my nie znaleźliśmy, iż to drzewo ocalało z zamachu bombowego na Uffizi 27 maja 1993 roku. No i się okazało, że zbyt powierzchownie przyjrzałam się oliwce.

I na koniec obrazek z Piazza della Repubblica. Turyści na… no właśnie na czym? Nie mogę sobie przypomnieć nazwy tego śmiesznego pojazdu, wokół kiedyś tyle szumu narobił wynalazca, no właśnie, jak on się nazywa?

I jeszcze wróćmy do Palazzo Davanzati. Wnętrza. Zdjęcia fatalne, kiedyś może to nadrobię.
Klatka schodowa wybudowana od wewnętrznego dziedzińca-studni. Skomplikowana forma architektoniczna, sprawiająca wrażenie osobnego tworu wrośniętego w budynek. I jeszcze ta swobodnie wijąca się po ścianie rynna? rura?


Zachwycające malowidła na ścianach, taka ręcznie i pędzlem wyczarowana tapeta.

U góry jednej z sypialń ciekawy fryz z historią zdrady, zemsty i pokuty. Ciekawy tym bardziej, że do oglądania w pomieszczeniu, w którym się sypiało. Przestroga?

Ogólnie wyposażenie bardzo skromne, gdyż to co było najcenniejszego z florenckiego domu wywędrowało albo za ocean albo do Francji. Szkoda. Mnie bardzo zainteresowała skrzynia pancerna z pięknie ozdobionym zamkiem umieszczonym pod całym wiekiem.
Ciekawsko spoglądałam, jak sobie radzili dawniej ludzie z myciem czy wydalaniem. Tutaj były to malutkie ciemne pomieszczenia. Osobno WC – rodzaj ławki z otworem i przykrywką, osobno łazienka – z misą specjalnie wyprofilowaną do ablucji i konewką zastępującą współczesny prysznic.
W pomieszczeniach typu gabinet, izba reprezentacyjna, pokazano trochę mebli, obrazów i rzeźb.
A nad wszystkim bogato zdobione toskańskie sufity:

Warto wejść i zobaczyć – tym bardziej, że za darmo.

wtorek, 17 lutego 2009

JAK W NIEBIE

Dwie osoby były za tym, by tutaj właśnie podziękować "niebieskiej" za wzruszenie, które nam sprezentowała. Właśnie obejrzeliśmy film o powyższym tytule. A ponieważ znamy się z "niebieską" poprzez tego bloga właśnie, tu jest miejsce na ciepłe słowa za poruszenie serca, za łzy, za piękne prawdy (choć nie całe przesłanie filmu jest "moje"). Ten film jest piękny i wart obejrzenia! Aniu - dziękujemy. Małgorzata i Krzysztof.

PS. Właśnie się dowiedziałam, że istnieje amerykański film o tym samym tytule. Myśmy zachwycili się tym.

poniedziałek, 16 lutego 2009

BŁOGOSŁAWIONA CISZA

Cisza w domu, kojąca uszy po karnawale.
Ano, w końcu pogoda i czas pozwoliły pojechać nam do Viareggio na 136 edycję słynnych szaleństw.



Wyczucie kierowcy kazało Krzysztofowi zaparkować jeszcze przed torami kolejowymi. W podjęciu decyzji pomogły osoby w aucie, za którymi się domyślnie skierowaliśmy. Była to para klaunów. Jak nic, najlepsi przewodnicy na miejsce parkingowe.
Nie trzeba było znać Viareggio, by udać się w kierunku parady. Wystarczyło patrzeć dokąd podążają różne stwory, czy to pieszo, czy na rowerach.

Auta z przebierańcami poruszały się raczej w odwrotnym kierunku, rozpaczliwie szukając miejsca dla pojazdu.
Czytałam na stronie internetowej, że wejście na teren karnawału jest odpłatne. Zastanawialiśmy się, czy bilety pozwalają wejść tylko w jakieś specjalnie wyznaczone sektory, czy jest w ogóle możliwość obejrzenia maskarady za darmo? Otóż niby jest, przez płot przy jednej z bramek przy Via Cristoforo Colombo, ale nie polecałabym. Plusem większej odległości od miejsca akcji jest fakt, że się nie żałuje braku stoperów do uszu. Ale jeśli chce się poczuć atmosferę karnawału … trzeba wejść, nie ma wyjścia! Zadziwiło nas zamknięcie całej promenady, jedyny sposób na przeniknięcie do środka bez pieniędzy to własna łódź :)


Dzięki karcie członków sieci COOP mieliśmy niewielką zniżkę, zawsze to coś. Tak czy siak, warto było!


Karnawał w Viareggio nie jest tak wyrafinowany i „krawiecki”, jak ten w Wenecji. Słowami do niego pasującymi są: scenografia, rozmach, gigantyczność, alegoria, burleska, satyra, totalny hałas i zamęt. Dla znakomitej większości jest to też świetna zabawa, co mnie mile zaskoczyło (po polskich doświadczeniach) bez szwendających się tłumów z butelkami piwa w ręku. No i wiek uczestników!

Bez przebrania można się nieswojo czuć w takim towarzystwie:


Z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się wszystkiemu wokół. Zwyczajni uczestnicy karnawału budzili zainteresowanie o zabarwieniu socjologicznym, za to wozy i maski o zabarwieniu wspominkowo-zawodowym. Patrzyłam na nie okiem osoby zajmującej się kiedyś teatrem, prowadzącej m.in. młodzieżową grupę teatru plastycznego. Zazwyczaj, jeśli już dostawaliśmy nagrody na festiwalach teatralnych, to właśnie za scenografię, ale tak gigantycznej konstrukcji nigdy nie odważyłabym się zaprojektować i wykonać. Stałam więc z szeroko otwartymi oczami i zazdrośnie patrzyłam, jakie to cuda można wyczarować z papieru.
Nie wiem, od czego zacząć, żeby nie pogubić się w ogromie propozycji, tematów, wielkości konstrukcji …
Może MASKI POJEDYNCZE?

Biedulki ginęły wśród olbrzymich konstrukcji, choć widać, że nawet i one sprawiały radość i dawały powód do dumy swoim twórcom.
Gdzieś „pomiędzy” pojawiały się też MASKI GRUPOWE.


To był właściwie zestawy masek pojedynczych, które łączył wybrany temat, np.
układ słoneczny:


gimastyczki:


stworzenia morskie (co tam robił Obama? Podejrzenia później):


„językowcy”:


ulicznice (jeśli dobrze zrozumiałam określenie „drag” w tytule).



Wielkie wozy miały określone kategorie I i II oraz „pozakonkursową”. W końcu pojawiło się słowo „konkurs”. Tak jak i karnawał w Wenecji, tak ten w Viareggio, oprócz wielu imprez towarzyszących, ma za zadanie wyłonić zwycięzcę spośród konkurujących uczestników. Mnie wyniki nie interesowały, ustaliłam więc własną kolejność, bez względu na przynależność do kategorii (wozy I kategorii, II kategorii oraz pozakonkursowe).
Zacznijmy od końca.
Typowe wozy z lalkami typowymi dla karnawału. Jako pierwsza paltforma z maskotką festiwalową


Jeden dedykowany Uberto Bonetti, twórcy maskotki karnawału, z okazji setnej rocznicy urodzin.

Dobrze wykonany, ale bez żadnego oszołomienia, jednakże charakterystyczny dla Italii wóz z magami.

To rys, który mnie wielce zaskoczył, ale nie wczoraj. Gdy byłam pierwszy raz w Rzymie zszokował mnie widok uliczki nieopodal Piazza Navona pełen wróżbitów siedzących przy małych stoliczkach. Wyglądali na szemrane towarzystwo niegrzeszące inteligencją. Kto z nas chciałby się czegokolwiek dowiedzieć od kogoś takiego? A jednak mieli wielu klientów i wcale nie byli to turyści.
Zatłoczony detalami, „patchworkowy” wóz pod tytułem „Władza niszczy tego, kto jej nie ma”. Próbowałam zrozumieć słuszność przesłania, w którym główną postacią był przerobiony na czarno papież, do niego dołączyli duchowni, państwo włoskie w postaci kobiety z ponętnie udrapowaną na niej flagą Italii. Niby istnieje pojęcie „rząd dusz”, ale czyżbym tak bardzo zatraciła samodzielną ocenę swojego życia, by nie dostrzegać, że ktoś mnie niszczy? Mnie się ten wóz wydał zbyt demagogiczny.




I znowu wróżbici, jasnowidze. Tym razem sama forma bardziej interesująca i efektowna, zwłaszcza ta otwierająca się „kryształowa” kula ujawniająca gotujących się w kotle ludzi. Odróżnicie, kto jest tu aktorem a co tylko kukłą? Ciekawe, czy to potępieni za uleganie złudnej iluzji wróżb?



Prosty w pomyśle, świetnie wykonany potentat naftowy zażywający kąpieli w „czarnym złocie”


Dwa wozy „kulinarne”, obydwa polityczne.
Pierwszy mniej dla mnie czytelny.




Nie znam postaci ze świata włoskiej polityki, dlatego bardziej zrozumiała była dla mnie konstrukcja pt. „Kanibal” z olbrzymią lalką wyobrażającą Berlusconiego smażącego na patelni komunistów.

Ze świata rozrywki pojawił się Bruno Vespa, prowadzący program "Porta a porta" na Rai Uno

No i dochodzimy do wozów zasługujących co najmniej na wyróżnienie.
Alegoria państwa włoskiego wysysającego wszystko ze swoich obywateli. Co ciekawe i ten co u władzy, i ten, co wyzyskany, należy do tego samego gatunku, tylko że z tego drugiego już niewiele zostało.




Gęsi zawsze nieodrodnie kojarzą mi się z Sierotką Marysią, ale czego by tu szukała Konopnicka? Znaczy się, że to gęsi rzymskie nadciągały z gigantyczną wieżą zbydowaną z kukieł i żywych postaci.


Dwa wozy o tym samym tytule „Gdybym był”. Obydwa nie dają szans żadnemu systemowi politycznemu. Tego pierwszego nie trzeba chyba wielce tłumaczyć, przez wiele lat trudno było mi oderwać cudowną czerwień od najokrutniejszego systemu politycznego.

W drugiej konstrukcji bez Krzysztofa nie doszukałabym się Sylvio Berlusconiego. Pokazano go tutaj jako męża rzymskiego, poetę kreującego własną „Boską komedię” według prywatnych upodobań.

W roli cherubinków towarzyszyli mu prawicowi politycy

Obydwa wozy świetnie zakomponowane. Zwarte, nieprzegadane, doskonale wykonane.
Jednak zdziwicie się wozem, który przykuł moją największą uwagę. „Tajemnicza wyspa” z czymś na wzór King Konga! Tego się nie da opowiedzieć, ta miękkość ruchu maski, olbrzymia skala.




Może w zrozumieniu zachwytu pomoze film, którego robieniem tak się zajął Krzysiu, że zapomniał zrobić zbliżenia pyskowi małpiszona. Odsyłam więc do ruchomych obrazów.
A tak na marginesie.
Czekałam aż wśród obiektów pojawi się prezydent USA, któremu zgotowano tu wielką i niezrozumiałą da mnie fetę z okazji wygrania wyborów. Owszem nie zabrakło go wśród masek pojedynczych.



Zupełnie jak kwiatek na kożuchu wyglądał na platformie z morskimi stworzeniami.




Dla mnie dziwna jest ta fascynacja Obamą wiedząc, jak, wbrew pozorom i deklaracjom, bardzo zamknięci na obcokrajowców są mieszkańcy Italii. Spróbujcie znaleźć czarnoskórego piłkarza w drużynie narodowej, albo chociażby wśród imprezowiczów na wozie I kategorii poświęconym migrantom.




Bez względu na kwestie upodobań estetycznych nie może nie zdumiewać ogrom pracy, pomysłowości, zaczarowany w papierze. Tak, tak! To co zobaczyliście to w większości tzw. cartapesta (dosł. makulatura), czyli kawałków papieru oklejonych na szkielecie. Osłabiające, nieprawdaż? Ja robiłam dość głupawe miny, nie mogłam pojąć, jak to oni wszystko ogarnęli? A mechanizmy? Myślałam, że to wszystko jakieś ukryte silniki, ale w większości te olbrzymie konstrukcje animowali ludzie, pociągając za odpowiednie liny.


Niektórzy przezornie zatkali uszy stoperami, bo muzyka towarzysząca każdemu wozowi była ogłuszająca, co umożliwiały wielkie agregaty dołączone do platform.



Gdyby ktoś zgłodniał z wielu stoisk kusiły naleśniki z nutellą. Na miejscu nie zjadłam, ale przyznam, że olbrzymie słoje z nutellą wywarły na mnie odpowiednie wielkością wrażenie. Trzeba kiedyś wypróbować tego smakołyku.


Potem trzeba było ukoić oszalałe wnętrzności spacerem nad morzem. Słońce już zachodziło, więc zaczynało się robić mroźno.

Zimową atmosferę podkreślały okryte śniegiem Alpy Apuańskie. Na szczęście one przejęły na siebie rolę zimy, na nizinie temperatury nocą schodzą do -2 stopni, ktoś coś wspominał o ociepleniu klimatu?