środa, 7 marca 2018

L'ORGANARO

Waracam do pewnego niezwykłego, lutowego wieczoru. Tego dnia wróciliśmy z Polski. Chwilę ochłonęliśmy i wraz z naszymi wspaniałymi opiekunami Druso, jako i z psem samym, pojechaliśmy do pewnego warsztatu.
Skąd pomysł, by, zamiast spokojnie usiąść i pogadać z naszymi gośćmi, ciągnąć ich po podpistojskich lasach?
Pomysł zrodził się z zainteresowań Macieja, syna Moniki. Ten, jakże utalentowany, młodzieniec uczy się gry na pianinie i ... organach. Jest bardzo żywo zainteresowany tym instrumentem i wszystkim, co się z nim wiąże. Krzysztof wpadł więc na pomysł, by zorganizować mu wizytę u organmistrza. Jeszcze przed wyjazdem zadzwonił do Samuela Maffucciego i umówił na wieczorną pogadankę o organach.
Pogadanka była tylko w naszych głowach, gdy jechaliśmy w kierunku warsztatu. Na miejscu zostaliśmy wciągnięci w świat szalonego pajonata, mistrza naprawy, historyka organów, który z wielką chęcią pokazywał nam swoje osiągnięcia.

   

Wyjaśniał, na czym polega jego praca, pozwalał dotykać, a  nawet grać na kilkusetletnich piszczałkach.


 Zacznijmy jednak od pewnego rysu historycznego z ciekawostką dyplomatyczną w tle.
Obecność organmistrza w pobliżu Pistoi nie jest przypadkiem. Jest tu jeszcze jeden znakomity warsztat, ale tam zapewne by nas tak wspaniale nie potraktowano.
Wydawać by się mogło, że kraju muzyką stojącym, muzyka organowa ma się dużo lepiej, niż w Polsce. Nic bardziej mylnego. To Polska ma to szczęście, że kościoły jeszcze nie są ciche, jest w nich jeszcze wielu organistów, i to śpiewających.
Na szczęście, Pistoia to bardzo szczególny przypadek.
Może gdzieś tutaj na zdjęciach, a na pewno na zdjęciach u Joanny z Visitoscana, widać, że podczas polskich ślubów na organach grają Japonki.
Mieszkają w Toskanii już od wielu lat, a pojawiły się właśnie w Pistoi, by uczyć się gry na organach w uznanej szkole założonej w 1975 roku, obecnie funkcjonującej pod nazwą Międzynarodowa Akademia Organowa "Giuseppe Gherardeschi". Musiałam zaznaczyć, że taką ma teraz nazwę, bo, jak  to w życiu bywa, znajdziecie tu obecnie dwie szkoły, które kiedyś były jedną. Nie mam pojęcia, o co poszło. Wiem, że jedna mieści się w Villa di Scornio, a druga przy kościele Ignacego Loyoli.  Ta druga ma właśnie ścisłe powiązania z Japonią, prowadzi w tym kraju kursy organowe. Wspominam o tym tylko dlatego, że to muzyka organowa przyczyniła się do uczynienia Pistoi miastem partnerskim Shirakawy. Ksiądz Umberto Pineschi (twórca Akademii) zadzierżgnął w Japonii tak silne więzi, że zawitał tu w 1993 roku cesarz Japonii. Sprawa była o tyle ciekawa, że według protokołu imperator nie odwiedza nigdy tego samego miasta powtórnie. Jakiż był więc popłoch wśród miejskich włodarzy, gdy okazało się, że władca Japonii nie chce spotkać się z burmistrzem. Na nic przekonywania, przyjechał tylko z wizytą towarzyską do księdza Pineschiego.
O samej szkole nie umiem wiele powiedzieć, poza tym, gdy widzę efekty w postaci gry jej uczennic.
Zaskoczył mnie fakt, że, zwłaszcza jedna, doskonale zagra wszystko z nut, nawet widzianych pierwszy raz, ale już z trafieniem w tonację jest większy problem. Że tylko wspomnę, iż nie łączy się tutaj gry na organach ze śpiewem, do czego przyzwyczaiły mnie polskie świątynie.
Wróćmy do warsztatu.


Jak już wspomniałam, zobaczyliśmy piszczałki z różnych epok. Samuele zrobił ciekawy instrument, takie małe organy (myślę, że spokojnie można je nazwać portatywem), które składają się ze starych piszczałek, począwszy od XV wiecznej.


 fragment fresku z Palazzo Trinci w Foligno - https://upload.wikimedia.org/

 Zwróćcie uwagę na fakt, że piszczałki mają różną budowę, są kryte, otwarte, zwężające się, jedna nawet nie ma charakterystycznego (dla piszczałek wargowych) szczelinowego otworu.
Jej brzmienie zaprezentował nam sam organmistrz, w krótkim ujęciu na początku filmiku.




Portatyw, jak i duże organy potrzebuje miecha. Do łączeń i uszczelnień używana jest skóra owcza, Samule chyba mówił nawet o jagnięcej, nie ma zmiłuj, nie ma lepszego tworzywa.


Samuele poświęcił nam chyba ponad godzinę na opowieści. Cierpliwie wyjaśniał, na czym polega jego praca, jak odnawia ołowiano-cynowe piszczałki, czasami poprawia takie już "odnowione", przez dyletantów, którzy przecięli piszczałkę i dospawali dyletancko nowy kawałek w miejsce starego .
Widzieliśmy "naprawy" z użyciem wikolu - do metalowych piszczałek! Część robót wykonanych (przez uznaną firmę naprawczą) przypominała raczej robotę hydraulika a nie organmistrza.
Jak to w ogóle możliwe, że konserwator zabytków zatwierdził taką fuszerę? Dał sobie wmówić, że to stary instrument i musi wydawać nieczyste dźwięki. Po naprawie naprawy organy zaczęły grać jak należy.
Dzięki mistrzowi wiemy, że wysokość piszczałki jest ograniczona miękkością stopu.
Faktycznie, zobaczyliśmy wcale nieduże piszczałki, które potrafiły się pofałdować pod własnym ciężarem, o czym za chwilę. Zapadnięcie się nie grozi drewnianym piszczałkom, nie znaczy, że gorszym, tylko inaczej brzmiącym



Drewnianym grożą, oczywiście, korniki, wilgoć, ale czy wiedzieliście, że metalowe to przysmak myszy? Albo, że metalowe piszczałki chorują na raka? Jest to rodzaj skamieliny, która rozprzestrzenia się na metalu. Trzeba ją wyciąć i wstawić zdrowy fragment blachy.




Metalowe piszczałki są bardzo precyzyjnie robione, organmistrz posługuje się wyliczeniami matematycznymi, by dopasować grubość blachy do wysokości i średnicy piszczałki. Wszystko musi być precyzyjnie wyskalowane. Im mniejsza piszczałka, tym cieńsza blacha, z której jest zrobiona.
Przy okazji dowiedzieliśmy się, co ma wspólnego budowa organów z więzieniem. Otóż do walcowania ręcznego blachy w dawnych czasach używano narzędzia zwanego galerą, była to ciężka, niewolnicza praca, ruchem przypominająca heblowanie. Jest duże podobieństwo w tym geście do więziennych łodzi, zwanych galerami. Co ciekawe, we Włoszech dotąd używa się pojęcia więzienie zamiennie z galerą. Zupełnie anegdotyczna jest jedna z definicji słowa, którą znalazłam w słowniku, gdy szukałam potwierdzenia dla słów Samuele. Galera to też rodzaj narzędzia służącego do ... polerowania podłóg.
Widzieliśmy zwyczajne narzędzia, ale i też takie, których poza warsztatem u organmistrza się nie spotyka. Służą do formowania kształtu.


 

Samuele wiele rzeczy robi sam, chociażby blachę, bo ta fabryczna jest za czysta i dlatego piszczałka potrafi się zapadać pod własnym ciężarem; czy nawet gwoździe.




Jendak nie ze wszystkim sobie radzi.
Pokazał nam starą wiatrownię (wiatrownicę), której działania nikt nie jest w stanie rozszyfrować.

Nasz mistrz ma na nią pomysł, ale mówi, że w środowisku organmistrzów byłoby to herezją, więc na razie urządzenie stoi wyzwaniem.
Oto inny przykład wiatrowni (czyli rozdzielni powietrza), naprawionej przez Samuele. Przyjrzyjcie się wstawkom miesternie wklejonym zgodnie z kierunkiem słojów.


 

A tu z fargmentem doprowadzającym powietrze do konkretnej piszczałki.
 


Pytaliśmy Samuele o szkołę dla budujących i naprawiających organy. Z żalem stwierdził, że nikogo nie interesuje utworzenie takiej placówki. Sam uczył się u mistrza, który już zamyka swoją działalność. Teraz on ma dwóch pomocników, lecz nie widać, żeby którykolwiek wiązał z tym swoją przyszłość. Strach pomyśleć!

Gdy tak nam opowiadał, robiłam zdjęcia, rozglądałam się wszędzie.
W jakimś zakątku oko kaligraficzne wypatrzyło tabliczkę, na której było napisane, że w 1738 zbudował [organy] Pistojczyk Filip Tronci.

   
To bardzo znane tu nazwisko wśród miłośników muzyki organowej, dotąd zachowało się kilka instrumentów autorstwa Tronci. Nie wszystkie organy przetopiono podczas wojny, te pozostałe uratowała (o, ironio losu!) bieda. Brak środków kazał wykorzystywać rzeczy zastane, nie zastępowano ich nowymi.
Tronci był uczniem mistrza Agati, od którego potem się odłączył, a gdy nie udał mu sie samodzielny biznes, wrócił z powrotem do Agatiego, który nie mając spadkobierców, zostawił swoją firmę jednemu z Troncich.
W kościele Madonna dell'Umiltà (charakterystycznym dzięki pięknej kopule górującej nad panoramą Pistoi), w przedsionku można zobaczyć tablicę nagrobną.


Dowiedzieliśmy się, że najstarsze organy (w dodatku odnowione) w powiecie pistojskim są w małym nieczynnym kościółku i pochodzą z XV wieku. Mało kto o tym wie, ze względu jakieś napięcia między starym organmistrzem (u którego terminował nasz Samuele), a księdzem, twórcą szkoły organowej. Ech!!!! Może kiedyś uda nam się dotrzeć do tego kościółka, oczywiście, myślę, o wnętrzu.
Skoro zagłębiłam się w historię, opowiem Wam jeszcze ciekawostkę. W rodzie Agatich pojawiła się jedyna kobieta organmistrz Maria Giustina Becarelli. Urodzona w 1750 roku, w 1766 została żoną Pietro Agatiego. Była tak znaczącą osobą w warsztacie swojego męża, że pojawiała się na tabliczkach informujących o autorstwie budowniczego. czy też naprawiającego organy. Jedna z takich tabliczek zachowała się w Kościele San Martino a Mensola w Fiesole. W podarowanym nam przez Samuele kalendarzu z organami Pistoi doczytałam jeszcze na czym między innymi polegała pomoc Giustiny. Otóż była ona, nazwijmy to, solidnej budowy, dużo solidniejszej od męża, więc podtrzymywała go, gdy musiał naprawiać trudno osiągalne części organów.

Żałuję bardzo, że nie jestem w stanie przekazać Wam języka, jakim opowiadał nam  o swojej pracy Samuele. Była to soczysta opowieść pasjonata, jasno wyjaśniająca funkcjonowanie organów, niepozbawiona barwnych wulgaryzmów. Można było zapatrzeć się na mówiącego, nawet nie rozumiejąc sensu jego słów. Nie jestem pasjonatem muzyki organowej, ale przyznam, że zawsze mam ciark, gdy dotykam namacalnie historii jakiegoś przedmiotu, gdy dowiaduję się, kto za tym stał, jakie były związane z tym historie. Wszyscy wyszliśmy zauroczeni Samuele Maffuccim i jego warsztatem, dziękując pryncypałowi, że wpadł na taki pomysł i go zrealizował.


 



czwartek, 1 marca 2018

POLSKA DUSZA

A było to tak.
Dzień wcześniej lałam gorącą wodę do poidełka, by ptaki choć przez chwilę miały wodę.  

Skorzystały!
Chwilę potem podsłuchałam rozmowę:

- Hej! Ponoć ma spaść śnieg?
- Niemożliwe!
- Tak, tak, dzieciom w domach kazali zostać.
- Nie bój się, razem jakoś damy radę.



No i zapowiedzi stały się prawdą.


A we mnie zagrała polska dusza.
Już w niedzielę, podczas próby generalnej, gdy po Mszy nieźle sypało, zachwyciłam się śniegiem. Tobbiańczycy dziwnie mi się przyglądali. Na moje "bello" odpowiadali "bello?", patrząc na mnie z uwagą.
Śnieg wtedy szybko stopniał.
Przyszły mrozy i wiatry okrutne, które podwajają odczuwalność temperatury, oczywiście, w dół.

Pierwszy dzień marca opatuliła biała cisza.



Nie mogłam wytrzymać, taki widok to rzadkość, więc wybiegłam z aparatem na ulicę. Doszłam nawet do punktu, z którego dobrze fotografuje się moje ulubione wzgórze Reticaia.



Szłam, tuptałam, śnieg ciął mi po gałkach ocznych, a z wolna, z bardzo wolna mijające mnie samochody ujawniały zdziwione miny kierowców.
Wiedziałam, że niebawem będzie wracał z Fognano Krzysztof, więc umówiłam się z nim, że mnie po drodze zabierze. No i zaczęła się zabawa, bo gdy jechał to ok, ale po zatrzymaniu się na zakręcie pod górę, samochód odmówił współpracy, postanowił zatańczyć na drodze. Na szczęście, udało się bestię opanować, trzeba było zjechać dużo niżej, załapać przyczepność i pokonywać trasę w górę z nadzieją, że zza zakrętu nie pojawi się żaden inny dzielny kierowca. Widziałam potem, że nie tylko my zatańczyliśmy na drodze.


Powiem Wam tak: zawsze się podśmiechiwałam z tutejszych katastrof żywiołowych w postaci opadów śniegu, ale teraz już rozumiem.
Nikt przecież nie kupuje zimowych opon, jeśli większość zim przebiega zupełnie na plusie.
Zakładanie łańcuchów na opony to mordęga.
Butów też przecież nikt na śnieżne zaspy nie kupuje.
Nawet jeśli są nieprzemakalne, to jeszcze powinny być antypoślizgowe.
Moje nogi od razu przypomniały sobie, jak iść po śniegu, a i tak może z 200 metrowe zejście asfaltową drogą zajęło mi kilkanaście minut. Śnieżny pług przejechał dużo później, nie zdziałał za wiele, bo wiatr nawiewał nowe opady.
Tak więc pokornie odszczekuję złośliwe uśmieszki. Tubylcy mają absolutne prawo nie umieć zachowywać się jak polskie śnieżne dusze :)
Tylko jeden zdawał się w ogóle nie zauważać bieli.





Dopiero, gdy go obsypałam śniegiem, otrzepał się z niesmakiem.


środa, 28 lutego 2018

PO DRODZE

Właściwie nie idzie ominąć Kościoła Św. Wawrzyńca, ale trudniej jakoś zebrać się, by do niego zajrzeć. Dużo częściej odwiedzam położoną obok Bibliotekę Medycejską Laurenzianę. W samej świątyni byłam dotąd tylko dwa razy, raz jako turystka (14 lat temu!), raz jako uczestnik Mszy św. z towarzyszącą jej "Mszą" Bacha. I to wszystko.
I nie to, że zniechęca mnie fasada.



Wiem, że okrutnie niedokończona, że z Michałem Aniołem w tle, który robił do niej podejścia, ale ciągle powtarzałam, że następnym razem, że przecież nie ucieknie. Zapisałam się nawet na zwiedzanie z oprowadzaniem i ... kiszka. Odwołano spotkanie ze względu na słabe zainteresowanie.
Zawzięłam się, obiecałam sobie, nie minę niedokończonej fasady - obietnicy dotrzymałam. Biblioteka też była, o wystawie osobno już napisałam.
Postanowienie, postanowieniem, teraz jeszcze chciałabym Wam opowiedzieć o tym kościele. Zaczęłam szperać po książkach, zagłębiłam się w linki internetowe, wędrowałam przez różne strony, odkrywając po drodze bardzo interesujące miejsca w sieci, znalazłam wiele nieznanych mi informacji, mało związanych z San Lorenzo.
Zaczęłam wcale nie od analizy obecnej budowli, ale od pamiętników naszych rodaków, będących dokumentacją ich pobytu we Florencji. Te poszukiwania przekonały mnie, że temat do łatwych nie należy, bo opinie o kościele Św. Wawrzyńca nie są zachęcające, jeśli w ogóle były, to Polacy zwracali uwagę na Kaplice Medycejskie (że tyloma kunsztownymi kamieniami zdobione), na Nową Zakrystię projektu Michała Anioła, a o świątyni to ledwo, ledwo.
Dzisiaj nie napiszę za dużo o tym, co zachwycało naszych rodaków, skupię się na samej budowli.
Ponieważ i dokumenty i wzrok mówią, że mamy do czynienia z dziełem myśli renesansowej, jednak zastanowiło mnie, czy coś już tutaj stało wcześniej.
No, baaa!
W tym miejscu wybudowano pierwszą świątynię chrześcijańską Florencji, była ona też pierwszą katedrą, pełniąc tę rolę przez trzysta lat. Wybudowano ją, jak chce tradycja, już w IV wieku, ale nic z niej nie zostało do naszych czasów.
San Lorenzo przestał być głównym kościołem diecezji, oddając prymat Chiesa di Santa Reparata, której resztki są pod obecnym Duomo.
Kościół rozbudowano w XI wieku i ponownie konsekrowano. Działo się to z inicjatywy pewnego biskupa, który został potem wybrany papieżem. Jest to fakt o tyle ważny, że z tej okazji papież ustanowił kościół San Lorenzo siedzibą kanoników florenckich, a to miało istotny wpływ na projekt następnego kościoła.
W czasach, gdy nie było koncelebracji, każdy kanonik potrzebował miejsca, by w tym samym czasie (nazwijmy to: równolegle do innych) móc odprawić Mszę św.  Rozwiązaniem były dodatkowe kaplice, takie, jak chociażby w kościele Santa Croce.
Kanonikom brakowało miejsca w św. Wawrzyńcu. Zwrócili się więc do Rady Miasta o pomoc. Zadecydowano o wyburzeniu domów pod przyszłą świątynię.



Zadziwiające, że pierwszą częścią nowego kościoła była ... zakrystia. Wydaje mi się to być jakimś szaleństwem architektonicznym, by zaczynać od małego elementu i potem do niego "dobudować" resztę, a to, z kolei, budzi mój podziw, gdyż zadanie wykonano. Oczywiście, nie jest tak, że nie było projektu całego kościoła, był, a jakże, nawet Nowa Zakrystia była w planach architekta. U źródeł powstania budowli leży zamówienie na rodową kaplicę grobową, złożone przez Giovanniego di Bicci de'Medici. Za namową Brunelleschiego Bicci zachęcił i inne rody, by fundowały przyszłe kaplice, co miało pomóc zbudować całą świątynię.
Chętnych do darowizn ubywało, największym donatorem pozostał właśnie Bicci, który, wraz z żoną jest faktycznie pochowany w Starej Zakrystii. Grób ma dziwną formę, niby sarkofag, ale nad nim, zapewnie w celach użytecznych jest tak wielki blat marmurowego stołu, że można przeoczyć, co się znajduje poniżej.


Przyjrzyjmy się pomieszczeniu.
W historii architektury traktuje się Starą Zakrystię jako odrębną strukturę, swoistą pierwszą renesansową budowlę na planie centralnym. Nam, współczesnym, wydaje się to być oczywiste, że Brunelleschi zastosował proste podziały, a to było bardzo innowacyjne, że sam zamysł wprowadzał porządek, harmonię, proporcje. A był prosty, bardzo prosty. Dwa sześciany postawione jeden na drugim, a w nich powycinane elementy głównie oparte na promieniu koła wpisanego w ścianę bazowego kubiku. Do tej bryły architekt "dokleił" następny prostopadłościan, w którym, znajduje się ołtarz. Nie chcę wnikać w następne podziały, to tylko główny zamysł, można by się dalej zagłębiać, w trzy poziomy, w promień kopuły, itd.


http://filippopuglia.blogspot.it/2016/10/sacrestia-vecchia-di-filippo.html

Filippo chciał połączyć dwa porządki: antyczny i gotycki. Z tego pierwszego pojawia się forma półkolista oraz technika ażurowej cegły, by konstrukcja była lżejsza; z drugiego zaś pochodzą żebrowania kopuły.

   

 Uważne oko znajdzie też odniesienia do toskańskiego protoromanizmu z fasadą kościoła San Miniato al Monte na czele. Chodzi o geometryzację, swoisty kontur (z pietra serena) wyodrębniający pola podziałów.
Bardzo ciekawe jest rozwiązanie okien. Trzeba mocno zadrzeć głowę, by zobaczyć je w dolnej części kopuły, zwróćcie uwagę na ich zdobienia, każde inne, ale nie o nie mi chodzi, tylko o to, że na zewnątrz okna są widoczne w tamburze (patrz rysunek po lewej stronie), a wewnątrz tegoż bębna nie widzimy, okna lokują się bezpośrednio między żebrami kopuły.


Inną innowajcą było łagodne przejście od kątów prostych do koła, jako bazy kopuły, te formy nazywa się żagielkami (pendentywami), nie znanymi w starożytnym Rzymie, istniejącymi za to na Bliskim Wschodzie, lecz tych architekt na pewno nie widział.


Najlepszy przyjaciel Brunelleschiego - Donatello - ozdobił reliefami wnętrze, jego autorstwa są też drzwi z brązu przedstawiające z męczenników i apostołów.  Trudno uwierzyć, patrząc z dołu, że koła mają aż dwa metry średnicy.  Nie pamiętam gdzie, ale spotkałam informację, że architekt nie był zachwycony tymi dekoracjami. Mnie się podobają. Subtelnie podbijają niemal monochromatyczny wystrój wnętrza.

Reszta kościoła nie miała tego szczęścia, by jej projektant dożył końca budowy.
Już w latach 40 XV wieku powstał projekt rozszerzający pierwotną przestrzeń o boczne kaplice. Widać to dobrze na planie, zapotrzebowanie na kaplice spowodowało, że wzdłuż naw dodano jeszcze pół szerokości bocznej nawy i tam ulokowano 12 dodatkowych ołtarzy. W ten sposób caly kościół, oprócz fasady, jest otoczony kaplicami.



I tutaj proporcje wynikają z prostego podziału, bazową figurą był kwadrat powstały na przecięciu naw z transeptem.



Użycie prostych proporcji powoduje, że zaraz po wejściu mam wrażenie wielkiego spokoju, harmonii, ale nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze. Chodzi mi o to, że taka dosyć chłodna kalkulacja jakoś mnie nie porywa. Sami wiecie, średniowiecze rządzi!
Kościół, oczywiście, wart jest wizyty, i to nie tylko jednej.
Poza porządnym przykładem architektury, ma kilka doskonałych obiektów rzeźbiarskich i malarskich.
Nie sposób nie zauważyć dwóch ambon (pasyjnej i zmartwychwstania) przypisywanych Donatello i jego pomocnikom. Właściwie o samych tych obiektach trzeba by kiedyś napisać osobny artykuł.





   

Dzisiaj więc tylko je wspominam.
Donatello pojawia się znowu jako autor, w jednej z kaplic. Jest tam przedziwny nagrobek, wyglądający jak plecionka z trzciny.

 

Na równi z autorem, ważne było dla mnie, kto jest pochowany w tym miejscu. Zapamiętajcie nazwisko Martelli, bo ono pewnie nie raz jeszcze przewinie się na łamach bloga.
W tej samej kaplicy głównym bohaterem jest "Zwiastowanie" Lippiego. Okropność! Nie, nie, nie obraz, tylko odległość, z jakiej pozwala się go oglądać. Tylko aparat z dużym zooem pozwala zobaczyć detale. A ja tam bym chciała nos wściubić, ślad pędzla wypatrzeć.




 

 Spośród wielu interesujących dzieł nie sposób nie zauważyć świetnego reliefu perspektywicznego w Tabernakulum Desiderio da Settignano.



   

 Jednak moją bohaterką tego dnia jest Uśmiechnięta Madonna.


 Nazwa absolutnie moja własna, bo oficjalny tytuł to Madonna z Dzieciątkiem, albo ... Bentornata. I tu mam zagwozdkę. Co ja się naszukałam! Dlaczego określa się ją pseudonimem przetłumaczalnym na język polski mniej więcej jako "dobrze cię widzieć po powrocie"? Czas mi zlatywał na poszukiwaniach i  ... nic. Nadal widzę Uśmiechniętą Madonnę, łaskotaną przez Dziecię Jezus i nie wiem, gdzie wędrowała, skąd wróciła, co przeżyła po drodze?


   

 Wiem tylko, że to polichromowana rzeźba z drewna, autorstwa Giovanniego Fetti, rzeźbiarza działającego we Florencji w XIV wieku.
Nie opowiedziałam Wam o całym kościele, chciałam Was zachęcić do zajrzenia do środka.
Podniesienia głowy i obejrzenia rzeźbionego sufitu z którego kolorem wycina się wnętrze kopuły.


   

Doznania zawrotu głowy na widok mnogości kolorowych kamieni, które przyozdobiły główny ołtarz.
Wejścia w ogromny fresk Bronzino z męczeństwem patrona - św. Wawrzyńca.


 Nie zapomnijcie też po wyjściu z kościoła, że w tej samej cenie biletu, możecie zejść do skarbca (wejście przez dziedziniec za kasą biletową).


Sam skarbiec jest niezwykle interesujący, z wieloma misternymi obiektami, ale mnie porusza możliwość nawiedzenia dwóch grobów: Kosmy Starszego Medyceusza oraz ich "podopiecznego", nadwornego rzeźbiarza, samego Donatello. Zwłaszcza ten drugi pochówek każe sie czule zatrzymać nad skromną płytą mówiącą, że tu jest pochowany Donatello, sławny z przywrócenia sztuki antycznej rzeźby, najdroższy Księciom Medycejskim, którym był bliski i za życia, jako i po śmierci blisko pochowany. Blisko, ale nie za blisko, obecnie groby dzieli nie tylko przestrzeń, ale i krata. Jakaż też i różnica w pochówku. Kosma zdaje się być złożony w miescu będącym podporą całego kościoła nad nim, Donatello w przejściu niemal, prosta płyta, do tego szkaradnie wydzielona czerwonymi linami. Znaj artysto swoje miejsce nie tylko na ziemi, ale i po śmierci.