środa, 17 sierpnia 2016

ZA MIEDZĄ

Trochę naciągnęłam tytuł, ale w porównaniu z poprzednią wycieczką, dłuższą i na większy dystans, ta krótka niedzielna była za miedzę, czyli za Pistoię.
Parę lat temu usłyszałam od znajomej o kościele z kryptą w Montale. Skoro krypta, to budynek musi być stary, a skoro stary, to ja go muszę zobaczyć.
I tak minęło dużo czasu na tym przymusie. Świątynia nie jest zawsze otwarta. Albo się poprosi kogoś, kto ma klucze o wpuszczenie do środka, albo trzeba wstrzelić się w moment jej użycia, a jej obecne funkcje ograniczają się głównie do ślubów.
W końcu zmotywowałam Krzysztofa, by zadzwonił do proboszcza z pobliskiej parafii i okazało się, że akurat najbliższej niedzieli, po południu, ktoś się tam pobierze. Kościół miał być otwarty na godzinę przed uroczystością.
Jedziemy!
Budynek nazywają opactwem, ale z jego pierwotnego przeznaczenia, niewiele widać. Można się trochę domyślić, po przyległych budynkach, że pełniły klasztorną funkcję. Trochę przestrzeni daje porośnięty drzewami placyk, a z tyłu gaj oliwny i łąka. Wystarczy odwrócić się, by zobaczyć, że miesjce obrosły dość współczesne domy. Ciekawe, ile one przetrwają? Początki opactwa notuje się na VIII wiek, zwano je wtedy klasztorem królowej, potem przeszło pod zarząd biskupa z Fiesole, by przez wiele wieków później stać się siedzibą kanoników regularnych.
Sama bryła jest bardzo prosta, z romańskimi apsydami.

Obecny stan jest wynikiem restauracji w 1920, przywracającej w znaczym stopniu romański charakter. W środku też bez wielkich ozdobników. Jedna nawa z podwyższonym prezbiterium. Idealna przestrzeń na śluby, co widać po kwiatowych dekoracjach. Nie trzeba wiele materiału roślinnego, by ją przyozdobić.

Jest tam miejsce, które nie wymaga żadnego zdobienia, ale też i nie jest widoczne podczas liturgii. Można wyczuć jego obecność lekkim wilgotnym chłodem dolatującym spod podwyższonego prezbiterium. Krypta.
Staram się nie zauważać, że uczyniono z niej magazyn, że zabrano jej proporcje, zasypując podłoże. Patrzę na las kolumn i ich wspaniale pokraczne romańskie zdobienia. Dla mnie tu jest raj, może nawet ciut większy, niż u góry, która jest zbyt wyczyszczona i z ledwością zachowuje swój średniowieczny charakter.

Kiedyś z Joanną rozważałyśmy, które kościoły w Pistoi i najbliższej okolicy idealnie wpisują się w toskańską oprawę ślubu. Wiem, wiem, najważniejszy jest sakrament, ale potrzeba piękna każe podkreślać niezwykły charakter uroczystości. Do bogatego już zestawu, można spokojnie dołączyć i Abbazia di San Salvatore in Agna w Montale.

  Skoro już wyruszyliśmy na drugą stronę Pistoi, zaproponowałam jeszcze obejrzenie wzgórza zwanego Rocca, położonego nad Montemurlo. Samej twierdzy nie udało nam się zobaczyć, ale to już wiedziałam wcześniej, że jest otwierana tylko na specjalne okazje, chciałam przetrzeć szlak i zobaczyć maleńkie borgo położone u jej stóp. Położone poniżej, ale też na wzgórzu, na które prowadzi kręta droga wśród oliwnych gajów.

Kilka budynków na krzyż, a restauracja jest! Ponoć bardzo dobra. I to z widokiem niebylejakim, na Prato i Florencję.

Jeśli ktoś nie wie, gdzie szukać charakterystycznych dla tych miast budynków, pomocne będzie koło z obrotowym celownikiem. Wystarczy na tarczy wyszukać nazwę i nakierować celownik, by znaleźć dane miejsce w rzeczywistym położeniu. Można też i odwrotnie najechać na nazwę i dowiedzieć się, że jest ona przypisana, na przykład, do pobliskiej góry.

Moje stadko Aniołów Stróżów nie leniło się i tym razem. Przyjechaliśmy na chwilę przed tym, gdy otwarto kościół Św. Jana Chrzciciela. Aniołowie pracę wykonali przednią, gdyż trafiliśmy precyzyjnie w dzień i godzinę.
W loggi zamkniętej jeszcze świątyni zastaliśmy carabiniere, który czekał na panią z kluczami. Wyjaśnił nam, że carabinieri pełnią tu dobrowolne dyżury, pilnują wnętrza. Dzieje się to zazwyczaj co drugą niedzielę, poczynając od kwietnia, na październiku kończąc.
Romanizm dużo trudniejszy do wykrycia, choć dokumenty mówią o XI wieku, to tylko trochę charakterystycznych kamieni wspomina najstarsze czasy. Ciekawią mnie nawet niektóre poźniejsze "dodatki": właśnie owa loggia z ceglanymi kolumnami, ceglane wykończenie okapu, czy zabudowane chiostro, obecnie czyjeś podwórko.

Wnętrze dość zadbane, nie jest już tak porywające, choć i tak cieszę się, że je zobaczyłam. Nie w moim guście, ale kilka elementów przykuwa oko, zwłaszcza trudny do sfotografowania krzyż do błogosławieństw z XIV wieku wykuty w srebrze przez jednego z mistrzów, autorów srebrnego ołtarza z pistojskiej katedry.


       

Nad wejściem jest cykl fresków przedstawiających legendę (albo i historię?) związaną z tym krzyżem.  Przed wiekami, nocą, złodzieje zakradli się do wnętrza kościoła. Wypatrzyli krucyfiks i domyślając się jego wartości, zabrali do wora, uciekli polami w kierunku Pistoi. Napotkali po drodze strumień Agna, który niespodziewanie przybrał, choć nie były to deszczowe dni. Złodzieje szukali przejścia przez wodę. Zauważyli, że gdy tylko oddalali się od strumienia, jego poziom malał. Zbliżał się świt, nie mogli zwalczyć cudownego przybierania wody, postanowili więc zakopać krzyż. Bez zdobyczy łatwo przekroczyli Agnę, z postanowieniem powrotu nocą.
Rankiem na pole wyszedł wieśniak i zauważył dziwne zachowanie krów. Zatrzymały się i przyklęknęły, nie chciały dalej iść. Wyzywał je, batożył. Nic z tego. Wziął motykę i zaczął przed nimi poruszać ziemię, gdy usłyszał uderzenie o metal. Wydobył krzyż. Pobiegł do księży zasmuconych zniknięciem skarbu. Ci szybko udali się na to miejsce i procesyjnie odprowadzili krzyż na należne mu miejsce. Uderzenie motyki częściowo oddzieliło głowę Chrystusa od korpusu, co ponoć jest do dzisiaj widoczne.
Na freskach widać odnalezienie krzyża, jego odprowadzenie, złapanie i osądzenie złodziei, aż w końcu ich zaprowadzenie na tortury. W tle tej ostatniej sceny widać Zamek z Montemurlo. Coś z tej historii pozostało do dziś i przeobraziło się w  święto. Muszę kiedyś tam dotrzeć, bo ze znalezionych materiałów, widać ciekawą festę.
Z boku kościoła jest dobudowane oratorium Kompanii Bożego Ciała - obecnie małe muzeum, z ciekawymi przedmiotami, jak latarnie procesyjne, wota dziękczynne, piękne szaty liturgiczne, czy oryginalne skrzynki do zbierania ofiary. Przedmioty te pieczołowicie ułożyły panie opiekujące się kościołem. Jedna z nich poprosiła mnie, bym wpisała się do pamiątkowej księgi. Jakże była zadowolona, gdy jej powiedziałam, że już się wpisałam.

Lubię w ludziach dbałość o dawne czasy, o przedmioty będące ich świadkami, to dbałość o własne korzenie i tożsamość.
Wycieczka krótka, tylko te dwa miejsca. Już następnego dnia, zupełnie niespodziewanie, okazało się, że miała w sobie jeszcze jedno znaczenie, ale o nim napiszę w przyszłości. Na pewno napiszę!
Salva
Salva

8 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie kameralne kościółki. Są stworzone do ślubów :-) Często znajdują się w wyjątkowo urokliwych miejscach. Oby więcej takich odkryć "zza miedzy". Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. W jednym z paragrafow dotyczacych krypty w Montale mowisz o potrzebie piekna. Mhm, usmiecham sie patrzac na serca zdobiace kolumny - potrzeba piekna i milosci chodza chyba w parze. Swietne miejsce na slub.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo miłość to bardzo piękne uczucie, a piękno budzi potrzebę miłości :)

      Usuń
  3. …no bo jakże można tak wyzywać i batożyć niewinne krowy. Jakaś kara musiała być ;)
    Bardzo lubię Pani opowieści, Pani Małgosiu! Pozdrawiam, Aldona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to się cieszę, że dostarczają dobrych wrażeń :)

      Usuń
  4. Zajrzałam tu po niemal roku i znów mi w głowie utkwiły te biedne krowy... tak bardzo bym chciała, żeby z ambon mówiono więcej o św. Franciszku, św. Rochu, o naszych braciach mniejszych, o tym, że czynić sobie ziemię poddaną nie znaczy brać ją pod but i gotować wszystkiemu co żywe udrękę. Byłam niedawno na nabożeństwie w kościele ewangelickim w Warszawie. Czytanie dotyczyło stworzenia świata i wyraźnie wynikało z niego, że Bóg dał wszelkie ziarna, rośliny i owoce na pożywienie ludziom i zwierzętom - słowa nie było o tym, że zwierzęta mają człowiekowi służyć albo być jego pożywieniem... pierwsi ludzie byli wegetarianami. Szkoda, że to nie przetrwało :(
    Pozdrawiam, Aldona

    OdpowiedzUsuń
  5. Już o tym pisałam w innym komentarzu, że jednak gdyby podpierać się Biblią, to argument o wegetarianizmie danym od Boga słabnie wobec zalecanych potem przez Niego ofiarach, łącznie z barankiem pierworodnym na Paschę, itp. A z kolei grzech nie został zobrazowany zwierzęciem, lecz owocem :)

    OdpowiedzUsuń