niedziela, 4 sierpnia 2019

MAKOWA WYCIECZKA

Na początku czerwca pojechaliśmy na wycieczkę w poszukiwaniu pól makowych w Val d'Orci. Uwzięłam się, że w końcu muszę trafić z terminem. Zadanie wydawało się łatwe, bo wiosna była bardzo makowa, kwiaty zagospodarowały pobocza dróg, panoszyły się nawet w ogrodzie.

Żeby jednak tak zupełnie bezproduktywnie nie wypatrywać oczu za olbrzymią czerwienią, zjechało się to tu, to tam. Czasami "tu" było widziane pierwszy raz w życiu, czasami "tam" znałam, ale wracam tam zawsze z wielką radością.
Trasa wiodła przez Crete Senesi.
W końcu zobaczyłam, dokąd prowadzi długa aleja cyprysowa, którą wiele razy mijaliśmy po drodze.



Drogowskaz zapowiadał zamek Leolino. Wielki to on nie był, kompleks budynków zamieniony został w luksusowy hotel, trochę odstręczał swoją sterylnością, ale zawsze coś tam oko wypatrzyło.  Zazwyczaj nie narzekam na odnawianie miejsc, ale jakoś tutaj poczułam tęsknotę za widocznym pazurem czasu.




Warto przejść się dalej, bo droga jest samograjem krajobrazowym, którego zamknięcie stanowi daleka panorama Sieny.








Potem skierowaliśmy się do Monte Oliveto Maggiore, do którego mapy Google nie polecały nam jechać o tej porze, twierdząc, że klasztor ma przerwę obiadową. Posłuchaliśmy, podjechaliśmy najpierw do niedalekiego Chiusure, gdzie pysznie i niedrogo zjedliśmy, za podpowiedzią Ewy.


bruschetta przypomniała mi, że zaniedbałam się w temacie, co nadrabiam teraz, gdy już są pomidory z ogrodu

potrawy tej nawet nie tknę, jest w niej wątróbka wieprzowa

pici pyszne, swojskie

Zaintrygował nas wystrój osterii "La Terazza". Trochę starych przedmiotów rolniczych, książek, nawet jakiś akt erekcyjny.











Pogadaliśmy z właścicielką i okazało się, że jej mąż czasami zostaje zatrudniany do opróżniania domów. Często wyposażenie ma wylądować na śmietniku, więc chociaż trochę ratuje.
Jedna książka nie jest wystawiona na widok klientów, ale pani, chyba zainspirowana moją ciekawością, zaprowadziła mnie do dużego pomieszczenia z kominkiem, chyba nieużywanego codziennie. Wygląda na byłe kino.



Pokazała mi przedziwną, luksusową, książkę "Mój ojciec Duce" autorstwa Vittorio Mussoliniego (syna Benito), wydaną w 1991 roku. Cały nakład wynosił 1999 egzemplarzy. Wydawało mi się, że Państwo Włoskie nałożyło totalne embargo na Mussoliniego, a tutaj takie wydanie??? Zupełnie dobrze namalowane obrazy, delikatne rysunki piórkiem. Świetny papier.  Domyślacie się, że nie była to krytyczna ocena postaci? Znalazłam informację, że cena na rynku to około 1000 euro! Widziane przeze mnie mogło być jeszcze droższe, bo zawierało autografy twórców książki (autora i wydawcy) i było dedykowane osobiście konkretnym osobom.










Takie niespodzianki czekają człowieka podczas toskańskich wypraw.
A Chiusure?
Urocza mała miejscowość, w której zaskoczyły mnie  ... karczochy. Nie mam pojęcia, czy mają jakieś specjalne znaczenie, ale wyglądają fantastycznie powiększone do rozmiarów terakotowych donic.













Położone jest na wzgórzu, z którego widać klasztor, do którego zmierzaliśmy.


W samym Chiusure widać też ślady obecności pobliskich mnichów, bo na położonym wysoko domu starości widać emblematy Monte Oliveto.






Wspinanie się w górę wynagradzają widoki, które trudno ująć w słowa. Władają oczami, cieszą, że piękno jest tak nieskończone.



O Monte Oliveto już pisałam, wręcz szczegółowo omawiając każdy panel z freskami z jednego z wirydarzy. W końcu porobiłam własne ujęcia ogólne, więc kiedyś dodam je do dawnego artykułu pt. "Renesansowy komiks". A tutaj parę migawek z klasztoru i okolic.












Były i nowości.
Piwniczka!
Pyszne wina, przesympatyczny sprzedawca Luca, z którym swobodnie porozmawiacie w kilku językach, usłyszycie nawet kilka polskich słów, których nauczył się od Polaków, którzy stale spędzają wakacje w okolicy.







W lipcu jeszcze raz trafiłam do Monte Oliveto, z moimi ukochanymi gośćmi. wtedy zajrzeliśmy do refektarza, z którego zdjęcia wrzucę tutaj. Bardzo mnie cieszy, że ciągle jest używany zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem. Liczba miejsc jest dość dobrze wykorzystana, bo, jak nam powiedział Luca, w klasztorze mieszka ponad 30 mnichów.



Po Monte Oliveto padło na dotąd nieodwiedzone Castelmuzio. Wszystko przez Mariankę, która kiedyś pytała się mnie o tę miejscowość, a ja nie miałam o niej bladego pojęcia. A że po drodze nam było do Pienzy, w której chcieliśmy zakończyć wycieczkę, to wszak "po drodze".

Właściwie to nie umiem powiedzieć zbyt wiele o miasteczku, wita okazałą bramą, jest niewielkie, senne.





















Najbardziej zapamiętałam ... toaletę. Czegoś takiego jeszcze nie spotkałam. W pobliżu przejścia w murach, prowadzącego na parking, wybudowano niezwykle zadbaną ubikację, w której pachnie, w której nawet książkę, gazety można poczytać. Dostępna bez opłat, prosi się tylko o pozostawienie jej w stanie zastanym. Uważam, że jest bardzo warta wspomnienia w tym artykule.





Żal serce ściska i ćwiczy moją cierpliwość, gdyż potem odkryłam, że niedaleko jest romański kościół. Zapisany na listę "do zwiedzenia", postaram się tam dotrzeć.
Na koniec Pienza, w której postanowiłam nie robić zdjęć. Trafiliśmy na finisz jakiegoś biegu. Znowu podziwiałam organizatorów, którzy nie zamknęli ulic, tylko rozstawili w newralgicznych miejscach strażników z gwizdkami, by efektywnie mogli robić miejsce dla zmęczonych biegaczy.
Aaaa, nie! Zrobiłam kilka zdjęć, z murów. W oddali zobaczyłam makowe pole, ale już było za późno, by do niego dotrzeć.


Następnym razem zacznę poszukiwania od wynajmu helikoptera, by z góry zlokalizować tropione od lat papaveri.
Na razie pocieszam się niewielkimi kępkami.



6 komentarzy:

  1. Ale się nachodziłam nosem w kompie pasąc oczy krajobrazem, murem i detalem.Kieliszki w numeracji domów w Castelmuzio wróżą mi i dają nadzieję, że jeszcse tam zajrzę...Niesamowicie wyglądają te pola makowe z lotu ptaka.Jakby ktoś trawę potraktował czerwonym spreyem.;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Tam chyba trudno zrobić niedobre zdjęcia :) Ale i tak dziękuję :)

      Usuń
  3. Jesteś świetną poszukiwaczką. Zawsze coś ciekawego znajdziesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo lubię i wracać i widzieć nowe, więc siedzę czasami długo w mapach i grzebię, grzebię, grzebię :)

      Usuń