niedziela, 25 sierpnia 2019

WYPRAWA PO JAGODY

Tak, tak, nie pomyliłam się - "po jagody", nie "na jagody". Być może, przy okazji wyprawy na grzyby, wspomniałam, że na zbieranie jagód trzeba posiadać specjalne pozwolenie. Nie da się go tak łatwo zdobyć, jak na grzybobranie. To już wyższy stopień wtajemniczenia.
Pozostaje dotrzeć do sklepu - koszmarnie drogo (około 14 euro za kilogram), spotkać w górach zbieraczy i namówić ich na sprzedaż bezpośrednią, albo znać księdza w górach, który zna zbieraczy, którzy zostawią jagody u mniszek, a te z dalekich krajów (Filipiny) z uśmiechem wydadzą zamówiony towar. Ostatni sposób pozwala zbić cenę o więcej niż połowę; w dodatku jagody są już oczyszczone (w przeciwieństwie do tych od zbieraczy, którzy wszak zgarniają specjalnymi grzebieniami i owoce i liście).
Żeby tak zupełnie bezproduktywnie turystycznie nie jechać, namówiłam Krzysztofa na wizytę w górskim Piteglio.
Serce mi mocniej zabiło, gdy zobaczyłam taras widziany 15 lat temu, na którym siedzieliśmy z Tatą i śp. Mamą.


To dobre wspomnienie. Sercu, które jest tam pierwszy raz, też zrobi się dobrze, bo przed oczami rozpościera się łańcuch wysokich gór Apeninu Tosko-Emiliańskiego, a zza niego nieśmiało wychylają się Alpy Apuańskie.
Ten widok znałam, ale mało pamiętałam.
Za to w ogóle nie pamiętam, byśmy wspięli się wtedy zadbanymi uliczkami Piteglio, by  zobaczyć kościół.




Do 2017 roku miasteczko było siedzibą gminy, ale chyba nie straciło nic na swojej aktywności, bo widziałam resztki dekoracji po niedawnym odpuście, niezły rozmach!
Tego dnia zbierała się też jakaś piesza wycieczka z imponującą liczbą uczestników.
Piteglio wpisało się na mapę przyszłej Toskanii już w antyku, gdy stanowiło siedzibę wojsk rzymskich. Potem stało się niezależną gminą, co trwało aż do wspomnianego przeze mnie 2017 roku, kiedy to uczyniono fuzję gmin tworząc gminę San Marcello Piteglio.
Resztki po średniowiecznym zamku od razu widać w dzwonnicy, ciężkiej masywnej, nie wiem, na ile uszkodzonej podczas trzęsienia ziemi w 1980 roku.

Przypomniała mi się wieża w Montagnanie (kiedyś drugiej parafii Krzysztofa), gdzie także wykorzystano kamienne pozostałości po zamku.
Obydwie dzwonnice stanowią jakby odrębny żywioł architektoniczny.
By dojść do kościoła trzeba się nieźle nawspinać, potwierdzi to Druso staruszek, którego wzięliśmy na tę krótką wycieczkę.

Uliczki w Piteglio nie tylko zaczynają się "Via", są tam też "Aia". Aia to dosłownie klepisko, ale tego tu nie zobaczycie, traficie za to na niewielkie dziedzińce, placyki, pełne kwiatów, swoistego górskiego uroku.






Zadyszani dotarliśmy do Pieve Santa Maria Assunta powstałej w XIII wieku.




Jeśli pieve, to ja od razu kicam w górę, by, tym razem, troszkę się rozczarować. No niewiele tu zostało z romanizmu (jeśli nie liczyć murów i szczególnej absydy z loggią z zewnątrz, trudną do sfotografowania, bo przyrosły tam inne budynki).





Szkoda. Sam w sobie kościół ciekawy, z loggiatą przed wejściem. Nie weszłam od razu, najpierw przyciąga mnie jakieś boczne wejście. Z daleka czuć stęchlizną. Nie da się wejść, ale można zajrzeć.


Jakaś kaplica? Tak, poświęcona Matce Boskiej Karmiącej (po włosku ma bardziej dosłowny tytuł "od Mleka" albo, jak kto woli, "Mleczna").  Jej kult był praktykowany w starej pieve. O!! Jest jakiś starszy kościół! No, musimy tam pojechać.
Nie zapomniałam zajrzeć jeszcze do kościoła.



W bocznych kaplicach ciemno, ale coś tam wypatrzyłam.
Prawa zawierała pełno pamiątek po dawnym proboszczu, wśród których najbardziej poruszyła mnie laurka z okazji 50 lecia kapłaństwa z podpisami mnóstwa rodzin z Piteglio.



W lewej z ledwością domyślałam się pięknej XVII wiecznej Madonny Wniebowziętej - patronki świątyni. Obrazy sfotografowałam jedynie dzięki lampce z telefonu.




Schodzimy z powrotem.
Nie sposób nie wspomnieć puchatego kocura, który kontrolował nasze przejście.





Ten jest z dedykacją dla Kasi S.

Jak w kilku już wcześniej widzianych miejscowościach, tak i tu zauważyłam zwyczaj ozdabiania wejść do domów ręcznie malowanymi dachówkami, tymi płaskimi, na które kładzie się potem półokrągłe.


Niedaleko od Piteglio, kilka kilometrów dalej i trochę metrów niżej stoi faktycznie niewielki romański kościółek, którego początki datują się na 1000 rok naszej ery.




Ma bardzo prostą bryłę, z ciekawym elementem na fasadzie - schodkami. Czemu służyły? Raczej nie prowadziły do jakiejś nieistniejącej dzwonnicy, bo ta, żagielkowa, ciągle uroczo zdobi wierzchołek elewacji.

Może jakieś błogosławieństwa? Tak, doczytałam na tabliucy informacyjnej, że aż po współczesność w Poniedziałek Wielkanocny błogosławiło się z tego podwyższenia pola i lasy.

Widać resztki zdobień wsporników pod dachem.
Zadumałam się nad wyrytym rysuneczkiem. Stary on? Czy w stylu starego? Data 1615 jest napisana piękną dawną czcionką, ale przebite serce?

Ot! Nie wiem, kiedy ten popularny symbol pojawił się w użyciu ludowym. Na pewno właśnie XVII i potem XVIII wiek spopularyzował wizerunek samego przebitego serca, często otoczonego koroną cierniową, więc jak się domyślacie, dotyczył Chrystusa. Poza tym ten mało widoczny człek w kapeluszu ma coś na wzór gitary, w moim mniemaniu nawet elektrycznej :)
Podejrzenia są tym większe, że w samym Piteglio wypatrzyłam na jednym z kamieni uliczki wyryte wyznanie o miłości dwojga ludzi.

Może oni tak już od wieków?
Do wnętrza da się zajrzeć przez maluśkie otwory w drzwiach, widać, że świątynka nadal jest używana w swojej podstawowej roli, ale doczytałam, że odbywają się tam też i wystawy. Na ołtarzu, chyba, wątpliwej urody obraz ze Zwiastowaniem, trudno jednak orzec na odległość, bo silny kontrast cienia i wpadającego przez okno słońca uratował dzieło od bardziej surowej oceny. Zobaczyłam je dopiero na zbliżeniu w komputerze.





Spod starej pieve można zobaczyć średniowieczność tej nowszej, majestatycznie górującej nad Piteglio.


Skoro już podjechaliśmy do starego kościółka, to plis, plis, jeszcze trochę dalej, jeszcze trochę niżej, aż do rzeki. Ale że co? Za gorąco? Nie, nie. Tam jest czyste średniowiecze, ośli grzbiet i mniejsza wersja Diabelskiego Mostu z Borgo a Mozzano.
Od dawna przymierzałam się do zobaczenia Ponte di Castruccio, którego nazwę nadano mu od jego budowniczego, kondotiera i szlachcica z Lukki, Castruccio Castracaniego, żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku. Most postawiono na rzece Lima.


Obydwa jego brzegi flankują budynki do pobierania myta. Obecnie jeden z nich jest gospodarstwem agroturystycznym. Ponieważ zostawiłam Krzysztofa z psem na parkingu, nie chciałam zagłębiać się w poszukiwanie jeszcze jednego mostku, który jest gdzieś nieopodal. Wystarczył mi i tak widok tego oraz kąpiących się ludzi.







Woda kryształowo czysta, z mamiącym wzrok wrażeniem płytkości. O głębokości w pewnym miejscu koryta Limy przekonałam się obserwując panów, których najpierw odebrałam jako samobójców, rzucających się na płytką wodę z wysokości kilku metrów.




Pozazdrościłam im ochłody i wróciłam spokojnie do samochodu, ciesząc się, że dotarliśmy do mostu od strony Piteglio. Jest też możliwość zejścia do niego z Popiglio, po drugiej stronie rzeki, ale nie życzę nikomu powrotnej wspinaczki do miasteczka.
Jeśli zgłodniejecie, albo przynajmniej spragnieni tam dotrzecie, nie obawiajcie, się, na miejscu jest wyszynk.
Pozostało nam podjechać kilkanaście kilometrów dalej i odebrać jagody, które dopełniły mojego poczucia szczęścia. Niebawem zasadzę się na zrobienie pierogów z jagodami - toć to jedno z lepszych wspomnień dzieciństwa!

3 komentarze:

  1. Cudowne chwile złapane piórem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech...jedyne co mnie pociesza to fakt, że jagody i grzyby mogę zbierać w lesie bez ograniczeń😉😊

    OdpowiedzUsuń