czwartek, 9 czerwca 2016

POZA PISANIEM

Tydzień w San Martino był prawdziwie wakacyjny. Zajęcia - sama przyjemność, a wolny, wspólny czas to radość nieśpieszności, rozmów, zwiedzania bez zacięcia, że wszystko trzeba zobaczyć. Znając niemal całą grupę, wiedziałam, że bez sensu byłoby wracać na noc do domu. I nie chodzi o to, że nie daliby sobie rady beze mnie - wręcz przeciwnie!

Właściwie to, w pierwszej reakcji na widok klasztoru i widoków wokół niego, wszyscy chcieli pozostać na miejscu przez cały tydzień. Trochę się byczyliśmy, ale ...



Toskania kusi.

Niedziela była z założenia piesza. Po dwóch dniach podróży z Polski nikt nie miał ochoty na ponowne wsiadanie do auta.
Kościół przy klasztorze nadal służy jako świątynia, więc poprosiłam Krzysztofa, by przyjechał do nas i odprawił nam Mszę św. Akurat cała ekipa była chętna na udział w liturgii.

Potem wybraliśmy się na spacer do niedalekiego Artimino.
Po drodze minęliśmy samotnie stojącą kapliczkę cmentarną. Wokół już nie było grobów, tylko cyprysy wyznaczały dawny teren pochówków, a na nim pozostała ta jedyna biedaczyna, smutna, zaniedbana, z pięknym freskiem w środku i dwoma grobami.

Pod samym Artimino stoi romański kościół, ale rzadko można go zobaczyć wewnątrz (pokazałam go we wpisie z 2009 roku)
Na życzenie niektórych pryncypał wziął ze sobą psy, w większości znane grupie. Pod koniec trasy staruszek Boguś odmówił dalszego spaceru, chętnych na niesienie go nie zabrakło.

U celu wszyscy ochłodzili się pysznymi lodami, wśród których przebojem był smak nespolo, czyli nieśplika japońskiego.

Wiedzieli, że smak powinien być dobry, bo pod klasztorem właśnie dojrzewają owoce nieśplika i nie omieszkali ich spróbować. Mniam!
Do Willi Artimino nie doszliśmy, wystarczyło okrążenie samego miasteczka. 

Poniedziałek był jedynym dniem z porządnymi deszczami i burzami.



Fartem udało nam się dotrzeć o suchej nitce do Vinci. Część osób nie widziała muzeum, więc poszła je zwiedzić.
Głównie wszystkie uczestniczki chciały zajrzeć do sklepiku z papierami i właśnie materiałami do kaligrafii. Wariuję w tego typu miejscach, przygarnęłabym cały asortyment. Z rozsądkiem ograniczyłam się do zakupu obsadki  z pięknym okuciem w kształcie florenckiego giglio

Wtorek był dniem wolnym od zajęć, bo wyruszyliśmy w toskańskie góry na całodniową wycieczkę, podczas której zobaczyliśmy manuskrypty.
Ale nie tylko kaligrafią człowiek żyje. Ksiądz Adam polecił nam pizzę w pobliskim barze. Jejka! Co to była za uczta! Świeżutkie i chrupiące pyszności.


Najedzeni ruszyliśmy najpierw do Ponte Sospeso. Wszystkim bardzo się spodobał most, nie dziwota - sielskie widoki, wokół szalona zieleń, cisza przerywana jedynie lękiem tych, którzy mają problemy z wysokością.

Ale jestem dumna, bo dałam radę i towarzyszyłam ekipie na rozbujanej metalowej konstrukcji. Zrobiłam nawet zdjęcie sferyczne, stojąc na samym środku Ponte Sospeso.

Aż wierzyć się nie chce, że są straceńcy, którzy wykorzystują wysokość niemal 40  metrów, by ją pokonać ostatni  raz w życiu.
W naszej grupie, oczywiście, takich nie było.
Wspięliśmy się jeszcze wyżej, do Lucchio, spokojniejszego, niż je widziałam pierwszy raz, jeszcze mało wakacyjnego. Odpuściłam sobie wejście na sam szczyt (nie chciałam ryzykować ponownego popisu histerii).

Musieliśmy jeszcze wdepnąć na Diabelski Most, Joanna z rodziną go nie widziała. A przecież można ta wstępować wielokrotnie :)

W środę wolny czas zagospodarowałyśmy spacerem po Prato (wyjątkowo część ekipy wybrała się samodzielnie do Florencji, bo jeszcze nigdy jej nie widziała). Długo nam schodziło ruszenie się do miasta i już nie mogłyśmy zajrzeć do prezbiterium z freskami Lippiego, ale katedra jeszcze była otwarta, więc zobaczyłyśmy chociaż wnętrze.

Omal bym zapomniała, że tego dnia odwiedził nas Dino. Starszy pan, który ma wokół gaje oliwne i winnicę. Rolnik pełną gębą. Na przywitanie przyniósł nam wino z winniczki, którą cały czas widzieliśmy spod magnolii przy klasztorze.

Wino bez żadnych dodatków (genuino), jak na "chłopską" produkcję, zaskakiwało dobrym smakiem. Gdy tak rozmawiałam sobie ze starszym panem, okazało się, że to od niego kiedyś Krzysztof kupił wiejską produkcję szynek i kiełbas.

Zagadnęłam, czy ma coś na sprzedaż. 
Si!
Zaprosił nas do szopki, w której ubawiliśmy się "ozdobami" ścian. Zwróćcie, proszę uwagę na zestaw "Ojciec Pio i ponętna panienka".

Skoro Dino okazał się producentem oliwy, kupiliśmy u niego na próbę dwa litry, co skończyło się na koniec większymi zakupami do Polski. 

Czwartek - kierunek Chianti i winiarnia Mazza. Trzeba wykorzystać, że się przyjechało autami i zaopatrzyć się w bardzo dobre vino sfuso.

A przy okazji co niektórzy nabyli zgrabne i niedrogie karafki z logo winnicy.


Turystycznym akcentem tego dnia było Monteriggioni, spokojne, idealne o zachodzie słońca.

A zachód był tak piękny, że już podczas jazdy spowodowaliśmy powstanie sznura pojazdów. Jechałam w pierwszym aucie i nikt z nas nie mógł się opanować, by nie uwiecznić świetlistych miękkości kładących są na horyzoncie. Ania (kierowca) nie miała problemu z wolną jazdą, za to kilka aut dalej słychać już było podirytowane klaksony. Nie widzieli, że pięknie? Nie rozumieli?







Wolny piątkowy czas wykorzystaliśmy na przyjrzenie się Poggio a Caiano. Najpierw ogród i Willa Medycejska.

Z wielką radością zobaczyłam wnętrza na nowo, byłam tam w czasie, gdy nie wolno było robić zdjęć, więc ze zdziwienie odkrywałam, jak niewiele zapamiętałam (odsyłam do wpisu z 2010 roku).

Łapki zacierałam, że w końcu sfotografuję sobie wielkie martwe natury z owocami, więc wyobraźcie sobie mój jęk zawodu, gdy okazało się, że teraz trzeba się osobno umawiać na zobaczenie galerii z obrazami.
A potem dotarliśmy na wypatrzone przez Joasię wzgórze z dwiema kościelnymi wieżami. Pani w informacji turystcznej podpowiedziała nam, że to San Francesco in Bonistallo. Nowszy kościół jest do obejrzenia wewnątrz, starszy zastaliśmy zamknięty na cztery spusty.

Trzeba do następnych warsztatów podpytać tamtejszego proboszcza o możliwość zobaczenia wnętrza, to ten sam ksiądz, który nam wynajął San Martino.
Warto wjechać na wzgórze także dla widoku.


W końcu wypatrzyliśmy Florencję.

Spod klasztoru San Martino jej nie widać, bo zasłania ją wzgórze z Artimino. 

W sobotę pozostało się spakować i pożegnać - najtrudniejsze do wykonania. Planujemy już następny rok. Jeśli ktokolwiek z Was rozważałby udział w takich warsztatach, niech się nie obawia, wolny czas jest absolutnie fakultatywny w zagospodarowaniu. Nam akurat mijał wspaniale wspólnie, co wcale nie musi być takie oczywiste, każdy przyjeżdża z własnym doświadczeniem Toskanii i może jechać, dokąd go tylko oczy poniosą. 

Wspomniałam, że kupiliśmy oliwę na próbę. Przydała się, bo ta przywieziona przeze mnie, właśnie nam się skończyła, a wszystkie niemal obiady gotowałyśmy samodzielnie. Stąd późne wyjazdy turystyczne. Gotowanie szło nam wielce sprawnie, ale potem te posiedzenia przy stole ... Oj! trudno było wstać. W ogóle to najpierw myślałyśmy, żeby jadać po knajpkach, lecz to by wymagało, albo bardzo wczesnej godziny rozpoczęcia zajęć, albo dzielenia ich na czas przed i po obiedzie, a wtedy to już chyba niewiele byśmy zobaczyli. Nie da się przeskoczyć pory włoskiego obiadu. Tylko w obleganych przez turystów miejscowościach zjecie coś w miarę sensownego po 15, lepiej jednak mieć wdrukowany w żołądek przedział od godziny 13 do 15. A poza tym zawsze można poznać nowe przepisy, poradzić się bardziej doświadczonych kucharek, i zjeść taniej, gdy się robi "żywienie zbiorowe".

Wieczorne posiłki przeradzały się w nocne obserwacje wschodów księżyca.



W podziękowaniu dla księdza, pod którego opieką leży niezwykłe San Martino, przygotowałam napis z nazwą miejsca i przekazałam przez Krzysztofa. Ponoć był bardzo zadowolony i od razu obiecał, że z chęcią jeszcze kiedyś ugości warsztatową grupę. 


I znowu dziękuję za dodatkowe zdjęcia: Kasi, Ani, Marylce i Oli.
SalvaSalva

sobota, 4 czerwca 2016

TAJNIKI ITALIKI

Kilka razy zaczynałam pisanie tego artykułu. Chciałabym od razu, w najmniejszej liczbie słów opisać wszystko. Ale nie umiem! W końcu postanowiłam podzielić tekst na dwa odrębne wpisy. Pierwszy poświęcę stricte warsztatom kaligrafii.
To był tydzień-marzenie. Wspaniała grupa uczestniczek, miejsce doskonałe, pogoda wielce sprzyjająca, wspólnie spędzony wolny czas. Wszystko perfekcyjne. Jeśli szukać rys na tym obrazie, to w prowadzącej, ale mam nadzieję, że wszelkie niedociągnięcia zostaną mi wybaczone.
Jak już wspomniałam, zostałam trochę wywołana do tablicy. Na początku chciałam ściągnąć którąś z polskich mistrzyń kaligrafii, ale sprawy się pokomplikowały i zostałam sama wobec wyzwania. Niby już znałam styl pisma, który zaproponowałam mojej grupie, ale nie uważałam, że jest to poziom nauczycielski, więc od kilku miesięcy jeszcze bardziej intensywnie ćwiczyłam pisanie italiką, zdobywałam o niej teoretyczną i praktyczną wiedzę, opracowałam autorski program, własne materiały pomocnicze, zebrałam sporą kolekcję książek na temat właściwie tylko tego kroju pisma.

Tak przygotowana ruszyłam do dawnego klasztoru San Martino, gdzie ani przez chwilę nie poczułam, że pracuję, tylko spędziłam rewelacyjne siedem dni.
Przygotowałam stół i ...

Same zajęcia trwały pięć dni, po mniej więcej pięć godzin dziennie, chociaż bywało, że kobiety jeszcze dodatkowo siadały, by sobie poćwiczyć. Zdecydowana większość nie miała nigdy do czynienia z kaligrafią, chłonęły wszystko z entuzjazmem, a ja z chęcią dzieliłam się nie tylko wcześniej poznanymi tajnikami italiki, ale i innymi przydatnymi doświadczeniami w pisaniu stalówką.

Kilka z pań było już moimi kursantkami na rysunku, ale reszta dopiero odkrywała, że to nie ręce, a mózg piszą, czy rysują. Zaznaczę, że mózgi wszystkich kursantek miały się bardzo dobrze :)

Dodatkowo do zajęć zorganizowałam wizytę w Popiglio, by uczestniczki mogły z bliska obejrzeć średniowieczne manuskrypty z iluminowanymi literami. Specjalnie dla nas zostały otwarte gabloty, a ksiądz Adam z wielką dumą pokazywał nam skarby zachowane w parafii.

Niemal każdego wieczoru, oprócz długich Polaków rozmów, spędzaliśmy (wraz z córeczką i mężem jednej z pań) na oglądaniu filmu dokumentalnego o współczesnym artyście kaligrafie z Irlandii. Zaskoczyło mnie, że wszystkich wciągnęła obserwacja procesu twórczego.
Kobiety chciały wiedzieć jak najwięcej. Pytały o miejsca, gdzie można kupić materiały, gdzie szukać co piękniejszych okazów do tworzenia kaligrafii.

Pokazywałam im też różne tricki zastosowane przy powstawaniu moich projektów kaligraficznych do wierszy Moniki. Każda dostała na pamiątkę katalog z pracami w wersji włoskiej, a dla potwierdzenia, że się bardzo napracowały, wręczyłam im dyplomy zaprojektowane specjalnie na tę okazję.


Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jeszcze się spotkamy w podobnych rolach i w tym samym miejscu.


Trudno byłoby mi opisać każde zdjęcie według autorek, 
więc serdecznie dziękuję Marylce K., Ani R. i Oli K.

czwartek, 2 czerwca 2016

OCZEKUJĄC

No, i po drugim wyjeździe. Mam tyle do pisania, że aż palce opadają.
Zacznijmy więc od kliku zdjęć, które zrobiłam czekając na warsztatową grupę.
Przyjechałam do klasztoru dużo wcześniej przed zapowiedzianą godziną dotarcia wszystkich uczestników.
Przygotowałam wystawę.
Mogłam w spokoju uszykować nasze tymczasowe skryptorium.
Miałam też ambitne plany, by ugotować jakąś kolację, ale z jazdą autem bywa tak, że są korki po drodze, ludzie mają też coś z Polski. Nie chciałam, by jedzenie się zmarnowało i dobrze przeczułam. Ułożyłam tylko martwe natury z warzyw i upieczonych przeze mnie chlebów.
Przystroiłam stół na zewnątrz, gdzie, jeśli tylko nam pogoda pozwalała, jedliśmy posiłki.

Czas płynął leniwie a ja nieśpiesznie bawiłam się przypatrywaniem światłu: