niedziela, 9 sierpnia 2015

MIĘDZY ZACHWYTEM A HISTERIĄ

Od kilku lat zasadzałam się na odwiedzenie pewnego miejsca, wcale nie tak daleko położonego od domu. Pewnie ta odległość złośliwie podpowiadała, że zawsze mogę tam wskoczyć, że mogę odłożyć wycieczkę. W końcu nie wytrzymałam i na pytanie Krzysztofa o kierunek niedzielnej wyprawy ("takiej, żeby była niedaleko domu") odpowiedziałam: Popiglio.

Napisałam, że to niedaleko od Pistoi, ale wiedzie tam kręta droga w górę, więc, mimo 40 km, trzeba przeznaczyć na drogę niemal godzinę. Wydaje się, że mamy do czynienia z miejscowością "na końcu świata". Samej lokalizacji przyjrzę się kiedyś bardziej szczegółowo. Jest tam trochę obiektów do opowiedzenia, a o jednym już kiedyś tu pisałam, czyli o dość współczesnym wiszącym moście, przyprawiającym mnie o szybsze bicie zalęknionego wysokością serca. Nie zjechaliśmy do Ponte Sospeso, pojechaliśmy dalej i zobaczyliśmy go z zupełnie nieznanej mi perspektywy. Jaki maluśki, jaka kreseczka!  


         Najważniejszym celem wycieczki była Pieve di Santa Maria Assunta oraz związana z nią filia muzeum diecezjalnego w Pistoi. Popiglio znane jest wszystkim lokalnym miłośnikom romanizmu, czy też ogólnie średniowiecza. Znajdujemy się na terytorium granicznym między włościami Lukki i Pistoi, przy szlaku, którym dawno temu wędrowali rycerze, czy pielgrzymi. Samą parafię nazywano drugim biskupstwem, co wskazuje na wagę, jaką przywiązywano do Popiglio.
         Po trudach ze znalezieniem miejsca na zaparkowanie (wjechaliśmy w boczną uliczkę i wspięliśmy się dość wysoko), podeszliśmy do kościoła od jego bocznej strony, tej z dzwonnicą. Warto tam zajrzeć, żeby zobaczyć najbardziej rycerski portal, jaki dotąd spotkałam.

Przyznacie, że rycerz nielada jaki pilnuje wchodzących bocznym wejściem?
Prawdopodobnie jego wyrzeźbienie ma związek z templariuszami, którzy zatrzymywali się w okolicy, podczas długiego marszu na południe.
Po tak udanym początku, poczułam lekkie rozczarowanie, że fasada nie ma spektakularnych zdobień. Przybywających wita prosta bryła świątyni z równie prostą i przysadzistą dzwonnicą.
Oprócz zwyczajnych otworów na poziomie dzwonów, jedynym elementem zdobiącym wieżę jest XVI wieczny zegar, drugi mechaniczny zegar w diecezji (pierwszy pochodzi z XIV wieku i jest przy pistojskiej katedrze). Ciekawostką jest fakt zachowania się dokumentu, który podsumowuje głosowanie nad tym, czy montować taki zegar, czy nie.

         Miłośnik romańskich rzeźbień nie znajdzie na prostej fasadzie wielu obiektów zachwytu, ale nie znaczy, że odejdzie niezadowolony. No cóż, pietra serena nie jest kamieniem lubującym się w upływie czasu, część zdobień "złuszczyła się". W lunecie nad portalem pozostał jedynie ślad reliefu. Dobrze chociaż, że przetrwały bogato ornamentowane kolumienki w oknach. Zresztą same okna są zdobiącym fasadę elementem - dwa biforia i jedno triforium, to ostatnie pojawiało się i znikało. To znaczy, obecnie jest, ale na pewnym zdjęciu z początku XX wieku nie ma dużego okna, choć widać wyraźny ślad po nim, za to w miejscu, gdzie obecnie jest krzyż a pod nim wyrzeźbiony kielich, było inne okienko. W latach 60 powrócono do stanu pierwotnego z XIII wieku.

        Czasami dobrze jest nie wiedzieć, co nas spotka po przekroczeniu drzwi, tym większa niespodzianka. Najczęściej jest to kontrast wynikający ze zmiany epoki, mocno zaskakujący w tym przypadku. Renesansowe i barokowe przeróbki? Oczywiście. Ale one są niemal pewne. Absolutnie pierwszym przyciągającym wzrok w jednonawowym wnętrzu Pieve di Santa Maria Assunta jest sufit - drewniany, z kasetonami  - właśnie bardzo niespodziewany, zasłaniający typowe romańskie sklepienie.

Przeciął wysokość, dziwny jakiś. Skąd tutaj?
Zagadkę wyjaśnił ksiądz Adam Tabiszewski, polski proboszcz w Popiglio, który akurat zaszedł do kościoła.
W Popiglio żyła sobie kiedyś rodzina Vannini, nie jacyś wielcy panowie, ale też i nie bieda wojująca. Wyjechali do Rzymu, dorobili się na handlu, nigdy nie zapomnieli o miejscu swojego pochodzenia. Zaczęli inwestować w Pieve di Santa Maria Assunta. Zobaczyli zdobne sufity drewniane w rzymskich świątyniach - "zróbmy taki w naszym kościele".
Zobaczyli niezwykłe organy w Rzymie - "chcemy takie dla Popiglio!". I są organy. Są, grają, zachwycają głębią brzmienia.

Akurat do żony pracującej w muzeum przyjechał mąż organmistrz, znany także Krzysztofowi, bo opiekuje się instrumentem z kościoła w Montagnanie.
Pryncypał nigdy nie przepuści okazji przyjrzenia się bliżej tak pięknemu urządzeniu, nie tylko przyjrzenia, ale i zagrania na nim. Ciekawe, czy odgadniecie, które fragmenty zagrał Krzysztof?

       Obiektem najbardziej kojącym romańską duszę (tak, tak, wiecie, że moja tęskni do śladów tamtych czasów) jest niewątpliwie ambona. Nie zbudowano jej dla tej świątyni, była w starszym kościele, już nieistniejącym. Zdemontowano ją i zainstalowano w Popiglio kilkaset lat temu, przy czym nie uniknięto widocznych przeróbek. Cała ambona jest ewidentnie ścięta z prawej strony, przyłożono do niej kamienne bloki z pięknym reliefem pokazującym św. Jerzego.
Większość zdobień pochodzi z XII wieku. Są tu dwa pasma ze skróconą historią Chrystusa (pokłon Trzech Króli, Ostatna Wieczerza i Jezus w Ogrodzie Oliwnym).

Warto też przyjrzeć się z bliska kapitelom kolumn, a nawet wejść pod ambonę by odkryć następną do kolekcji syrenę z rozdwojonym ogonem (inne spotkałam w Corsignano i Torri).
Trudno też nie zauważyć oryginalności samych kolumn, symetrycznie wyprofilowane względem środka ich wysokości, z bardzo prostymi bazami. Wydaje się, że podczas przenosin coś wycięto, bo kompozycyjnie nie pasuje mi ta znikomość podstawy.
Dziwne i mało urodziwe są wśród rzeźbień anioły. Dziwne, bo renesansowe, a przecież ta epoka kojarzy się raczej z pięknymi postaciami.
Podczas gdy dokładnie oglądałam sobie ambonę, Krzysztof wykonał zdjęcie sferyczne wnętrza kościoła. Uśmiałam się widząc siebie schowaną za kolumną, no, nie była w stanie mnie ukryć, mimo, że sama także posiada krągłości, moje są bardziej zauważalne :)

Zdjęcie sferyczne: don Cristoforo Dabrowski

Miło jest mieć dużo czasu i spokojnie rozglądać się po wnętrzu, wyszukiwać dzieła, odkrywać piękno przedmiotów.
Niedaleko wejścia zachowały sę dwie bogato rzeźbione ławki. Powstały za czasów bardzo aktywnego proboszcza z XVI wieku, który przyczynił się do powstania nowego wystroju miejsca. 
Bogato rzeźbiony jest też barokowy konfesjonał, ale po drugiej stronie nawy stoi drugi skromniejszy,  lecz cenniejszy, bo starszy wiekiem.

Na ścianach wiszą obrazy, które zwracają uwagę nie tylko treścią, ale i ramami - wyrzeźbionymi reką może nia tak wprawną, jak twórcy wspomnianych już obiektów.  Ta swoista chropowatość, ciężkie dłuto i ciekawa polichromia budzą wzruszenie, są świadkami istnienia jakiegoś człowieka, który dawno, dawno temu odważył się oprawić obrazy w dzieło amatorskich rąk.
Skoro o rzeźbie nadal mowa, to spojrzyjmy w końcu na prezbiterium. Ależ tam się dzieje! Za dużo, stanowczo za dużo. Bez wejścia za marmurowy ołtarz nie można zobaczyć dokładnie tego stojącego pod ścianą, gdyż dolną jego część zakrywają trzy białe marmurowe postaci (Madonna z Dzieciątkiem, św. Franciszek z Asyżu i św. Franciszek z Paoli). Nie można jednak pisać, że jedyną ich rolą jest zasłanianie, to bardzo dobrze wyrzeźbione figury, dzieło anonimowego rzeźbiarza, ewidentnie pod wpływem, albo może nawet i ze szkoły Berniniego.

Mogłabym się rozpisywać nad niemal każdym dziełem umieszczonym w świątyni, a wyobraźcie sobie, że to tylko część tego, w co bogata jest ta parafia.

Wspominałam już, że w Popiglio jest filia diecezjalnego muzeum. Zaczęliśmy mniej typowo od pomieszczeń przyległych, czyli starej zakrystii i kaplicy Zwiastowania, ale to dlatego, że naszym przewodnikiem był proboszcz miejsca.

Dzięki temu obejrzeliśmy nie tylko wystawione eksponaty, ale i zajrzeliśmy do szuflad z szatami liturgicznymi. Co za hafty! Miłośnicy tkanin oszaleliby z radości mogąc dotknąć stroju np. z XIV wieku.
Zobaczyliśmy także schowane relikwiarze, wśród nich był jeden, który mnie bardzo zainteresował, nie ze względu na dość współczesną oprawę, lecz ze względu na cząsteczkę związaną ze św. Ritą (moją ulubioną).

By ucieszyć oczy, wstarczą nawet tylko gabloty i powieszony na ścianie poliptyk.
Ten ostatni został odzyskany po 70 latach, gdy pojechał do konserwacji i słuch po nim zaginął. Dopiero ksiądz Adam sprawił, że piękne tablice wróciły do swojej parafii.

Zawsze cichutko jęczę, gdy oglądam manuskrypty, no bo przecież nikt ich nie pokazuje w całości. Otwiera się reprezentacyjne strony i to wszystko.

Łapki już zacieram i szykuję bawełniane rękawiczki, gdyż proboszcz z Popiglio obiecał mi pokazać kiedyś nie tylko te manuskrypty z gablot, ale i inne, na które nie wystarczyło miejsca w skromnym muzeum. 
Do starej zakrystii przylega jeszcze kaplica, a wejść do niej można jedynie od strony muzealnej, od nawy dzieli ją gruba krata. 
Muzeum ma dwie części, druga, a właściwie ta, od której zazwyczaj zaczyna się zwiedzanie, mieści się w położonym nieopodal pieve oratorium Bractwa Bożego Ciała, zwanego też Bractwem Najświętszego Sakramentu. 
Wchodziłam do wnętrza unosząc się już i tak kilka centymetrów nad ziemią; po obejrzeniu kościoła, nie spodziewałam się, że mój zachwyt poszybuje jeszcze wyżej, pod sam sufit. Sufit nad sufity!


Zacznijmy od tego, że bractwo organizowało procesje ze Zmarłym Chrystusem, odbywające się dotąd jeszcze w niektórych miejscach Włoch, a do której to tradycji chce wrócić ksiądz Adam. 
Dlatego wiele obiektów w muzeum jest związanych z celebrowaniem Męki Pańskiej.
Poczynając właśnie od sufitu. Podczas wędrówek spotykam krzyże zdobione symbolami Pasji, ale takiego sufitu? Nigdzie! Zobaczcie jak jest rozbudowany względem chociażby krzyża widzianego kiedyś w Pieve a Celle:

Pomyszkowaliśmy po muzeum.
Wdepnęliśmy na kawę do położonego w pomieszczeniach starej plebanii circolo i z obietnicą ponownego spotkania rozstaliśmy się z księdzem Adamem.

Dzień jeszcze panoszył się słonecznie, więc zaproponowałam ciąg dalszy.
Sprawdzając w domu na mapie dokładne położenie Popiglio ze zdziwieniem odkryłam, że niedaleko od niego jest Lucchio. O miasteczku opowiadała mi kiedyś Joanna i nazwa została zapisana na liście "do zwiedzenia". Myślałam jednak, że jedzie się tam od strony Lukki, więc zostawiałam wizytę na czas zwiedzania miejsc na północ od miasta.
A tu, proszę bardzo! Błysk ciupagą i już jesteśmy. 
Ta ciupaga pojawiła się w tekście nie bez przyczyny.
Widziałam zdjęcia tego średniowiecznego borgo, ale akurat nie trafiłam na żadne, które by w pełni pokazało, jak bardzo jest uczepione skały. 
Trudno było mi to pokazać, ale mam nadzieję, że chociaż trochę oddam wyobrażenie o budowlanych możliwościach w średniowieczu. 


Lucchio miałam zapisane gdzieś tam w zakamarkach pamięci jako opuszczone miasteczko, jakież więc było moje zdziwienie ruchem samochodów i obecnością ludzi. Czyli nie takie znowu zapomniane? Pokojarzyłam fakt wakacji, plus francuskie tablice rejestracyjne i wyszło mi na to, że zapewne część domów to rodzinne posiadłości emigrantów, których znacząca część swego czasu wyjechała do Francji. Tak przynajmniej jest w Treppio i okolicach, u księdza Ryszarda.
Tutaj nawet uruchomiono na ten czas bar, pod którym zobaczyłam charakterystyczną dla regionu grę w tzw. elastyczną piłkę. Nie wiem, jak przetłumaczyć to na polski, czy istnieje jakiś odpowiednik? Szperając kiedyś w internecie znalazłam informację o tej odmianie sportu, pochodzącego ze starożytnego Rzymu, a obecnie uprawianego głównie w górach na północ od Pescii czy Lukki oraz w okolicach Brescii.
W Lucchio jest wielkie ograniczenie wielkością placu i nierównością terenu, mimo tego zupełnie ciekawie oglądało się tę grę, chociaż nie mam bladego pojęcia o jej zasadach. 

Panowie odbijali rękami tenisową piłkę i często przerywali mecz. Nie było w tym ciągłości, jaką można zaobserwować w tenisie, czy innych grach zespołowych. Ale ja ogólnie cienki Bolek jestem, dotąd nie mam pojęcia, o co chodzi w bejsbolu, więc może piłka elastyczna ma prościutkie zasady? Kto wie?
Letnicy ewidentnie się znają, przesiadują wspólnie przy ujęciu pitnej wody, na tarasach, w barze, pod nim, a potem zasiadają do wspólnej kolacji ustawiając stół bezpośrednio na placu.

Spotkawszy na początku ludzi, zupełnie innym okiem patrzy się na Lucchio. Owszem, co chwilę spotyka się napis "na sprzedaż", część domów jest w totalnej ruinie, ale z wielu dochodzą typowo mieszkalne dźwięki, są nawet mini ogródki, ślady dbałości o detal.

Podziwiam, bo nawet we współczesnych czasach Lucchio nie jest w stanie pokonać wszystkich braków cywilizacyjnych. Po prostu, żadne auto tam nic nie zwojuje, ewentualnie rower, no, maksymalnie skuter, motor. 
Miasteczko jest plątaniną wąskich uliczek, wąskich rozdroży, schodów, w dół, do góry. 
Ciekawe, czy przebywające tam dzieci znają zabawę w chowanego, albo w podchody? Idealna sceneria.
Wszystko to zawieszone na zboczu góry z widokami pełnymi powietrza i zachwytu.

A histeria?
Hmm. Lucchio jest zawieszone tuż pod szczytem, na którym królują ruiny fortecy. Weszłam w miarę dzielnie, czasami tylko czepiłam się koszuli Krzysztofa, czasami przysiadłam na ścieżce, ale przecież nie pokona mnie lęk wysokości. 

Trochę dziwnie zaczęłam czuć się na szczycie. Nie mogłam podejść na jego skraj, by zrobić zdjęcie wijącej się daleko w dole drogi i rzeki. To zadanie zleciłam pryncypałowi. 

Krzysztof jeszcze spokojnie zrobił zdjęcie sferyczne. 

Ja, siedząc na samym środku fortecy rozglądałam się wokół i z lekka podejrzewałam trudności z zejściem.

Póki mogłam się oprzeć o resztki jakiejś barierki, schodziłam. Absolutnie nie spoglądałam w dół. Jednak w pewnym momencie wszelkie podpory skończyły się, zaczął się za to nadmiar przestrzeni, osłabiło mnie poczucie wysokości, błędnik odmówił współpracy i pojawiła się ooooolbrzymia panika, uderzyła w żołądek, aż po ostre mdłości. Nie liczcie na żadne sceny, nie płakałam, nie krzyczałam. Usiadłam sparaliżowana i ani kroku dalej. 
I co zrobić? Już sobie wyobrażałam jakąś straż, toskańskich GOPRowców śpieszących mi na ratunek. Leżałam na kamieniach i gapiłam się w niebo, żeby nie mieć żadnego punktu odniesienia. Wymyśliłam, że moja wyobraźnia jest odżywiana wzrokiem, więc może by tak zejść z zamkniętymi oczami? Zsuwałam się powoli na szacownych czterech literach, rękami czepiając się kamieni, a stopy ustawiał mi Krzysztof. Dobrze, że, zupełnie tego nie rozumiejąc, nie zbagatelizował strachu, nie kpił, uznał, że tak to odczuwam. Dotąd czuję lęk i zastanawiam się, czy jest na to lekarstwo?
Przecież szkoda widoków, gór. Nikt mi w takich miejscach nie ustawi barierek, nie zamontuje lin, które by mi pomogły. Czy ktoś z Was wyleczył się z takiego lęku?

14 komentarzy:

  1. Pani Małgorzato: aby zwiększyć swoje bezpieczeństwo podczas wycieczek "górskich" radzę zakupić: dobre buty i kijki truckingowe. Buty za kostkę koniecznie! Strój też radziłabym zmienić np. latem na krótkie spodnie. Bardzo ważny jest plecak do którego zmieści sie aparat i woda do picia. W plecak radzę zainwestować :) musi byc odporny na opady a tył przylegajacy do pleców tzw. "antypotny" :) Tak wyposażona, z rękami wspartymi na kijkach (w górach z ostrymi końcami) pokona Pani każde okoliczne wzniesienie. Dobry sprzęt to pierwszy krok aby pkonać lęk wysokości. Życzę powodzenia i do zobaczenia na szlaku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Pani Bożeno, bardzo dziękuję za poradę. Problem w tym, że ja nie wybierałam się na górską wyprawę, tyko do Popiglio, ewentualnie do Lucchio. Ubrania nie przeszkadzały mi w poruszaniu się, nie przewidziałam panicznego strachu, ale tego chyba nie da się przewidzieć? A tak nawiasem dodam, że ze mnie słaby wędrownik. To znaczy słabo zainteresowany takim sportowym wędrowaniem :) Domyślam się, że Pani jest miłośniczką gór :) Zazdroszczę.

      Usuń
    2. Pani Małgorzato, ja z kijkami i w solidnych butach chodzę też na kopce w Krakowie :D ... ostatnio z Kopca Kościuszki przez Sowiniec do Rezerwatu Panieńskie Skały. Kijki i buty dają mi poczucie bezpieczeństwa ... bo tak ja Pani cierpię z powodu lęku wysokości. Pozdrawiam i życzę miłego dnia.

      Usuń
  2. Lucchio odwiedziliśmy 2 lata temu i do dzisiaj ogarnia mnie niepokój kiedy myślę o nocnym powrocie do głównej drogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już do dróg się przyzwyczaiłam, ale tylko dlatego, że mam oparcie o samochód, lecz ta pusta przestrzeń pod fortecą pokonała mnie nieodwołalnie.

      Usuń
  3. Lęk to lęk i nie ma na niego lekarstwa... Ale czasem dobrze, że ten lęk istnieje, bo nakłada nam kaganiec zdroworozsądkowości. Pamiętam, jak w ubiegłym roku po raz pierwszy zabraliśmy własne dziecko w Tatry. Zachwycił się nimi. I to był dla nas dobry znak. Oczywiście od razu chciał zdobywać Giewont, ale zaplanowaliśmy Dolinę Pięciu Stawów i oczywiście Morskie Oko. Ośmieliła nas łatwość i zachwyt i fakt, że geny to geny i jak nic złapał bakcyla, więc zaryzykowaliśmy (bo zmęczenie było już odczuwalne, a i jego dziewięcioletni organizm trzeba było wziąć pod uwagę) drogę nad Czarny Staw. Było dobrze i wspinaczka nawet nie trudziła. Dotarliśmy na miejsce, zachwyciliśmy się widokiem rzeczonego i widokiem Morskiego Oka, spróbowaliśmy patrzeć w kierunku Rysów i dostrzegliśmy nadciągającą burzę. Nie wiadomo skąd, bo pogoda piękna. Trzeba było podejmować szybko decyzje - schodzić, czy zostać i przeczekać. Schodziliśmy w strugach deszczu. Ja pierwsza, za mną dranisko i mąż asekurujący go. Ważniejsze było dziecko. Mąż musiał uważać za ich dwoje. Odwracałam się często, bo błąd męża skutkował i spadkiem młodego. Zeszli bezpiecznie, ja natomiast boleśnie obiłam sobie cztery litery, bo część trasy pokonałam zjeżdżając na tej części ciała, gdzie plecy tracą swoją nazwę szlachetną. Ale i tak było warto. W schronisku nad Morskim Okiem raczyliśmy się czekoladą i gorącą herbatą zastanawiając się, czemu tam lało, a tu świeci słońce i jest gorąco. Długo nie czekaliśmy, aby zobaczyć chmury zakrywające góry praktycznie w całości i akcję ratunkową ściągającą tych, co zabawili za długo na Rysach i tych, którzy postanowili burzę przeczekać nad Czarnym Stawem. Góry jednak wymagają pokory i przyjęcia ich zasad gry...
    Zdjęcia piękne. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie piękna miejsca. Kościół zachwyca! Histerię rozumiem w jej sensie dosłownym i dokładam do niego znaczenie metaforyczne! Ale... zastanawiam się nad kościołem - zupełnie jak dom, pokój... może tak powinno się kościół pojmować? I ten kamień. Szary? Taki szary, "popiołkowy" i dla mnie piękny. Podobny odcień widziałam w kaplicy w kopalni soli w Wieliczce. Szarość, która jest dla mnie piękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, chyba nie ma na to rady.
      A co do szarości, to kiedyś maskowałam ślady, któr zostawił jakiś robotnik, uzupełniając wyszczerbioną pietra serena. Z przyzwyczajenia rozrobiłam najpierw czarny i biały, dopiero odrobina ciepłego brązu pomogła uzyskać tę ciepłą i głęboką szarość toskańskiego piaskowca.

      Usuń
  4. Brązu??? Aż patrzę ponownie na zdjęcia i nie wierzę. A ja zastanawiałam się, czemu ta szarość jest... pozytywna :) Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak - szarość nie jedno ma imię :)

      Usuń
    2. ale tym brązem to jestem zdziwiona baaaardzo :) !

      Usuń
  5. Znam taką osobę. Mój przyjaciel, cierpiący na lęk wysokości - pozbył się go właśnie w górach. Jemu te góry zawdzięczam: pierwsza wycieczka w Tatry Zachodnie, nauki, jakie powinnam mieć buty, wiatrówkę, plecak, sweter. Nie było jeszcze polarów. Nie było mody na chodzenie z kijkami, które podobno są fantastyczne - człowiek ma wrażenie oparcia na czterech łapach. Mnie taka prosta turystyczna wspinaczka, bez wspomagania liną czy czekanem, uświadomiła, że nie mam lęku wysokości i włażenie "na czterech", trzymając się dłońmi skał jak dziecko, to supersprawa. Może powinnaś spróbować :) Lucchia przypomina moją ulubioną Trappolę w górach nad Loro... tylko Trappola jest zamieszkała przez cały rok i w związku z tym ładniejsza.
    Pozdrawiam, A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie znajdę czasu na leczenie się z lęku wysokości. To byłoby żmudne przedsięwzięcie, a przecież jest tu co robić :)

      Usuń