czwartek, 27 marca 2008
~ CASA DOLCE CASA
Po drodze choć na parę godzin wstąpiliśmy do centrum Rzymu. Nie było zbyt wiele czasu na zajrzenie do ulubionych miejsc, bo przede wszystkim poszliśmy na wystawę zorganizowaną głównie przez Provincia di Roma (Powiat Rzymski) "Magnificenze Vaticane".
Można na niej było zobaczyć rzeczy na codzień schowane gdzieś przed oczami zwykłych zjadaczy sztuki. Obrazy akurat tam zamieszczone nie zachwycały, jak te z Pinakoteki, za to inne obiekty -prawdziwe rarytasy.
Były tam cudowne zestawy kandelabrów z krzyżami. ołtarzowymi. W jednym z kompletów brakowało dwóch świeczników, bo... zabrano je na uroczystości wielkanocne w Bazylice Św. Piotra. Ależ to wspaniałe, gdy najwyższych lotów rzemiosło nie funkcjonuje tylko jako eksponat muzealny. W komplecie za to dane nam było obejrzeć zestaw projektu samego Berniniego.
Inną grupą eksponatów, które zabrały mi na chwilę oddech były, hmm... no właśnie, jak to nazwać? Po włosku jest to paliotto. Jest to coś, co miało zakrywać ściany stołu ołtarzowego, czasami było to mozaiką, reliefem marmurowym, a na tej wystawie pokazano paliotti jedwabne, haftowane złotą nitką, niby nic, ale one były wypukłe! Z daleka nigdy bym nie pomyślała, że mam do czynienia z tkaniną. To jednak była rzeźba!
Innym rarytasem był zestaw trójwymiarowych projektów architektonicznych, m.in. zakrystii do wybudowanej nowej Bazyliki Św. Piotra. W czasach prezentacji mutimedialnych, programu komputerowego AutoCAD, nie można przejść obojetnie wobec misternie wykonanych w XVIII wieku makiet. Ta precyzja! Te detale! Łącznie z iluzjonistycznym malarstwem.
Trudno opisywać wszystkie skarby wystawy, kogóż by jednak nie wzruszył list Michała Anioła wskazującego, kto ma wykonać pewien zakres prac przy Bazylice. Stałam z rozwartymi ustami patrząc na charaker pisma geniusza. Od dawna zaliczam się do admiratorów sztuki wielkiego Florentyńczyka, więc wszystko, co z nim związane powoduje u mnie dreszcze Stendhalowskie.
Zaraz obok tego listu dwa inne, Berniniego i Borominiego, dwóch rywali w architekturze baroku rzymskiego. Jestem w stanie podejrzewać lekką przewrotnośc twórców wystawy, którzy tak spokojnie położyli te epistoły koło siebie.
Potem jeszcze spacer na watykański parking Ganicolo główną ulicą prowadzącą do Bazyliki. A tam mała ciekawostka: lampy wzdłuż Via Conciliazione pulsują światłami, gdy rodzi się nowy Rzymianin. Sądząc po ciągłym nieświeceniu, można wyciągnąć wnioski o ujemnym przyroście naturalnym Italii.
Zdjęć nie mam zbyt dużo, a już z wystawy żadnego, ale to i tak później, bo muszę je odzyskać z komórki Krzysztofa.
wtorek, 18 marca 2008
~ WIELKANOC 2008
niedziela, 16 marca 2008
~ PRZED ŚWIĘTAMI JUŻ NIEWIELE WIĘCEJ WYDZIERGAM
Dofotografowałam pozostałe prace, jeszcze brakuje tylko wystroju wejścia. Ale to może jutro. Mam nadzieję, że będzie ładniejsza pogoda. Bo dzisiaj było niemal jak w przysłowiowym marcu, no może z poprawką na Toskanię, a więc temperatura 15 stopni i bez śniegu. Za to zestaw pogodowy był niezwykle bogaty.
Bogaty też był obiad u Franki. Ma dziś urodziny, więc powyższy komplecik poszedł w jej ręce. Odwzajemniła się ucztą. Jak zwykle na początek moje ulubione crostini toscane (kanapeczki z pasztecikiem), potem parpadelle (rodaj makaronu w płatach), polane sosem, chyba z kaczki. Bo potem była też kaczka! Ach! Jaka kaczka! Dobrze, że ci ludzie nie wiedzą, że ja w Polsce ptaszyska nie tknęłam. Dużo bym straciła. Ta w niczym nie przypominała zapamiętanego smaku. Ponieważ grzyby nie należą do mojego menu, o czym pamiętała Franka, dostałam surowego kalafiora, ale z czym? Ja go robię z majonezem, ale tutaj tak się zadziwiłam kaczką, że nie zwróciłam uwagi, na dodatek. Hmmm? Do popicia oprócz wody.... a jakże! wino! Bardzo dobre toskańskie sangoviese, bez naporu na znaną markę. A na deser jakieś ciasto, trudno mi je określić poza tym, że pyszne. Oprócz tego truskawki z bananami, tak prostsza wersja macedonii oraz lody czekoladowo-śmietankowe. I jeszcze spumante (wino musujące) oraz vinsanto (słodkie deserowe). Kawą nie zakończyłam, bo z rzadka mam ochotę na kawę. Ciekawe, kiedy i to się zmieni?
Teraz jeszcze pozostałe odrobinki ręcznie poczynione:
A na śniadanie wielkanocne, taki zestaw całoroczny :)
piątek, 14 marca 2008
czwartek, 13 marca 2008
~ SERNIK
Sernik w oryginale nazywa się biało czarny, ale moje „zboczęnię zawodowę” pozwala mi go określić jako sernik kremowo-brązowy. Przepis wypróbowany, ciasto pyszne! Nie robiłabym, gdyby nie robot. Podziwiam te kobietki, co to ręcznie trą – ja jestem za leniwa.
Ciasto:- 40 dag mąki
- 5 łyżek cukru
- cukier wanilinowy, albo sama wanilina (tutaj daję samą, ale trzeba uważać, bo jak się jej da dużo, to aż gorzko)
- 20 dag masła (ewentualnie margaryny)
- łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 łychy ciemnego kakao
- ewentualnie 2 łyżki śmietany, gdyby ciasto nie chciało się wymieszać
Wszystkie składniki wymieszać i uformować z nich dwa kawałki, mniej więcej w proporcjach 2:3 i włożyć najlepiej do zamrażarki.
Przez ten czas szykować masę serową:
- 1 kg twarogu (za pierwszym razem używałam sprowadzonego z Polski takiego o nazwie „Twaróg do serników” w wiaderku, smak na surowo żaden, po upieczeniu pycha), czytałam też o serkach homogenizowanych, tutaj zastosowałam ricottę
-około 1,5 szklanki cukru (trochę zmniejszam tę ilość i tak jest wystarczająco słodki
- 4 łyżki stopionego masła
- 5 jajek
- około 2 łyżek budyniu śmietankowego, z braku zapewne wystarczyłaby mąka ziemniaczana
- jak kto lubi: rodzynki
Najpierw zmiksować żółtka z cukrem, dodać ser, ostygnięte masło, budyń – wszystko dokładnie wymieszać. Białka ubić na sztywno i delikatnie połączyć z masą.
Formę (używam takiej prostokątnej 30X22 o wys. ok. 5 cm ) wykładam papierem do pieczenia i ucieram na tarce większy kawałek ciasta. Potem wylewam masę serową i na to ucieram mniejszy kawałek ciasta. Niektóre osoby skubią ciasto, bo trudno je utrzeć, zwłaszcza gdy według oryginalnego przepisu powinno leżakować w lodówce.
I teraz buch! Do rozgrzanego piekarnika, mniej więcej na 200 stopni. Piec około 50 minut. Nie otwierać piekarnika po upieczeniu, zostawić w nim do wystygnięcia. Najlepszy smak ma na drugi dzień, więc po wystygnięciu dobrze go przykryć szmatką i schować przed łasuchami.
Życzę przyjemnych doznań smakowych. Myślę, że można byłoby pomędrkować nad dodaniem np. brzoskwiń z puszki. Może następnym razem?
wtorek, 11 marca 2008
~ UWAGA KOROWÓDKA!!!

poniedziałek, 10 marca 2008
~ NA ŻYCZENIE PANI AGI
Jest to moja swobodna interpretacja mrożonki, którą wczesniej jadłam u ks. Stanisława, a ja postanowiłam zrobić to ze świeżych produktów.
porcja na dwie osoby:
20 dag obranych krewetek
2, 3 cukinie (takie mniej więcej 20 cm długości)
1/3 szklanki drobno posiekanej zielonej pietruszki
2 ząbki czosnku
białe wino (absolutnie na oko)
sól
pieprz
oliwa
Na oliwie podsmażamy najpierw drobno posiekany czosnek, do lekkiego zarumienienia. Dorzucamy krewetki i pokrojoną na kawałeczki cukinię. Po paru minutach podlewamy winem. Dorzucamy pietruszkę i jeszcze trzy minutki (tak mnięj więcej) trzymamy na ogniu. Gdy sos będzie za gęsty, dolewamy trochę wody. Przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Pieprz można zamienić na peperoncino (tylko uwaga z ilością!).
Najlepiej chyba podawać z makaronem typu "gniazda"
smacznego!
i proszę dać znać, jak poszło


