poniedziałek, 13 lipca 2009

PO PROSTU LUKKA

W niedzielę podjęłam trzecią próbę wyzwania burzy na pojedynek. Ostatnia straszyła nad górami w piątek. Była więc nadzieja na zwycięstwo. Pogoda w niedzielę zrobiła się wymarzona, nie za upalnie, ale cieplutko. Tylko małe „ale”, po 13.00 nie było pociągów do Lukki, a tam miałam zamiar wybrać się z ołówkiem i szkicownikiem. Otóż koleje włoskie uznały, że w niedzielę po południu nikt nie chce jechać w tamtym kierunku. I co zrobić? Krzysztof miał o 16.00 ochrzcić dzieciątko. Ale obiecał mnie odwieźć. Uff! W zamian dostał przepyszny obiad. Sama jestem zaskoczona smakiem królika w ziołach, polewanego białym winem. Mniam!
I tak oto o godzinie 15.00 stanęłam przed Bramą Św. Anny, przeszłam przez nią i znalazłam się w Lukce, sennej i pustej.


Po ulicach snuli się jedynie nieliczni szaleńcy z przewodnikami w rękach, ponoć nazywa się ich turystami. Dołączyłam z chęcią do ich grona, choć bez książki w ręce. Zaglądałam w zaułki, przechodziłam przejściami prowadzącymi niespodziewanie na wcześniej spotkane już place. (często zastawione sprzętem estradowym).


Trafiałam na znane i zupełnie nieznane sobie kościoły. Odkrywałam nowe uliczki a na nich, detale i perełki.



Przystanęłam przed starą kapliczką z otworem na jałmużnę. ciekawe kiedy przestano jej używać? A może to tylko wrażenie, może nadal jest czynna, kwiatki wszak żywe za płotkiem.




Znalazłam nawet na razie nieinteresujące mnie muzeum komiksu:




Cały czas rozglądałam się za motywem do rysowania. Warunkiem było dogodne miejsce, gdzie mogłabym przysiąść w cieniu, z oparciem dla pleców. Schodziłam stare miasto. Przydałby się chyba rower.


Ale głupio korzystać z wypożyczalni, jeśli swój pojazd zostawiłam tylko 40 km stąd. Trzeba by jednak kiedyś podjechać pociągiem i pobuszować po mieście na dwóch kółkach. Tymczasem poprzyglądałam się rowerom i rowerzystom.


A gdyby ktoś nie miał kondycji...



Już na początku omal nie nabawiłam się grzybicy stóp na widok kozaczków u jednej z rowerzystek. Ożesz! Moja wyobraźnia nie sięga uczucia czegoś tak zabudowanego latem, choćby nie wiem, jak cieniutkiego.


Ale przyznam, że taka na przykład zwiewna sukienka i kozaczki wcale mnie nie raziły estetycznie. Akurat ich właścicielka też nie raziła. Niestety zdążyłam ją „złapać” nietwarzowo.



Pieszo więc idę sobie dalej i przymierzam się do rysowania. Hm, nie tu. A może tu?

No niestety, musiałabym w słońcu siedzieć. Nie da się! Wyschłabym na wiór, a tu brak wodopoju w pobliżu. Czasami nawet woda jest, ale nawet rąk w niej zanurzyć nie można. Jedynie gołębie się nań załapują.



Duomo kusi chłodnym wnętrzem, jednak byłam twarda, przemiotłam wzrokiem po rzeźbach na elewacji i poszłam dalej.



W restauracjach tubylcy wyparowali i tylko turyści nie mogą się przestawić na tutejszy rytm dnia.


Wiem, że jestem nudna, ale te kołatki… No znowu nie mogłam im się oprzeć.

Kołatka, kołatką, ale kto zgadnie, co robią tam te dwie klamki obok? Kto pierwszy zgadnie ten otrzyma ...



To może dla odmiany lampy?



Okna?



Też już pokazywałam?
Ale chyba nigdy jeszcze nie skoncentrowałam się na szczątkach architektonicznych. Bardzo lubię oglądać pozostałości po wcześniejszych budowlach wciągnięte w nowsze. Najbardziej niezwykłym tego przykładem w Lukce są pozostałości amfiteatru rzymskiego, lecz … nie mam ich na zdjęciu. Tym razem nie zaszłam w te okolice. Nic straconego, przykłady same cisną się w obiektyw. Przeróbki, przeróbki, bezceremonialne przeróbki.



Na widok jednej kwiknęłam ze śmiechu. Biedny słoń.




Chyba się dusi z zazdrości, że nie ma takiej trąby, albo go ta „trąba-rynna” pozbawia tlenu, czyli tak czy siak się dusi. A obok inne niestłamszone zwierzę.



Czasami narośl na architekturze nie z cegieł lecz z roślin, tak jak na słynnej Torre Guinigi z dębami karłowatymi na szczycie.

Za to ten kwiatek zupełnie mnie powalił. Nie wiadomo: śmiać się czy płakać?



W końcu dotarłam pod Kościół San Michele in Foro. Obeszłam dookoła i wróciłam na miejsce, które od razu wpadło mi w oko.

Przezornie wzięłam poduszkę a i tak już pod koniec rysowania bolała mnie „najszlachetniejsza” część ciała. Mieszkańcy powoli wychodzili z domów mieszając się z turystami. Z oddali dochodziły dźwięki doboszy. Jakaś festa? Chęć dokończenia rysunku jednak przeważyła. Zresztą byłam pilnowana przez gołębie.



Nie mogłam odejść. Pod koniec tak się ze mną oswoiły, że zaglądały mi do szkicownika. Po ponad dwóch godzinach uznałam rysunek za skończony.



Akurat w tym momencie z jednej z ulic wyszli sbandieratori.

Bardzo szybko maszerowali, nie miałam ochoty za nimi gonić, poszłam więc w innym kierunku. Po chwili trafiłam na plakat wyjaśniający, że niedziela 12 lipca jest drugim dniem obchodów Święta Patrona jednej z dzielnic - San Paolino. W związku z tym wieczorem miało odbyć się palio kuszników. Trochę za długo czekać. Zanim to nastąpiło, można było obejrzeć pokazy żonglerki chorągwiami. Poszłam więc przed Duomo i rozdziawiłam gębę.



Lekki wiatr nie sprzyjał pokazom. Podziwiałam zaparcie żonglerów, nie zrażali się upadającymi chorągwiami, gdy z trajektorii lotu zniósł je silniejszy podmuch.



Czego to ludzie nie wymyślą? Iloma chorągwiami można żonglować? Jedną? No, oczywiście. Pizańczycy dali tego popis.



Dwiema? Grupa z Lukki niezrażona wiatrem szalała na przykatedralnym placu. Trzema?



Czterema? Pięcioma! To był popis solowy. Czasami miałam wrażenie, że żongler (sbandieratore) zaplącze się na amen, nie wystarczy mu wszak nóg i rąk. A jednak nie poległ i został nagrodzony owacjami.
Niestety na zdjęciach nie można w pełni oddać charakter popisów, brakuje w nich głównie dźwięku, rytmicznego i porywającego. Nie wiedzieć czemu nagrania filmowe wyszły bardzo kiepskie. Dźwięki uciekają jak flagi na wietrze. Jednak jedno Wam pokażę.
Wśród muzyków i kobiety i mężczyźni, za to wśród żonglerów widać męską dominację. Choć wypatrzona przeze mnie wcześniej kobieta mile łamała stereotyp:



Nie wiem czy z nadmiaru wrażeń, ale zaczęła mnie boleć głowa. Zadzwoniłam więc po Krzysztofa, żeby mnie odebrał i ruszyłam w kierunku Bramy Św. Anny. Po drodze minęłam przystrojony kościół parafialny dzielnicy San Paolino.

Z wewnątrz dolatywały dźwięki chóru towarzyszącego uroczystej Mszy Św. Z tego, co potem wyczytałam, chór wraz z orkiestrą wykonuje podczas liturgii "Mottettone" corocznie komponowane na najsłynniejszą Festę w Lukce - Podwyższenia Świętego Krzyża we wrześniu.

Miasto szykowało się na wieczornych gości. Zapalono pochodnie.


Samotny kusznik szedł po próbie odpocząć przed turniejem.



Z obolałą głową siadłam na trawie oczekując na auto. Schowałam już aparat, ale ból głowy nie mógł mi przeszkodzić w pośpiesznym jego wyciągnięciu z powrotem. Pewna pani wysiadła z mercedesa i położyła malutki przedmiot na dachu samochodu. Charakterystyczny układ i ruch rąk podpowiadał, co ona robi. Malowała paznokcie!


I tym malarskim akcentem pozwolę sobie zakończyć ten wpis.

6 komentarzy:

  1. cudnie się czyta ten blog... wprawdzie dopiero się zaznajomiłam, przeczytałam dwie notki... ale wrócę tu iweczorem z przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń
  2. magia Twojej opowieści sprawia że znów staję się dzieckiem , otwieram szeroko oczy , uszy , serce .....

    powędrowałam z Tobą uliczkami Lukki
    na moment ożyłam , zapragnęłam , zatęskniłam

    DZIĘKUJĘ !!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne zdjęcia, zawsze chciałam się wybrać do Lukki ale jakoś tak wychodziło ze nie było to po drodze. Mam nadzieję ze za rok bedę w Lukce( tak się odmienia?) w tym mieście tkaczy jedwabiu.... A za kilka tygodni bedę także oglądać sbandieratori, są niesamowici.

    Słoneczne pozdrowienia z Gdańska
    Chiaranzana

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej Małgosiu!
    Jestem ciekawa czy mam rację.:-) W Tunezji każde drzwi wejściowe miały dwie kołatki i brzmiały inaczej, bo jednej używało się, gdy przyszedł gość do pana domu (chyba prawa). Wtedy panie mogły się szybko pochować, bo one niezakwefione po domu chodziły, a drugiej, gdy przychodzili goście do pani domu, wtedy mogły się przygotować. jakoś tak to było. Ale we Włoszech???? dziwne.
    pozdrawiam z tym razem upalnego Kórnika Kasia

    OdpowiedzUsuń
  5. przepiękne- rowerowa kochana Lukka, kusznicy i malowane na masce pazurki.uczta prawdziwa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz świetne oko do detali. Ja mam zawsze problem z dostrzeganiem tych małych, a pięknych rzeczy...

    OdpowiedzUsuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *