środa, 29 maja 2013

OBYWATEL K.

K jak Krzysztof, a obywatel, bo od niedawna jest także obywatelem Włoch (oprócz Polski). To bardzo przydatne w sytuacji bycia proboszczem, chociażby w przypadku ślubów konkordatowych, a zwłaszcza ich państwowej strony. Dotąd Krzysztof był "vice" i nie mógł sprawować wszystkich funkcji administracyjnych.  Mimo, że mógł ubiegać się o status obywatela Włoch dużo wcześniej, wziął się za sprawę dopiero dwa i pół roku temu, zgodnie z włoskim powiedzeniem piano, piano va lontano (dosł. wolno, wolno idzie daleko)
Jak przebiega proces o obywatelstwo? Ludziom z krajów Unii Europejskiej prawo do włoskiego obywatelstwa przysługuje po czterech latach udokumentowanego zamieszkania, nie dotyczy to osób łączących się więzami małżeńskimi z Włochem (Włoszką).  Też mogłabym się już starać o obywatelstwo, ale ... mam za niskie zarobki. Obywatelem słonecznej Italii można zostać, gdy miesięczny dochód przekracza 800 euro. Ponoć, gdyby mocno mi zależało, to istnieje możliwość wliczenia do dochodów kwoty, której nie płacę za mieszkanie i media.
Po drobiazgowym wypełnieniu formularzy, dostarczeniu PIT, itp. trzeba uzbroić się w cierpliwość, a także spodziewać się wizyty policji municypalnej, lecz nie zawsze. Do Krzysztofa nikt nie przyjechał, choć mogli pojawić się z pytaniem, np. kto jest prezydentem Włoch?
Minęły obiecane dwa lata, a status starania się o obywatelstwo nie uległ zmianie, co można było podglądać w internecie. Krzysztof odczekał jeszcze kilka miesięcy i złożył w prefekturze (rodzaj organu administracyjnego reprezentującego państwo na poziomie powiatowym) pytanie o postęp procesu. Samego obywatelstwa nie przyznaje ten urząd, jedynie pośredniczy między starającym się a prezydentem kraju.  Dodatkowe zapytanie od razu ruszyło sprawę z kopyta i niebawem prośba o obywatelstwo została podpisana przez Giorgio Napolitano. Minęło jeszcze trochę czasu i zawezwano Krzysztofa do prefektury w celu złożenia ślubowania na konstytucję. A potem z kolei już w "swojej firmie" składał ślubowanie, dzięki któremu został pełnym proboszczem.
Okazja więc ważna, warta dobrego świętowania, powiem więcej, warta smacznego świętowania.
Wyciągnęłam zaczarowaną listę lokali polecanych mi osobiście przez bardzo miłego Tomka Michalca (słuchacza mojej książki, stąd powstała znajomość). Ciągle jeszcze liczę na wizytę w innym lokalu, do czego niezbędna jest mi pomoc Tomka, ale tymczasem wróćmy do niedzieli 19 maja i do ... Florencji. A jakże!
Niedziela nie jest dobrym dniem na skorzystanie z polecanych mi miejsc, większość restauracji odpoczywa. Przyznam się, że traciłam nadzieję patrząc na topniejącą listę z magicznymi nazwami.
Z jakąż radością przywitałam więc widok otwartej trattorii Cibreo.
Marzyło mi się, by zasiąść na zewnątrz i ciesząc się dobrą pogodą, zajadać pyszności.
Słońce dość mocno prażyło, więc poprosiliśmy kelnera, by wskazał nam stolik w cieniu. Niestety taboreciki okazały się nie na mój kręgosłup. Zapewne delektować to ja mogłabym się, ale tylko bólem. Miejsca wewnątrz były niedostępne, niebawem wyjaśniło się dlaczego. Trzymali je wolne, gdyż pogoda była niestabilna i musieli być przygotowani na szybką ewakuację klientów do środka. Nie szkodzi, kelner powiedział, że pójdzie sprawdzić czy w kawiarnianym ogródku mają miejsca. Uff! Mieli.
Dalej było jak w bajce, kulinarnej bajce :)
Kelnerzy niezwykle sympatyczni, na czele z szefem, Fabio Picchi bardzo barwną postacią. Wszyscy z niezwykłym entuzjazmem opowiadali o potrawach, wyjaśniali składniki, najlepszy sposób zjedzenia. Jeden z kelnerów świetnie mówił po angielsku i automatycznie słysząc u nas obcy sobie język przeszedł na angielski, mimo wszystko chętnie wrócił do włoskiego.
A co takiego jedliśmy?
Nazywa się to menu gastronomico i jest przeglądem chyba wszystkich podawanych w Cibreo przystawek oraz wybranym drugim daniem. Reszta, czyli woda, wino, deser, kawa, digestivo, są poza zestawem, dodatkowo płatne. Dlatego obiad "do najtańszych nie należał", ale ile razy w życiu zostaje się obywatelem Włoch?
Właściwie to mogłabym się zatrzymać na samych przystawkach. Mimo, że stanowiły maluśkie porcje, to idealnie zapełniały pusty żołądek, idealnie i z poezją.
Na sam początek przyniesiono nam coś w rodzaju galaretki jogurtowej z kardamonem. Dopiero potem wjechała na stół reszta palety. Chodziło o to, byśmy nie zjedli przypadkiem tej galaretki z chlebem, czy też czymkolwiek innym. W zestawie posmakował nam bardzo krem z przetartych migdałów, chleba i octu balsamicznego oraz genialny wprost pasztecik typu toskańskiego na crostini. Oczywiście nie pogardziłam też i suszonymi pomidorami w zalewie, prosciutto, delikatnie ugotowaną cukinią, czy nawet surową kiełbasą na chlebku. Za to z chęcią oddałam Krzysztofowi sałatkę z flaków, nie istnieją na mojej liście kulinarnej.
Główne danie Krzysztofa stanowiły delikatnie tylko upieczone cienkie plastry wołowiny w sosie. Hmm, nie pamiętam jakim. Do tego zapiekane ziemniaczane purée. A ja rozkoszowałam się roladą z królika i gotowanymi ziemniakami z marchewką.
Na deser Krzysztof wybrał coś kremowo jogurtowego, a ja znakomitą tartę jogurtowo-pomarańczową.
I nagle trzeba było schować się do środka, bo lunęło!
Schronienia nie udzieliła nam trattoria, lecz nadal kawiarnia.  Rozdzielam te lokale, tak jak je fizycznie dzieli ulica.

Pokaż Cibrèo na większej mapie
Cibreo jest rozbudowaną instytucją, na którą składa się i trattoria i kawiarnia, i piekarnia i nie wiem, co tam jeszcze.
Aaaa, wiem, jeszcze teatr, w trzecim pobliskim budynku. Ma się wrażenie, że Cibreo opanowało całą dzielnicę San Ambrogio. W teatrze (wiem od Tomka) można też zjeść, śniadanie, obiad, kolację - tę ostatnią w połączeniu z przedstawieniem. Posiłki są chyba jedynie dla członków tego klubu, albo uczestników spektaklu, czy koncertu.
Posiłek zakończyliśmy w Caffè Cibrèo, dzięki czemu mogłam obejrzeć wnętrze, a także podejrzeć, co sam mistrz zaserwował sobie na obiad. Był to toskański makaron pici z sosem pomidorowym, jedzony na stojąco, pomiędzy rozmową z jednym, czy drugim klientem i dopilnowywaniem, by wszystko zostało podane jak najszybciej.

Kto chce nabrać apetytu i na jedzenia i na teatr, niech obejrzy krótki film z miejsca (film ze strony http://www.edizioniteatrodelsalecibreofirenze.it/) . Tam to dopiero sztuka smakuje!


Po posiłku miał być spacer, może nawet wizyta w Palazzo Strozzi (odłożona na kiedy indziej). Skończyło się na schronieniu przed ulewą w Loggia dei Lanzi. Marzyło mi się już nie tylko fotografowanie, ale i rysowanie, zaczęłam nawet jeden rysunek, lecz na zimnych kamieniach nie szło za długo wysiedzieć.
Wróciliśmy na podziemny parking przy dworcu kolejowym SMN, z którego wyjeżdżaliśmy ponad godzinę! To było przedziwne i każe się zastanowić, czy na przyszłość zostawiać tam auto. Wjazdy są dwa, ale wyjazd jeden, pod ostrą górkę, po spirali, a na końcu tejże górki trzeba jeszcze się zatrzymać, by przepuścić pieszych i przejeżdżające auta. Wyjazd bardzo trudny dla niewprawnych kierowców, bo chyba właśnie taki zablokował cały ruch.

24 komentarze:

  1. Serdeczne gratulacje dla Krzysztofa.

    Jak zwykle pokazujesz ciekawe i fantastyczne miejsca warte odwiedzenia, ja za duzo czasu na net teraz nie mam, szykuje sie do wyjazdu na daleki wschod niestety (wolalabym w inne miejsce), ale zagladam, czytam i podziwiam.

    Pozdrawiam goraco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No śledzę, śledzę, podziwiam. Nabierzesz znowu doświadczenia, ale czy przy Twoim udomowionym charakterze jest Ci ono niezbędne? Dlatego podziwiam, bo to, co robisz wyraźnie wskazuje, co jest ważniejsze małżeństwo, czy dom. Brawo!

      Usuń
  2. Ale numer! Małgosiu! Wiesz, że podczas majowego pobytu we Florencji mieszkałam w dzielnicy Sant' Ambrogio, właśnie tuż obok Loggii dei Lanzi i targu staroci. Niestety, w Cibreo nie byłam, czasem tylko przechodząc obok, podglądałam smakowitości na talerzach gości :)- ale to na pewno nie byliście Wy, gdyż w niedzielę zostałam porwana na wycieczkę do uroczego Monteriggioni.
    Ściskam mocno i pozdrawiam już z Polski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, proszę, a mówiłaś, że grupa do Sieny jedzie, a Ty w podobnym kierunku podążyłaś. A Loggia to chyba del Pesce?

      Usuń
    2. No pewnie, że ta "moja", to Loggia del Pesce! Dzięki Małgosiu za czujność, jakoś chyba nie doczytałam dobrze nazwy, tylko zasugerowałam się Waszą wizytą w znajomych mi okolicach i szybko "dorobiłam" sobie skojarzenie :)
      Wiesz, grupa grupą, ale takie włóczenie się w zredukowanym towarzystwie i po mniej zatłoczonych miejscach jest znacznie przyjemniejsze!

      Usuń
    3. Tak myślałam, ale nie byłam pewna. A potem faktycznie siedziałam w Loggia dei Lanzi, więc nie dziwię się omsknięciu. A co do wycieczki, to rozumiem, że wybrałaś mniejsze grono, też lubię się snuć w minimalnym towarzystwie.

      Usuń
  3. Królika jadłaś?! Małgosiu! :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię mięso, także królicze :)

      Usuń
  4. Ten "Anonimowy" to ja, Marzena wrocławianka, ale nie wiem jak zrobić, żebym to była ja, a nie "Anonimowy"... :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzenko, nie musisz się logować, wystarczy, że pod tekstem napiszesz "Marzena z Wrocławia."

      Usuń
  5. Gratulacje dla Obywatela K.
    Czytam i czytam i czuję się jakbym była w miejscach, które opisujesz.
    Czuję zapachy, ciepło i wiatr.Chce mi się dotknąć pięknych świec, nie mogę oderwać oczu od rysunków i "malunków".
    Od roku oswajam bardzo wiejską, polską wieś i żyję tu i tam, i w drodze między Gdańskiem a Kurpiami.
    Taki los i pracy czasem brak, a do emerytury daleko jeszcze.
    Zaglądając do Ciebie, wędruję w myślach po Twoich śladach.
    Może kiedyś uda mi się poczuć te smaki, zapachy i może uda mi się obejrzeć te cuda własnymi oczami.
    Pozdrawiam serdecznie.Małgosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obywatelowi gratulacje przekazałam, od wszystkich.
      Małgosiu, jestem przekonana, że gdy będziesz mocno krążyć wokół marzenia, to ono się zrealizuje, po prostu zaczniesz wyłapywać wszystkie okazje sprzyjające jego realizacji :) Czego Ci z całego serca życzę.

      Usuń
  6. Wydarzenie warte tak wytwornego świętowania! Bardzo się z tego cieszymy i obydwoje serdecznie gratulujemy Księdzu Krzysztofowi.
    Ha! Już za półtora miesiąca będziemy to mogli zrobić osobiście :)))).
    Filmik z teatru robi wrażenie, no i ta muzyka z flamenco w tle!
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto, jak nie Ty, mógł wychwycić flamenco, hi hi hi. Czekam na Was :)

      Usuń
  7. Pani Małgosiu !
    Dziś rano wróciłam z 2-tygodniowego urlopu w Toskanii i już do Pani wpadłam zerknąć co słychać i czy też tak marznęliście przez ostatnie dni jak my pod Lucignano ;/

    Ten deser na talerzyku to panna cotta z jakimś serkiem :) a we Florencji my byliśmy w środę 29 maja i parkowaliśmy na parkingu Michelangelo i też wyjeżdżaliśmy stamtąd 40 minut .... cóż ! Florencja :)

    Za to dziś dokładnie o 7.30 rano na lotnisku Ciampino w Rzymie byliśmy świadkiem (chyba ???) rozpoczynania przez Włochów pracy na tymże lotnisku bo z głośników leciał hymn Włoski i wszyscy śpiewali po czym ruszyli do pracy :))) niesamowita przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. panna cotta z sosem oczywiście miałam na myśli :)

      Usuń
    2. Oj, marzniemy, marzniemy. Co pewien czas włączam nawet ogrzewanie w domu.
      A deser wbrew pozorom nie był panna cottą, którą bardzo lubię. To było coś innego, lecz także bardzo, bardzo smacznego.
      Pozdrawiam serdecznie, dzisiaj dla odmiany z wietrznej Toskanii.

      Usuń
    3. aaaaaaaa to przepraszam już się nie wymądrzam :) wyglądało mi na pannę ale znawcą nie jestem :)

      My nie mieliśmy drewna od właściciela domu do piecyka i musieliśmy marznąć ehhh ale widoki nam zrekompensowały i maki !!!!!!

      Usuń
  8. Gratuluję! a jedzonko wygląda nieziemsko i na pewno tak smakuje!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jedzonko pewnie było pyszne bo wyglądało bardzo smakowicie
    pozdrowienia
    j

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wiem jak się to stało ,że mi umknął ten wpis. Oczywiście ogromne gratulacje dla ks Krzysztofa. Bardzo się cieszę ,że ma to za sobą. Tobie Małgosiu też tego życzę. Nie wiem ile to zmienia w takim normalnym codziennym zyciu ale na pewno nie jest bez znaczenia. Ja testu bym nie przeszła bo nie wiedziałam kto jest prezydentem Włoch. jakoś o nim mało się mówi. Te przystaweczki narobiły mi wielkiego smaka . Dobrze ,że mam mapkę. Tp świetny pomysł. Pamiętam nasze parkowanie na podziemnym parkingu w Sienie. też wyjazd jeden i goście przed nami zaklinowali się z rowerami na bagażniku. Wspólnymi siłami dalismy radę ale kolejka do wyjazdy też sięzrobiła ogromna w tym czasie a na dodatek mnerwionych nie brakowało bo nie wszyscy byli na wakacjach.Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Krzysztofa to zmiana konieczna i korzystna. A ja ciągle się zastanawiam, bo chyba lepiej być obywatelem kraju, w którym się mieszka? Kiedyś też bym nie przeszła testu, ale gdy policja municypalna zadała to pytanie znajomemu, staram się choć minimalnie wiedzieć coś o polityce Włoch, choć ja strasznie nie lubię polityki. Żadnej!
      Całusy :)

      Usuń