niedziela, 19 grudnia 2010

WERNISAŻ WYSOKIEGO RYZYKA

Oj, zaszalałam w czwartek.
"Przyjaciele Uffizi" przysłali zaproszenie na otwarcie dziesiątej już corocznej wystawy "I mai visti" (Nigdy niewidziane). Pisałam już o idei, jaka przyświecała twórcom. Przypomnę ją jednak króciutko: Pokazać szerszej publiczności te fragmenty zbiorów Uffizi, które na co dzień nie są dostępne dla publiczności. Tym razem tematem przewodnim był kobiecy autoportret. Kilka wystaw wcześniejszych już widziałam, ale na wernisaż, jak dotąd, nie trafiłam. Trudny to czas, wyrwać się z domu przed Świętami.
A co tam! Pierniki nie zając, nie uciekną. A że Krzysztof był zajęty, to zaprosiłam na wspólne sycenie się sztuką Kasię z Fucecchio.
Miałyśmy się spotkać na stacji we Florencji.
Weszłam na pistojski dworzec i oczy przecieram, wszystko ma jakieś ogromne opóźnienia, a jedyny pociąg, którym zamierzałam jechać, akurat nie. Świetnie! Idę kupować bilet i pytam się kasjera, o co chodzi z tymi opóźnieniami i słyszę zatrważające słowo: "sciopero". Wystrzegajcie się go jak ognia, bo to strajk. Tak łatwo nie polegnę. Mój pociąg ma jechać. Ale jak wrócę? Koniec strajku zaplanowano na 21.00.
A wernisaż miał mieć początek o 18.00.
Hmm!  Eeee, co mi tam - jadę!
Kasia niestety nie. Z San Miniato nic nie jechało do Florencji.
No to sobie sama połażę, pooglądam wystawy, dekoracje świąteczne, ponapawam z lekka mroźną Florencją.
Ponieważ w pociągu zmarzłam (jakoś klima latem lepiej chodzi, niż ogrzewanie zimą), to zaczęłam od gorącej herbaty. Zajrzałam na plac przed Kościołem Santa Maria Novella. Na bocznym dziedzińcu świątyni przykucnęła i ciepłym światłem grzeje szopka.
Chłodniejsze od niej w odcieniu, ale za to obficie, lampki oblepiły dużą choinkę w rogu Piazza di Santa Maria Novella.

Bardzo lubię porozciągane ponad ulicami świetlne dekoracje. Ja to jestem taka świąteczna sroczka - lubię, gdy lśni, miga, mruga, błyszczy, skrzy i jaśnieje.
Nie będę bawić się w chronologię spaceru, gdyż część jego odbyłam przed wernisażem, a część po. Pokażę więc moje oglądactwo wystawowe, tylko jedną perełkę zostawię na koniec.
Na Piazza Signoria zaskakująco pusto, i nie myślę o braku turystów, ale ozdób. gdyby nie kawiarniane ogródki nic by nie lśniło a cienie rzeźb totalnie by się rozpanoszyły na ścianach. Moją uwagę przykuły drobiazgi przykute lekkim mrozem do Fontanny Neptuna, sople! Co za widok!
Nie dziwi brak klientów w lodziarni.
W końcu przyszedł czas inauguracji. Wcale nie w miejscu wystawy, tylko w bibliotece Uffizi. Hurra!
Bardzo lubię poznawać nowe miejsca. A już biblioteki są taką przestrzenią z pogranicza bajki i snu. Kryją tyle myśli, tyle słów, tyle ciszy. Zabierają powszedniość, nie lubią pośpiechu. Ta nowo poznana tylko spotęgowała we nie te odczucia. I nie pokonał ich nawet gwar kilkuset osób, które tak licznie, ku zaskoczeniu organizatorów, przybyły na otwarcie wystawy.
Mieszkam w wiejskiej parafii, więc na co dzień nie mam do czynienia z tyloma inteligentniej wyglądającymi osobami. Nie, żebym gardziła moimi sąsiadami, o nie! To poczciwi i dobrzy ludzie. Ale nie ciągnie ich ku sztuce, książkom itp. A tu nagle towarzystwo strojne, eleganckie, i jakoś im bystrzej z oczu patrzyło. No i na co mam patrzeć? Na bibliotekę? Na ludzi?
Po kilku wypowiedziach prezes "Amici degli Uffizi", sponsora, kuratora wystawy, po wręczeniu medali niektórym artystkom, które ofiarowały muzeum swoje autoportrety, zaproszono nas na poczęstunek, albo do obejrzenia wystawy. Proszono o rozdzielenie się na dwie grupy, bo miejsce ekspozycji nie mogło przyjąć wszystkich od razu. Gdy wyszłam z biblioteki zobaczyłam tak wielką kolejkę do sztuki, że wybrałam tę sztukę bliższą żołądka. A sztuka i tu była. Spodziewalibyście się wina i paluszków? Chipsów? Krakersów?
Sprawna obsługa pozwalała na spożycie pełnej kolacji, wszelkiej maści przystawek, ciepłych dań, słodyczy. Zazwyczaj nie jadam posiłku o tej porze, ale zziębnięta stanęłam w kolejce do gorącego risotto z serami. Pozwoliłam też sobie na plaster ananasa i pomarańczy z migdałami i kandyzowanymi skórkami. Na inne pyszności z żalem patrzyłam. Na szczęście szybko go ukoiłam, bo oczom własnym nie dowierzałam.
Gdzie ja jestem?
Posiłek uszykowano w pozostałościach kościoła San Pier Scheraggio wchłoniętych przez budynek Uffizi! W końcu rozumiem, co oznacza, na zewnątrz, od strony Palazzo Vecchio, kolumna w ścianie i łuki..
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8d/San_pier_Scheraggio.JPG
Znajdowałam się w odrestaurowanych pozostałościach nawy środkowej, a to co stanowiło jej lewą nawę obecnie jest częścią Via Ninna.
Co to za kościół? Czemu tak niewiele z niego pozostało?
Była to ważna XI wieczna świątynia jednej z sześciu dzielnic średniowiecznej Florencji (niektóre miasta średniowieczne dzielono na sześć części - sestiere), zbudowana jeszcze nawet przed powstaniem Palazzo Vecchio, więc pełniła też funkcję miejsca zebrań Rady Miasta.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/6a/View_of_Ancient_Florence_by_Fabio_Borbottoni_1820-1902_(20).jpg
Uległa destrukcji niezbyt samoczynnie, najpierw w celu poszerzenia Via della Ninna a potem za przyczyną Vasariego i zbudowanych w XVI wieku "Biur". Nazwa kościoła pochodziła od nazwy fosy płynącej u jego boku.
W środku obecnie można obejrzeć freski Andrea del Castagno, czy "Zwiastowanie" Botticellego. Trudno było się temu przyjrzeć ponad głowami zajadających gości wernisażu.
Kalorie dostarczone przez risotto przeznaczyłam na oczekiwanie przed wejściem na wystawę, która zawsze jest przygotowana w pomieszczeniach byłej poczty królewskiej. Trochę się naczekałam, bo wszak to zawartość ekspozycji była bohaterem tego wyjazdu do Florencji. Muszę jeszcze wrócić i przyjrzeć się dokładniej wystawie, może nawet skorzystam z wizyty z przewodnikiem oferowanej w styczniu przez "Przyjaciół". Tak na szybko więc pokazuję zdjęcia z wystawy, potem już na pewno będzie zakaz ich robienia. W czwartek jakoś nikt nas nie pilnował.
Na razie mam takie spostrzeżenie, że panie z XVI czy XVII wieku były okrutnie szczere wobec samych siebie. Potem już trudniej było im pokazać mankamenty swojej urody. Malarstwo było dla nich tak ważnym, że rzadko spotyka się tam inny atrybut niż sztalugi, pędzle i paleta. Nie będę się na razie więcej rozpisywać. Kto chce zobaczyć choć część wystawy obejmującej autoportret od XVI wieku po współczesność, odsyłam na stronę ekspozycji.
Wystawa czynna jest do 30 stycznia, wstęp bezpłatny.
Ja tymczasem wolno idę w kierunku dworca kolejowego z nadzieją powrotu do domu.
Obiecałam małą perełkę na koniec, choć taka mała ona nie była, bo to aniołek słusznej wielkości, którego obraz rzucono na mury Kościoła Świętego Wawrzyńca. Ciekawe, nad czym się tak zastanawia? Jak myślicie?
Niestety nie miałam z powrotem takiego szczęścia, jak w drodze do Florencji. Musiałam cierpliwie, drżąc z zimna, poczekać na zakończenie strajku. I w tym wyziębieniu kryło się drugie, oprócz strajku, ryzyko. Byłam świeżo po zapaleniu oskrzeli, zresztą nabytym na własne życzenie i z własnej głupoty. Tym razem chyba aniołek z San Lorenzo zabawił się w mojego Anioła Stróża i mimo, że z powątpiewaniem patrzył na mnie spacerującą po Florencji, pomógł obronić się przed chorobą.

piątek, 17 grudnia 2010

TAŃCZĄCY Z PŁATKAMI

Tych płatków to się sporo nazbierało, a że Toskańczycy naród nienawykły do zdradliwej bieli, widoki przez okno dostarczały wielu wrażeń. To moja czwarta zima w San Pantaleo, ale druga podczas której widoki przez okno w niczym nie mogą zaimponować zmarzniętym krajanom w Polsce. choć przyznam, że taka pelargonia dzielnie starająca się ciągle kwitnąć czy palma przykryta poduszkami śniegu, to dla mnie widok egzotyczny.
Widoki bardzo zainteresowały psiaki. Najpierw przez szybę, ale Druso woli otwarte okno, bo wtedy wskakuje i, co ważniejsze, mieści się na parapecie. A i kontakt z ludźmi, wytwarzającymi dziwne dla niego dźwięki, bezpośredni.

Tańczące samochody wywołują raczej uśmiech, do czasu, bo  gdy zobaczyłam babcię na rowerze i chciałam pokazać Wam, jak dzielnie sunie po śniegu, ta akurat na samym skrzyżowaniu, na szczęście bezboleśnie upadła. Chyba uratował ją ogrom taszczonych zakupów, bo na nich skończyła swoją wywrotkę. Pomógł jej stojący tam już od dłuższego czasu nasz sąsiad, Albańczyk, który chyba stwierdził, że na skrzyżowaniu jest ciekawiej, niż w domu. Wielu autom pomagał skręcić, pchając nieporadne maszyny. Miejsce jest o tyle trudne do manewru, że skręcające pod górkę samochody nie widzą nadjeżdżających z prawej strony aut. Chciałoby się rozpędzić auto a tu psikus, bo nie wiadomo, co czeka za zakrętem.
Ci z kolei skręcający w naszą ulicę często dzisiaj szukali wsparcia w murku. Jeden pan tak skutecznie, że trzeba było go odholować, a inny kierowca wolał chyba zatrzymać się na innym aucie niż na murze.
Wyobrażacie sobie ich w polskich warunkach?
I jeszcze jedna myśl mnie się ciśnie pod palce: gdzie to ocieplenie klimatu?

sobota, 11 grudnia 2010

OGŁOSZENIA DROBNE

Może tego bloga czyta ktoś z Polaków mieszkających w pobliżu. Chciałabym więc i tą drogą zaprosić każdego chętnego na uroczysty obiad bożonarodzeniowy, w sobotę 25 grudnia o godzinie 13.00. Jeśli jest ktoś chętny to proszę o kontakt mailowy ze mną.

Drugie ogłoszenie jest bezpośrednio skierowane do Eweliny. Usiłowałam przez Twój profil skontaktować się z Tobą mailowo w sprawie tego nieszczęsnego hiszpańskiego. Wysłałam do Teresy list, ale po włosku i milczy jak zaklęta. Mój mail jest w prawej kolumnie na pierwszym rysunku z góry.

A teraz na życzenie Doroty zapomniane przeze mnie zdjęcie z wiankami. W tym roku musiałam poświęcić im dużo mniej czasu i wykorzystać tylko to, co miałam pod ręką.

czwartek, 9 grudnia 2010

CRUDO ZNACZY ...

Surowy.
Dzisiaj napiszę o dwóch nowych smakach, które poznałam w ostatnim czasie.
Zacznę od zestawu kilu smaków w jednej surówce, którą zjadłam u Pauli na obiedzie. W życiu bym nie pomyślała, że wtrząsnę coś, co zawiera fenkuł. Już sam zapach anyżu odrzuca mnie na kilometry od wszystkiego, co tym "śmierdzi". Grzeczność wymagała przecierpieć i spożyć. A tu niespodzianka. Zestaw prosty, no i z moimi pupilami - karczochami, także surowymi.
Dzisiaj przyrządziłam już w domu.
Proporcje mniej więcej takie:
Jedna marchew, jeden karczoch (po obraniu zamoczyć w wodzie z sokiem z cytryny, żeby nie ściemniał), jedna łodyga selera naciowego i ćwiartka fenkułu (-a?). Posolić do smaku i skropić oliwą. kto chce, może jeszcze dodać ocet balsamiczny. Rewelacja!
Drugiego smaku omal bym Wam nie przedstawiła. Byłam uczyć jedną parafiankę, jak się robi girlandę. Zobaczyłam nieznany mi owoc i zapytałam się o nazwę. Brzmienia nie zapamiętałam, ale dostałam kilka egzemplarzy do degustacji. No i dzięki temu,  że miałam przed sobą wzorce i dzięki posiadaniu "Słownika obrazkowego polsko-włoskiego" dowiedziałam się, że owe zielone jajeczka to feijoa lub inaczej acca.
Gdzie szukać podobieństw smakowych? W jabłku, bananie i kiwi? Co to za roślina? Krzew pochodzi z Ameryki Południowej. Rośnie w Kalifornii i na Florydzie. Rozpowszechnił się też w Toskanii i Ligurii. Należy do rodziny mirtowatych. Jadalne też są jego kwiaty, zresztą wyglądają niezwykle strojnie.
http://www.lemiepiante.it/dbimg/feijoa-flors.jpg 
Niestety nie lubi zimna, ginie poniżej 7 stopni Celsjusza. Nie ma zbyt poważnych wartości odżywczych, ale jedna z nich jest bardzo interesująca z punktu widzenia osoby mającej niewielkie problemy z tarczycą. Feijoa zawiera jod.

WYWIAD Z ...

Po umieszczeniu tutaj linka do przeprowadzonej ze mną rozmowy na portalu  ZA^^działa otrzymałam wiele komentarzy i maili zadowolonych z tego faktu czytelników. Trochę rozumiem zainteresowanie dotyczące osoby, której teksty się czyta, dlatego za namowami kilku osób, z niemożności odbycia spotkań autorskich, także po trudnym dla mnie doświadczeniu niewyrażenia zgody na inny wywiad (na pewnym portalu) i zdając sobie sprawę z tego, że Emilia Sobieraj nie wyczerpała Waszej ciekawości, proponuję Wam, Drodzy Czytelnicy, przeprowadzenie wywiadu ze mną :)
Jak to zrobić?
Nic prostszego!
Zostawcie pytania pod tym wpisem, albo, jeśli macie trudności z przebrnięciem przez mechanizm umieszczania komentarzy, wyślijcie je mailem (wtedy ja je tutaj umieszczę). Pytania będę zbierać do Świąt Bożego Narodzenia, w zaciszu ich ciepła przygotuję na nie odpowiedzi. Nie ograniczam Wam zakresu tematyki pytań, najwyżej sobie pozostawię możliwość nieodpowiedzenia, o czym zresztą poinformuję.
Pozdrowienia z Krainy Deszczowców.

środa, 8 grudnia 2010

PANFORTE DI SIENA

Dzisiaj miałam dzień podwójnie wolny od pracy. Po pierwsze Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP jest dniem wolnym we Włoszech, a ja dodatkowo znowu wpadłam w jakiś okrutny kaszel i dekuję się bezrobotnie. Pomyślałam więc, by zająć się panforte. O Bożym Narodzeniu w Toskanii napisałam już wiele, ale pominęłam ten słodki specyfik. Przypomniała mi o tym rozmowa na forum. Zaczęłam więc małe śledztwo na temat pochodzącego ze Sieny smakołyku.
Panforte oznacza dosłownie „mocny chleb”, niektórzy wiążą go z panpepato czyli „pieprznym chlebem”. Kojarzy się to Wam z czymś znajomym? Polski piernik także w swojej etymologii przypomina nam o jednym z jego składników, jakim jest pieprz. Ponoć w swoich początkach ten specyfik nie był słodki i zapisywano go jako pierznik, gdyż pieprz wcześniej był ppierzem, pierzem. No i pierznik zamienił się z czasem smakowo w słodkie ciasto, a gramatycznie w piernik.  Spotkałam się jednak z określeniem panpepato jako specjału umbryjskiego.
Wróćmy więc do toskańskiego panforte, klasycznego, bez pieprzu.
W łacińskim zbiorze przepisów z I w n.e. wspomina się chleb z mąki i miodu. Uważa się jednak, że ten miodowy chleb nie jest przodkiem panforte, tylko lokalna potrawa z mąki, suszonych owoców i wody zwana melatello.  Szybko pleśniała i była kwaśna. Dokument już konkretnie mówiący o panforte pochodzi z 1205 roku i powstał w klasztorze Montecelso. Wspomina się tam, że chłopi mają obowiązek płacenia zakonnicom podatku w postaci ciast z pieprzem, lub chlebów miodowych.
Tu już blisko do legendy:
Pewien rozrzutny młody szlachcic ze Sieny żył w konflikcie z wartościami chrześcijańskimi. Pewnego dnia nawrócił się i ostatnią rzecz, jaką posiadał, oddał siostrze Bercie z klasztoru Montecelso. Tym skarbem był woreczek przypraw uznawanych w średniowieczu za bardzo cenne. Cieszyły się takim uznaniem, że często stanowiły walutę wymienną. Do woreczka szlachetnie urodzony Nicolo de Sambelini dołączył i przepis. Siostra Berta wypróbowała go, ale wyczuła niebezpieczeństwo łakomstwa, według niej nie była to potrawa dla skromnych mniszek i … (hi hi hi) ofiarowała przepis kurii biskupiej, który zaczął wędrować od biskupa do biskupa, aż trafił w ręce kardynała Ottaviana z rodu Pila, a ten przekazał go swojemu bratu Ubaldino, wyśmienitemu kucharzowi, którego nawet Dante nie ośmielił się umieścić w kręgach piekielnych, jeno w czyśćcu. Ubaldino ulepszył recepturę wzbogacając ją o migdały, orzechy laskowe, kandyzowane owoce. Za to przyprawy ograniczył do tych najbardziej aromatycznych.
Szybko panforte stał się produktem eksportowym, ze Sieny rozszedł się po całym Półwyspie Apenińskim. W 1370 roku powstał jakiś dokument wspominający go w Wenecji. No gdzieżby indziej jak nie w Wenecji, królowej przypraw. To tam wszak przybywały drogą morską do Europy.
Po upływie kilku wieków właściciel cukierni „Panforti Parenti” zmodyfikował przepis na cześć przybywającej królowej Małgorzaty Sabaudzkiej. Zmienił metodę kandyzowania owoców, dodał marcepan, dzięki czemu ciasto było jaśniejsze (biały panforte) i bardziej miękkie.
Ciekawe jest to, że kojarzone z Bożym Narodzeniem panforte Sieneńczycy oferowali świętemu Wawrzyńcowi, którego dzień przypada na 10 sierpnia. Zaleca się spożywanie panforte maczanego w słodkim vinsanto, tak jak słynne ciasteczka z Prato, zwane cantucci, cantuccini czy nawet giottini.
No i najwyższy czas przejść do przepisu. Pochodzi ze zbioru receptur przygotowanych przez Gminę Sieny w 2002. Powstał po wielu wywiadach z babciami sieneńskimi. Ja go jeszcze nie wypróbowałam, jeśli więc ktoś się skusi, niech da znać, co mu wyszło.
150 g cukru
150 g miodu
250 g obranych posiekanych orzechów laskowych
250 g posiekanych migdałów (bez skórki)
400 g kandyzowanych owoców (cytrusowych i wiśni)
100 g suszonych fig
białka z trzech jajek
8 g zmielonego cynamonu
Po szczypcie: gałki muszkatołowej, imbiru,
masło – bryłka mniej więcej wielkości orzecha włoskiego
2 łyżki mąki pszennej
100 g cukru pudru
wafle opłatkowe
Cukier i miód rozpuścić razem na małym ogniu, zagotować uważnie by syrop się nie przypalił, mieszać najlepiej drewnianą łyżką. Do gorącego zagęszczonego syropu wsypać uprzednio dobrze wymieszane pozostałe składniki i energicznie wymieszać. Gęstą masę wyłożyć w tortownicy na waflach opłatkowych, zwanych tutaj po prostu hostiami.  Masa powinna być mocno przyduszona i mieć maksymalnie grubość 2 cm.
Piec 40 minut w niewysokiej temperaturze (150⁰). Po ostygnięciu gęsto posypać cukrem pudrem.
Aby otrzymać panforte nero należy dodać kakao (zależnie od upodobań, np. łyżkę).

poniedziałek, 6 grudnia 2010

MIKOŁAJKOWE PODZIĘKOWANIA

I znowu nadciągnął św. Mikołaj.
Tym razem pomyślałam, że nie będzie tak prosto, że nagrodzę tego, kto najczęściej komentuje. Utworzyłam inne reguły. Pomyślałam, że podziękuję osobom z najlepszym refleksem, czyli tym, które najszybciej pozostawiały komentarze po ukazaniu się nowego wpisu. Nie liczyłam anonimów. Nie ma jak ich rozróżnić.  I co? I wygrała znowu majana - królowa komentarzy. Zdobyła 150 pkt!
Brałam pod uwagę pięć pierwszych wypowiedzi przyznając punkty - 5 za pierwszy komentarz, 4 - za drugi itd.
Liczyłam od czerwca po 5 grudnia, godz.21.00.
Drugie miejsce ma Mażena - 118 punktów.
Trzecie - niebieska - 111 punktów
Czwarte - Justi - 92 punkty
Piąte - Kinga - 82 punkty.
Ale tym razem nie będzie nagród dla następnych miejsc, bo chciałam zachęcić do tej swoistej wymiany myśli kogoś nowo przybyłego. Postanowiłam, że dam też prezent 190 obserwatorowi, który wpisze się na listę w prawej kolumnie. Przewidywałam, że do 6 grudnia raczej 200 się nie doczekam, a nie ma to jak okrągła liczba. Obserwowałam więc pilnie, kto będzie tym 190? Jest nim Teresa Grazioli, hiszpańskojęzyczna, zarazem pierwszy obcokrajowiec wpisany na listę. No i tu się zaczynają schody, bo czy Ty Tereso zrozumiesz, co tu napisałam? A może jest tu ktoś obłaskawiony z hiszpańskim?
Oto moje prezenty dla majany i Teresy:


Są to deseczki na zapiski ozdobione techniką decoupage. Majano, zapewne Twój adres mam gdzieś zapisany. Teresa potrzebny mi Twój adres pocztowy, bym mogła wysłać prezent.


Wszystkim piszącym komentarze z całego serca dziękuję. 
Są wspaniałą motywacją do dalszej pracy.