piątek, 17 lutego 2012

CO MA GAUDI DO WIATRAKA?

Wenecja i Gaudi?
Dla mnie ścisły związek, bo gdyby nie ten drugi, to tej pierwszej bym nie zobaczyła ...
Tu jeszcze nie będzie o samym pobycie, bo on trwa, na razie mam niezły mętlik w głowie. Ale koniecznie chcę przedtem opowiedzieć, jak długo czasami czeka się na realizację marzeń.
W 1997 roku pracowałam jeszcze w szkole, ale popołudniami prowadziłam dodatkowe zajęcia na prośbę ośrodka kultury, do którego przeszłam pracować w tymże roku. Za zarobione pieniądze wykupiłam tanią wycieczkę do Hiszpanii. Po drodze było półtora dnia w Paryżu, potem 7 dni na kempingu. Barcelona była o godzinę drogi od miejsca, w którym nas ulokowano. I to ona zdecydowała o wyborze oferty biura podróży. Bo Gaudi to była wtedy moja wielka pasja i taką zostało (szkoda, że nie ma go w Toskanii,hi hi hi).
W drodze powrotnej zobaczyliśmy budzące się ze snu Monako, a następnego dnia podarowano nam chyba dwie godziny w Wenecji. Coś w ogóle zostanie po takiej wizycie? A jednak. Odłożyła mi się w duszy tęsknota. Samych wrażeń mało. Cieniem wtedy kładł się totalny brak pieniędzy, gdyż w kantorze w Hiszpanii nie mieli lirów, więc ja tam zrobiłam spożywcze zakupy dla moich kompanek podróży, a one z kolei sponsorowały mi włoski fragment wycieczki.
No i maski!
Maski, których sztukę powstawania znam już od 1994 roku. Trzeba cofnąć się do studiów podyplomowych i osoby rewelacyjnego lalkarza Bronisława Trytki. Mieliśmy to niebywałe szczęście mieć z nim zajęcia, na których wszyscy, czy to poloniści, czy plastycy, zrobili maski według tradycyjnych weneckich metod.
Zarażałam tym potem dzieciaki. Na tyle skutecznie, że zabierały maski do domu, by je pracowicie wygładzać aż po efekt porcelany. Bezwzględnym atutem było to, że formy powstawały z twarzy twórcy przyszłej maski. Sama też ich trochę stworzyłam, lecz te najbardziej efektowne nie dotarły ze mną do Toskanii. Nie mam pojęcia, co się z nimi stało. Zapewne gdzieś porozdawałam.
Już prawie pięć lat mieszkam w Toskanii i ciągle "męczyła" mnie wcale nie tak daleka Wenecja, pociągiem tylko trzy godziny.
Postanowiłam jednak, że wyjazd do niej ma jednocześnie zaspokoić niedosyt po pierwszym pobycie oraz dać upust mojej fascynacji maską i kostiumem.  Czyli miała to być Wenecja podczas karnawału. Taaaa!
Zimowa pogoda bywa kapryśna, a ostatnio temperatury we Włoszech nie przypominały pory deszczowej z poprzednich lat. Jechać, nie jechać - oto jest pytanie! Czekałam aż prognozy pogody staną się na tyle wiarygodne, by podjąć ryzyko. Czekanie z kolei powoduje trudność w znalezieniu miejsc noclegowych. Wszystko prawie już zarezerwowane.
Przekopałam mnóstwo stron, hostele z wieloosobowymi salami odpadają, bo chyba bym żadnej nocy nie przespała. Jedynki już powychodziły. To znaczy takie jedynki, żeby były w zasięgu mojego portfela. Następnym kryterium było położenie - chciałam jak najbliżej Piazza San Marco.
I znalazłam!
W sobotę zarezerwowałam, ale pokój małżeński, na uliczce równoległej do Piazza San Marco. Z okna widzę słynną dzwonnicę.  Hotel mały i czysty, przemiła obsługa.
Na kostium nie było już czasu, ale od momentu podjęcia decyzji zabrałam się chociaż za zrobienie maski, która teraz dzielnie mi towarzyszy w snuciu się po Wenecji. Musiałam z nią tu przyjechać, do źródła tej mojej chyba dotąd Wam nie wyjawionej pasji.




czwartek, 16 lutego 2012

U ŹRÓDEŁ


Ten wpis dedykuję Gabrysi, a wyjaśnienia pojawią się w następnym.

środa, 15 lutego 2012

DZIENNIK PODRÓŻY - TOSKAŃSKI SZKICOWNIK

Po intensywnych dniach, szukaniu najbardziej atrakcyjnych cen, uściślaniu planu pobytu, mogę w imieniu Joanny Sznajder i swoim zaproponować pierwsze warsztaty artystyczne pod moją opieką.
Czas trwania 28 kwietnia - 5 maja 2012
Cena 805 € od osoby
Grupa może liczyć maksymalnie 8 osób.
28 IV sobota - rozlokowanie w pięknym gospodarstwie agroturystycznym położonym na wzgórzach okalających Pistoię, wśród gajów oliwnych,  z basenem i widokami na całą dolinę.
W cenie obfite śniadanie kontynentalne. 
Dwa posiłki podczas pobytu będą wspólne, reszta we własnym zakresie. Pokoje mają swoje kuchnie. Zazwyczaj są dwuosobowe.
Darmowa sieć wi-fi na terenie gospodarstwa.
Tego dnia wspólna kolacja powitalna z winem do oporu :) W cenie warsztatów.
29 IV niedziela - snujemy się ze szkicownikiem po Pistoi
30 IV poniedziałek - włóczęga po Chianti
1 V wtorek - Florencja, a w tym 3 godziny z najlepszą licencjonowaną przewodniczką po Florencji (przejazd pociągiem)
2 V środa - natchnienie geniuszem Leonardo, przejazd przez Vinci do Certaldo, kto zechce może zwiedzić muzeum maszyn zaprojektowanych przez Mistrza w Vinci (za dodatkową opłatą)
3 V czwartek - chłoniemy atmosferę Lukki (przejazd pociągiem)
4 V piątek - absolutny rarytas dla uczestników, wykonujemy pełne studium rysunkowe w Giaccherino - ex klasztorze franciszkańskim, niedostępnym dla turystów. Tamże, w parku, wspólny piknik (w cenie warsztatów).
5 V sobota - wyjazd
Każdego dnia (od niedzieli do piątku) przewidziane są trzy godziny warsztatów. Pozostały czas też będę Wam osobiście towarzyszyć. Jeśli ktoś będzie potrzebował korekty poza wyznaczonym na zajęcia czasem, służę pomocą. 
Jak już wspomniałam, nie oprowadzam po żadnym miejscu - oprócz klasztoru Giaccherino. 
Każdy uczestnik otrzyma niezbędnik rysownika.
Podczas trwania warsztatów przemieszczamy się wspólnie wynajętym pojazdem. 
Zgłoszenia i wpłaty proszę dokonywać przez Joannę Sznajder. Pytajcie się też ją o połączenia lotnicze. Z tego, co się orientuję, 28 kwietnia można dolecieć do Pizy z Krakowa i Berlina, a do Rzymu z Poznania. To tylko kilka bezpośrednich połączeń, a jeszcze wchodzą opcje lotów łączonych. 


piątek, 10 lutego 2012

KARNAWAŁOWE PLOTKI

Nie umiem oprzeć się Waszym prośbom, więc siadłam i szukałam przepisów na włoskie faworki. 
Zacznijmy od włoskich nazw, wymienię kilka, resztę znajdziecie w we włoskiej wikipedii.
chiacchiere (plotki) już znacie, tak się je określa w wielu regionach Italii, czasami są to plotki zakonnicy (di monaca)
cenci - najczęściej spotykana w Toskanii nazwa (łachmany)
mogą też być to frangette (frędzle), donzelle (dziewczyny) a nawet orecchie di Amman (uszy Ammana) z Livorno, gdzie kształt wycina się szklanką, ponoć zawdzięczają tę nazwę wpływom wspólnoty hebrajskiej
bugie - kłamstwa, głównie w Genui, właściwie nawet w Ligurii, czy Piemoncie
frappe (pocięte szmaty), w Rzymie i Ankonie, lattughe (sałata) w Lombardii.     

Wybaczcie, że nie upiekłam sama tych ciastek, ale po wczorajszej wizycie Asi postawiłam już sobie szlaban na karnawałowe słodkości. 
Pozostaje nam więc analiza różnic w przepisach, a raczej składach mieszanek, bo sposób postępowania z nimi jest właściwie taki sam jak w przypadku znanych nam faworków. Umieszczę tutaj 
I - Przepis z Wielkiej Księgi Prawdziwej Kuchni Toskańskiej
300 g mąki
50 g cukru
50 g masła (autor podaje, że niektórzy zamiennie stosują tu oliwę)
2 jajka
1 kieliszek vinsanto (w książce Oli pt. "Smaki Toskanii" jest podany zamiennie rum)
1 łyżeczka skórki pomarańczowej albo cytryny
szczypta soli
olej do smażenia
cukier puder
II - Przepis z Apulii:
1 kg mąki (najpierw użyć 800 g mąki, reszta do wałkowania)
5 jajek
3 łyżki oliwy
trochę (zaleca się pół szklanki) limoncello
1 torebka waniliny (tutaj jest w sprzedaży bez cukru, też w proszku), może być ekstrakt w płynie
olej z nasion do smażenia
cukier puder
III - Przepis z Trento
500 g mąki
50 g smalcu
2 łyżki oliwy
100 g cukru
5 żółtek
skórka cytryny
kieliszek grappy
200ml mleka
torebka waniliny
szczypta soli
olej do smażenia
cukier puder
IV - Przepis z Bolonii
250 g mąki
20 g cukru
2 jajka
10 g masła
2 łyżki likieru anyżowego albo rumu
olej do smażenia
cukier puder

W jednym z przepisów spotkałam propozycję pieczenia, zamiast smażenia w oleju.
Jak widać i nazwy różne, i składy lekko się różnią, a żeby było weselej to jeszcze kształtów ogrom. Te wczorajsze były ząbkowanymi prostokątami.

Wspominałam, że w Livorno wycina się szklanką okrągłe ciastka. Bywa że nacina się prostokąty nawet dwoma cięciami, albo paski wiąże się w supeł.
Może ktoś spróbuje którejś wersji?

czwartek, 9 lutego 2012

PORANNA POLECZKA

Dzisiaj wdepnęła do mnie Joanna na poranne ploteczki. Po drodze kupiła trochę słodkiego i dotarła do mnie wielce zadziwiona, bo okazało się, że jedna ze słodkości z poniższego zdjęcia nazywa się poleczką. O butach to już wiem od dawna, że nasze poczciwe zamszaki (inaczej myszy, albo welury) zwie się tu polaczkami lub poleczkami, ale słodkość?
Spróbujcie, proszę, odgadnąć, co na talerzu określa się słowem polacchina.



A ja tymczasem szukam dalej, skąd taka nazwa. Na razie mało wiem.
Po rozgryzieniu zagadki (właściwie to sam obiekt już został ugryziony), doczepię tu wyniki moich poszukiwań.


Trudno orzec, skąd nazwa poleczka (albo częściej spotykana "polka"). Najpierw szukałam poleczki, dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że ekspedientka, jak to ma w zwyczaju wiele pań za ladą na całym świecie, zdrobniła nazwę. 
Jak dotąd spotkałam się z dwiema wersjami. Jedna sięga aż Odsieczy Wiedeńskiej. Zanim nadciągnął Sobieski, oblegane miasto zaczynało głodować i już chciało się poddać. Pewien Polak (Jerzy Franciszek Kulczycki)  podjął się przedarcia przez turecki obóz. Przebrał się za osmańskiego żołnierza i posługując się językiem tureckim bez szkody dotarł do wojsk Sobieskiego, a potem wrócił do Wiednia z obietnicą odsieczy. Podczas podziału łupów mógł zadecydować, co chce otrzymać w nagrodę. Ku zdziwieniu Austriaków wybrał worki z surową kawą (o zielonkawej barwie), mylnie brane za karmę dla zwierząt. Wiedział, co robi. Wiedział, że kawę należy poddać paleniu, a potem parzyć. W założonym przez siebie lokalu podawał kawę z ciasteczkami przypominającymi półksiężyc, na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami. No i tu na scenę weszły rogaliki zwane we Włoszech cornetto. Choć, jak zapewne zauważyliście, poleczce brakuje rogów, i tym się różni od zwyczajowego rogalika. 
Spotkałam się też z informacją, że typowo toskańska polacca jest pusta (bez nadzienia) i trzykrotnie zwinięta.
Żeby było ciekawiej, trafiłam z kolei na stronę informującą o typowym słodkim wyrobie z miejscowości Aversa, gdzie właśnie podaje się polacca. Ponoć nawet jadł ją tam Jan Paweł II, śmiejąc się że Polak zjada polkę. Polacca z Aversa to raczej kwestia składników ciasta, a nie jego kształt. nie muszą to być obcięte rogale, ale zwyczajne okrągłe ciasto z kremem traktowane jako wyrób regionalny. Pochodzenie jego nazwy widzi się w przepisie na ciasto podanym przez jakąś siostrę zakonną. 
U mnie na talerzu widać jeszcze ciastko z kremem ryżowym oraz faworki w kształcie prostokątów z ząbkami.
Dziękuję, że się zabawiłyście w zgadywankę, jak widać intuicja Was nie myliła.

JESZCZE NA ŻYCZENIE MAJANY PRZEPIS ZNALEZIONY NA CORNETTO "LA POLACCA":

500 g mąki
100 g cukru
1 jajko i dwa żółtka
1 szklanka mleka (250 g)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
starta skórka cytrynowa
60 g masła
50 g drożdży
jeśli ktoś chce nadziać, to gęstymi dżemami (śliwkowy, malinowy, jagodowy, figowy, itp.)
200 g cukru pudru i soku z cytryny do lukru


W misce rozpuścić drożdże z odrobiną mąki, 50 g cukru i pół szklanki ciepłego mleka, wymieszać na gładką masę. Niech wzrasta 15 do 20 minut, w zależności od temperatury otoczenia. Ubić jajka z pozostałym cukrem, startej z cytryny i wanilii.
Dobrze wymieszać wszystkie składniki, tak by wprowadzić dużo powietrza do ciasta. Dobrze wymieszać, dodać stopione przestudzone masło, ciągle mieszając.Przykryć szmatką i zostawić do wyrośnięcia na ok. 20-30 minut (ciasto powinno podwoić wzrost).grubość 2-3mm. Z pasów o szerokości 10 cm wyciąć trójkąty, ewentualnie umieszczamy na nich nadzienie i ściśle zwijamy zaczynając od podstawy.
Umieścić rogale na blasze wysmarowanej masłem i przyprószonej mąką. Pamiętać o luźnym rozstawieniu, by się nie posklejały podczas pieczenia. Piec w temp. 180  aż staną się rumiane.  Na koniec polukrować.
Po tym czasie wałkujemy ciasto (nie od razu całość) na 
Weź trochę ciasta and rolla na stole z wałkiem do ciasta o grubości 2-3 mm i szerokości 10 cm.
Wyciąć trójkąty i podstawy każdego trójkąta umieścić kilkazacięcie. Szczelnie gorąco rogalik w kształcie, tak aby nie dostaćsię zacięcie, zwijać od dołu.
Umieścić rogaliki na blasze i masłem i posypanej mąkąpapierem do pieczenia lub zastosowanie. Umieść croissantyrozstawione z powodu wzrostu wolumenu kwaszonego ponowniedla innego pół godziny. Piec w rozgrzanym piekarniku i średnichtemperatur, około 180 stopni, aż dobrze rumiane.
Na koniec przygotować lukier zrobiony z cukru pudru i soku z cytryny, aby być szczotkowane na rogaliki.


Z tego przepisu wynika, że to nie jest francuskie ciasto i się zgadza, bo polacchina przyniesiona przez Joannę właśnie taka była.

piątek, 3 lutego 2012

TOUR OPERATOR I COŚ DLA ARTYSTYCZNYCH DUSZ

Moja tutejsza przyjaciółka Joanna postanowiła w końcu być sobie sterem, żeglarzem i tour operatorem. Cechuje ją duże doświadczenie w turystyce, gdyż całe swoje zawodowe życie była związana z tą działalnością, jak np. linie lotnicze, z Alitalią na czele oraz tutejsze biuro podróży specjalizujące się w egzotycznych wycieczkach (już w nim nie pracuje). Joanna jest po italianistyce, posługuje się płynnie językiem włoskim i jest ode mnie o wiele lepiej zorientowana w tutejszych realiach. Ma dwie córki, dzięki czemu dobrze wie, gdzie Toskania kryje miejsca interesujące dla dzieci.
Nawiązała ścisły kontakt z Paolo z biura informacji turystycznej, a dzięki niemu, wielkiemu pasjonatowi tych ziem, z bazą noclegową w Pistoi, lub pobliżu. Oczywiście zbiera już też oferty współpracy z innych rejonów Toskanii. W porozumieniu z właścicielami może zaoferować ceny niższe od oficjalnie proponowanych, np. w internecie.
W swojej ofercie nastawia się na pomoc osobom niekonwencjonalnie traktującym przyjazd do Toskanii, np.na pola golfowe, w celu zawarcia ślubu, na spotkania integracyjne, czy ...
I tu wkraczam ja ze swoją działalnością. Zamierzamy razem organizować kameralne warsztaty artystyczne.
Toskański szkicownik, artystyczna mapa z podróży, maska wenecka -  takie, między innymi,  pamiątki z urlopu proponuję Wam zabrać do domu. Ale nie ja je wykonam, tylko Wy sami.  Dla żądnych nietypowych wakacyjnych doświadczeń zorganizujemy wypoczynek połączony z artystycznymi warsztatami.  Poprowadzę Was w piękne zakątki warte uwiecznienia na papierze, czasami takie, do których zwyczajny turysta nie ma dostępu. Przy okazji zdradzę tajniki posługiwania się ołówkiem czy pędzlem, w czym mam duże doświadczenie zawodowe (potwierdzone przyznanymi moim podopiecznym nagrodami w konkursach, także na poziomie międzynarodowym).  Dzięki samodzielnie wykonanej masce weneckiej łatwo zrozumiecie  na czym polega fenomen karnawału w Wenecji czy w Viareggio.  Przewiduję pracę w małych grupach, by każdemu zapewnić stały kontakt ze mną,  nikt nie pozostanie bez korekty.
Na życzenie jesteśmy w stanie przygotować pobyt i warsztaty jednoosobowe.
Piszę o tym teraz, mimo tego, że Joanna jeszcze nie przygotowała strony internetowej (trwają nad nią prace), ale wiem, że już zaczynają się rezerwacje miejsc noclegowych i poszukiwania pomysłów na letnie wakacje.
Szczegółową ofertę dotyczącą warsztatów przygotuję niebawem, gdyż najpierw chciałabym zebrać trochę reakcji i oczekiwań.
Oczywiście maska wenecka będzie propozycją na następny rok, na czas karnawału, będzie to połączenie warsztatów z odwiedzeniem toskańskich miast pielęgnujących tradycje karnawałowe z Viareggio na czele.
Wstępnie mamy znalezione miejsce na letnie warsztaty. Do Joanny będzie należało logistyczne ogarnięcie przedsięwzięcia, łącznie z bazą noclegową, przejazdami itp.
Piszcie więc, proszę, co o tym myślicie. W sprawach warsztatów do mnie. Takich spotkań w ciągu roku nie będzie zbyt wiele, gdyż nadal chcę się koncentrować na działalności artystycznej, ale z chęcią spotkam zapaleńców  takich, z jakimi pracowałam w Polsce. To nie Wy macie umieć rysować, to ja mam Was tego nauczyć :)
Jeśli ktoś nie ma żadnych inklinacji artystycznych, a interesuje go pomoc w znalezieniu noclegów, organizacji całego pobytu, ożenku w Toskanii, przejazdu po torze wyścigowym Mugello, zakupach, i co tylko mu do głowy przyjdzie - podaję adres bezpośrednio do mojej przyjaciółki Joanny:
W zakładce WARSZTATY podałam już bliższe informacje o tematyce spotkań.

czwartek, 2 lutego 2012

WSZYSTKIMI ZMYSŁAMI

W minioną niedzielę zapragnęłam spotkać jeden obraz, nie więcej, ale żebym tak mogła długo przed nim stać i powolutku odkrywać tajniki autora.
Jest takie miejsce, na południe od Florencji, które powstało głównie dla jednego dzieła. To Cascia nieopodal Reggello, a w niej muzeum sztuki sakralnej i odnowiony "Tryptyk" młodego Masaccio.
Nie nastawiałam się na wycieczkę krajoznawczą, ale choć na chwilę zatrzymaliśmy auto, by przyjrzeć się niezwykłym formacjom geologicznym zwanym "Le Balze".
To erozyjne pozostałości, głównie po wodach plejstoceńskiego jeziora. Składają się z piasku, gliny i żwiru. Sterczą w krajobrazie czasami 100 metrów ponad podłoże. Tylko szalejący na zewnątrz wiatr, odbierający wszelką chęć na wędrowanie, powstrzymał mnie przed pójściem tamtejszymi szlakami.
Jedziemy dalej, wzdłuż drogi drewniane bariery chronią przed osuwającą się żółtą ochrową ziemią.
Cascia to mała miejscowość położona jeszcze przed Regello, tylko 9 km od zjazdu z autostrady.
Muzeum mieści się na tyłach romańskiego kościoła, gdy przyjechaliśmy - jeszcze zamkniętego. Więc czekaliśmy zamarzając i zaglądając to tu, to tam.
Byliśmy po dobrym obiedzie (zrobiłam wołowinę po toskańsku), więc nie kusiła pobliska osteria Masaccio. W ciepłe dni musi stanowić świetny punkt obserwacyjny, bo plac przed kościołem stanowi główny plac miasteczka.
W końcu weszliśmy.  Muzeum jest niewielkie, trochę naczyń i szat liturgicznych, relikwiarzy, kilka obrazów, jeden nawet z warsztatu Ghirlandaio. Szybko i niecierpliwie dotarłam do sali Masaccia. Podeszłam do szyby kryjącej obraz i...
To nie jest oryginał!
Wróciłam do pani sprzedającej bilety a ona pokazała mi przyklejoną do tablicy z wyłącznikami, pogniecioną kartkę z ręcznie wypisaną informacją, że tryptyku nie ma. Pojechał na wystawę do Rzymu (to już dopowiedziała). Uuuuu!
Na moje jęknięcie pani tłumaczyła się, że ona myślała, że wiemy, że ona jest tu tylko wolontariuszką, raz w miesiącu pełniącą dyżur. No cóż..
A czy kościół chociaż będzie otwarty?
Tak.
No to obejrzyjmy go.
Pieve San Pietro (prawdopodobnie  XII/XIII wiek) - nazwa wskazuje, że kościół był nadrzędnym nad innymi w regionie, tylko tu można było pełnić niektóre funkcje liturgiczne, jak np. chrzest. Dlatego jest tak dużym budynkiem, choć jak na funkcje reprezentacyjne dość prosto zdobionym. Zgrabna loggiata, delikatne pilastry w górnej części fasady. Z tyłu tylko jedna duża absyda. Obok stoi dobudowana dużo później dzwonnica.
W samych podcieniach bardzo proste wsporniki dla belek. No nie jest to ta romańszyczyzna najbardziej przeze mnie lubaona, ale zawsze jednak coś. Kapitele są już bardziej zdobne.
W przeglądanej w muzeum książce widziałam zdjęcie o wiele bogatszej elewacji, czyżby konserwatorskie zalecenia  powrotu do średniowiecznej surowości? Wchodzę do wnętrza i pierwsze wrażenie wcale nie jest wzrokowym - to zapach, jak szyszka do kąpieli z dzieciństwa (kto pamięta tę sosnową woń?). Rozchodził się po całym kościele i nie przypominał kadzidła, raczej odświeżacz powietrza.
Kapitele kolumn wewnątrz zgrabnie rzeźbione, tak jak te w portyku. Tylko jeden jest antropomorficzny. I ten właśnie długo wnikliwie oglądałam, na tyle, na ile pozwalało skromne oświetlenie.
Sama świątynia wielce mnie nie zachwyciła, co cenniejsze obrazy przeniesiono wszak do muzeum, a poza tym jakaś taka niespójna, pusta, z lekka zaniedbana. Krzyż umieszczony w prezbiterium poprzez swoją oprawę sprawia wrażenie, że jest tabernakulum., które z kolei umieszczono tuż obok plastra. W pamięci pozostaje półmrok i ten zapach.
Skromna ta nasza wycieczka, z wielkim niedosytem skierowaliśmy się ku autostradzie. Tuż przed wjazdem na nią przypomniał mi się często przeze mnie przeglądany w domu album z placami Toskanii, a w nim zdjęcie niedalekiego San Giovanni Valdarno.
Wieje, zimno, ale "może byśmy tam podjechali?".
Zamiast na Florencję, ruszyliśmy na Rzym. Byliśmy tylko 20 km od miasta, zaprojektowanego na życzenie Florencji przez Arnolfo di Cambio.
Jak dobrze! Gdzieś tam jeszcze przemyka średniowieczna myśl.
Plac niezwykły - regularny prostokąt, a pośrodku niego jak bombonierka Palazzo Pretorio dzielący płaszczyznę na dwa mniejsze place - Cavour i Masaccio. Projekt budynku przypisuje się twórcy florenckiej katedry, stąd druga jego nazwa to Pałac Arnolfo. Na razie za zimno było, by mu się dokładnie przyjrzeć, najlepiej rysunkowo.

Obstawiamy wnętrza.
W trzech pierzejach kryją się wejścia do trzech świątyń. Jedna zamknięta - to kościół San Giovanni Battista.
Krzysztof poczuł zbliżający się ból głowy i głód kawy, więc ruszył na poszukiwanie baru, a ja do drugiej świątyni - Bazyliki Santa Maria delle Grazie.

Kościół postawiono w miejscu starej bramy miejskiej San Lorenzo. Zrobiono to w celu uhonorowania cudownego obrazu, z którym związana jest ciekawa historia. Otóż podczas pogromu sianego przez dżumę zmarło pewne małżeństwo, pozostawiwszy po sobie trzymiesięczne dziecko. Ocalała jego 75 letnia babcia (Monna Tancia), która była ubogą kobietą i nie miała środków na znalezienie mamki dla niemowlęcia. Modliła się o pomoc przed wizerunkiem Madonny umieszczonym w bramie i została wysłuchana - jej zwiotczałe piersi wypełniły się mlekiem, którego wystarczyło przez 19 miesięcy.
W miejscu, gdzie modliła się babcia postawiono najpierw małą kaplicę, a potem bazylikę. Niestety, niewiele zostało z jej pierwotnego wystroju. Na zewnątrz wita nas neoklasycystyczna fasada, przed którą zbudowane dwa biegi schodów.
Zanim wejdę nimi do kościoła staję przed olbrzymim XVI wiecznym dziełem Giovanniego Della Robbia (syna Andrei). Chyba jednak wolę styl jego przodków. Tutaj tak jakoś niespokojnie, za kolorowo.
Pod lunetą jest wejście do pozostałości po kaplicy. Niewiele tam do oglądania oprócz grubych murów z kamienia i cegieł.
Wchodzę więc do góry. Zawsze zaskakuje mnie, gdy wejście okazuje się być w ścianie stanowiącej ścianę ołtarzową. Wydaje mi się w takich sytuacjach, że już nie mam gdzie wędrować, bo od razu znalazłam się u celu. Właściwie to odczucie nie było dalekie prawdy, gdyż świątynię rozbudowano o przedziwne pomieszczenie, które bez włączonych świateł kojarzyło mi się raczej z więzieniem.
To XX wieczne szaleństwo trudno było znieść nawet aparatowi i nie złapał ostrości.
Pozostańmy więc w starszej części.
Jej bohaterem jest obraz Madonny Łaskawej (albo Mlecznej). Trudno mu się przyjrzeć, dlatego całą uwagę skupiam na trzyczęściowym fresku opowiadającym o cudzie, którego zaznała wraz z wnukiem Monna Tancia.
Od razu lubię tę prostotę, dzieciątko-zawiniątko i kota nicpota, no i tę szczególną perspektywę, w której maleństwo leżące za babcią zdaje się być dużo większe, niż w rzeczywistości. Na środkowym fresku Monna Tancia modli się przed obrazem, który właśnie został uhonorowany poprzez zbudowanie Bazyliki.
Napatrzyłam się i ruszam na poszukiwanie Krzysztofa, a ten akurat wszedł do Bazyliki. Szybko zwiedził wnętrze i razem poszliśmy do umieszczonego w prostopadłej pierzei Museo Basilica di Santa Maria delle Grazie.
Ciągle odczuwałam niedosyt po nieobecnym Masaccio.
Nareszcie!
Co się napatrzyłam, to moje.
I to nie tylko na jeden obraz.
Małe muzeum należy do takich, jakie lubię zwiedzać. Nowe, dobrze urządzone, niewiele eksponatów, lecz większość cieszących oko i duszę. Oczywiście są tam i naczynia liturgiczne, i szaty. Jedna z nich, na samym końcu ciągu sześciu pomieszczeń wywołuje w nas obydwojgu głośne "Ach!". To kapa bogato haftowana, mieniąca się wszelkimi barwami, co akurat w tym przypadku nie sprawia wrażenia rozkolorkowania. Wspaniałe, misterne dzieło mniszek. Piszę "mniszek", gdyż kiedyś tylko one miały uprawnienia do szycia i ozdabiania szat liturgicznych, więc i tu niemal z całkowitą pewnością można przypisać autorstwo jakiejś kobiecie w habicie.
Oczywiście tym, co mnie najdłużej zatrzymało w muzeum są obrazy. Trudno znaleźć ich fotograficzne reprodukcje w internecie. Jest np. dość pełna dokumentacja w postaci pliku PDF, ale jakość reprodukcji może wręcz odstręczać od chęci obejrzenia oryginałów. Muzeum jest świeżo po remoncie, powiększyło powierzchnie wystawowe, ale jak na razie ma słabą wirtualną prezentację, a zdjęć nie wolno było robić. Choć może mogłam zapytać panią siedzącą w kasie?
Wymienię kilka wskazując na swoje upodobania, albo zadziwienia.
Najpierw od razu mocnym uderzeniem wita Tryptyk ze Św. Trójcą autorstwa Mariotto di Nardo z początków XV wieku. Tak myślę, że najbardziej znane są jego freski z apteki przy Santa Maria Novella we Florencji, ale jeszcze tam nie dotarłam.
http://musei.provincia.ar.it/images/museo/museo_16_op_1.jpg
Bóg Ojciec jest na tyle duży, że jeśli nie podniesie się do góry głowy, to Jego płaszcz można wziąć za tło sceny z ukrzyżowaniem, tym bardziej że Chrystus jest mniejszy od Maryi i Marii Magdaleny, no i świętych z bocznych paneli. Na lewym skrzydle Jakub Apostoł wdał się w rozmowę z Janem Chrzcicielem, a ja mam wrażenie, że wraz z postacią nad nimi podsłuchuję ich rozmowę.  Jest jeszcze złociście gotycko, tak jak lubię.
Do następnych sal prowadzą nowoczesne schodki, zostajemy przywitani, także złotym, popiersiem św. Wawrzyńca - z pierwszej połowy XV wieku. Zastanawiam się, skąd taka popularność tego świętego? Czy wzięła się od Wawrzyńca Medyceusza, czy też imię jednego z wielkich florenckiego rodu zostało nadane wynikiem właśnie specjalnej czci oddawanej młodemu diakonowi? Temat do poszperania.
http://www.piccoligrandimusei.it/SantaMariaGrazieOpere.phtml
Obrazy, obrazy. 
Powoli czuję, że zostanie mi wynagrodzony niedosyt braku Masaccia w Casci. Brak tamtego obrazu wypełniają mi dzieła rodzonego brata malarza Lo Scheggia, mimo, że Madonny w jego wykonaniu nie zachwycają klasyczną urodą. 
http://musei.provincia.ar.it/images/museo/museo_16_op_2.jpg
Za to panel z muzykującymi aniołami zdjęłabym ze ściany i szybko uciekała, by zawiesić u siebie. Nie przeszkadzają mi oczy otoczone charakterystycznymi dla malarza grubymi powiekami, małe usta ani wręcz jałowe blond włosy. Bardzo ciekawie jest porównać wiszący na tej samej ścianie drugi panel z anielskim chórem, ale autorstwa Paolo Schiavo. Niestety znalazłam tylko ten drugi panel i zdjęcie sali:
http://www.prolocosangiovannivaldarno.it/foto/varie/g/museo2.jpg

http://www.csgv.it/images/s2_4big.jpg
Z pozoru wydaje się, że mamy do czynienia z drugą częścią jakiegoś poliptyku, ale gdy przyjrzymy się dziełu bliżej, spostrzeżemy różnice stylistyczne. Dlatego właśnie lubię małe muzea, gdyż dają czas i sposobność na dokładne zapoznanie się z eksponatami. 
Dalszych nie będę już wymieniać, choć także i one sprawiły, że już zapomniałam o porażce z pierwszego muzeum.
Wyobraźcie jeszcze sobie wędrówkę przez sale, które ułożone są na planie litery L. Za zakrętem poziom podłogi się obniża, jako i moja dolna szczęka. 
Fra Angelico? Tutaj? Nie wiedziałam.
Tylko jakiś taki dziwny. On to? Nie on?
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Annunciation_angelico_valdarno.jpg

Postaci absolutnie jego, ale to tło? No i okazuje się, że to jakieś straszne dzieje obrazu, pociętego, źle odnowionego i potem zespolonego w pierwotnej formie, lecz z okrutnymi maziajami zamiast dobrego marmurkowania. To już ja bym lepiej te marmury namalowała. Wiem to wszak już z doświadczenia, hi hi hi.
Za to złota tkanina wisząca za Maryją - majstersztyk. 
http://musei.provincia.ar.it/images/museo/museo_16_op_4.jpg
Długo przypatrywałam się technice, jak to zrobić, by folia pozłotnicza zamieniła się w draperię. Coś już wiem, reszta do wypraktykowania. 
A pod spodem, w predelli, przepiękny cykl z historią Matki Bożej. Popadłam w błogostan.
Musiałam kupić sobie przewodnik po muzeum, tylko dzięki niemu mam dostęp do bardzo dobrej jakości reprodukcji i mogę napawać oczy dziełami, o których istnieniu takim zupełnym zbiegiem okoliczności się dowiedziałam. Właściwie to powinnam być przekonana, że to nie żaden zbieg okoliczności, te obrazy tam na mnie czekały.
Po wyjściu zajrzałam jeszcze do pobliskiego gotyckiego kościoła św. Wawrzyńca (znowu ten święty!).  Właściwie to z gotyku pozostała głównie przedziwna nawa po prawej stronie, pełna mocno zniszczonych fresków (autorstwa Lo Scheggia - brata Masaccia).
Na szczęście ocalał piękny tryptyk z Koronacją NMP, dzieło Giovanniego del Biondo.  Resztę co cenniejszych obiektów przeniesiono do muzeum, które właśnie opuściliśmy. Szkoda, że nie można spotkać się z obrazami w ich miejscu przeznaczenia. Oczywiście mogę podejrzewać, że w muzeum mają lepsze warunki. Jedyne, co im na pewno nie groziło, to przemarznięcie. Tak ciepłej świątyni jeszcze nie spotkałam. Trudno było wyjść na świszczący wiatrem plac. 
Siły na dojście do parkingu odzyskaliśmy w pobliskim barze wypiwszy filiżankę ciepłej czekolady. 
I to był już ostatni zmysł, któremu dostarczyliśmy bodźców podczas tej wycieczki. 
San Giovanni Valdarno zostaje zapisane na liście przyszłych wycieczek, ale gdy będzie cieplej, choć po trzech dniach okazało się, że niedzielny wiatr był tylko zefirkiem w porównaniu z tym, co nas potem nękało.