piątek, 29 czerwca 2012

SREBRZYSTA ROCZNICA

W zeszłym roku, dokładnie w 4 rocznicę mojego przyjazdu do Toskanii, napotkałam lawendowe pola, więc kolor sam się wepchnął do tytułu.
W tym roku też jedna barwa zdominowała mi wpis, który mam zamiar tu sporządzić. A że srebrne rocznice są zarezerwowane dla małżeństw na ich 25 rocznicę ślubu, to wymyśliłam sobie, że piąta rocznica będzie srebrzysta.
Skąd nazwa?
Ano przy okazji segway'owej eskapady zajrzeliśmy do Katedralnego Muzeum. Śmiesznie to brzmi, że do muzeum przy okazji, ale taka jest prawda, tym razem wielka sztuka była podporządkowana żyroskopowemu pojazdowi. Stąd pomysł, by zobaczyć coś, co jedynym punktem wyprawy raczej być by nie mogło, za to idealnie wpisało się w wolny czas oczekiwania na wynajem.
Od kwietnia tego roku, po sześciu latach konserwacji udostępniono w Museo Opera del Duomo dwa przepiękne obiekty pierwotnie przeznaczone do Baptysterium. To krzyż i ołtarz ze srebra.

W sali, gdzie kiedyś stała Maria Magdalena Donatella, wchodzących wita wysoki na 193 cm krzyż, zrobiony z około 50 kg srebra, według projektu Antonio Pollaiolo (???, trzeba brać dużą poprawkę na autorstwo, to tylko jedna z wersji).Ta olbrzymia i misterna konstrukcja była nie tylko pięknie zdobionym krucyfiksem, ale i relikwiarzem, w którym miał się znajdować fragment z Chrystusowego Krzyża.
Wykonano go pod koniec XV wieku.
Tak i przed tym krzyżem, jak i potem ołtarzem, zadziwiłam się nad detalami. Kto je widział? Dlaczego pojawiają się tam tak drobne elementy, które nawet z bliska można przeoczyć? Czy każdy mógł podejść i przyjrzeć się tym dziełom, jak my w muzeum? Czy artysta zdawał sobie sprawę z tego, że rzesze zobaczą jedynie kształt, że grono odbiorców będzie niewielkie? Jeśli tak, to chwała mu, że nie zrobił prostego kloca, że włożył w obiekt tyle duszy, że dotąd możemy odczuwać niebywałą przyjemność jego oglądania.
Trochę czułam się jak mała dziewczynka przed skomplikowanym domkiem dla lalek (przyznam, że uczucia mogę się jedynie domyślać, bo sama bawiłam się misiami, samochodzikami oraz instalacjami elektrycznymi), albo chłopiec przed rozbudowaną kolejką elektryczną, ze wszystkimi domkami, wzgórzami , itp.
Czułam dziecięcą radość odkrywając na krzyżu dzbany z kwiatami, psy (małpy?) na kolumienkach, czy precyzyjne mury miejskie. Przede mną wznosił się miniaturowy świat ze srebra, trochę złota i emalii.
Dopiero po czasie zaczyna się widzieć zamysł ikonograficzny.
Mamy do czynienia z kilkoma odrębnymi częściami-scenami.
Wzrok oczywiście najpierw zauważa krzyż i stojących pod nim żałobników - Maryję ze św. Janem Apostołem.
Ciekawe rozwiązanie przestrzenne kazało autorowi umieścić ich na swoistych wysięgnikach wolutą zmieniających się w medaliony ze sceną Zwiastowania.
Krzyż stał na Golgocie, widać więc i tutaj skałę oraz czaszkę Adama, a wokół niej wijące się węże.
Zaraz pod spodem, u podnóża góry umiejscowiono wyobrażenie Jerozolimy. Misterne mury zakończone krenelażem przenoszą mnie do średniowiecznego wyobrażenia miasta.
Wzrok schodzi na dół i spotyka dosyć znajomy kształt, porównuje się go z latarnią z kopuły katedralnej, zamiast turystów wypełnia ją figura tronującego Jana Chrzciciela pomiędzy aniołami. Ciekawe, że właściwie krucyfiks powstawał równolegle do budowanej latarni na kopule, to takie swoiste świadectwo czasu, że od razu w dziełach złotniczych pojawia się ten kształt.
Prorokowi towarzyszą anioły.
Niektóre mają ciekawe fryzury, nieprawdaż?
Gdy tak sobie "czytam" postaci z początków chrześcijaństwa, nagle trafiam na dość spore w proporcjach harpie. Co tu robią wichry i demony z mitologii greckiej porywające dzieci i dusze? Szperam w necie po powrocie do domu i od razu odkrywam, że w średniowieczu nazywano je dziewiczymi orłami. Może to właśnie ta złagodzona wersja harpii, a nie potwory z piekła samobójców Dantego?
Przy okazji poszukiwań w wikipedii znajduję zdjęcia krzyża sprzed restauracji, ależ matowy.
Jeszcze bym wzrok syciła detalami, ale już mnie ciągnie do ołtarza, także ze srebra i złota.
Duża bryła o wymiarach 310x155x88 cm zamówiona była już w XIV wieku, ale realizacja zamówienia zajęła, bagatelka, 100 lat.
Widać odmienność stylu niektórych plakietek. Zwłaszcza dwunasta wykonana przez Verocchia, bywa nawet przypisywana młodemu Leonardo da Vinci. Cały wiek pracy nad dziełem pozwala prześledzić nam zmiany w sztuce - od gotyku po renesans.
Podejdźmy bliżej. Od razu widać, kto jest patronem świątyni, w której znajdował się kiedyś ołtarz.
Kompozycja zdaje się być prosta, jedna duża postać Jana Chrzciciela otoczona jest panelami z historią jego życia. Może się komuś przyda, co jest po kolei, bo przyznam, że chronologicznie oraz według tablic w muzeum treść układa się w dziwnym szyku:
1. Zwiastowanie Zachariaszowi oraz wizyta Maryi u Elżbiety:
2. Narodziny Jana Chrzciciela:
3. Jan Chrzciciel wyrusza na pustynię:
4. Nauczanie na pustyni:
5. Chrzest Chrystusa:
6. Oto Baranek Boży:
7. Potwierdza, że nie jest Chrystusem:
8. Jan Chrzciciel w więzieniu, wysyła swoich uczniów do Chrystusa:
9.Uczniowie Jana Chrzciciela pytają Chrystusa, czy jest Mesjaszem:
10. Przed Herodem
11. Jan Chrzciciel - ostatni prorok:
12. Ścięcie Jana Chrzciciela:
13. Podanie głowy na tacy.
Oczywiście zachwycam się znowu. Nie idzie inaczej, niech mi mówią, że jestem egzaltowana, ale jak nie zachwyca, jeśli zachwyca, że tak sparafrazuję Gombrowicza. Tak jak krucyfiks to "przed domkiem dla lalek", tak ołtarz to "mistrzowie drugiego planu". Ja wiem, wiem, na pierwszym też się dzieje, ale.. te roślinki.
Albo anioły, co to nie wiem, czy ręczniki szykują dla ochrzczonego Chrystusa, czy szatę jakowąś? Ta draperia taka miękka, że z wodą ją pomylić można. Albo w scenie "Oto Baranek Boży", no co robią te małe dwa ludki? Co to za rozbisurmanione dzieciaki? A dorośli to niby lepszy przykład dają? Jan Chrzciciel tu poważne rzeczy mówi, a oni od razu po kątach plotkują.
Chcielibyście zajrzeć do więzienia? Ja zajrzałam. Wzrusza obecność figurki Jana Chrzciciela, toć jej absolutnie nie widać pod normalnym kątem.
Nie można ich nie zauważyć. Gapie w oknach, maluścy, w samym narożniku jakieś ręce, nie wiadomo do kogo przynależne.
No i moi ulubieńcy z osłami:
Miodzio!
A co robi ta ciężarna za Chrystusem, gdy przyszli do niego uczniowie Jana Chrzciciela?Popatrzcie niżej, chyba Maryja? Co robi? Paznokcie ogląda? Eee, to w takim razie chyba nie Matka Zbawiciela?
No i strojniś z głową na tacy. Właściwie to on na pierwszym planie, a bohaterem drugiego jest obrus i noga od stołu.
Że też im się chciało!
Mogłabym tak długo,
Wiecie, jaki taniec zachwycił Heroda? Krakowiak! Najprawdziwszy krakowiak. Sami zobaczcie:

Mam duży niedosyt napatrzenia się, ale i tak już jedna turystka z ledwością wytrzymywała moje wpatrywanie się w ołtarz. Chciała zrobić ogólne ujęcia, a tu jakaś ruda baba jej przesłaniała cudo ze srebra.
Resztki przyzwoitości kazały mi pozwolić i innym na przypatrzenie się dziełu.
Zawsze pasjonuje mnie praca konserwatorska. Mozolne rozkładanie dzieła na części (tutaj było ich 1500), oczyszczenie metalu, uratowanie przed dalszą degradacją, zabezpieczenie drewna, na którym opierają się plakietki, no i drewna wykańczającego całość, pozłocenie go, itd, itd.
Cóż za cierpliwość potrzebna jest, by przywrócić dawną świetność takiemu dziełu. Myślę też o pokorze konserwatora, jego anonimowej dla odbiorcy pracy. No bo kogo interesuje nazwisko kogoś, kto zachował dla nas dzieło sztuki naznaczone nazwiskami wielkich artystów:  Leonardo di ser Giovanni, Betto di Geri, Cristofano di Paolo, Tommaso Ghiberti, Matteo di Giovanni, Bernardo Cennini, Antonio di Salvi, Michelozzo, Antonio del Pollaiolo i Andrea del Verrocchio., a być może i Leonardo da Vinci. Nie ma tu już miejsca na nam współczesnych, dlatego tym bardziej szanuję ludzi ratujących nasze dziedzictwo.
Niczym więcej nie zajęłam wzroku. Stanęłam tylko na chwilę przed Marią Magdaleną, jakże inaczej teraz wygląda jej gest. Wcześniej zdawała się modlić przed drewnianym krzyżem, teraz załamuje ręce pytając: Gdzieście mnie tu postawili? Pod olbrzymim chórem, także Donatella, wydaje się być jeszcze bardziej krucha, jeszcze bliższa końca żywota.

czwartek, 28 czerwca 2012

środa, 27 czerwca 2012

RĘKĄ PROBOSZCZA

Poszłam jednak po znaczeniu słowa "sierotka". Wystarczy odjąć literę "k" i warunki spełnia Krzysztof, jego więc poprosiłam o wylosowanie osoby, która otrzyma ode mnie obraz z Capella di Vitaleta.
Prezent wędruje do Rafała Marosza. Gratuluję!
Proszę o kontakt na maila, żebyśmy uzgodnili termin odbioru pracy.
Dziękuję wszystkim za udział, nie spodziewałam się, że aż tyle osób odezwie się i będzie spełniało warunki udziału w zabawie. No to lecę świętować :)

wtorek, 26 czerwca 2012

5 LAT


Nie będę pisać podsumowań dotyczących mojego życia w Toskanii. Jestem bardzo zadowolona z podjętej decyzji, mam nadzieję, że to widać i na blogu.
Dzisiaj chciałam w końcu napisać choć trochę o samym blogu i efektach jego prowadzenia.
5 lat funkcjonowania takiej formy pozwala na kilka wniosków.
Zaczęłam od "zapiśnika" na własnej stronie, bo nie miałam pojęcia o czymś takim, jak blog. Kiedy zaprzyjaźniłam się z platformą bloggera, przerzuciłam początki moich notek i dzięki temu, blog jest w całości dostępny pod jednym adresem.
    Pisanie bloga daje mi wielką przyjemność zdobywania wiedzy, pracy nad językiem (i polskim i włoskim), zbierania własnych doświadczeń, porządkowania myśli. To miejsce, do którego sama wracam, by wspomóc pamięć.
To także borykanie się z nowym narzędziem, cierpliwe i niecierpliwe znoszenie jego mankamentów. Radosne odkrywanie nowych funkcji.
Kto pamięta moje pytanie puszczone w eter, jak wstawić własny obrazek w tle? Teraz platforma dostarcza narzędzia pozwalające na zindywidualizowanie wyglądu bloga, co jest dla mnie ważne. Nigdy nie lubiłam mundurków, więc i blog chciałam mieć swój jedyny, niepowtarzalny.
Jego typowo pamiętnikarska część wyrobiła we mnie nawyk zapisywania i doprowadziła do części, w której koncentruję się na zainteresowaniach. Gdyby nie zapiski "dzień po dniu", nie doszłabym do Toskanii grającej mi w duszy. Te codzienne notatki, czasami rozliczenia z dniem, robię nadal, ale już w zeszycie.
     Jak wielu z Was zapewne wie, zaczęłam pisać czysto informacyjnie dla rodziny i przyjaciół, oraz emocjonalnie, z chęci dzielenia się radością, która mnie ciągle rozpiera. Postanowiłam zarzucić zwyczajne notatki, w momencie gdy już pewne rzeczy stały się dla mnie normalne oraz, gdy zauważyłam niebezpieczną tendencję patrzenia na swoje życie przez pryzmat bloga. To zaczynało się robić zniewalające, gdy wraz ze wzrostem liczby czytelników zaczynałam czuć się zobowiązana do zapisania czegoś, więc rozglądałam się wokół siebie, i od razu myślałam, co ja o tym napiszę. Właściwie ruszyć się nie mogłam bez aparatu fotograficznego.
      Przytłaczały mnie też oczekiwania innych. Dotąd, zresztą, nie przepadam za tym, gdy ktoś mi podsuwa tematy do pisania, często mocno odbiegające od profilu bloga. Męczy mnie ciągłe tłumaczenie ludziom, że to jest mój blog, że coś mnie nie interesuje, że chcę położyć akcent na coś innego, że tu nie ma miejsca na  obce wypracowania. Szczególnie trudne są apele o pomoc, o zaprotestowanie w słusznej sprawie. Każdy, kto o to prosi, patrzy ze swojego punktu widzenia, ale nie wie, ile osób w takiej, czy innej sprawie do mnie napisało. Był czas, że nawet myślałam, by stworzyć na to osobną zakładkę, ale postanowiłam jednak tego nie robić. Trudność wynika z tego, że w pierwszym odruchu myślę źle o samej sobie, że może ktoś to odebrać jako nieczułość, brak wrażliwości na ludzką niedolę. Powoli tłumaczę sobie, że przecież ja chciałam pokazywać tutaj pozytywne i piękne aspekty życia, pisać o spełnianych marzeniach. I wcale to nie oznacza, że nie dostrzegam zła, że nie pomagam, że mam kamień w miejscu serca.
      Ludzie to w ogóle fenomen bloga. Poznawanie nowych, interesujących osób. zawieranie przyjaźni, to coś, czego zupełnie się nie spodziewałam, gdy zaczynałam pisać. Statystycznie rzecz biorąc przysłowiowe polskie piekło nie ma tu racji bytu. Zadziwiająco mało osób pisze negatywnie, zadziwiająco mało tu zawiści. Ciekawe, że wszyscy, ale to dokładnie wszyscy, którzy chcieli mi dokuczyć, nigdy się nie podpisali. Mnie to zawsze będzie bolało, nie będę udawać, że spływa to po mnie jak woda po kaczce. Ale nie znaczy, że mnie to męczy. Porusza mnie bezinteresowna złość i agresja, ale nie pozwalam jej się zakorzenić w moich emocjach. Zawsze myślę wtedy, że to ten ktoś ma większy problem, że to jego coś zżera. Przestałam się zgadzać na zaśmiecanie mojego bloga, więc nauczyłam się wycinać takie komentarze, co, uwierzcie, nie było łatwe. Naiwnie myślałam, że można się dogadać, że można coś wytłumaczyć, że kogoś interesuje prawda.
Raz zdarzyła mi się ciekawa sytuacja, którą traktuję w ramach anegdotki. Krzysztof gdzieś w sieci, nie anonimowo i nie za moją namową, odniósł się mocno krytycznie (według mnie zbyt mocno) do słów pewnej osoby, z którą się znamy. Dziwnym zbiegiem okoliczności u mnie na blogu zraz pojawił się niewybredny atak, oczywiście anonimowy, lecz w stylu kogoś, kto stanął w agresywnej obronie po stronie autorki tekstu. Ciekawe pojęcie o odrębności personalnej mają ludzie. Wtedy nawet mnie to nie zabolało, co najwyżej szeroko otworzyłam oczy ze zdziwienia. Czyżby jakaś mała zbiorowa odpowiedzialność?
      Niestety, chyba przez to pisanie urwała mi się jedna bardzo ważna relacja. Piszę "chyba", bo to tylko moje przypuszczenia, bez konkretnych wyjaśnień z drugiej strony, choć usiłowałam wiele razy rzecz wyjaśnić. Boleję nad tym, gdyż ta osoba jest mi bardzo bliska i nigdy nie pogodzę się z tą stratą.
     Ponieważ lubię się koncentrować na pozytywach, wracam szybko do dobrych stron pisania bloga. Z jednej strony to, co za chwilę opiszę, jest na pewno ze wszech miar dobre, ale z drugiej strony czasami jestem aż porażona siłą oddziaływania własnych słów. Chodzi mi o te wszystkie osoby, które wyciągnęły z zapisków jakieś własne wnioski, podjęły działania, coś zmieniły w swoim życiu. Czasami płakałam ze wzruszenia, ile dobrego ludzie wyczytują w niepozornych literkach. Zawsze wtedy jednak budzi się we mnie poczucie odpowiedzialności i niepokój: "a jeśli ktoś podejmie złą decyzję, jeśli źle odczyta moje intencje?"  Listy traktujące nie tylko o Toskanii, ale i o życiu zupełnie obcych mi osób są poruszające, nie sposób przejść nad nimi obojętnie.
    Nigdy nie policzyłam listów i tego nie zrobię. Nie mam nawet pojęcia, jakiego rzędu to są liczby. Mam jednak wrażenie dość sporej korespondencji. Chyba tylko raz świadomie nie odpisałam na maile, które zaczęły się niepozornie od zachwytu, szybko przeszły w propozycję przyjaźni, by zaraz w następnym liście już wspomnieć o chęci przeprowadzki i oczekiwaniu ode mnie pomocy w szukaniu pracy. Najbardziej zaniepokoiła mnie ta gotowość przyjaźni, bo ja wielce ostrożna jestem z używaniem tego określenia na łączące mnie z ludźmi relacje. Jestem przekonana, że powstawanie przyjaźni to proces, a nie stan z nagła osiągnięty, czy wręcz zaproponowany.
    Zazwyczaj trafiają mi się mili korespondenci, lecz jest niewielka grupka, która pisze z jakimś pytaniem, prośbą o pomoc, najczęściej jest to sprawa niecierpiąca zwłoki, albo "na wczoraj". No i ja przejęta, staram się odpowiedzieć, szukam rozwiązań, a potem ani słowa odzewu, ani podziękowania ani ... Czy to tak trudno odpisać?  Przecież wypada napisać, że się dziękuje za podsunięty pomysł, że cena za wysoka, że nie tym razem, że jednak znalazło się inne rozwiązanie, że skorzystało się z linku, itp.
     Blog zainteresował też dziennikarzy. I tutaj doświadczenia są o wiele bardziej zróżnicowane i częściej zgodne z popularną opinią o zawodzie dziennikarskim. Zdarzyło mi się kilka miłych osób, dobrze się z nimi współpracowało, ale niestety bywały osoby przekręcające znaczenie mojej wypowiedzi, musiałam odwoływać zgodę na publikację wywiadów. Bywało, że odwołano wizytę, nagranie, ale ja o tym dowiadywałam się poniekąd na końcu, a nawet po uzgodnionym terminie.  Cieszę się, że teraz już się to uspokoiło, bo nie mam "parcia na szkło" i dobrze mi bez medialnej otoczki.
     Zastanawiam się, czy pisałabym bloga nie mając żadnych komentarzy, żadnego odzewu? Mam nadzieję, że tak. Choć to wcale nie oznacza, że nie cieszą mnie Wasze wpisy, że mnie nie motywują,  że nie zaglądam do statystyk,  że nie uśmiecham się, gdy wzrasta liczba zalogowanych czytelników, że chyba, jak na tego typu blog, jest Was bardzo dużo. Że to mnie dowartościowuje.
     Mechanizm statystyczny bloggera nie jest w pełni wiarygodny i czytelny. Nie wiem też, od kiedy zlicza wejścia, bo przecież nie od razu w panelu administracyjnym można było zobaczyć jakieś podsumowania ruchu. W starszej wersji nie było statystyk.
Biorąc więc margines błędu i nie popadając w zbytnie samozadowolenie, zrobię teraz liczbowe podsumowanie:
735 tysięcy wyświetleń stron, cokolwiek miałoby to oznaczać
ale ostatnio miesięcznie to około 30 tysięcy wyświetleń
     Kiedyś uruchomiłam google analitycs i już wieki tam nie zaglądałam, a z tego programu wynika, że
od wejścia na blogger, pod koniec 2007 roku sprawy mają się tak:
Odwiedziny: 577.360
Unikalni użytkownicy: 219.256
Odsłony: 1.036.947
     Być może do tego przyczyniło się też stanięcie w szrankach onetowskiego konkursu. Dwa razy za namową znajomych i przyjaciół wzięłam udział w konkursie na bloga roku. Za pierwszym razem prosiłam o głosowanie na mnie, gdzie się da. Zrozumiałam jednak, że nie tędy droga, miałam poczucie pewnej nieklarowności postawy. Więc w następnym roku po prostu powiesiłam tylko na blogu informację o udziale w konkursie. Ciekawa byłam, jak się rzecz rozwinie. Ku mojej radości uplasowałam się w pierwszej dziesiątce, a potem zostałam wybrana przez jurora mojej kategorii do pierwszej trójki wchodzącej do finału. I tyle mi wystarczyło.
   Myślę, że mam powód do zadowolenia, można to chyba nazwać sukcesem? Bez większej reklamy, bez szerokiej kampanii promocyjnej książek, bez profesjonalnego pozycjonowania, podczas wyszukiwania słowa "Toskania" w googlach, mój blog pojawia się raczej na pierwszej stronie wyników.
    Dziękuję wszystkim za 5 lat ciekawej przygody zwanej blogowaniem. Za motywowanie mnie do pisania, za wiele ciepła, które mi okazaliście. Cieszę się z każdego maila choćby ze słowami podziękowania, czy podziwu. Bardzo lubię, gdy piszecie o sobie coś więcej, by zasypać tę przepaść dzielącej nas wiedzy o sobie nawzajem. Dziękuję, ale oczywiście nie żegnam się. Do następnego wpisu! Pozdrawiam bardzo słonecznie.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

CZYSTA FRAJDA Z ODROBINĄ ADRENALINY

Od chyba 4 lat korcił mnie ginger oficjalnie zwany segway'em. Przeczuwałam, że to musi być niezła zabawa. Jednak ceny wynajmu wydawały mi się dość "rozrzutne", jak na godzinną przejażdżkę. Przy okazji piątej rocznicy przyjazdu do Toskanii pomyślałam, że zaszaleję i wróciłam do tematu. Z wielką radością odkryłam, że da się już o wiele, wiele taniej, bo 18 euro za godzinę.
Nie pozostało nic innego tylko pojechać do Florencji, dojść do wypożyczalni okazać dokument tożsamości,  zostawić kartę kredytową, albo wpłacić kaucję 250€, nauczyć się to coś prowadzić i wiśta wio!
Taa, właśnie to wiśta wio jedynie łatwo powiedzieć. To znaczy, nie żeby aż tak trudno było opanować balans. Nauka jazdy zabiera parę minut i u mnie skończyła się oklaskami z sąsiadującej z wypożyczalnią trattorii, siedzący tam klienci pilnie obserwowali moje poczynania. Dobrze że nie widzieli mnie parę minut później, kiedy wywinęłam gustownego orła. Bo jeździć na tym nie jest trudno, ale niełatwo jest zrezygnować z przyzwyczajeń własnego ciała, które gdy ma pod sobą wznoszącą się płaszczyznę automatycznie balansuje do przodu, a to w segway'u oznacza przyśpieszenie. Hamulców niet, bo należy ciało odchylić do tyłu, więc z małym wdziękiem zatrzymałam się na krawężniku, z bardzo lekkimi obrażeniami ciała :) Trzeba było dzwonić po obsługę, bo w edycji wypożyczanej nie da rady samodzielnie zbalansować pojazdu. Stanęłam na pojeździe i potem już spokojnie krążyłam między Piazza Signioria, Duomo i Piazza Repubblica.
Lekka adrenalinka spowodowała u mnie wyśmienity nastrój. Trafiłam z pomysłem idealnie.
Widać, że byłam dobrą reklamą dla firmy, gdyż chyba nieczęsto panie w moim wieku wsiadają na takie pojazdy. Zaczepiali mnie głównie Amerykanie. Jedna turystka wręcz zaczęła od pytania, czy to jest bezpieczne. Ależ tak! Przecież zgodnie ze słowami instruktora narciarstwa granego przez Kobielę w serialu "Wojna domowa":
JAK SIE NIE WYWRÓCIS, TO SIE NIE NAUCYS. 

A ja jeszcze dodam:
HEJ!

niedziela, 24 czerwca 2012

TRUSKAWKOWA LISTA

Publikuję wszystkie zgłoszenia, z komentarzy, FB, forum i z maili. Niezła ekipa się uzbierała, a przecież ograniczenie było tylko dla przyjeżdżających po 27 czerwca do Toskanii. Oto przedmiot losowania:
akryl na płycie pilśniowej, 20x30 cm

1.Iwona K.
2. Polly
3. Kinga
4. Paweł ze Szczecina.
5. Grazyna P.
6.Aleksandra z Katowic
7. Ewelina T.
8. Migoshia
9. Tesia z Colorado
10.maszka
11. Anna kudłacze i instrumenty
12. Margherita
13. Maria M.
14. a.s. Ania
15. rafalmarosz
16. Dominika
17. Kasia z Podlasia
18.RzUG Anna
19. Danuta i Artur D.
20. Luiza S.
21. Annamaria
22. Zbigniew B.
23. Monika Z.
24. Pan Z. w tajemnicy przed małżonką :)
25. Mirka z Sosnowca
26. Ola Stavros
27. Eugenia
28. Kasia ze Świnoujścia
29. Urszula K.
30. Wioletta W.
Sprawdźcie, proszę, czy Was nie brakuje: Mogłam niechcący kogoś pominąć, więc lepiej opublikuję, co udało mi się wyłuskać:

piątek, 22 czerwca 2012

TOSKAŃSKI ANIOŁ STRÓŻ

Wiele razy wyrażałam już tutaj swoje zainteresowanie aniołami, zwłaszcza tymi, które przyoblekły się w formę. Nowym stwierdzeniem nie będzie też, że jestem przekonana o pewnym stadku aniołów, które drepczą koło mnie. Jeden postanowił się ujawnić po pięciu latach owocnej pracy.
Przedstawiam Wam więc mojego toskańskiego Anioła Stróża.

Wzrok z lekka zamglony, z nadmiaru słońca. A jednak jest i szepcze mi na ucho, że będzie
.