środa, 15 stycznia 2014

RANDKA Z GIANLORENZO

To Ci dopiero zaległość! Listopadowa!
Następny szalony wypad do Rzymu. Tym razem na spotkanie z osobą, która w nim jeszcze nigdy nie była. Dla niej to był jednodniowy przejazd przez Wieczne Miasto.
Jak tu ugryźć taką gratkę?
Jak nie zwariować od nadmiaru wrażeń?
Dobrym rozwiązaniem jest przyjęcie pewnego klucza i takowy wymyśliłam.
Miałam się spotkać z Moniką, miłośniczką Gianlorenzo Berniniego, więc z hasłem "Randka z Berninim" przystąpiłam do opracowania trasy naszego spaceru po Rzymie.
Naniosłam na mapę wszystkie punkty, gdzie można podziwiać dzieła artysty, wyglądało to jak rozsypane koraliki. Potem zaczęłam układać ich kolejność na "sznurku", przy okazji odrzuciłam wiele miejsc, do których na pewno nie zdołałybyśmy dotrzeć między godziną 10 a 19.
Rzeczywistość jeszcze bardziej zweryfikowała moje plany.
Co z tego wyszło?
Spotkałyśmy się pod Stacją Termini i spokojnym spacerem wyruszyłyśmy na wytyczony przeze mnie szlak.
Zza budynków przy dworcu spoglądała na nas błyszcząca na pochmurnym niebie figura Chrystusa umieszczona na dzwonnicy Bazyliki Świętego Serca Jezusowego. Zdawała się błogosławić, by chociaż trochę udało nam się przejść bez deszczu, wbrew zapowiedziom meteo.
Bez problemu zatrzymywałam się z Moniką przy niezaplanowanych obiektach, plany są po to, by je zmieniać - zwłaszcza w Rzymie. Nie dziwię się i sama z chęcią po raz któryś robię zdjęcia otoczeniu Term Dioklecjana, czy Fontanny z Naiadami.


Powoli i tak zbliżamy się do pierwszego punktu wyprawy.
Jeszcze tylko chwila przy Fontannie Mojżesza. Jej nazwa oryginalna jest ciekawą grą słów. Fontana dell'Acqua Felice - dosłownie Fontanna Szczęśliwej Wody, choć w tym przypadku chodzi o imię dane przy narodzinach przyszłemu Papieżowi Sykstusowi V. Pomyślałam, że Felice dobrze tłumaczy się na polskie imię Szczęsny, choć jest i w polskim podobnie brzmiąca forma Feliks.
No nieźle odpłynęłam w dywagacjach na temat nazwy Fontanny Wody Szczęsnego, wróćmy do potężnego Mojżesza i rozsiadłych u jego stóp lwów.
Lwy (dwa z porfiru, dwa z marmuru) "urwały" się  z Panteonu, natomiast dużą część trawertynu "pozyskano" z niedalekich Term Dioklacjana. Cóż za recykling!
W końcu wchodzimy do pobliskiego kościoła Santa Maria della Vittoria. Monika nie ma pojęcia, co to za świątynia i co się w niej znajduje. Na początku prawie nie rozpoznaje Ekstazy św. Teresy. To znaczy wie, co widzi, ale myśli, że to przykryta grubą warstwą kurzu gipsowa kopia. Nawet w ten listopadowy dzień stała pod rzeźbą grupa skrupulatnie omawiająca dzieło Berniniego. Widać, że ludzie przychodzą tu specjalnie dla niego, a ono takie zapomniane. Byłam tu 12 lat temu, sięgnęłam więc do albumu z czasów przed aparatami cyfrowymi, niestety, nie znalazłam zdjęcia. Ale jakoś takiego zakurzenia nie przypominam sobie.  Wydobywamy się z pierwszego wrażenia i przyglądamy niezwykłej przemianie marmuru w tkaninę, ruch i głęboką mistykę.
Patrząc na siedzące w balkonach po bokach postaci przypomina mi się inna święta - Katarzyna ze Sieny. Wpadała w tak głębokie stany mistyczne, że zapominała o całym ludzkim świecie, co okrutnie niektórzy wykorzystywali, nakłuwając jej np. pięty. Podczas ekstaz nie odczuwała bólu, ale gdy "wracała na ziemię", pokornie znosiła cierpienie jej zadane. Tutaj siedzą tylko na balkonach, może nie zrobią krzywdy Teresie?
W końcu odrywamy wzrok od rzeźby, rozglądamy się po kościele, z zadziwieniem odkrywamy marmurowe drzwi prowadzące do zakrystii. Podchodzimy bliżej, muszę dotknąć, sprawdzić, czy to faktycznie zimny kamień, a nie ludzką ręką uczyniona imitacja. Niebywałe!
Sama zakrystia warta zobaczenia, nie ze względu na sklepik z pamiątkami, ale na pomieszczenie, meble  i wystawę szat oraz sprzętu liturgicznego.
Mocny akcent jak na początek randki z Berninim.
Idziemy dalej, w dół na Piazza Barberini.
Tu z kolei świeżuteńko odnowiona Fontanna Trytona aż bije po oczach czystością trawertynu.
Uderza mnie inny kontrast: fontanna - reszta. Fontanna taka żywcem zachowana z XVII wieku, a wokół niej tętniąca współczesność. Działa jak wehikuł czasu, przechodzisz na wyspę pośrodku intensywnego ruchu i zapominasz, że jesteś XXI wiecznym Rzymie.
Na razie idzie nam niemal zgodnie z planem, zmierzamy ku Piazza del Popolo.
I znowu dywagacja na temat nazwy. Pewnie większości ludzi przychodzi na myśl tłumaczenie, że to Plac Ludu. Ja przynajmniej długo byłam przekonana, iż tak się przekłada słowo "popolo". Jakież było moje zdzwienie, gdy przeczytałam, że nazwa pochodzi prawdopodobnie od "pioppi" (łac. populus) czyli topól rosnących kiedyś w tym miejscu.
Dlaczego tam zaprowadziłam Monikę?
Z kilku powodów "berniniańskich" i dla zabawnej odwróconej perspektywy, którą tworzą rozchodzące się od placu ulice wraz z flankującymi ją niemal bliźniaczymi kościołami.
Powody związane z naszym artystą udały nam się połowicznie. Zobaczyłyśmy jedynie bramę, bo kościół Santa Maria del Popolo akurat zamykano na obiadową przerwę. Pech!
Nie będziemy jednak psuć sobie tym humoru :) Idziemy powolutku do następnego miejsca na rzymskiej mapie, ale po drodze zatrzymujemy się na obiad. Wypytałam o trattorię człowieka sprzedająego w hali targowej. I tylko tyle pamiętam, że gdzieś w pobliżu tej hali znalazłyśmy miejsce, w którym odważna Monika zjadła ponoć wyśmienite flaki po rzymsku. Wy już chyba wiecie, co ja myślę na temat tej potrawy?
Przyszedł czas na deser, deser turystyczny, choć i ten spożywczy, zjedzony po obiedzie w postaci genialnego tiramisu wart był zapomnienia własnej zaokrąglającej się figury :)
Deserem był Watykan.
Gdzie, jak gdzie, ale tam o Berniniego nie jest trudno.
Ponieważ Monika nie znała trasy zwiedzania, nie orientowała się w odległościach, była bardzo zaskoczona, że nagle znalazłyśmy się w miejscu, o którym nie śmiała marzyć tego dnia.
Zadziwiające, stałyśmy w co raz obficiej padającym deszczu, stałyśmy, bo kolejka do Bazyliki św. Piotra ciągnęła się wzdłuż jednego ramienia kolumnady Berniniego (a jakże!) a swoim końcem opierała się już o jej drugie ramię. Nie szkodzi. Pogaduchy nasze zamieniły się w głębokie rozważania, może miejsce miało na nas taki wpływ?
Z kolumnadą to jest problem, gdyż istnieje podejrzenie, że Bernini podebrał projekt swojemu artystycznemu przeciwnikowi Borrominiemu. W źródłach to jednak Bernini jest autorem jednego z najsłynniejszych placów świata.
Wnętrze Bazyliki było pozastawiane, nie mogłyśmy, niestety, dojść pod samą konfesję, ani do starej zakrystii - śladów talentu Gianlorenzo. Ale przecież tej świątyni zawsze za mało czasu, by zobaczyć wszystkie jej skarby. Ciekawie było obserwować reakcje Moniki, a zwłaszcza jej niedowierzanie, że wszystkie obrazy na ołtarzach są mozaikami.
Wyszłyśmy, a na dworze przywitała nas ulewa.
Nie dało się więcej wędrować. A i  robienie zdjęć było wielkim ryzykiem dla aparatu, stąd specjalnie wkleiłam fotografie z rąbkiem parasolki.
Trudno, artysta musi poczekać.
Tylko jednego miejsca nie mogłyśmy sobie w żaden sposób odmówić - grobu Berniniego.
Byłam przygotowana, wiedziałam gdzie jest, że jest skromny, ale po wejściu do Basilica Santa Maria Maggiore, absolutnie nie mogłyśmy znaleźć miejsca pochówku naszego bohatera. W końcu zapytałam stróżującego pana i wskazał nam zastawiony ławkami skrawek podłogi po prawej stronie schodków okalających prezbiterium. Oniemiałyśmy.
Rozumiem, że Bernini chciał być tak skromnie pochowany, ale zastawienie tego ławkami wprowadziło nas w błąd, wygląda to tak, jakby ktoś tam przed chwią zmywał, i zastawił ławkami, by ludzie się nie poślizgnęli.
Stałyśmy w niezwykle spokojnej świątyni i myślałyśmy o geniuszu, którego dokonania przyszłyśmy uhonorować, a jego duszę obdarować modlitwą za zmarłych.

Pełne wrażeń ruszyłyśmy pociągami, każda w swoją stronę. Monika na wspaniałe warsztaty z artterapii przez fotografię, a ja do domu. W planach pozostało wiele innych dzieł Gianlorenzo Berniniego. Poczekają.


niedziela, 12 stycznia 2014

NA TYŁACH FRONTU

Lubicie oglądać wycięte fragmenty jakiegoś filmu?
Zakulisowe nagrania?
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda tył obrazu?
Myślicie, że to po prostu zwykły kawałek płótna, przez który przebijają drobiny gruntu położonego z drugiej strony?
Albo,  co robili artyści, gdy już nie mieli ani kawałka płótna.
Albo, co kryje wnętrze jakiejś skrzyni stojącej pod ścianą w muzeum?
Czy na pewno jest puste?

Nie doczekaliśmy końca Orszaku Trzech Króli, musieliśmy przez nią się przebijać, bo cel wspólnej wyprawy akurat krzyżował się z trasą parady. Nie, żeby było to strasznie trudne, na szczęście tłumy gapiów obstalowały sobie inne miejsca.

Zresztą nie tylko my wykazywaliśmy z lekka osłabione zainteresowanie.

Punktem docelowym dla nas były pomieszczenia Poczty Królewskiej znajdujące się w prawej odnodze Uffizi (patrząc od Palazzo Vecchio).

Jak co roku zorganizowano w nich wystawę z serii "Nigdy niewidziane". Jej obecny tytuł "Dietrofront" tłumaczy się jako zwrot, odwrót, głównie w wojskowej nomenklaturze. Ja poszłam jeszcze o krok dalej w tłumaczeniu, zachowując wojskowe skojarzenia, stąd "Na tyłach frontu".

Zaczyna się mocnym uderzeniem w postaci palety z pozostałościami farby, gdy po drugiej stronie, w bogato rzeźbionej ramie, ten sam przedmiot, łącznie z niezamaskowaną dziurą jest podobraziem autoportretu.
Ciekawe, że wiele prezentowanych prac to autoportrety lub portrety. Na ich tyłach znajdują się inne portrety, scenki obyczajowe, wiersze, albo pieczęcie, czy też różne oznakowania celne.

http://www.ilmassimiliano.com/wp-content/uploads/2013/12/DietroFront-mostra-luigi-russolo.jpg




Bywało, że jęczałam, gdy widziałam to, co pocięto, by namalować z drugiej strony inne sceny religijne, równie piękne, co pozostałości.

Bardzo inetresujące były przedmioty, których normalnie nie można otworzyć, jak cudnej urody hebanowy gabinet ze zdobieniami z kości słoniowej i porcelany, czy też przenośny ołtarz schowany w kufrze.


Najbardziej niespodziewane było spotkanie w jednej ramie  dwóch obrazów, dwóch autorów. Właściwie to obecnie są w dwóch ramach, bo je rozdzielono, dzięki czemu możemy jednocześnie oglądać "Przybycie Chrystusa do Jerozolimy" Jana Brueghel'a Starszego i "Kalwarię" Albrechta Dürera. Niestety, tego zdjęcia nie mam, gdyż przy obrazach ciągle kręcili się ludzie, nic dziwnego.

Przewrotnie wśród eksponatów umieszczono iluzjonistyczny obraz. Nie miał rewersu z jakimiś dodatkami, sam udawał tytuł obrazu.  

Wystawę obejrzałam już dwa razy, jest niewielka, "akuratna", należy do takich, które nie umęczą, zdołają zachwycić, zaskoczyć i rozśmieszyć.
Kilka zdjęć z wystawy znalazłam tutaj i tutaj.

Tego dnia trafiła się mi jeszcze jedna perełka, ale o tym kiedy indziej :)

sobota, 11 stycznia 2014

CIERPLIWE PREZENTY

Czekały i czekały, aż w końcu mogły zostać wręczone. Niestety, nie przyłapałam słońca, by zrobić w miarę dobre zdjęcia. Przed Wami pomalowana skrzynka na klucze oraz zakładki do książek.


środa, 8 stycznia 2014

KRÓLEWSKA FLORENCJA

Królewska, bo świętująca Trzech Króli.

Najpierw w niedzielę wybrałam się na niezwykle uroczystą Mszę św., odprawianą przez arcybiskupa Florencji w medycejskim kościele San Lorenzo. Głównie to chciałam doświadczyć Mszy św. w połączeniu z muzyką specjalnie dla liturgii napisaną. Nazwisko wielkie, muzyka wielka - Jan Sebastian Bach - Msza h-moll. Ja jednak mam mieszane odczucia. Może dlatego, że to dwie i pół godziny męczącego dla mojego kręgosłupa stania? Może dlatego, że meloman ze mnie średni? Może dlatego, że  muzyka jest oszałamiająca, bardzo rozbudowana i właściwie dominuje nad liturgią.

        
          jeden fragmentów umieszczony na youtube przez Stowarzyszenie

Doświadczenie ciekawe, oprawa piękna, przebywanie w Chiesa di San Lorenzo bezcenne, ale nie chciałabym tego powtórzyć w tym zestawie.
Specjalnie nie brałam aparatu, mam tylko kilka telefonicznych zdjęć poglądowych zrobionych dla Krzysztofa, który zapewnie o wiele bardziej doceniłby uczestnictwo w takim wydarzeniu, nie znalazł jednak zastępstwa na nasze parafialne nabożeństwa.

Zdjęcia dobrej jakości znalazłam na stronie corrierefiorentino.
Przyznam się, że byłam tak zmęczona, niedziela była brzydka, deszczowa, iż odechciało mi się jazdy do Florencji następnego dnia.

Jednak …

Wstał piękny ranek, słońce, tak rzadkie tu na Trzech Króli, skutecznie wyleczyło mnie z niedzielnego zniechęcenia.
Zaraz po Mszy św. wsiedliśmy do auta i pomknęliśmy ku Florencji, która przekładała świętowanie Trzech Króli nad Befanę.
Mknęliśmy, żeby zdążyć jeszcze coś obiadowo przekąsić, zanim zacznie się impreza.
Zajechaliśmy od strony Porta San Frediano i tam też szukaliśmy jakiegoś lokalu. Trafiliśmy na Vico del Carmine, miejsce przedziwne, surowe, w betonie, żywcem przeniesione z lat 50 w Neapolu. Kuchnia też w nim neapolitańska, dominują stworzenia pływające, no i pizza.
Zdjęć nie mam, bo … obowiązuje tam zakaz ich wykonywania. Od razu przychodzi na myśl jakaś nasiadówka mafiozów, nieprawdaż?
Osteria do tanich nie należy, najprostsza pizza to koszt około 7 euro (plus coperto i coś do popicia), ale margherita z mozzarellą z bawołu pozostanie na długo w pamięci moich kubków smakowych. Świeżutka, z pieca opalanego drewnem.
Dobra baza do smakowania dnia.

Głównym celem w tej wycieczce był Orszak Trzech Króli.
Wymyśliłam sobie, że nie chcę oglądać pokazów żonglerów flagami, ani innych okolicznych atrakcji. Od razu poszłam na Ponte Vecchio, przez który musiała przejść parada z Palazzo Pitti pod Duomo.  Chciałam przyjrzeć się strojom, portretom, a wąska gardziej mostu, odpowiednio wcześniej przeze mnie obstawiona, gwarantowała realizację zamiarów.
Czekając rozglądałam się trochę z aparatem, patrzyłam na turystów i spokojnie grzałam w styczniowym słońcu.

Parada przechodziła bardzo długo, na jej początku, zaraz za trzema królami, szli przedstawiciele różnych egzotycznych narodowości, a potem ugrupowania pielęgnujące historyczne tradycje, w odpowiednich strojach.


Patrząc na ubranych w atłasy ludzi, pomyślałam, że zimą jest im ciepło, ale te same stroje latem? Nie wiem, co by mnie zmusiło do założenia tak ciężkich strojów, gdy żar z nieba się leje. Dlatego bardzo podziwiam to zacięcie tubylców do wszelkich fest z bogatą oprawą parad historycznych.
W pewnym momencie, gdy już utrwaliłam któryś tam portret, zapomniałam, że jestem w XXI wieku, poczułam się, jakby mnie wehikuł czasu przeniósł bezpośrednio do dawnych epok. Dobrze tylko, że nie roznosił się wokoł smród, który kiedyś musiał panować na moście. Garbarze i handlarze rybami, czy mięsem, raczej zwiewnych perfum nie sprzedawali.


Tak, jak napisałam, zupełnie świadomie nie poszłam w kierunku katedry, gdzie miało nastąpić złożenie darów i towarzyszące temu inne pokazy, jak np. żonglerka flagami.
Ale samych doboszy, czy żonglerów nie może i zabraknąć w tym wpisie.



I na tym koniec. Zadzwoniłam po Krzysztofa, który zniknął w przestrzeniach jakiegoś baru i razem poszliśmy zobaczyć



Nie, nie, zdanie się nie urwało.
O tym w najbliższym artykule.

czwartek, 2 stycznia 2014

Z WIZYTĄ U BANKIERA

Właściwie to wizyta była, ale w domu bankiera, bo ten był zeszedł z tego świata 703 lata temu.  A zwano go Francesco, po ojcu i dziadku di Marco Datini. Urodził się (mniej więcej) w 1335, a może i nawet w 1338 roku.
Przyszedł na świat i odszedł z niego w tym samym mieście - w Prato, lecz to, gdzie był pomiędzy narodzinami a śmiercią, mogłoby się stać kanwą niejednej powieści, czy filmu, a na pewno służy jako sztandarowy przykład w historii ekonomii.
Został wcześnie osierocony, za co odpowiedzialna jest Czarna Pani Dżuma - słynna pogromczyni z 1348 roku. Zabrała też dwoje dzieci z tej rodziny, zostawiając przy życiu Francesco i jego brata Stefano. Na szczęście, rodzicie bardzo rozsądnie wybrali ewentualnych opiekunów dla swoich dzieci, więc sieroty nie miały tak ciężkiego życia, jak inne dzieci w ich sytuacji. Francesco został wychowany w dobrej atmosferze.
Został wysłany do Florencji, by tam się szkolić w swoim rzemiośle.
http://www.istitutodatini.it/schede/datini/img/bottega.jpg
Podczas nauki, wzorem wielu osób, nasz bohater postanawia szukać szczęścia za granicą. W tym czasie dwór papieski rezydował w Awinionie, co pociągnęło za sobą rozwój prowansalskiego miasta. To tam kierowali swoje kroki kupcy, architekci, wszyscy, którzy chcieli skorzystać na obecności papieża. Ten więc kierunek obrał i Datini. Sprzedał prawdopodobnie jakąś ziemię i za pozyskane w ten sposób pieniądze ruszył ku Francji. Musiało mu się dobrze dziać, gdyż po kilku latach dołączył do niego Stefano.
Jeszcze podczas pobytu w Awinionie, za pośrednictwem swojego ojczyma, kupuje ziemię i dom w Prato, szykując w ten sposób bazę pod działalność, po powrocie do kraju. Przyjeżdża do Prato, załatwia pewne niezbędne sprawy i jeszcze raz wraca do siedziby papieży. Prawdopodobnie ciągle jeszcze pracuje dla kogoś, nie posiada własnej firmy, ale nie mija chyba rok, gdy staje na nogi i wchodzi w spółkę z jednym z toskańskich kupców.
Czas był niepewny, fortuna dopiero się zbliżała, więc nie w głowie mu było zakładanie rodziny, choć od kobiet nie stronił. Do znalezienia żony nagabywała kochająca go macocha. W końcu, po przekroczeniu czterdziestki decyduje się na ustatkowanie. Żeni się z szesnastoletnią Florentynką Margheritą Bandini, mieszkającą wraz z matką w Awinionie.
W tym czasie fakty z historii Kościoła, jak rzucenie klątwy na Florencję oraz opuszczenie Awinionu przez dwór papieski, zmieniły niezwykle charakter działalności kupieckiej i finansowej, ale to nie zagrażało Prateńczykowi Datniniemu, spokojnie kontynuował swoją działalność.
Po kilku latach postanawia wrócić do rodzinnego miasta, pozostając członkiem kupieckiego towarzystwa z Awinionu.
Wraca jako samodzielny kupiec, zrzeszony w swego rodzaju spółce holdingowej. Działalnośc bankowa wynikała poniekąd z konieczności, by zapewnić sobie bezpieczny przepływ pieniedzy.
http://www.italiaculturale.it/wp-content/uploads/2010/08/francesco-datini-ritratto.jpg
Pracuje niezwykle zdyscyplinowanie, poświęcając swojemu zawodowi niemal cały czas.
Mapa z zaznaczonymi punktami filii wygląda imponująco.


http://www.istitutodatini.it

Tak samo imponujące są listy zakupów, załadunków. Katalogi tkanin.
Na szczęście Datini pisze listy, profesjonalne i prywatne, na szczęście, bo efekt jego działalności epistolarnej zachował się po nasze dni. Pisze je niemal po opuszczeniu progów domu, czy to z Florencji czy Barcelony. Listy stanowiły jeden ze środków wspomagających zarządzanie świetnie prosperującym biznesem. Poprzez nie wydawał polecenia, wskazywał rozwiązania, ale i straszliwie narzekał, wyrażał swoje rozczarowania. Irytował się, gdy pracownicy nie wykonywali poleceń, nie wykorzystywali danych im możliwości. Sam sobie postawił wysoko poprzeczkę i miał wielki problem z tym, że inni nie sięgają jej poziomu.
Często pisane listy do żony (i odwrotnie) świadczą o dbałości małżeńskiej. Nie należy w nich doszukiwać się epistolografii miłosnej, to przykład życia rodzinnego, poczynionych zakupów, problemów, porady, jak zapewnić bezpieczeństwo domowi, podczas nieobecności głowy rodziny.  Żona narzeka, że mąż zostawia dom i wszystkie związane z jego prowadzeniem problemy na jej głowie.
Mąż narzeka na nią, ale jego nie zadowala właściwie nic, na początku zwłaszcza jej młodość, brak kompetencji, niezaradność - budzą gniew Francesco. To się jednak powoli zmienia. Margherita dojrzewa, mądrzeje, a kupiec, wkraczając w starość, łagodnieje. Zanikają spory, wzajemne wypominanie sobie niedociągnięć. Ich pożycie małżeńskie zapisane na kartach listów jawi się spokojnym i klarownym.
Nie zburzyły tego małżeństwa zdrady, wspomniane w listach do przyjaciół, co zaowocowało dziećmi z nieślubnego łoża. Iloma? Nie wiadomo. Z różnych listów pewnych jest dwóch synów, którymi nie cieszył się za długo, obydwaj zmarli w dzieciństwie.
W domu Datinich pojawia się też córka - Ginevra - uznana i przez ojca i otoczona opieką także przez Margheritę. Dosyć oschły w okazywaniu ciepłych uczuć Francesco wyrażał swoje ojcowskie emocje przez zapewnienie odpowiedniego bytu materialnego córki, łącznie z dobrym wydaniem jej za mąż.
Dzieci z prawego łoża nie miał.
Bardzo interesującym aspektem odczytanym z listów i ksiąg Datiniego, była jego religijność,  charakterystyczna w tamtych czasach, odnosząca się do Boga, Maryi i świętych. Lapo Mazzei (notariusz a zarazem swego rodzaju opiekun duchowy) wymienia z nim uwagi na temat ksiąg Pisma Świętego, Ojców Kościoła, medytacji, czy w ogóle rozwoju duchowego. Jesteśmy jeszcze w czasach manuskryptów, a Datini zakupuje dla siebie Ewangelie, Listy św. Pawła, dla żony modlitewnik zwany "Libro di Nostra Donna". To musiały być bardzo drogocenne przedmioty, rzadkość w prywatnym domu.
Mazzei bardzo dba, by Datnini nie zatracił ostatecznego celu swojego życia, co pewnie przy dość mocnej osobowości, tendencji do niezadowolenia, mogło umykać uwadze kupca.
Jak to w życiu bywa,  Francesco im bliżej był rozstania się z życiem doczesnym, tym bardziej robił się religijny, oczyszczał swoje życie ze zbędnych celów. W 1399 roku wziął udział w Pielgrzymce Białych.
http://www.istitutodatini.it/schede/datini/img/bianchi.jpg
To bardzo ciekawe zjawisko, nasilenia praktyk religijnych przed rokiem jubileuszowym, polegało na pokutnych pielgrzymkach osób ubranych w szaty z białego płótna. Francesco wyruszył z Florencji, okrążył miasto, idąc przez różne miejscowości, między innymi Figline Valdarno, Montevarchi, Arezzo, San Donato, a zakończył pielgrzymowanie we Fiesole. Ciekawostką jest ścisły spis wydatków poniesionych na tę pielgrzymkę. Widziałam go kiedyś na wystawie o pieniądzu (którą opisałam tutaj). Ascetyczna to ta wyprawa nie była, choć nie należy zapominać o wieku i stanie zdrowia ponad sześćdziesięcioletniego człowieka. Może wystarczyło, że przeszedł tę trasę?
Niemal zaraz po powrocie, wyruszył do Bolonii, ratując się przed następną falą zarazy. Ta epidemia zabrała między innymi jego bliskiego przyjaciela i wspólnika. Owa śmierć (i innych znanych mu osób) oraz trudność prowadzenia interesów bez bazy w Prato, prowokowały go do zaniechania zawodu kupieckiego.  Wsparcie i zachęta ze strony Lapo daje rezultaty. Datini wraca do Prato.
Podupada jednak co raz bardziej na zdrowiu. Ma jednak to szczęście trafić na uznanego, mądrego, choć młodego lekarza, którego obdarza ojcowskimi uczuciami.
Umiera w 1410 roku, cały swój majątek powierzając utworzonej przez pewnego tercjarza (Turingo Pugliesi) w 1283 roku instytucji dobroczynnej "Ceppo dei Poveri", której działalność rozciągnęła się na wieki.
Fundacja potem przyjęła nazwę "Ceppo Vecchio", zajmowała się opieką nad ubogimi, a palazzo pełnił dla niej funkcję magazynu, a nawet spichlerza.
Panie pilnujące pałacu, u których kupiłam niezwykle interesującą książkę o Datinim, należą do tego stowarzyszenia!

No i doszliśmy w ten sposób do czasów nam współczesnych.
Część zdjęć zrobionych podczas wizyty w Palazzo Datini już użyłam do ilustracji biografii kupca.

Pozostaje pokazać udostępnione dla zwiedzających pomieszczenia. Jest to tylko niewielki fragment, resztę zajmuje Archiwum Państwowe oraz Archiwum Datiniego.

Im więcej maluję, tym więcej i dłużej przypatruję się malarskim zdobieniom budynków.
Te na zewnątrz zachowały się w szczątkowym stanie. Ostatnie piętro, zabepzieczone szerokim gzymsem pokazuje,  jak bogato musiała byc zdobiona elewacja. Poniżej muśnięte linią synopie każą żałować całkowitej destrukcji fresków.
Sam budynek jest bardzo przysadzisty, daleko mu jeszcze do renesansowych pałaców z Florencji, ale jeszcze nie wytworzył się ich styl.
Zadaszony taras sprawił na mnie początkowo wrażenie, że mam do czynienia z dwoma zrośniętymi budynkami, ale tylko loggia jest późniejszą dobudówką.

Z dziką rozkoszą i za pozwoleniem fotografowałam freski wewnątrz domu. Malowidła stanowią główną atrakcję domu, gdyż o oryginalnych sprzętach można tylko pomarzyć.
Św. Krzysztof był ostatnią postacią, na którą spoglądał wyruszający w kolejną podróż Francesco. Błogosławił podróżnikom. Zapewne w tym celu namalowano go przy drzwiach.

W jednym z pomieszczeń, na suficie zainteresowały mnie portrety.
Zazwyczaj w kościołach, czy kaplicach, taki układ zastrzeżony jest dla czterech ewangelistów, proroków, aniołów, tutaj widzimy wizerunki świeckich osób. Czyżby rodzina? Pani pilnująca zobaczyła moje zainteresowanie malunkami  i powiedziała mi, że to nie freski. Podczas ostatniej konserwacji odkryto, że portety są namalowane na papierze i szczęśliwie przyklejone przetrwały do naszej współczesności. To się nazywa klej!
Wśród dekoracji przeważa marmoryzacja, sztuczna draperia, sceny z polowań, herby.

W pokoju zaraz przy wejściu powitały nas dwa malunki na desce - to portrety donatorów fundacji.
Na parterze zobaczylismy w sumie trzy pomieszczenia i wewnętrzny dziedziniec z loggią.

W pierwszym i drugim, oprócz portretów, z racji minionych Świąt Bożego Narodzenia, wystawiono szopkę, albo jej elementy.
Natomiast na dziedzińcu ich współczesne odpowiedniki - propozycje artystów.

Pokazany wyżej manekin nie stał samotnie, do kompletu był model "Francesco".
Niezwykle interesująca była sala zwana kuchenną, choć śladu po takim jej przeznaczeniu nie zostało. Chodzi mi o wystawę pokazującą zakres działań Datiniego. Wkład w nowoczesne zapisy księgowe, ominięcie zakazu ubezpieczania się, reprodukcje listów i prawdziwe listy, spis towarów, itp. Imponujący!
Weszliśmy jeszcze do górnego pomieszczenia z kunsztownie wymalowaną więźbą dachową.
Tam z kolei załapaliśmy się na wystawę ksiąg z zamówieniami dzieł sztuki u takich artystów jak Lippi czy Ghirlandaio. Niby brak obrazków, zero kaligrafii, niby księgi rachunkowe, ale robią wrażenie samym historycznym ciężarem. A przed tym, kto rozszyfrował te skomplikowane zapiski, czapki z głów.

I tak to Palazzo Datini przyczyniło się znowu do stopienia lodów, które odczuwałam względem Prato. Powoli przekonuję się, mam nadzieję, że i Was, jak wielką szkodą jest omijanie tej miejscowości.

Dzień był jeszcze ładny, wyszliśmy zrobić mały "giro" po starówce. Nie do końca zorientowałam się, jak jest usytuowane muzeum, więc gdy zobaczyłam kolejkę do innego budynku, stanęłam z wrażenia.
Nawet przez myśl mi nie przyszło, że to jest kolejka do muzeum na wystawę "Od Donatella do Lippiego", o której już wspominałam. Budujący widok.
A wszystko pod pomnikiem … Francesco Datiniego.
Pobyt w Prato zakończyliśmy na grobie Francesco Datiniego, który mieści się u stóp ołtarza we franciszkańskiej świątyni.
Sam kościół tak mnie pozytywnie zaskoczył, że zapomniałam, po co do niego weszliśmy. Kiedyś już byłam w jego drzwiach, ale akurat trwała Msza św., więc odłożyłam zwiedzanie na następny raz. I następne razy były, ale jakoś nie po drodze.
Wnętrze jest dość słabo oświetlone, nie znalazłam automatu doświetlajacego, mam nadzieję, że tych kilka zdjęć pokazuje, że warto tam zajrzeć, jako i do Prato.