piątek, 21 sierpnia 2015

KANTOROWE MIASTECZKO

Wyjeżdżając (wraz z Moniką) na kilkudniową labę mieliśmy jeden plan: jak najmniej być turystami, wyruszyć w drogę tylko, gdy będzie to konieczne.
Taki dzień nastąpił 15 sierpnia, z okazji Święta Wniebowzięcia NMP.  Skoro już mieliśmy się ruszyć, to ...
Nie spodziewajcie się odkrycia następnej niezwykłej świątyni. Nie wybraliśmy żadnego spektakularnego kościoła, głównym motywem była popołudniowa godzina Mszy św. oraz planowana potem kolacja u Roberto Rossiego.
Najpierw, po Bożemu, Msza św.
Na końcu świata, tam, gdzie psy szczekają na pewno nie pyskiem.
Klimatu odizolowania dodawał burzowy deszcz oraz zapach siarki snujący się po wzgórzach.
Kaplica w górzystej Zanconie używana jest głównie przez starsze panie, wszystkie się znają, wyobraźcie więc sobie, jakie poruszenie musiały wywołać trzy polskie ufoludki. Większość młodych postaci na tym zdjęciu czekała na babcie pod kaplicą :)

Proste pomieszczenie ma jeden ciekawy obiekt - "Świętą Rodzinę" - ołtarzowy obraz ze św. Anną, patronką kaplicy. A pod nim jakiś toskański Nikifor pomalował tabernakulum.
Po liturgii zaczepiłam jedną panią, chcąc się dowiedzieć czegoś o mocno wyczuwalnym zapachu siarki. Pani popatrzyła na mnie zdziwiona. Tak już się przyzwyczaiła, że chyba w ogóle go nie czuje. Podpytałam ją więc, czy są w pobliżu jakieś termy z wodą siarkową. Okazało się, że tak, ale chyba za dużo kilometrów od Zancony, żeby było je czuć. Zostałam więc z zagadką, dlaczego w pobliżu Arcidosso czuć siarką?
Arcidosso?
A tak, tak.
To najbliższe Zancony miasto i to w nim postanowiliśmy poczekać na wieczorną kolację.
Krzysztof właściwie to przeczekał przy kawie, a my ruszyłyśmy "w miasto".
Zaczęło się niewinnie od nowszej części Arcidosso i kiermaszu. Niewiele rzeczy na nim przykuło mój wzrok, ale zawsze to miło poczuć atmosferę spotkań mieszkańców, którzy wyściubili z domów nosy, wcześniej zamknięci przez nagłą ulewę.

Miasto jest położone 680 m n.p.m.

Zastanawiam się, w którym miejscu mierzono tę wysokość, może na zamkowej wieży? Na nią, niestety, nie można wejść, ale zamek-twierdza jest dostępny, wystarczy wejść przez jedną z bram wiodących do najstarszej części miasta.

Wszystko przez ten zamek.
Może, gdybyśmy nie zaczęły od niego ..., ale zaczęłyśmy.


Obejrzałyśmy więzienne pomieszczenia, wystawę o lokalnym proroku, i średniowiecznych śladach po twierdzach na terytorium między Amiatą a morzem.

Już wychodziłyśmy, gdy zapytałam Moniki, czy idziemy zobaczyć czasową wystawę sztuki współczesnej. Odpowiedziała, że trochę się tego obawia.
Powiedzmy szczerze, współczesność tego stylu już jest mocno przykurzona, trącająca Kantorem, niezbyt już zaskakująca, za to mocno narzucająca się wyrazem.

Rzeźby narzuciły się tak mocno, że zaczęłyśmy spostrzegać stare miasto jako wielką dekorację do jakiegoś nieznanego jeszcze spektaklu Kantora.
Może "Umarła klasa 2"?
Nawet słowa Kantora o zamkniętej przestrzeni teatralnej "Umarłej klasy" idealnie się wpisywały w stare Arcidosso, piramidalnie narosłe na stromym wzgórzu.

Uważam, że dzieło sztuki musi być zamknięte, aby fascynowało. Widz wobec zamkniętego dzieła sztuki musi być skupiony. Musi się czuć jak człowiek w cieniu wielkiej piramidy – niedostępnej, a jednak mającej wpływ kolosalny – nie chcę powiedzieć – metafizyczny. Ale są przecież jakieś fluidy, które z owej piramidy docierają.

Błądząc po uliczkach Arcidosso stawałyśmy się i widzami i aktorkami. Raz to my w skupieniu przyglądałyśmy się dawnej świetności, raz byłyśmy obserwowane przez rozmawiających ze sobą mieszkańców. Cierpliwie usiłowałyśmy pokonać granice wytyczone przez stare mury, zakurzone szyby i wyszczerbione drzwi - zazdrośnie strzegły przeszłości i teraźniejszości.

Szyldy i napisy swoją stylistyką i barwami jeszcze bardziej cofały nas do czasów "Umarłej klasy".

Wszystko jak ze snu, czasami niepokojącego snu.

Co pewien czas nasze odrealnienie pogłębiały osoby siedzące w zacienionych pomieszczeniach, korytarzach, garażach, pokojach.

Czy tak z rozpędu zostało im to po nużących upałach? Rzadko spotykałyśmy charakterystyczne postaci na krzesełkach, siedzące przed domami.
Było już blisko zachodu słońca, a wszyscy siedzieli bez oświetlenia. Niektórzy samotnie, inni rozmawiali w małych grupkach. Mrok pomieszczeń zamieniał siedzące nieruchomo sylwetki w kukły.
Często miałam wrażenie, że część starego miasta zamieszkują "elfi" (typ współczesnych hippisów),  swoistą alienacją ze współczesności przywodzący na myśl 70 lata XX wieku.
Arcidosso to zapach starych murów, szykowanej kolacji i ... mięty. Ślad woni snuł się po jednej z ulic, gdy minął nas człowiek ze świeżo zerwanym zielem. Dotąd pozostała mi zmysłowa pamięć tej chwili.
A wszystko to na wielu poziomach, raz w górę, raz w dół, w wąskich uliczkach, w ślepych zaułkach, w ciszy i nagle głośnej muzyce i "dzień dobry" usłyszanym od każdego przechodzącego.



Po takiej dawce odrealnienia wcale nas nie zdziwiło, że 15 sierpnia znalazłyśmy kapliczkę pod wezwaniem właśnie Matki Bożej Wniebowziętej.

Dwie oszołomione kobiety Krzysztof dowiózł do "Il Silene", a tam Monika zaznała następnego oszołomienia, ale to już zupełnie inna opowieść, której atmosferę w niewielkim stopniu oddaje czerwcowy wpis pt. "Smaczna historia".

wtorek, 18 sierpnia 2015

PROSECCO I WYSTAWA

Zaraz po aperitivo wyjechaliśmy z Moniką na kilka dni byczenia w się w bajecznych okolicznościach, podarowanych nam przez przyjaciół. Ze względu na nietypową kartę w aparacie Moniki czekałam na powrót do domu, by móc zrzucić jej zdjęcia i pokazać Wam fotoreportaż z bardzo przyjemnego wieczoru w Villa Giorgia.
Pojawiły się wszystkie zaproszone osoby, i nie tylko one.
Zaraz po przyjechaniu na miejsce, zostałyśmy porwane przez dziennikarza z portalu "Linee Future" Luigiego Scardigli. Chciałam przetłumaczyć dokładnie jego artykuł, ale mimo sympatycznego tonu, w jakim go napisał, mam, delikatnie mówiąc, obiekcje. 

http://www.lineefuture.it/interpretazioni-calligrafiche/
Klasyczny przykład wodolejstwa. Pan robił zdjęcia, rozmawiał z nami nic nie zapisując i potem utworzył z tego historię, w której (złośliwie napiszę) więcej miejsca zajmuje zachodzące słońce, niż rzetelne dziennikarstwo. Luigi był bardzo sympatyczny, ale jak sam przyznał, zajmuje się teatrem, nie sztukami pięknymi, więc w całym artykule nie ma ani jednego słowa na temat prac :) 
Tym razem przyjęcie odbyło się na zewnątrz hotelu. Już nie było straszliwego upału, przed którym należało się chronić. Przyjemnie chłodne prosecco jedynie wzmocniło dobre nastroje, miłe rozmowy z zaproszonymi gośćmi, którym z całego serca bardzo dziękuję za zainteresowanie poezją Moniki i moimi jej interpretacjami. 
Dla Moniki było to wielkie przeżycie, nie dość, że zobaczyła po raz pierwszy te prace na żywo, to jeszcze wysłuchiwała bezpośrednio komplementów o swoich wierszach. A poza tym, wyobraźcie sobie, zobaczyć swoją twórczość w odległym kraju, przetłumaczoną na obcy język. Niezwykłe wydarzenie, nieprawdaż?
fotografie: Monika Zawadzka i moje

Jak już wspominałam, wystawa została przedłużona i będzie trwała do 20 września.
Przy okazji wspomnę, że dostałam już zaproszenie do wystawienia się w innym miejscu, o czym na pewno poinformuję w odpowiednim czasie. 

piątek, 14 sierpnia 2015

ŁÓŻKO W KOŚCIELE

Pistoia ma swoje niezwykłe tradycje i legendy.
Dzisiaj opowiem Wam o dwóch wydarzeniach, które dosłownie wprowadziły łóżko do wnętrza świątyni.

Najpierw o pewnym rytuale, jedynym chyba takim na całym świecie. Szukałam informacji, czy gdzieś jeszcze się pojawił, ale na razie nic nie znalazłam.
Rzecz dotyczy nowo wybranego biskupa. Dostojnik wjeżdżał do miasta na białym koniu, w uroczystej procesji. W owych czasach Pistoia przeżywała chyba swój najlepszy czas, z punktu widzenia ekonomicznego, kulturalnego, z punktu znaczenia wśród innych miast. Procesja więc była pełna postaci pochodzących z najważniejszych pistojskich rodzin, z kleru. Mieniła się pięknem tkanin. Idąc ku katedrze cały orszak zatrzymywał się przy kościele San Pier Maggiore.  Nie będę opowiadać o samej świątyni, to kiedy indziej.
Ci najważniejsi wchodzili do wnętrza, w którym stało ustawione olbrzymie łoże.
Zasiadał na nim jego ekscelencja oraz przełożona pobliskiego opactwa, będąca reprezentantką pistojskiego kościoła. Poprzez wymianę obrączek następowały symboliczne zaślubiny miasta z nowym biskupem. Tradycja powoli przekształcała się. Najpierw wyniesiono łoże przed kościół, potem zamieniono je na dwa trony, aż w końcu zaniechano zupełnie zwyczaju.
Wielka szkoda. Podoba mi się ta średniowieczna metoda łopatologicznego wyjaśnienia pewnej nierozerwalności, stosunku biskupa do wiernych, jako do swojej rodziny, a z kolei niemożność spełnienia fizycznego przenosi od razu w wymiar duchowy takiej relacji. Z drugiej strony, wyobrażam sobie dzisiejsze nagłówki w gazetach, memy w internecie, sprośne dowcipy, brak zrozumienia dla rytuału.
A jeszcze w XIX wieku pewien Duńczyk (Kristian Zahrtmann) był tak zafascynowany tą tradycją, że przeprowadził poszukiwania informacji, aż w końcu, z racji bycia malarzem, pozostawił swoje wyobrażenie uroczystości w czasie, gdy już nie było w niej łoża.

https://lifetimediaryproject.files.wordpress.com
Druga historia pozostawiła łoże w świątyni.
Kościół tym razem pokażę, ale zacznijmy od cudu.
       W XIV wieku żyła sobie dziewczynka, różnie mówi się na temat jej wieku, miała siedem, dwanaście lat. Żyła przykuta do łóżka, bez nadziei na wyzdrowienie. Pewnego razu na brzegu jej życia (bo jakże inaczej nazwać w takiej sytuacji łóżko?) pojawiła się Madonna, wynikiem tego spotkania została całkowicie uzdrowiona. Z tej okazji w miejscu szpitalnej izby zbudowano oratorium i umieszczono w nim łóżko, na którym leżała wcześniej chora. W XV wieku w tym samym miejscu postawiono przyklasztorny kościół, a łóżko zachowano w bocznej kaplicy.
       Jesteśmy na Piazza San Lorenzo przed kościołem Maryi Łaskawej, popularnie zwanym Matki Bożej od Łóżka. Sam kościół z zewnątrz jawi się bardzo prosto. Na uwagę zasługuje umieszczony w portalu relief z herbem Pistoi (szachownica i dwa niedźwiedzie, to jego charekterystyczne cechy).

Renesansowo (i trochę barokowo) robi się po przekroczeniu jego progów, co nie jest łatwe, bo albo przyjdzie się tam na poranną Mszę, albo trafi na jakąś uroczystość. To ostatnie kiedyś mi się udało, dzięki czemu mogę Wam zaprezentować wnętrze i rzeczone łoże.
Gdy tak sobie patrzę na zdecydowany styl, na charakterystczne draperie z co najmniej gipsu, na obrazy, na rzeźby, na różne piękne detale, zawsze tak troszkę mi żal, że to nasze San Pantaleo zostało wypatroszone do niemal gołych ścian. Ale tylko tak troszkę, bo przecież lubię nasz mały wiejski kościół.
A radość jest wielka, że mogę widzieć inne i napawać się ich pięknem.



Kościół Madonna del Letto odczułam jako bardzo jednorodny stylistycznie, mimo barokowych dodatków, panuje w nim harmonia. Na pewno bardzo pomagają w tym proporcje samej bryły świątyni, zbudowanej na planie centralnym. Stonowana gama barwna, z dominującymi szarościami pietra sereny, niebieskim sufitem kasetonowym, z barwnymi akcentami marmurowymi i niewielką ilością złoceń aż się proszą o to, by być częściej podziwianymi.

I tutaj kościół nie uniknął fatalnych przeróbek, wprowadzono dwudziestowieczne dodatki, częściowo obcięto ołtarz przedsoborowy. Trudno teraz wypatrzeć, że wśród marmurowych kolumn jest (źle oświetlony) fragment fresku. Pochodzi on z wcześniejszego oratorium i, jak chce ludowa tradycja, nie został namalowany ludzką ręką, tylko samoistnie pojawił się na ścianie.

Na koniec zostawiłam zdjęcia kaplicy ze średniowiecznym łóżkiem.
Widać je przez kraty, ale wystarczyło kilka chwil, bym zobaczyła ludzi wewnątrz i śledząc ich kroki odkryć, że z prawej strony, od transeptu jest wejście do pomieszczenia.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

APERITIVO Z ARTYSTKAMI

Kochani! Wiem, że niewielu z Was będzie w pobliżu, ale ...
Bardzo serdecznie zapraszam w imieniu Moniki Zawadzkiej i swoim na aperitivo z artystkami. 

Impreza zorganizowana przez Villa Giorgia odbędzie się 
we wtorek, 11 sierpnia o godz. 19.00
na pięknych pólnocnych wzgórzach Pistoi - Via Bolognese, 164 

Przy okazji z radością informuję, że sama wystawa jest przedłużona do 19 września. 
Jeszcze raz więc zapraszam do obejrzenia moich kompozycji kaligraficznych będących interpretacjami poezji Moniki Zawadzkiej.


niedziela, 9 sierpnia 2015

MIĘDZY ZACHWYTEM A HISTERIĄ

Od kilku lat zasadzałam się na odwiedzenie pewnego miejsca, wcale nie tak daleko położonego od domu. Pewnie ta odległość złośliwie podpowiadała, że zawsze mogę tam wskoczyć, że mogę odłożyć wycieczkę. W końcu nie wytrzymałam i na pytanie Krzysztofa o kierunek niedzielnej wyprawy ("takiej, żeby była niedaleko domu") odpowiedziałam: Popiglio.

Napisałam, że to niedaleko od Pistoi, ale wiedzie tam kręta droga w górę, więc, mimo 40 km, trzeba przeznaczyć na drogę niemal godzinę. Wydaje się, że mamy do czynienia z miejscowością "na końcu świata". Samej lokalizacji przyjrzę się kiedyś bardziej szczegółowo. Jest tam trochę obiektów do opowiedzenia, a o jednym już kiedyś tu pisałam, czyli o dość współczesnym wiszącym moście, przyprawiającym mnie o szybsze bicie zalęknionego wysokością serca. Nie zjechaliśmy do Ponte Sospeso, pojechaliśmy dalej i zobaczyliśmy go z zupełnie nieznanej mi perspektywy. Jaki maluśki, jaka kreseczka!  


         Najważniejszym celem wycieczki była Pieve di Santa Maria Assunta oraz związana z nią filia muzeum diecezjalnego w Pistoi. Popiglio znane jest wszystkim lokalnym miłośnikom romanizmu, czy też ogólnie średniowiecza. Znajdujemy się na terytorium granicznym między włościami Lukki i Pistoi, przy szlaku, którym dawno temu wędrowali rycerze, czy pielgrzymi. Samą parafię nazywano drugim biskupstwem, co wskazuje na wagę, jaką przywiązywano do Popiglio.
         Po trudach ze znalezieniem miejsca na zaparkowanie (wjechaliśmy w boczną uliczkę i wspięliśmy się dość wysoko), podeszliśmy do kościoła od jego bocznej strony, tej z dzwonnicą. Warto tam zajrzeć, żeby zobaczyć najbardziej rycerski portal, jaki dotąd spotkałam.

Przyznacie, że rycerz nielada jaki pilnuje wchodzących bocznym wejściem?
Prawdopodobnie jego wyrzeźbienie ma związek z templariuszami, którzy zatrzymywali się w okolicy, podczas długiego marszu na południe.
Po tak udanym początku, poczułam lekkie rozczarowanie, że fasada nie ma spektakularnych zdobień. Przybywających wita prosta bryła świątyni z równie prostą i przysadzistą dzwonnicą.
Oprócz zwyczajnych otworów na poziomie dzwonów, jedynym elementem zdobiącym wieżę jest XVI wieczny zegar, drugi mechaniczny zegar w diecezji (pierwszy pochodzi z XIV wieku i jest przy pistojskiej katedrze). Ciekawostką jest fakt zachowania się dokumentu, który podsumowuje głosowanie nad tym, czy montować taki zegar, czy nie.

         Miłośnik romańskich rzeźbień nie znajdzie na prostej fasadzie wielu obiektów zachwytu, ale nie znaczy, że odejdzie niezadowolony. No cóż, pietra serena nie jest kamieniem lubującym się w upływie czasu, część zdobień "złuszczyła się". W lunecie nad portalem pozostał jedynie ślad reliefu. Dobrze chociaż, że przetrwały bogato ornamentowane kolumienki w oknach. Zresztą same okna są zdobiącym fasadę elementem - dwa biforia i jedno triforium, to ostatnie pojawiało się i znikało. To znaczy, obecnie jest, ale na pewnym zdjęciu z początku XX wieku nie ma dużego okna, choć widać wyraźny ślad po nim, za to w miejscu, gdzie obecnie jest krzyż a pod nim wyrzeźbiony kielich, było inne okienko. W latach 60 powrócono do stanu pierwotnego z XIII wieku.

        Czasami dobrze jest nie wiedzieć, co nas spotka po przekroczeniu drzwi, tym większa niespodzianka. Najczęściej jest to kontrast wynikający ze zmiany epoki, mocno zaskakujący w tym przypadku. Renesansowe i barokowe przeróbki? Oczywiście. Ale one są niemal pewne. Absolutnie pierwszym przyciągającym wzrok w jednonawowym wnętrzu Pieve di Santa Maria Assunta jest sufit - drewniany, z kasetonami  - właśnie bardzo niespodziewany, zasłaniający typowe romańskie sklepienie.

Przeciął wysokość, dziwny jakiś. Skąd tutaj?
Zagadkę wyjaśnił ksiądz Adam Tabiszewski, polski proboszcz w Popiglio, który akurat zaszedł do kościoła.
W Popiglio żyła sobie kiedyś rodzina Vannini, nie jacyś wielcy panowie, ale też i nie bieda wojująca. Wyjechali do Rzymu, dorobili się na handlu, nigdy nie zapomnieli o miejscu swojego pochodzenia. Zaczęli inwestować w Pieve di Santa Maria Assunta. Zobaczyli zdobne sufity drewniane w rzymskich świątyniach - "zróbmy taki w naszym kościele".
Zobaczyli niezwykłe organy w Rzymie - "chcemy takie dla Popiglio!". I są organy. Są, grają, zachwycają głębią brzmienia.

Akurat do żony pracującej w muzeum przyjechał mąż organmistrz, znany także Krzysztofowi, bo opiekuje się instrumentem z kościoła w Montagnanie.
Pryncypał nigdy nie przepuści okazji przyjrzenia się bliżej tak pięknemu urządzeniu, nie tylko przyjrzenia, ale i zagrania na nim. Ciekawe, czy odgadniecie, które fragmenty zagrał Krzysztof?

       Obiektem najbardziej kojącym romańską duszę (tak, tak, wiecie, że moja tęskni do śladów tamtych czasów) jest niewątpliwie ambona. Nie zbudowano jej dla tej świątyni, była w starszym kościele, już nieistniejącym. Zdemontowano ją i zainstalowano w Popiglio kilkaset lat temu, przy czym nie uniknięto widocznych przeróbek. Cała ambona jest ewidentnie ścięta z prawej strony, przyłożono do niej kamienne bloki z pięknym reliefem pokazującym św. Jerzego.
Większość zdobień pochodzi z XII wieku. Są tu dwa pasma ze skróconą historią Chrystusa (pokłon Trzech Króli, Ostatna Wieczerza i Jezus w Ogrodzie Oliwnym).

Warto też przyjrzeć się z bliska kapitelom kolumn, a nawet wejść pod ambonę by odkryć następną do kolekcji syrenę z rozdwojonym ogonem (inne spotkałam w Corsignano i Torri).
Trudno też nie zauważyć oryginalności samych kolumn, symetrycznie wyprofilowane względem środka ich wysokości, z bardzo prostymi bazami. Wydaje się, że podczas przenosin coś wycięto, bo kompozycyjnie nie pasuje mi ta znikomość podstawy.
Dziwne i mało urodziwe są wśród rzeźbień anioły. Dziwne, bo renesansowe, a przecież ta epoka kojarzy się raczej z pięknymi postaciami.
Podczas gdy dokładnie oglądałam sobie ambonę, Krzysztof wykonał zdjęcie sferyczne wnętrza kościoła. Uśmiałam się widząc siebie schowaną za kolumną, no, nie była w stanie mnie ukryć, mimo, że sama także posiada krągłości, moje są bardziej zauważalne :)

Zdjęcie sferyczne: don Cristoforo Dabrowski

Miło jest mieć dużo czasu i spokojnie rozglądać się po wnętrzu, wyszukiwać dzieła, odkrywać piękno przedmiotów.
Niedaleko wejścia zachowały sę dwie bogato rzeźbione ławki. Powstały za czasów bardzo aktywnego proboszcza z XVI wieku, który przyczynił się do powstania nowego wystroju miejsca. 
Bogato rzeźbiony jest też barokowy konfesjonał, ale po drugiej stronie nawy stoi drugi skromniejszy,  lecz cenniejszy, bo starszy wiekiem.

Na ścianach wiszą obrazy, które zwracają uwagę nie tylko treścią, ale i ramami - wyrzeźbionymi reką może nia tak wprawną, jak twórcy wspomnianych już obiektów.  Ta swoista chropowatość, ciężkie dłuto i ciekawa polichromia budzą wzruszenie, są świadkami istnienia jakiegoś człowieka, który dawno, dawno temu odważył się oprawić obrazy w dzieło amatorskich rąk.
Skoro o rzeźbie nadal mowa, to spojrzyjmy w końcu na prezbiterium. Ależ tam się dzieje! Za dużo, stanowczo za dużo. Bez wejścia za marmurowy ołtarz nie można zobaczyć dokładnie tego stojącego pod ścianą, gdyż dolną jego część zakrywają trzy białe marmurowe postaci (Madonna z Dzieciątkiem, św. Franciszek z Asyżu i św. Franciszek z Paoli). Nie można jednak pisać, że jedyną ich rolą jest zasłanianie, to bardzo dobrze wyrzeźbione figury, dzieło anonimowego rzeźbiarza, ewidentnie pod wpływem, albo może nawet i ze szkoły Berniniego.

Mogłabym się rozpisywać nad niemal każdym dziełem umieszczonym w świątyni, a wyobraźcie sobie, że to tylko część tego, w co bogata jest ta parafia.

Wspominałam już, że w Popiglio jest filia diecezjalnego muzeum. Zaczęliśmy mniej typowo od pomieszczeń przyległych, czyli starej zakrystii i kaplicy Zwiastowania, ale to dlatego, że naszym przewodnikiem był proboszcz miejsca.

Dzięki temu obejrzeliśmy nie tylko wystawione eksponaty, ale i zajrzeliśmy do szuflad z szatami liturgicznymi. Co za hafty! Miłośnicy tkanin oszaleliby z radości mogąc dotknąć stroju np. z XIV wieku.
Zobaczyliśmy także schowane relikwiarze, wśród nich był jeden, który mnie bardzo zainteresował, nie ze względu na dość współczesną oprawę, lecz ze względu na cząsteczkę związaną ze św. Ritą (moją ulubioną).

By ucieszyć oczy, wstarczą nawet tylko gabloty i powieszony na ścianie poliptyk.
Ten ostatni został odzyskany po 70 latach, gdy pojechał do konserwacji i słuch po nim zaginął. Dopiero ksiądz Adam sprawił, że piękne tablice wróciły do swojej parafii.

Zawsze cichutko jęczę, gdy oglądam manuskrypty, no bo przecież nikt ich nie pokazuje w całości. Otwiera się reprezentacyjne strony i to wszystko.

Łapki już zacieram i szykuję bawełniane rękawiczki, gdyż proboszcz z Popiglio obiecał mi pokazać kiedyś nie tylko te manuskrypty z gablot, ale i inne, na które nie wystarczyło miejsca w skromnym muzeum. 
Do starej zakrystii przylega jeszcze kaplica, a wejść do niej można jedynie od strony muzealnej, od nawy dzieli ją gruba krata. 
Muzeum ma dwie części, druga, a właściwie ta, od której zazwyczaj zaczyna się zwiedzanie, mieści się w położonym nieopodal pieve oratorium Bractwa Bożego Ciała, zwanego też Bractwem Najświętszego Sakramentu. 
Wchodziłam do wnętrza unosząc się już i tak kilka centymetrów nad ziemią; po obejrzeniu kościoła, nie spodziewałam się, że mój zachwyt poszybuje jeszcze wyżej, pod sam sufit. Sufit nad sufity!


Zacznijmy od tego, że bractwo organizowało procesje ze Zmarłym Chrystusem, odbywające się dotąd jeszcze w niektórych miejscach Włoch, a do której to tradycji chce wrócić ksiądz Adam. 
Dlatego wiele obiektów w muzeum jest związanych z celebrowaniem Męki Pańskiej.
Poczynając właśnie od sufitu. Podczas wędrówek spotykam krzyże zdobione symbolami Pasji, ale takiego sufitu? Nigdzie! Zobaczcie jak jest rozbudowany względem chociażby krzyża widzianego kiedyś w Pieve a Celle:

Pomyszkowaliśmy po muzeum.
Wdepnęliśmy na kawę do położonego w pomieszczeniach starej plebanii circolo i z obietnicą ponownego spotkania rozstaliśmy się z księdzem Adamem.

Dzień jeszcze panoszył się słonecznie, więc zaproponowałam ciąg dalszy.
Sprawdzając w domu na mapie dokładne położenie Popiglio ze zdziwieniem odkryłam, że niedaleko od niego jest Lucchio. O miasteczku opowiadała mi kiedyś Joanna i nazwa została zapisana na liście "do zwiedzenia". Myślałam jednak, że jedzie się tam od strony Lukki, więc zostawiałam wizytę na czas zwiedzania miejsc na północ od miasta.
A tu, proszę bardzo! Błysk ciupagą i już jesteśmy. 
Ta ciupaga pojawiła się w tekście nie bez przyczyny.
Widziałam zdjęcia tego średniowiecznego borgo, ale akurat nie trafiłam na żadne, które by w pełni pokazało, jak bardzo jest uczepione skały. 
Trudno było mi to pokazać, ale mam nadzieję, że chociaż trochę oddam wyobrażenie o budowlanych możliwościach w średniowieczu. 


Lucchio miałam zapisane gdzieś tam w zakamarkach pamięci jako opuszczone miasteczko, jakież więc było moje zdziwienie ruchem samochodów i obecnością ludzi. Czyli nie takie znowu zapomniane? Pokojarzyłam fakt wakacji, plus francuskie tablice rejestracyjne i wyszło mi na to, że zapewne część domów to rodzinne posiadłości emigrantów, których znacząca część swego czasu wyjechała do Francji. Tak przynajmniej jest w Treppio i okolicach, u księdza Ryszarda.
Tutaj nawet uruchomiono na ten czas bar, pod którym zobaczyłam charakterystyczną dla regionu grę w tzw. elastyczną piłkę. Nie wiem, jak przetłumaczyć to na polski, czy istnieje jakiś odpowiednik? Szperając kiedyś w internecie znalazłam informację o tej odmianie sportu, pochodzącego ze starożytnego Rzymu, a obecnie uprawianego głównie w górach na północ od Pescii czy Lukki oraz w okolicach Brescii.
W Lucchio jest wielkie ograniczenie wielkością placu i nierównością terenu, mimo tego zupełnie ciekawie oglądało się tę grę, chociaż nie mam bladego pojęcia o jej zasadach. 

Panowie odbijali rękami tenisową piłkę i często przerywali mecz. Nie było w tym ciągłości, jaką można zaobserwować w tenisie, czy innych grach zespołowych. Ale ja ogólnie cienki Bolek jestem, dotąd nie mam pojęcia, o co chodzi w bejsbolu, więc może piłka elastyczna ma prościutkie zasady? Kto wie?
Letnicy ewidentnie się znają, przesiadują wspólnie przy ujęciu pitnej wody, na tarasach, w barze, pod nim, a potem zasiadają do wspólnej kolacji ustawiając stół bezpośrednio na placu.

Spotkawszy na początku ludzi, zupełnie innym okiem patrzy się na Lucchio. Owszem, co chwilę spotyka się napis "na sprzedaż", część domów jest w totalnej ruinie, ale z wielu dochodzą typowo mieszkalne dźwięki, są nawet mini ogródki, ślady dbałości o detal.

Podziwiam, bo nawet we współczesnych czasach Lucchio nie jest w stanie pokonać wszystkich braków cywilizacyjnych. Po prostu, żadne auto tam nic nie zwojuje, ewentualnie rower, no, maksymalnie skuter, motor. 
Miasteczko jest plątaniną wąskich uliczek, wąskich rozdroży, schodów, w dół, do góry. 
Ciekawe, czy przebywające tam dzieci znają zabawę w chowanego, albo w podchody? Idealna sceneria.
Wszystko to zawieszone na zboczu góry z widokami pełnymi powietrza i zachwytu.

A histeria?
Hmm. Lucchio jest zawieszone tuż pod szczytem, na którym królują ruiny fortecy. Weszłam w miarę dzielnie, czasami tylko czepiłam się koszuli Krzysztofa, czasami przysiadłam na ścieżce, ale przecież nie pokona mnie lęk wysokości. 

Trochę dziwnie zaczęłam czuć się na szczycie. Nie mogłam podejść na jego skraj, by zrobić zdjęcie wijącej się daleko w dole drogi i rzeki. To zadanie zleciłam pryncypałowi. 

Krzysztof jeszcze spokojnie zrobił zdjęcie sferyczne. 

Ja, siedząc na samym środku fortecy rozglądałam się wokół i z lekka podejrzewałam trudności z zejściem.

Póki mogłam się oprzeć o resztki jakiejś barierki, schodziłam. Absolutnie nie spoglądałam w dół. Jednak w pewnym momencie wszelkie podpory skończyły się, zaczął się za to nadmiar przestrzeni, osłabiło mnie poczucie wysokości, błędnik odmówił współpracy i pojawiła się ooooolbrzymia panika, uderzyła w żołądek, aż po ostre mdłości. Nie liczcie na żadne sceny, nie płakałam, nie krzyczałam. Usiadłam sparaliżowana i ani kroku dalej. 
I co zrobić? Już sobie wyobrażałam jakąś straż, toskańskich GOPRowców śpieszących mi na ratunek. Leżałam na kamieniach i gapiłam się w niebo, żeby nie mieć żadnego punktu odniesienia. Wymyśliłam, że moja wyobraźnia jest odżywiana wzrokiem, więc może by tak zejść z zamkniętymi oczami? Zsuwałam się powoli na szacownych czterech literach, rękami czepiając się kamieni, a stopy ustawiał mi Krzysztof. Dobrze, że, zupełnie tego nie rozumiejąc, nie zbagatelizował strachu, nie kpił, uznał, że tak to odczuwam. Dotąd czuję lęk i zastanawiam się, czy jest na to lekarstwo?
Przecież szkoda widoków, gór. Nikt mi w takich miejscach nie ustawi barierek, nie zamontuje lin, które by mi pomogły. Czy ktoś z Was wyleczył się z takiego lęku?