piątek, 21 sierpnia 2015

KANTOROWE MIASTECZKO

Wyjeżdżając (wraz z Moniką) na kilkudniową labę mieliśmy jeden plan: jak najmniej być turystami, wyruszyć w drogę tylko, gdy będzie to konieczne.
Taki dzień nastąpił 15 sierpnia, z okazji Święta Wniebowzięcia NMP.  Skoro już mieliśmy się ruszyć, to ...
Nie spodziewajcie się odkrycia następnej niezwykłej świątyni. Nie wybraliśmy żadnego spektakularnego kościoła, głównym motywem była popołudniowa godzina Mszy św. oraz planowana potem kolacja u Roberto Rossiego.
Najpierw, po Bożemu, Msza św.
Na końcu świata, tam, gdzie psy szczekają na pewno nie pyskiem.
Klimatu odizolowania dodawał burzowy deszcz oraz zapach siarki snujący się po wzgórzach.
Kaplica w górzystej Zanconie używana jest głównie przez starsze panie, wszystkie się znają, wyobraźcie więc sobie, jakie poruszenie musiały wywołać trzy polskie ufoludki. Większość młodych postaci na tym zdjęciu czekała na babcie pod kaplicą :)

Proste pomieszczenie ma jeden ciekawy obiekt - "Świętą Rodzinę" - ołtarzowy obraz ze św. Anną, patronką kaplicy. A pod nim jakiś toskański Nikifor pomalował tabernakulum.
Po liturgii zaczepiłam jedną panią, chcąc się dowiedzieć czegoś o mocno wyczuwalnym zapachu siarki. Pani popatrzyła na mnie zdziwiona. Tak już się przyzwyczaiła, że chyba w ogóle go nie czuje. Podpytałam ją więc, czy są w pobliżu jakieś termy z wodą siarkową. Okazało się, że tak, ale chyba za dużo kilometrów od Zancony, żeby było je czuć. Zostałam więc z zagadką, dlaczego w pobliżu Arcidosso czuć siarką?
Arcidosso?
A tak, tak.
To najbliższe Zancony miasto i to w nim postanowiliśmy poczekać na wieczorną kolację.
Krzysztof właściwie to przeczekał przy kawie, a my ruszyłyśmy "w miasto".
Zaczęło się niewinnie od nowszej części Arcidosso i kiermaszu. Niewiele rzeczy na nim przykuło mój wzrok, ale zawsze to miło poczuć atmosferę spotkań mieszkańców, którzy wyściubili z domów nosy, wcześniej zamknięci przez nagłą ulewę.

Miasto jest położone 680 m n.p.m.

Zastanawiam się, w którym miejscu mierzono tę wysokość, może na zamkowej wieży? Na nią, niestety, nie można wejść, ale zamek-twierdza jest dostępny, wystarczy wejść przez jedną z bram wiodących do najstarszej części miasta.

Wszystko przez ten zamek.
Może, gdybyśmy nie zaczęły od niego ..., ale zaczęłyśmy.


Obejrzałyśmy więzienne pomieszczenia, wystawę o lokalnym proroku, i średniowiecznych śladach po twierdzach na terytorium między Amiatą a morzem.

Już wychodziłyśmy, gdy zapytałam Moniki, czy idziemy zobaczyć czasową wystawę sztuki współczesnej. Odpowiedziała, że trochę się tego obawia.
Powiedzmy szczerze, współczesność tego stylu już jest mocno przykurzona, trącająca Kantorem, niezbyt już zaskakująca, za to mocno narzucająca się wyrazem.

Rzeźby narzuciły się tak mocno, że zaczęłyśmy spostrzegać stare miasto jako wielką dekorację do jakiegoś nieznanego jeszcze spektaklu Kantora.
Może "Umarła klasa 2"?
Nawet słowa Kantora o zamkniętej przestrzeni teatralnej "Umarłej klasy" idealnie się wpisywały w stare Arcidosso, piramidalnie narosłe na stromym wzgórzu.

Uważam, że dzieło sztuki musi być zamknięte, aby fascynowało. Widz wobec zamkniętego dzieła sztuki musi być skupiony. Musi się czuć jak człowiek w cieniu wielkiej piramidy – niedostępnej, a jednak mającej wpływ kolosalny – nie chcę powiedzieć – metafizyczny. Ale są przecież jakieś fluidy, które z owej piramidy docierają.

Błądząc po uliczkach Arcidosso stawałyśmy się i widzami i aktorkami. Raz to my w skupieniu przyglądałyśmy się dawnej świetności, raz byłyśmy obserwowane przez rozmawiających ze sobą mieszkańców. Cierpliwie usiłowałyśmy pokonać granice wytyczone przez stare mury, zakurzone szyby i wyszczerbione drzwi - zazdrośnie strzegły przeszłości i teraźniejszości.

Szyldy i napisy swoją stylistyką i barwami jeszcze bardziej cofały nas do czasów "Umarłej klasy".

Wszystko jak ze snu, czasami niepokojącego snu.

Co pewien czas nasze odrealnienie pogłębiały osoby siedzące w zacienionych pomieszczeniach, korytarzach, garażach, pokojach.

Czy tak z rozpędu zostało im to po nużących upałach? Rzadko spotykałyśmy charakterystyczne postaci na krzesełkach, siedzące przed domami.
Było już blisko zachodu słońca, a wszyscy siedzieli bez oświetlenia. Niektórzy samotnie, inni rozmawiali w małych grupkach. Mrok pomieszczeń zamieniał siedzące nieruchomo sylwetki w kukły.
Często miałam wrażenie, że część starego miasta zamieszkują "elfi" (typ współczesnych hippisów),  swoistą alienacją ze współczesności przywodzący na myśl 70 lata XX wieku.
Arcidosso to zapach starych murów, szykowanej kolacji i ... mięty. Ślad woni snuł się po jednej z ulic, gdy minął nas człowiek ze świeżo zerwanym zielem. Dotąd pozostała mi zmysłowa pamięć tej chwili.
A wszystko to na wielu poziomach, raz w górę, raz w dół, w wąskich uliczkach, w ślepych zaułkach, w ciszy i nagle głośnej muzyce i "dzień dobry" usłyszanym od każdego przechodzącego.



Po takiej dawce odrealnienia wcale nas nie zdziwiło, że 15 sierpnia znalazłyśmy kapliczkę pod wezwaniem właśnie Matki Bożej Wniebowziętej.

Dwie oszołomione kobiety Krzysztof dowiózł do "Il Silene", a tam Monika zaznała następnego oszołomienia, ale to już zupełnie inna opowieść, której atmosferę w niewielkim stopniu oddaje czerwcowy wpis pt. "Smaczna historia".

11 komentarzy:

  1. Ale miejsce! tez jestem oszołomiona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już mnie tam ciągnie, w jakiś fascynująco niepokojący sposób :)

      Usuń
  2. Ja też. Niesamowite miejsce, tak inne od idyllicznych toskanskich miasteczek. I te Twoje zdjecia! Umiesz oddać nastrój, bez dwóch zdań. Jestem w autobusie, na autostradzie w drodze z Pizy do Florencji, potem pojadę w głębszą Toskanię. Spróbuje włączyć w plany Arcidosso, bo mnie zafascynowało w Twojej opowieści. Mała Maria klęczącą przy Annie - urocza, obraz wyglada bardzo zacnie.

    Serdeczności
    Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, czy ta atmosfera rozciąga się na miasto bez względu na porę roku i dnia :)

      Usuń
  3. Fakt, nieco inne miejsce. Ale niesamowite. Nie za każdym razem rozumiem sztukę współczesną... Często mam do czynienia z artystami i twórcami, za każdym razem staram się, ale albo przemówi do mnie ich dzieło, albo patrzę i staram się ukryć własną ignorancję. Nie lubię takich instalacji czy zespołu rzeźb o charakterze klaustrofobicznym. Mogą być okrutne, mogą być przerażające, ale nie lubię klaustrofobii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest prawidłowe podejście - odnosić się do własnych gustów. Nie zalecam jednak nazywać samego siebie ignorantem, bo często to współcześni artyści są ignorantami.

      Usuń
    2. hahahahhahaaa oj tak... zwłaszcza tacy, którzy mają dyplom ukończenia szkoły plastycznej i nazywają się twórcą ludowym :) takich lubię najbardziej ;)

      Usuń
    3. Miałam kolegów na studiach, którzy ani razu do biblioteki nie zajrzeli :) Ale potem wielcy "potfurcy".

      Usuń
    4. Hahahahahahaha no to zminiam zdanie - mogą byei twórcy ludowi po studiach ;)

      Usuń
  4. Nie wiem czemu mam wrażenie, że to jeden z Twoich najlepszych artykułów, a może właśnie najlepszy! Sama się dziwię takiej konstatacji, bo były i bardziej wypracowane, takie, w do których musiałaś wiele doczytać, i bardziej obszerne... A tu parę impresji, zapach siarki, i czuje się atmosferę miejsca wieloma zmysłami.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Chociaż nie za bardzo klasyfikuję artykuły, one często są bardzo różne, dotyczą różnych dziedzin. Kwestia nastrojów, czasu, którego mogę poświęcić na pisanie, itp.

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *