poniedziałek, 13 marca 2017

NIEDZIELNE RADOŚCI

Powiało zimą w poprzednim artykule, więc śpieszę donieść, że to wierutna nieprawda, albo baaaaardzo odległa przeszłość.
Wiosna w tym roku robi wielki ukłon, jest taka, jaka powinna być wiosna, chłodnawa nocą, za dnia spacerowa, lekko długorękawkowa, a w słońcu nawet obiadowa.

Miałam pisać o pewnych dwóch muzeach, ale one poczekają, a pogoda, jak to pogoda, bywa kapryśna, więc lepiej ją obłaskawić zachwytami.
Zanim ruszyłam z przygotowaniem niedzielnego obiadu, przeszłam się po ogrodzie. W końcu zeszłam na najniższy taras, gdzie odkryłam trochę kwietnych skarbów. Zresztą, cały ogród zachowuje się wiosennie. 
Ucieszyły mnie i proste stokrotki, malutkie, dzikie złocienie i anemony, które już prawie przekwitają, za to szykują się zasadzone przeze mnie jesienią. Żonkil, czy barwinek, nie sprawiły mi kłopotu w rozpoznaniu, ale miałam wielki problem z nazwaniem pewnych kwiatów, dopiero, gdy pochyliłam się z nosem nad nimi, z zadziwieniem rozpoznałam hiacyntowy zapach. Dzikie hiacynty? Liście mają zbliżone do żonkili.

Zaskoczyło mnie dużo niebieskości i fioletów, do wymienionych wcześniej trzeba dodać jeszcze fiołki, ogórecznik i rozmaryn, i takie maleństwa, których wszędzie pełno, a pszczoły teraz w nich buszują wypełniając całą łąkę bzyczeniem.



Część kwiatów musiała skończyć w wazonie - taki ich los! Lubię je w każdej formie, także tej udomowionej.
Na stół w ogrodzie zerwałam ciemierniki, resztą oprawy zajęło się słońce.

Pamiętając o skwarze, który latem będzie kazał chować się w domu, musiałam wykorzystać czas, gdy bez żadnego zadaszenia można usiąść i pałaszować z widokiem. 
Wyniosłam psom legowiska. Druso większość przeleżał w cieniu, ciągle jeszcze ma wystarczająco dużo czarnej sierści, by szybko się nagrzewać, a starowinka Bojangles nic sobie nie robił z ciepełka, najlepiej mu pod przykryciem, na chwilę najwyżej wysuwał pysk, albo ... łapy.

Miałam spędzić leniwe niedzielne popołudnie w domu, ale po Mszy, L. zaproponowała mi, byśmy się wybrali z jej mężem na spacer do Striglianelli. Motywacją, oprócz pogody, wspólnego towarzystwa, była też możliwość zobaczenia wnętrza kościółka, który Wam pokazałam we wpisie "Pierwsze impresje"Na zakończenie "Acqua Santa" (rodzaju kolędy), z którą Krzysztof poszedł do pobliskich domów, zaplanowana została tam Msza św. To rzadkie wydarzenie (w wykonaniu obecnego proboszcza po raz pierwszy), więc trzeba było łapać okazję. 


Szliśmy do Striglianelli trasą niezwykle urokliwą, przy dźwięku szumiącej górskiej rzeczki.

Dowiedziałam się na 100 %, że woda tu nie wysycha, więc mam silne postanowienie spróbowania, czy chłodzi w największe upały. Spotykane po drodze kaskady już teraz kusiły, by zrobić sobie masaż z biczy wodnych. 
Ponoć są tutaj pstrągi!

L. pokazywała mi różne roślinki, twierdząc uparcie, że są pysznymi sałatami. Dużo nauki przede mną.
Dwa tygodnie temu ja z kolei pokazałam jej gallusy, z których robi się atrament, więc podczas tego spaceru każdy dąb był pilnie oglądany, czy znajdują się na nim charakterystyczne narośle. Uzbieraliśmy następną porcję do warzenia.
208-IMG_2380

W końcu dotarliśmy do kościółka. Prościutki, wiejski, pełen uroku.

I te dzwony!


Warto było się wybrać dla samego ich dźwięku niosącego się po wzgórzach. Nazwa osady brzmi właściwie jak dzwonki - wymawia się ją striljanella.

Wyprawa do Striglianelli zakończyła się kawą w Trattoria Torracchi (pisałam tutaj o jej pysznie domowym jedzeniu). Kawa nie działa na mnie pobudzająco, za to takie dni, jak wczesno wiosenna niedziela i owszem, dodają animuszu, uskrzydlają, chce się chcieć!

205-IMG_2377

sobota, 11 marca 2017

ZŁODZIEJE!

Zwariowałam zupełnie.
Mało mam zajęć?
Ale nie mogę im odpuścić.
W ogrodzie mieszkają złodzieje. Kradną mi czas, bywa, że długie minuty czaję się, by je złapać.Tak, tak "je", nie "ich".
Mam bardzo dobre miejsce do prowadzenia obserwacji, w kuchni są przeszklone drzwi, wychodzące bezpośrednio na ogród, a i łazienka ma pojedyncze okno z tej samej strony. Możecie być pewni, że to były pierwsze szyby umyte w tym domu.
Zafascynowały mnie ptaki!
Niektóre stadnie buszują w części z gajem oliwnym, bo zostało tam dużo owoców, gdyż w zeszłym roku nie zbierano oliwek, pospadały, więc zwłaszcza szpaki miały wyżerkę całą zimę.
Niektórym maleństwom trochę dopomogłam, wyłożyłam karmę, nadziałam jabłko na gałąź najbliższego drzewka. Podczas mrozów lałam gorącą wodę do poidełka, by rozmrozić lód. Na początku myślałam, że robię coś głupiego, ale szybko się przekonałam, że ptaki korzystały z tak pozyskanej wody, nie tylko, by zaspokoić pragnienie, ale, by się wykąpać!
Zauważyłam, że sroki są strasznie płochliwe, nie podchodzą blisko budynku, przejęły tereny na krańcu ogrodu, a i tak, gdy wyczują, że stanęłam w drzwiach, szybko odlatują.

Myślę o zrobieniu listów gończych, ale muszę znać nazwiska podejrzanych:



Bardzo się ucieszyłam ze szczygłów. Nigdy nie widziałam ich na żywo. Część już rozpoznałam, ale nie jestem pewna niektórych, zostawiłam więc je bez podpisu. Może wśród czytelników znajdą się znawcy? Bo ja to absolutnie początkująca jestem.
Jeśli ktoś rozpozna ptaszę, proszę napisać w komentarzu. 

poniedziałek, 6 marca 2017

RZYMSKA MOZAIKA cz.II

Jednym ze sposobów, w jaki odkrywam nowe miejsca, jest wejście na mapę i krążenie po interesującej mnie okolicy.
Szukam na mapach Google, po zdjęciach, albo na mapie Wikipedii.
Pewnie napiszę oczywistość, ale może przyda się ona komuś.
Większość opisanych na Wikipedii zabytków nad zdjęciem w prawej kolumnie ma malutkie menu z koordynatami geograficznymi i mapą, na to ostatnie słowo klikam, bo można przez link dojść do następnych zaznaczonych na mapie obiektów, najbliższych temu, co pierwotnie sobie oznaczyłam.

Zaczęłam od konsulatu i promieniście wyszukiwałam czegoś, na czym zawiesiłabym oko.
Jest! Nie wchodziłam w opisy, szybko przeszłam na stronę kompleksu, żeby się zorientować, jakie są jego godziny otwarcia. Uważajcie! Mają przerwę obiadową.
Zanotowałam w pamięci nazwę, ogólny kształt budynku i lokalizację. To wszystko.

Nie doczytałam nawet, na którym przystanku konkretnie należy wysiąść (strajk, na szczęście, już się skończył), a tak pojechaliśmy o jeden za daleko, dzięki czemu zaczęliśmy od lepszej strony; lepszej, bo zachwyty mogły wzrastać, a trudniej byłoby zacząć od wysokiego C i się na nim utrzymać.
Gdzie dotarliśmy?
Do kompleksu zabytkowego Św. Agnieszki za Murami, oddalonego o około 2 kilometry od aureliańskich murów.
Wszyscy miłośnicy Piazza Navona mogą się zdziwić, że znowu św. Agnieszka, wszak tam jest też kościół pod jej wezwaniem, słynący też z historii pojedynku artystycznego między Berninim a Borominim.
Według legendy to tam zginęła nastoletnia Agnieszka, która sama przyznała się do bycia chrześcijanką. Obnażono ją, lecz cudownie urosły jej długie włosy, by okryć niewinne ciało; oddano ją do domu publicznego, bo prawo rzymskie zabraniało zabijania dziewic, ale jedyny mężczyzna, który odważył się do niej podejść, został rażony ślepotą, wrzucono ją do ognia, nie spaliła się, więc dobito ją mieczem przebijając gardło, inne wersje mówią o ścięciu głowy. Tak czy siak, łatwo nie przyszło jej zabicie.
Rodzina pochowała ją w już wtedy funkcjonujących katakumbach za murami.
Weszliśmy najpierw do Bazyliki św. Agnieszki, z zewnątrz mocno romańskiej, położonej w narożniku między ulicami Nomentana i S.Agnese.

Kościół ten ma tytuł bazyliki mniejszej (większe są tylko cztery), który przyznaje się kościołom o większym znaczeniu liturgicznym, pielgrzymkowym, czy zabytkowym. Nie znam życia liturgicznego, ani pielgrzymkowego tego miejsca. Sprawdziłam potem, czy Hanna Suchocka wymienia go wśród bazylik stacyjnych - nie, ku mojemu zaskoczeniu (patrz: "Rzymskie Pasje. Kościoły Stacyjne Wiecznego Miasta"). Jestem za to bardzo przekonana, że Bazylika św. Agnieszki zasługuje na swój tytuł jako dzieło sztuki.

Wewnątrz widać wiele przeróbek, lecz nadal czuć charakter średniowiecznej świątyni, bo trudno tu pisać o zupełnych jej początkach, czyli IV wieku. Ciągle trwają rytmy kolumn i arkad, tworząc rzadkie w Rzymie empory.

Wyraźna różnorodność kolumn każe domyślać się "odzysku". To pozostałości z różnych antycznych ruin. Widać trzony gładkie, z pionowymi żłobieniami, ze spiralnymi - różne materiały, wiek powstania, wielka zbieranina.
Światło leniwie sączy się przez małe okna, jednak pozwala wyłapać mgnienia najcenniejszego chyba zabytku - mozaiki w apsydzie. Pochodzi z VII wieku i przedstawia św. Agnieszkę, koło której stoi dwóch papieży: Honoriusz i Symmachus (i tu się rodzi niepewność, bo są źródła, które mówią, że to Grzegorz Wielki, z księgą jako atrybutem). Kompozycja jest bardzo prosta, ze schematycznie przedstawionymi postaciami, widać wyraźnie wpływy sztuki bizantyjskiej.

Zapamiętajcie koniecznie te sztywne postaci, ich niematerialność, symboliczność. To nie są portrety realnie żyjących osób. Nawet się nie będę wysilać na lepszy opis, bo bardzo sugestywnie uczyniła to Bożena Fabiani w książce "... Muszę i Rzym zobaczyć":
W ... Santa Agnese fuori le Mura w lśniącej złotem apsydzie pojawiają się mozaikowe postaci zaledwie dwuwymiarowe, pozbawione wypukłości, odcieleśnione. Śliczna buzia św. Agnieszki o rysach laleczki jest całkiem płaska, a jej postać "wprasowana"  w złote tło boskiej krainy, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, ale też i nie ma cienia. Tracą też swą zwyczajną wypukłość fałdy szat, znika wszelki modelunek, a światłocień zastępuje kreska, linia, kontur. Jest to sztuka czystko dekoracyjna, pozbawiona iluzji przestrzeni i narracji, daleka już od tradycji hellenistycznej.
A że bidulkę usiłowano najpierw spalić, potem przebito gardło, to po bokach stóp ma płomienie, które się rozstąpiły by jej nie tknąć, a pod stopami leży miecz. Uczyniono tutaj z niej władczynię, może władczynię rzymskich serc? Zwą ją wszakże pupilką Rzymian (od słowa źrenica = łac.pupilla). Stoi więc sztywno ubrana w we władczą purpurę, obwieszona perłami. Na szacie "wyszyte" feniksy - symbol nieśmiertelności, odrodzenia się (tutaj dosłownie) z popiołów.
Ciekawe, że Agnieszce nie dodano istotnego atrybutu, po którym od razu można ją rozpoznać - dwóch baranków. Baranki? Znowu pojawia się kilka tłumaczeń.
Jedni twierdzą, że jest to pamiątka po wizji, jaką mieli rodzice świętej - zobaczyli córkę z dwoma barankami.
Inni zauważają, że greckie słowo hagnè (czysta, dziewicza) kojarzyło się Rzymianom ze słowem agnus (baranek).  No i że baranek jest wszak symbolem Chrystusa.
Przez stulecia potem składano w bazylice te zwierzęta, jako ofiarę. Ale niech się nie gorszą obrońcy zwierząt, nie zabijano ich, tylko wręczano je papieżom właśnie w święto Agnieszki (21 stycznia). Z wełny tych baranków robiono paliusze (pasy, swoiste stuły, wręczane co ważniejszym kapłanom Kościoła Katolickiego, obecnie nowo mianowanym metropolitom). Tradycja jest nadal aktualna, paliusze przed wydaniem leżą najpierw w urnie, która jest ulokowana nad grobem św. Piotra i to ją widzą wyglądający miejsca pochówku pierwszego papieża w Bazylice św. Piotra.
XVII wieczny baldachim usiłuje odwrócić uwagę patrzącego, ale nie jest w stanie, mozaika, każe wykręcać szyję, szlachetna prostota ma większą siłę przebicia.
Mozaika ma tak wielkie znaczenie, że w zwykłych przewodnikach niewiele więcej pisze się o wnętrzu. A przecież wystarczy podnieść głowę, by zobaczyć pozłacany drewniany sufit z pełnoplastycznymi rzeźbieniami.

Potem trzeba się rozejrzeć na boki, obejrzeć kaplice, w jednej widać średniowieczny fresk z Madonną, w innej św. Augustyna z następnej epoki. Jest też i kaplica z marmurowym ołtarzem, na którym ulokowano dwóch świętych oraz głowę Chrystusa, będącą XVI wieczną kopią z Michała Anioła.
W kościele wybudowanym na miejscu pochówku świętej nie może zabraknąć jej grobu, wystarczy zejść do krypty, w której pochowano i inną świętą - Emerencjanę.

Po prawej stronie od wejścia widać wielkie przeszklone drzwi, a za nimi schody wiodące w górę.

Stanowią rodzaj galerii z fragmentami tablic nagrobnych z lokalnych katakumb. Dla mojej duszy owładniętej literami, to uczta. Ileż tu krojów, ileż pomysłów na literę!



Schody wiodą na dziedziniec przyległego klasztoru, na który można też wejść prosto od Via Nomentana.

Ale nie wychodzimy, idziemy w drugim kierunku, odnotowujemy istnienie baru, zielonego zakątka na relaks, boiska, za którym skręcamy i "galerią zupełnie współczesnego liternictwa" idziemy ku następnym skarbom.




Ponieważ zachodzimy poniekąd z boku, najpierw widzimy wielką łąkę obramowaną ruinami starej bazyliki. To dopiero był kolos!

W chronologicznym porządku mamy do czynienia z pozostałościami najstarszej części całego kompleksu. Bazyliką konstantyńską, nazwijmy to, cmentarną. Teraz został tylko łuk apsydy, stoi wyrwany z kontekstu i chroni trawnik przed wiatrami. Był to bardzo intrygujący budynek, absolutnie odmienny w swojej roli od tego, do czego przyzwyczaiła nas nazwa "kościół".  Całą jego podłogę wypełniały pochówki, to jeszcze nic niezwykłego, ale już stypy w tym miejscu do naszych przyzwyczajeń nie należą. Ciekawe, że mimo wybitnie sepulkralnego charakteru, stara bazylika nie została wybudowana nad grobem św. Agnieszki, nad nim stanęła ta nowsza, z mozaiką.
Skąd nazwa konstantyńska? Budynek powstał na życzenie córki cesarza Konstantyna II - Konstantyny. To imię powoduje dużo zamieszania w tłumaczeniu na język polski. Raz się używa Konstantyna, raz Konstancja. Chodzi o wnuczkę (a nie córkę) Konstantyna I, tego, który wydał edykt proklamujący swobodę wyznawania chrześcijaństwa - Flavię Massimę Faustinę Costanzę żyjącą w IV wieku.
Mury, które zachowały się po dziś robią o wiele większe wrażenie od strony ulicy, na którą nie dotarliśmy. Nawet przez myśl mi nie przeszło iść je oglądać z tamtej strony, bo byłam pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyłam po tych ruinach.
Najlepiej zacznę od planimetrii:
http://www.santagnese.org/foto/plainmetria.jpg

W prawym rogu u góry widać pokazaną już przeze mnie Bazylikę św. Agnieszki. Główny, bardzo duży zarys, to owe ruiny z łąką, lecz tym, co mogę nazwać klejnotem niezwykłej urody, jest zaznaczone na mapie kołem Mausoleo di Santa Costanza, czyli kaplica grobowa poświęcona Konstancji, choć nie taki był cel jej wybudowana. To Konstancja postanowiła uhonorować ulubioną świętą Agnieszkę, dzięki której zaznała uzdrowienia, lecz Agnieszka pozostała w krypcie.
Zanurzamy się w IV wiek.
Kiedyś mauzoleum przylegało do konstantyńskiej bazyliki, teraz jest skarbem samym  w sobie, zamkniętą kompozycją, do której, idąc prosto od strony obecnej Bazyliki św. Agnieszki wiedzie aleja z żywopłotu. Nad nią pochylają się zadziwiająco wiotkie pinie. A może kłaniają się dumnym i prostym cyprysom po drugiej stronie?

Cały czas odsuwam moment wejścia.
Nabieram głębokiego oddechu, nie wiem, jak opisać to, co zobaczyłam, jak nie popaść w skrajną egzaltację (wiem, wiem, że mam do niej skłonności).
To może jeszcze chwilę, co się działo z budynkiem przez wieki.
Pochowano w nim nie tylko Konstancję ale i jej przyrodnią siostrę. Forma kaplicy wręcz sprzyjała temu, by zrobić z niej baptysterium i tak się stało. Na przestrzeni wieków, gdzieś w ludzkich głowach zalęgło się, że jeśli pochowano tu jakąś Konstancję, to znaczy się, że musiała być męczennicą i w powszechnym przekonaniu musiała być świętą. Stąd już niewielki krok do zmiany nazwy na Santa Costanza.
Około XIII wieku zmieniono funkcję i kaplica stała się kościołem.
Wchodzimy, z zalanego słońcem podwórza do półmroku, jeśli w ogóle oddycham, to tylko wczesnym chrześcijaństwem zakorzenionym w antyku.

Teraz staje się zrozumiałe, skąd w późniejszych wiekach pomysł na chrzty w tym miejscu. Kaplica powstała na planie centralnym, przestrzeń ołtarzową od ambitu oddziela podwójny rząd kolumn tworząc charakterystyczne rytmy. część centralna jest wyższa, co pozwoliło umieścić w niej rytmiczne ułożone okna, główne źródła dziennego światła.

Kontrast w oświetleniu jest tak wielki, że ambit doświetlony małymi okienkami pozostaje w głębokim cieniu.

Przyjrzyjmy się więc jeszcze środkowi, skoro przyciąga jasnością.
Wnętrze kopuły, wieńczącej na  antyczny sposób budynek, zostało pokryte freskami.

Trudno się jednak nimi zachwycić, jeśli wyobraźnia próbuje sobie wytworzyć wcześniejszy obraz - ponoć pełnej splendoru mozaiki.
Od razu widać, że pomieszczenie przeznaczono na uroczystości ślubne. Nie dziwię się wcale, bo architektura skupiona centralnie na ołtarzu i bliskiej niego Parze Młodej wspomaga w podkreśleniu podniosłości sakramentu.
Jest jeszcze coś w mauzoleum, co niesamowicie pasuje do zawieranego małżeństwa, do Mszy św., ale o tym za chwilę.
Odwróćmy się i przejdźmy ambitem, który wiedzie nas po kręgu. Uwaga ciągle jeszcze jest skoncentrowana na samej architekturze. Mimo centralnego planu, spostrzegamy chrześcijański element jakim jest krzyż. To nie tak oczywiste skrzyżowane naw i transeptu, lecz skrzyżowanie linii łączących największe nisze wyraźnie ulokowane symetrycznie tak, żeby powstawał równoramienny krzyż.
http://www.santagnese.org/img/scostanza_plan_sez.gif

W dużej niszy, dokładnie na wprost wejścia (4) ustawiono gipsową kopię nagrobka Konstancji. Oryginał wykonano z czerwonego porfiru, zarezerwowanego dla rodziny cesarskiej; od XVIII wieku znajduje się w Muzeach Watykańskich.
Powolutku doprowadzam Was do mojego największego zachwytu tego dnia. Do owego wysokiego C. Przyjrzyjcie się dekoracji wiernej kopii nagrobka.



Widzicie motywy chrześcijańskie? Szybko z chęcią odpowiemy, że tak, że przecież winorośl to główna roślina, poza kłosem zboża, która należy do bogatego świata symboliki chrześcijańskiej.
Nic z tego, mimo, że nawet widzimy uskrzydlone postaci. To antyczne putta i dionizyjskie sceny winobrania. Jeszcze nie wytworzył się chrześcijański kanon ikonograficzny. Oczywiście są proste elementy na tablicach nagrobnych, w katakumbach, ale sposób przedstawiania świata zostaje zapożyczony z bliskiego ówczesnym artystom antyku.
Mało przekonujące?
No to teraz spojrzymy w górę, na sklepienie beczkowatego ambitu. Zachowały się na nim oryginalne mozaiki. Koniecznie trzeba zapalić światło (wrzuć monetę, jakąkolwiek, ile wrzucisz, tyle oglądasz ze szczegółami). Czas za pierwszą monetę (sknerstwo nie popłaca) szybko się skończył. Na zachwyty pozwoliła druga, o dużo większym nominale. Pierwsza moneta przekonała mnie, że nie mam szczędzić.
Bogactwo kształtów, barw, kompozycji, wszystko się rusza, ćwierka, lśni, tańczy, fruwa, łopocze, pachnie cytrusami, laurem, tchnie dostojeństwem portretów. Życie.






Zawsze mnie intryguje zmysł estetyczny każący w znacznej odległości od wzroku lokować tyle piękna, tak szczegółowo przekazanego, w epoce bez zoomów i lornetek.
Jak zauważyliście zapewne, i na suficie dominuje dionizyjska żywotność. Wrócę jeszcze więc do sakramentu małżeństwa, który z chęcią zawierają tu Rzymianie.
Tak sobie pomyślałam, że na Mszy św. nie tylko wino w krew się zamienia, ale i pierwszy cud dotyczył wina u nowożeńców. Cudem też jest to, że ta opleciona mozaikowymi winoroślami struktura przetrwała do naszych czasów i cieszy oko, a serce wznosi ku radości.

Nie oprę się cytatowi znalezionemu w "Słowniku obrazów i symboli religijnych":
"Wino, wywołujące w człowieku poczucie wyższej formy życia ..."

A ja myślę, że nawet wina nie trzeba, by dotknąć doskonałości. 

Jeśli kilka zdjęć w artykule nie przekonało Was do moich zachwytów, 
zapraszam do obejrzenia całego albumu.



czwartek, 2 marca 2017

RZYMSKA MOZAIKA cz.I

Dziesięć lat pobytu w Toskanii wiąże się też z prozą, jaką jest paszport. Tuż przed wyjazdem z Polski wyrobiłam nowy, więc nadchodzi kres jego ważności. Na razie nie mam polskiego dowodu osobistego (czeka w kraju, gdyż można go odebrać tylko osobiście), musiałam wybrać się do Rzymu. Słodki przymus, choć konieczny.
Krzysztof nie mógł mi darować warsztatów i nocnych Polaków rozmów, na które nie miał jak się wyrwać, więc tym razem Rzymu nie odpuścił.
Wyprawa była nie tylko użytkową, ale i turystyczną, więc pojawi się tu kilka podpowiedzi, może się kiedyś komuś przydadzą.
Skoro świt, a nawet i ciut wcześniej, ruszyliśmy ku Florencji.
Przy okazji wypróbowaliśmy tańszą opcję parkowania, w tym mieście nieprzyjaznym parkującym. Podzielę się z Wami odkryciem, że tuż pod stacją Firenze Rifredi jest płatny parking, za którego używanie przez kilkanaście godzin zapłaciliśmy 5 euro, godzina kosztuje 0,50 euro, ale w pewnym momencie nie nalicza się już godzin, tylko płaci opłatę dzienną. Dla porównania, parking pod główną stacją kolejową nalicza 3 euro za godzinę i nie ma zmiłuj.
Tani parking znajduje się tutaj.
A potem pociągiem (można i innymi środkami), na miejskim bilecie, dojechaliśmy do Firenze Santa Maria Novella i statmąd już żwawym, szybkim pociągiem (tym razem prywatnej firmy Italo, bo był tańszy) ruszyliśmy na umówione w konsulacie spotkanie.
Ta umówiona godzina przyczyniła się do lekkiego stresu, okazało się, że Rzym zastrajkował. Pani w informacji turystycznej kazała iść sprawdzić, czy nasz autobus akurat jeździ - taka ci to informacja. Nikt nic nie wiedział, dzikie tłumy ludzi chcących przenieść się z punktu A do punktu B.
Pozostała taksówka, lecz kolejka pod dworcem była niemożebna, a większość taksówek tylko koło niej przejeżdżała.
Mapy Google'a podpowiedziały nam opcję posłużenia się aplikacją My Taxi (wiem, że firma istnieje też w Polsce). Szybko ściągnęliśmy aplikację. My Taxi działa podobnie jak Uber, lecz jej samochody są oznaczone, jak zwyczajne taksówki, plus własne logo. Taksówka My Taxi jest tańsza, mamy pewność, że kierowca wiezie nas najkrótszą trasą (co widać na ekraniku), a płatności wykonujemy w wybrany przez siebie sposób. Cenna też okazała się możliwość bezpośredniego kontaktu z kierowcą przed jego dotarciem do nas, bo w tym lokomocyjnym pandemonium można było się nieźle pogubić.
Mam nadzieję, że firma przetrwa, gdyż dzień wcześniej strajkowali pozostali taksówkarze, chcąc wymusić stare sposoby funkcjonowania rzymskich przewoźników.
W konsulacie wszystko poszło sprawnie, teraz pozostaje czekać na nowy dokument.
Strajk jeszcze trwał, więc odwróciliśmy plany wymyślone przeze mnie na ten dzień.
Poszliśmy na przystanek, udało się załapać na jakiś autobus jeżdżący według niedzielnego kursu (a była środa), więc nie ryzykowaliśmy i pojechaliśmy na Piazza della Repubblica, skąd spokojnym spacerem ruszyliśmy ku Piazza Navona.
Tyle razy przemierzałam autobusem Via Nazionale, a jakoś  nigdy wcześniej nie zobaczyłam kościoła San Vitale, może dlatego, że jest położony dużo poniżej poziomu ulicy, można było go więc przegapić. Pieszy ma inny wgląd w miasto, spojrzy w dół, zejdzie skuszony romańskością, zostanie zaskoczony barokowym wystrojem z perfekcyjnie wymalowaną marmuryzacją i ... pójdzie dalej.


Krzysztof studiował w pobliżu Piazza Navona, na Uniwersytecie Santa Croce, zrozumiałe było, że chciał chociaż stanąć w drzwiach swojej Alma Mater.
Zaraz naprzeciw zasiedliśmy u "Ciro" do pysznej pizzy i absolutnie genialnego tiramisu, mocno kawowego,  nasyconego Rzymem :)
Na całą przedobiednią mozaikę składa się jeszcze wiele innych obrazów, niepowiązanych ze sobą.
Zrobiłam więc znowu zewnętrzny album:

RZYMSKA MOZAIKA 



Przeskakuję w chronologii dnia i dochodzę do momentu, gdy do pociągu zostało nam około półtorej godziny.
Hmm... Co robimy?
Wiesz, blisko jest Santa Maria Maggiore, może wstąpimy, poszukam grobu Costanzy (opisanej niedawno przeze mnie w artykule "Namiętna historia") ?
Po przejściu bramek bezpieczeństwa (brrr, okropny znak czasów), trafiamy na stanowisko z informacją. Młodzi, przystojni panowie lojalnie najpierw mówią, że wstęp do Bazyliki jest bezpłatny, ale ... Jest możliwość zwiedzenia Loży Błogosławieństw (i nie tylko). Koszt biletu 5 €.
Grupa włoskojęzyczna miała spotkanie za 40 minut, więc poszłam przeprowadzić śledztwo w sprawie wspomnianego grobu.
Wypytałam o jej miejsce pochówku, uprzejmy młodzian stwierdził, że musi być pochowana w kaplicy rodu Borghese, ale pewnie jej grób nie jest dostępny, bo złożono ją pod kaplicą. Najpierw musiałam dojść do tego, która to kaplica jest ową mi wskazaną. Nachodziłam się, naszukałam słowa ze słynnym nazwiskiem, a przecież wystarczyło pamiętać, że jeden z papieży (Paolo V) pochodził z Borghese.
Stojąc na wprost ołtarza po lewej jego stronie widać bardzo dużą kaplicę, do której wstęp mają jedynie modlący się, z których ponoć częstym (policzono, że 57 razy) i niezapowiedzianym bywa Papież Franciszek . Weszłam więc cichutko i zajrzałam jedynie do dwóch nisz, by absolutnie nie przeszkadzać. Głupia, miałam nadzieję zobaczyć ślad materialny po istnieniu Costanzy. To, że pozwolono jej zachować prawo do rodowego nazwiska, nie znaczy jeszcze, że mieli ją wielce honorować. Chciałam zrobić Monice niespodziankę odnalezieniem grobu, no cóż ... Mam tylko zdjęcie kaplicy zrobione zza krat:

Poszłam jeszcze na drugą stronę ołtarza, zapalić krótką modlitwę pamięci Berniniego.

I nadszedł czas na zupełnie niespodziewaną nowość.
Nowość bardzo wiekową, bo chodzi o Lożę Błogosławieństw powstałą w XVII wieku, umieszczoną w fasadzie Bazyliki Matki Bożej Śnieżnej. Zawsze żałowałam, że jedna z najstarszych bazylik została tak barokowo i rokokowo potraktowana, dobrze więc chociaż, że, z pewnymi stratami, ale zachowały się mozaiki z poprzedniej fasady, autorstwa Filippo Rusutiego (podpisanego pod wizerunkiem Chrystusa Tronującego), powstałe w XIII wieku, możliwe do obejrzenia, dzięki wykupionemu biletowi, zupełnie z bliska. Oprócz przedstawień o charakterze ogólnym religijnie, że się tak wyrażę, widzimy cztery sceny z wyobrażeniem legendy powstania samego kościoła. Kościół pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej jest to jedyną Bazyliką Większą, której nie postawiono nad grobem pierwszych męczenników Kościoła Katolickiego. Jej miejsce wybrano pod wpływem cudu, jakim miał być śnieg spadający 5 sierpnia wyłącznie na rzymskie wzgórze Eskwilin, w czasie największych upałów! Chciałabym znaleźć się w tym dniu we wnętrzu tego kościoła, kiedy to sypie się w nim białe płatki kwiatów. Musi to wyglądać niezwykle spektakularnie.
Mozaiki przecudne, pełne detali, bardzo malarskie, pod szatami czuć człowieka, niektóre twarze zdają się być portretami. Samą scenę z opadem śniegu zakrywa olbrzymi anioł - jedna z czterech rzeźb postawionych kiedyś koło konfesji we wnętrzu, ale ze względu na nieproporcjonalną olbrzymiość pozbyto się ich, nieelegancko zastawiając i tak już zasłonięte częściowo mozaiki.

Tej sceny ze śniegiem to darować nie mogę, wygląda, jakby Jezus Chrystus razem z Madonną pierze wysypywali. Cudeńko! Zresztą, inne sceny też sama radość dla oczu, jak chociażby Madonna interweniująca we śnie za pomocą strzelistych promieni.

Dodam, że mozaiki, o ironio losu!, też powstały jako przeróbka, bo sama bazylika była wybudowana już w V wieku.
Przed zwiedzaniem przewodnik uprzedził, że w Loggi jest odkryty drut podłączony pod prąd, żeby odstraszyć ptaki). Ja jakoś tych ptaków zupełnie nie zanotowałam w głowie, więc rozejrzałam się za pierwszym razem, nie zobaczyłam drutu i zapomniałam o nim. Przeskoczę teraz do chwili, gdy wracaliśmy przez Lożę, przeskoczę, niby iskra elektryczna. Domyślacie się, że tylko taka sierota, jak ja mogła zostać porażona prądem na ptaki?
Akurat robiłam zdjęcia placu i ulic widzianych z balkonu.

Tak się przymierzałam, tak się przymierzałam, że prąd zmierzył się ze mną.

Myślę, że mało kto może "pochwalić się" kopnięciem w Loży Błogosławieństw :)
Z fotograficznym efektem:


Wracamy do zwiedzania. Wchodzimy do apartamentu Papieża Pawła V, położonej na piętrze, z boku kościoła. Gdyby ktoś nie wiedział, do kogo należało pomieszczenie, to nad każdymi drzwiami  (a jest ich tam spora cyfra) zobaczy jego imię i tytuł PAULUS V PONT MAX.

Sala stała się potem papieską, dlatego na ścianach wiszą także portrety następców Pawła V oraz różnych kardynałów.
Wyjątkowo na ścanie wiszą też portrety hiszpańskiej rodziny. Powód? Po dwóch latach od odkrycia Ameryki Izabella Kastylijska podarowała papieżowi niesamowitą ilość złota, użytego na pokrycie sufitu w Bazylice Matki Bożej Śnieżnej. To złoto ciągle tam jest, a przyjechało w pierwszej "dostawie" z Ameryki.
W apartamencie stoją dwie przepastne szafy z pięknymi strojami liturgicznymi należącymi do kardynała Scipione Borghese (słynnego mecenasa Berniniego) oraz kardynała Andrea Corsiniego. Wszystkie tkane srebrem i złotem. Nie mogłam obojętnie przejść koło manuskryptów, w tym kopii II Listu św. Piotra, napisanej w V wieku, podarowanej Bazylice przez Papieża Jana Pawła II.
Moją uwagę skupiły nie tylko pięknie zdobione księgi, ale i niepozorna księga rachunków tegoż kościoła, z 1500 roku.

Na koniec zwiedzania pokazano nam niespodziankę, która na pewno ucieszy Monikę. Oto klatka schodowa zrealizowana przez jej ukochanego artystę - Berniniego. Jest nadal używana przez księży mieszkających na górnych piętrach budynku przy Bazylice (patrząc na jej fasadę, po prawej stronie).
Niezwykłością tej konstrukcji jest brak wspierającej osi, jak to zazwyczaj bywa w spiralnie skręcanych schodach. Bernini tak rozplanował schodki, że siły rozkładają się niczym w wirówce, na zewnątrz, nie potrzebują centralnej podpory, każdy stopień podtrzymuje następny.





Te i więcej zdjęć z Bazyliki Santa Maria Maggiore do obejrzenia w albumie:




Zwiedzanie skończyło się idealnie w czas, zdążyliśmy jeszcze coś przekąsić na dworcu, ale to jeszcze nie koniec Rzymskiej Mozaiki. Niebawem przedstawię Wam głównego bohatera (a raczej bohaterkę) tego dnia.