piątek, 12 września 2014

UMBRYJSKIE WĘDROWANIE - cz.1

Spróbuję chociaż trochę wrócić do niewarsztatowych chwil w Umbrii.
Przygotowałam sobie kilka pomysłów na wyprawy.
Tylko niedziela pozwalała na dosyć długą wycieczkę, potem pozostawały popołudnia.
Zawsze to coś! Bywało, że jeździłam z grupą, bywało, że węszyłam po Umbrii samotnie.
Dzisiaj napiszę o wspólnej wyprawie na południe od Perugii.

Program był wyraźnie podzielony na trzy miejsca i obiad :)
O obiedzie trudno było decydować, zdałam się na miejsce, w którym zastanie nas pora na posiłek.

Jechaliśmy dwoma samochodami, bo Asia z mężem miała troszkę inne plany.

Pierwszym punktem na mapie było Foligno. Doświadczyło wielkich strat podczas II wojny światowej, ale warto przebić się przez jego współczesną skorupę, by dotrzeć przed katedrę dokładnie na Anioł Pański.

Od razu widać, że jesteśmy w podobnym do Asyżu regionie geologicznym.  Ciepły różowy kamień, budulec, który każdy, kto odwiedza miasto św. Franciszka, zapisze w pamięci.  Z zewnątrz wspaniałe zdobienia, romańskie i gotyckie. Trudno rozpoznać, co zmieniła XX wieczna odbudowa.
Wnętrze tylko mśunięte wzrokiem, bo chwilę po wejściu do niego zaczęła się Msza św.

Obchodząc budynek z lewej strony natrafia się na boczne wejście. Gdyby nie styl, nie mogłabym go powiązać z tym, co widziałam przed chwilą. Zdaje się być zupełnie osobną świątynią.

Mogłabym cały dzień spędzić tylko przy detalach, wpatrywać się w maski, zaglądać lwom w paszcze, zastanawiać się, jak traktowano wtedy zodiaki, że stały się fryzem nad wejściem do świątyni? Czy były wówczas tylko pasmem z gwiazdozbiorami? Nie interesuję się horoskopami, więc nie znam ich historii, nie wiem, kiedy zaczęto wróżyć w oparciu o gwiazdozbiory.

Czas, a raczej żołądek, przesunął wskazówki na porę obiadową. Z założenia odrzuciłyśmy lokale w pobliżu katedry. Poza głównym placem nie mogłyśmy nic znaleźć, oprócz ciekawych miejsc do fotografowania.
Detalami też człowiek się nie naje.

 W końcu weszłam do baru i zapytałam barmankę, gdzie tu można smacznie zjeść. Pani zaśmiała się,  tyle razy zadają jej to pytanie, że musi pomyśleć o otworzeniu własnej restauracji. Z pomocnym słowem odezwała się klientka. Powiedziała, że jeśli poczekam, aż wypije kawę, zaprowadzi nas do dobrego lokalu. Niedługo to trwało i ruszyłyśmy, miło sobie z panią rozmawiając. Dowiedziałyśmy się, że łatwiej w Foligno jest zjeść kolację, o obiad w sierpniu,  miesiącu włoskich wakacji, jest dużo trudniej. Polecana przez nią knajpka była zamknięta.
- No cóż, ona latem zazwyczaj jeździ do sympatycznej osterii w górach.
- Tak? A daleko to?
- 20 minut od Foligno.
- Dziewczyny, co o tym myślicie?
- Jedziemy!

Samochód dzielnie wspinał się wśród gajów oliwnych. Cicho, pusto, miejmy nadzieję, że w ogóle tu zjemy?
Jest szyld, to tutaj? W drzwiach są klucze. Wchodzę i pytam, czy otwarte.
- Tak! Tyllko prosimy "cichutko", bo dziecko śpi.

Z wielką chęcią podporządkowałyśmy się prośbie przesympatycznej kelnerki, a potem ... ucztowałyśmy. Podano nam pyszne przystawki, z grzybami, z warzywami z własnego ogrodu. Makaron z truflami uatrakcyjniono prezentacją trufli. Traktowano nas jak bardzo dobre znajome, na koniec zostałam wycałowana. Zakochałyśmy się w tym miejscu i szczerze wszystkim polecamy "Lo Stiriolo" przy Via Vocabolo Coste, nieopodal Trevi.  

Tak uskrzydlone ruszyłyśmy ku Spoleto, gdzie połączyliśmy siły i całą grupą wspięliśmy się ku katedrze.

To mój drugi pobyt w Spoleto, a niedosyt jeszcze większy. 


Po ostrej wspinaczce w upale dotarliśmy przed katedrę, wyrastającą na końcu nieckowatego placu.
Mimo, że na nic więcej czasu nie było, sama świątynia dostarczyła wystarczającą ilość wrażeń estetycznych. 
Jasna kamienna elewacja kusi rozetami i mozaiką z Chrystusem, Marią i Janem.
Do wnętrza zaprasza renesansowy portyk.

Barokowe wnętrze nie leży wielce w kręgu moich zainteresowań, ale są w nim trzy miejsca, którym mogłabym poświęcić osobną wycieczkę, a nie szybki rzut okiem (a tylko na taki starczyło nam czasu).

Najpierw zaglądam do Kaplicy Biskupa Ercoli, gdzie, mimo zniszczenia fresków, mozna zachwycić się lekkim pędzlem Pinturicchio.
Z tej kaplicy przechodzi się jeszcze dalej do Kaplicy Matki Bożej Wniebowziętej. Historycy sztuki nie umieją określić autorów barwnych, pełnych fascynujących szczegółów fresków.

Jeśli chcecie, by najważniejsze dzieło z katedry zostało jako ostatnie pod powiekami, by już nic nie zakłóciło Wam obrazu, obejrzyjcie kaplice po drodze, w prawej i lewej nawie, a potem zatrzymajcie się w prezbiterium. Zanim jednak tam dotrzecie, zajrzyjcie do kaplicy z ikoną, czy też do tej z relikwiami, powstałej w XVI wieku, by uhonorować cenną relikwię, jaką jest list św. Franciszka do Brata Leona.  Przyznam, że zrobiono to w imponujący sposób - tworząc intarsjowane ściany i zespolone z nimi, prostym rytmem rozwieszone, obrazy ze świętymi.

W brodę sobie pluję, bo zupełnie z głowy wywietrzał mi fakt, że w katedrze pochowany jest Filippo Lippi, autor wielu znanych już mi dzieł i dotąd nieznanego maryjnego cyklu w prezbiterium tej katedry.  Właściwie to dzieło jest zapewne jego projektu, ale śmierć nie pozwoliła mu go dokończyć.  Temat bardzo wdzięczny - historie z życia Maryi - wszystkie wielkie biblijne sceny z udziałem Matki Bożej - Zwiastowanie, Narodzenie Jezusa Chrystusa, Śmierć NMP i Jej Wniebowzięcie. Malarz miał już za sobą genialny cykl z Prato (opowiadałam o nim tutaj), nie dziwi więc maestria, zachwycające linie draperii, doskonałe barwy. Wszystko tchnie spokojem. Staję więc i chłonę, zapominam o reszcie grupy.

Zapewne, gdyby nie ostatni punkt wycieczkowego programu, stałabym tak do zamknięcia kościoła, lecz ...
Trzeba było się śpieszyć i odnaleźć San Gemini.
Moja koleżanka i imienniczka akurat tego dnia miała nieopodal wernisaż. Czyż to nie cudowne zakończenie dnia, dla osób, które chcą zmierzyć się z ołówkiem?
Małgosia Chomicz (mieszkająca nieopodal Perugii) w małym ex klasztorze rozwiesiła swoje fotografie nadrukowane na tkaninach.
Samo miejsce bardzo ciekawe, własność prywatna, tworząca stałą wystawę utalentowanego rzeźbiarza Guido Calori, tworzącego w XX wieku.

Otwarciu wystawy towarzyszył muzyczny duet. Tak mi się dobrze ich słuchało, że nawet aparat zaczął pływać z taktem granej melodii.


W atmosferze obcowania ze sztuką, zakończyliśmy dzień. Powoli wracaliśmy na parking, przyglądając się następnemu uroczemu miasteczku - San Gemini:



12 komentarzy:

  1. Uwielbiam te filmiki. Dźwięk mocno wpływa na obraz miejsc. Lepiej można poczuć klimat. Szkoda tylko, że dajesz ich tak mało :)
    Pozdrawiam serdecznie z Wiednia. Wierna czytelniczka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opracowanie takiego filmiku zabiera mnóstwo czasu. Zwłaszcza, gdy wysłuskuję tylko część nagranego materiału, bo reszta np. nie nadaje się do odtworzenia. Wiernie pozdrawiam.

      Usuń
  2. Tylko pozazdrościć.... choć na chwilę przeniosłam się w to piękne miejsce, dziękuje....

    OdpowiedzUsuń
  3. I zakończenie ze skrzyniami z oliwkami, czy można lepiej? Fantastyczny spacer...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystko tego dnia sprzyjało dobrym nastrojom.

      Usuń
  4. Piękne mieścinki. Zdjęcia bardzo zachęcają do odwiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, dziękuję Małgosiu! Powspominałam sobie... Ja też uważam, że filmiki duuuużo dają, nieraz jestem zła na siebie, że robię ich tak mało. Muzyka, odgłosy miasta, nawet szum liści przenoszą tak realnie w filmowane miejsca! Annamaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wolę zdjęcia. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że czasami film lepiej zilustruje słowa.

      Usuń