Wiem, że są tu miłośnicy mopsa, więc chciałam im pokazać, co przyszło dzisiaj do nas pocztą:
Druso oszalał, widzi chyba w tym szczeniaczka.
Ewuniu! Dziękujemy!
Marzenko! Tobie, żeby dni się bardziej do Ciebie uśmiechały.
czwartek, 13 października 2011
wtorek, 11 października 2011
JESIENNE ZBIORY
Zestaw nietypowy, ale z natury piękny. Róże przypomniały sobie, że ich zadaniem jest kwitnąć.Ciekawe, czy i u nas w ogrodzie znajdę jakąś zabłąkaną w styczniu? Tak jak kiedyś, gdy byłam w Fiesole.
Truskawka już raczej absolutnie ostatnie owoce zaczerwieniła. Reszty nie da rady, mimo że nawet jeszcze kwitnie. Pomidorów nie pokazuję, ale fachowiec od jedzenia ich jak jabłka stwierdził, że już tak nie smakują. A przecież słońce jeszcze nas nie opuściło, pewnie przeszkadza pomidorom, że dni dużo chłodniejsze i krótsze.
Odkryciem tej jesieni są granaty. Wokół niezamieszkałego parafialnego domu (tam, gdzie są owce) chwasty rozchwaściły się dokumentnie. Krzysztof wydał im walkę i odkrył krzew granatu. Piękny owoc, choć przyznam, że ilość pestek skutecznie przeszkadza mi w jego jedzeniu.
Za to inspiracja do martwych natur jak znalazł.
A może nawet jako motyw na świecy?
I tak płynnie przejdę do innych moich jesiennych zbiorów. Powtarzam motywy, wymyślam nowe.
Tworzenie świec bardzo mocno konkuruje z rysowaniem i malowaniem. Lubię zapach rozgrzanej parafiny i zabawę z barwami, które zawsze usiłują żyć własnym życiem, więc bywają dla mnie niespodzianką. Lubię, gdy z pomysłu, często rysunkowego, powstaje przedmiot o absolutnie niepraktycznym zastosowaniu.
Bo wszak w dobie elektryczności moglibyśmy obyć się bez świec, ale czy na pewno?
Niektóre są już zapakowane, przygotowane do znalezienia innego domu.
PS. Z ostatniej chwili: ponoć moja książka-poradnik ukaże się na przełomie listopada i grudnia. Oby!
Truskawka już raczej absolutnie ostatnie owoce zaczerwieniła. Reszty nie da rady, mimo że nawet jeszcze kwitnie. Pomidorów nie pokazuję, ale fachowiec od jedzenia ich jak jabłka stwierdził, że już tak nie smakują. A przecież słońce jeszcze nas nie opuściło, pewnie przeszkadza pomidorom, że dni dużo chłodniejsze i krótsze.
Odkryciem tej jesieni są granaty. Wokół niezamieszkałego parafialnego domu (tam, gdzie są owce) chwasty rozchwaściły się dokumentnie. Krzysztof wydał im walkę i odkrył krzew granatu. Piękny owoc, choć przyznam, że ilość pestek skutecznie przeszkadza mi w jego jedzeniu.
Za to inspiracja do martwych natur jak znalazł.
A może nawet jako motyw na świecy?
I tak płynnie przejdę do innych moich jesiennych zbiorów. Powtarzam motywy, wymyślam nowe.
Tworzenie świec bardzo mocno konkuruje z rysowaniem i malowaniem. Lubię zapach rozgrzanej parafiny i zabawę z barwami, które zawsze usiłują żyć własnym życiem, więc bywają dla mnie niespodzianką. Lubię, gdy z pomysłu, często rysunkowego, powstaje przedmiot o absolutnie niepraktycznym zastosowaniu.
Bo wszak w dobie elektryczności moglibyśmy obyć się bez świec, ale czy na pewno?
Niektóre są już zapakowane, przygotowane do znalezienia innego domu.
PS. Z ostatniej chwili: ponoć moja książka-poradnik ukaże się na przełomie listopada i grudnia. Oby!
poniedziałek, 10 października 2011
WINO I HERBATA
Gdyby nie Kinga, nie sięgnęłabym po następną książkę Dario Castagno. W "Za dużo słońca w Toskanii" jakoś odrzucał mnie kontrast między wrażliwością na Chianti a opisami przygód ze swoimi klientami. Nie za bardzo rozumiałam, po co to zrobił. Skoro jednak wpadła w moje ręce pozycja "Za dużo wina w Toskanii", to przeczytałam. Przeczytałam i zachwyciłam się. Czytając i śmiałam się w głos i łzy cicho uroniłam. Dario Castagno wciągnął mnie w świat, którego nigdy nie poznam, ukazał codzienność właściwie niedostępną obcokrajowcom. Swoje wspomnienia okrasił olbrzymią ilością przysłów związanych tylko z winem. Mimo, że nieznany jest mi stan upojenia alkoholowego, że nie podzielam jego stylu życia, z wielką przyjemnością czułam autentyczność przygód. A nawet gdyby były wytworem wyobraźni autora, to stworzył bardzo przekonujący świat.
dopisane 12 października:
Iwonka w komentarzu słusznie zauważyła, że przed tą książką wyszła "Osteria w Chianti". Zapomniałam zupełnie, co zresztą wyjaśniłam w komentarzu.
Drugi napój w tytule prowadzi do filmu Franco Zeffirellego "Herbatka z Mussolinim". W końcu obejrzałam! Już nawet nie pamiętam, skąd było we mnie przekonanie, że mam znaleźć dzieło i, oczywiście, obejrzeć. Przypomniałam sobie o tym podczas zwiedzania wystawy poświęconej Vasariemu. Tam pokazano fragmenty filmów z Uffizi jako bohaterem tła. Nie miałam wyjścia, film został zakupiony w sierpniu, ale ciągle coś się działo, że stał się mini półkownikiem. No bo Krzysztof też chciał obejrzeć film, poza tym, wolę wloskojęzyczne produkcje oglądać razem z nim, gdyż w razie wątpliwości językowych, nie muszę wrzucać pauzy. Czekałam więc na taką okazję, gdy spokojnie zasiądziemy i obejrzymy "Herbatkę z Mussolinim". Warto było czekać! Dzieło opowiada o ciekawym fragmencie historii Florencji i San Gimignano, a w niej dużej enklawy obcokrajowców, zwłaszcza Anglików (tych ponoć było wtedy 18 tysięcy). Myślałam, że oglądam historię wyobrażoną, dopiero potem dotarłam do wywiadu z reżyserem, gdzie wyjaśnia oparcie o autobiografię, własne przeżycia z dzieciństwa i dojrzewania. Nie obawiajcie się, nie opiszę historii, więc gdy kiedyś będzie Wam dane obejrzeć film, będziecie mogli rozkoszować się nie tylko fabułą, ale rewelacyjną obsadą oraz bliskimi memu sercu miejscami we Florencji i San Gimignano.
Dwa różne dzieła zakorzenione w jednym regionie, dwie różne osobowości i biografie, dwa okresy historyczne - razem: wzbogacenie spojrzenia na Toskanię.
dopisane 12 października:
Iwonka w komentarzu słusznie zauważyła, że przed tą książką wyszła "Osteria w Chianti". Zapomniałam zupełnie, co zresztą wyjaśniłam w komentarzu.
Drugi napój w tytule prowadzi do filmu Franco Zeffirellego "Herbatka z Mussolinim". W końcu obejrzałam! Już nawet nie pamiętam, skąd było we mnie przekonanie, że mam znaleźć dzieło i, oczywiście, obejrzeć. Przypomniałam sobie o tym podczas zwiedzania wystawy poświęconej Vasariemu. Tam pokazano fragmenty filmów z Uffizi jako bohaterem tła. Nie miałam wyjścia, film został zakupiony w sierpniu, ale ciągle coś się działo, że stał się mini półkownikiem. No bo Krzysztof też chciał obejrzeć film, poza tym, wolę wloskojęzyczne produkcje oglądać razem z nim, gdyż w razie wątpliwości językowych, nie muszę wrzucać pauzy. Czekałam więc na taką okazję, gdy spokojnie zasiądziemy i obejrzymy "Herbatkę z Mussolinim". Warto było czekać! Dzieło opowiada o ciekawym fragmencie historii Florencji i San Gimignano, a w niej dużej enklawy obcokrajowców, zwłaszcza Anglików (tych ponoć było wtedy 18 tysięcy). Myślałam, że oglądam historię wyobrażoną, dopiero potem dotarłam do wywiadu z reżyserem, gdzie wyjaśnia oparcie o autobiografię, własne przeżycia z dzieciństwa i dojrzewania. Nie obawiajcie się, nie opiszę historii, więc gdy kiedyś będzie Wam dane obejrzeć film, będziecie mogli rozkoszować się nie tylko fabułą, ale rewelacyjną obsadą oraz bliskimi memu sercu miejscami we Florencji i San Gimignano.
Dwa różne dzieła zakorzenione w jednym regionie, dwie różne osobowości i biografie, dwa okresy historyczne - razem: wzbogacenie spojrzenia na Toskanię.
FESTA PAROCCHIALE
Zawsze na drugą niedzielę października przypada główne święto parafialne M.B. Różańcowej. O samym święcie wspominam co rok, więc tym razem wraz ze zdjęciami opowiem Wam o pewnym swoistym sukcesie Krzysztofa. Sukcesie okupionym niedobrymi doświadczeniami.
Trzy razy w roku - na tę festę, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc - wystrój kościoła szykują rodziny. Angażują się w to niesamowicie, czasami wszystko same wymyślą i przygotują, zdarza się też że w jakiejś intencji opłacą zakupione kwiaty, czy inne materiały. Potem częściej pojawiają się i w ciągu roku, gdyż przedtem to bardzo od wielkiego dzwonu. Zrobiła się z tego świetna tradycja, która, niestety, wyparła jedną panią. I tu wychodzi rys charakterologiczny wielu znanych mi osób, a podejrzewam, że można go rozciągnąć na większość Półwyspu Apenińskiego. Otóż jego mieszkańcy czują się nobilitowani nawet najdrobniejszą funkcją, może ona być społeczna, związana z dobroczynnością itp. Odebranie tego zakresu działań sprawia im przykrość, bez względu na przyczyny. Oczywiście inaczej jest, gdy sami rezygnują, bo np.już im się znudzi, albo z kimś się pokłócą. U nas było to tak, że owa pani miała monopol na układanie kwiatów na wielkie uroczystości. Robiła to zupełnie przyzwoicie, czasami tak nadgorliwie i z rozmachem, że ledwie było księdza widać zza ołtarza. Jednak parafianki narzekały, że kiedyś więcej osób mogło pomagać przy kwiatowych dekoracjach, dodatkowo dołączał do tego fakt, że "florystka" nie pochodziła z naszej parafii. Krzysztof wymyślił więc system rodzinny i zabrał tym niestety kobiecie źródło dumy. Nałóżcie na to dość trudny jej charakter i afera zrobiła się na kilka lat. Powoli przestajemy odczuwać jej skutki. Piszę "my", bo w liście-donosie do kurii (jedna z reakcji na decyzję proboszcza) Krzysztof został posądzany o przekazywanie parafialnych pieniędzy do Polski a ja zostałam odmłodzona i przedstawiona jako ... Dodam, ze wcześniej pani w pełni popierała mój przyjazd. Skutkiem tego listu jeden z dostojników kurialnych zażądał nawet usunięcia mnie z parafii. Było to chyba z 2 lata temu. Nigdy Wam nie napisałam o tej realnej groźbie. Uratował mnie inny dostojnik, a mianowicie sam biskup Pistoi. Otóż jego podwładny nie wiedział, że jestem tu za oficjalnym zezwoleniem głowy diecezji i od biskupa właśnie dostał zalecenie, by mnie zostawić w spokoju. Napisałam wtedy list z podziękowaniem, że JE Mansueto Bianchi nie pozwolił potraktować mnie jak marionetki w prywatnej wendecie.
Krzysztof z kolei miał duże trudności w utrzymaniu płynności finansowej parafii, gdyż miał utrudniony dostęp do parafialnego konta. Często pożyczał ze swoich pieniędzy, by opłacić powinności parafialne.
W takim świetle strojenie kościoła przez rodziny, często wzbogacanie kompozycji kwiatowych o dekoracje z myślą przewodnią ma swój głęboki i wzruszający sukces. Wczoraj, gdy cała festa przebiegła niezwykle uroczyście, gdy przystrojony kościół był zatłoczony, zespół śpiewał przy dźwiękach organów (niestety tylko elektronicznych), gdy w końcu udało się ściągnąć policję municypalną do ochrony procesji, gdy sprzedano potem 400 ciepluśkich pączków i nie wiem ile naleśników z mąki kasztanowej (z ricottą lub nutellą), gdy loteria cieszyła się wielkim zainteresowaniem, co przełożyło się na dużo mniej ważny, ale także sukces finansowy, gdy to i wiele zadowolonych twarzy mówiło do dobrej niedzieli, stwierdziliśmy z Krzysztofem, że warto było przeżyć niedogodności i przykrości wynikające z reakcji jednej pani na zabranie jej funkcji naczelnej florystki parafii.
A rodzina układająca tym bardziej zasługuje na pochwałę, bo nie dość, że sama wszystko wymyśliła i zrealizowała, to udało jej się przy tym uniknąć angażowania mnie w jakikolwiek sposób, oczywiście poza zrobieniem świec.Te już są moim zwyczajowym i przemiłym obowiązkiem.
Jak dotąd byłam wołana po porady, pomoc w strojeniu, tym razem miałam tyle wolnego, że mogłam zająć się nie tylko świecami ołtarzowymi, ale o tym niebawem.
Rodzina wybrała jedno z zawołań Litanii Loretańskiej i podporządkowała temu całą dekorację. Mieliśmy więc Królową Rodzin i motyw korony oraz złoty kolor podkreślający królewskość. Nauczyłam się już jak najmniej dokonywać w myślach korekty i cieszyć się autentycznością poczynań ludzi, wszak to nie Watykan, tylko mała wiejska parafia, a ludzkie zaangażowanie jest ważniejsze nad wszelki efekt artystyczny, co wcale nie oznacza, że tutaj go zabrakło. Ja po prostu cieszę się tym, co zwykli ludzie odważnie od siebie dają.
Trzy razy w roku - na tę festę, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc - wystrój kościoła szykują rodziny. Angażują się w to niesamowicie, czasami wszystko same wymyślą i przygotują, zdarza się też że w jakiejś intencji opłacą zakupione kwiaty, czy inne materiały. Potem częściej pojawiają się i w ciągu roku, gdyż przedtem to bardzo od wielkiego dzwonu. Zrobiła się z tego świetna tradycja, która, niestety, wyparła jedną panią. I tu wychodzi rys charakterologiczny wielu znanych mi osób, a podejrzewam, że można go rozciągnąć na większość Półwyspu Apenińskiego. Otóż jego mieszkańcy czują się nobilitowani nawet najdrobniejszą funkcją, może ona być społeczna, związana z dobroczynnością itp. Odebranie tego zakresu działań sprawia im przykrość, bez względu na przyczyny. Oczywiście inaczej jest, gdy sami rezygnują, bo np.już im się znudzi, albo z kimś się pokłócą. U nas było to tak, że owa pani miała monopol na układanie kwiatów na wielkie uroczystości. Robiła to zupełnie przyzwoicie, czasami tak nadgorliwie i z rozmachem, że ledwie było księdza widać zza ołtarza. Jednak parafianki narzekały, że kiedyś więcej osób mogło pomagać przy kwiatowych dekoracjach, dodatkowo dołączał do tego fakt, że "florystka" nie pochodziła z naszej parafii. Krzysztof wymyślił więc system rodzinny i zabrał tym niestety kobiecie źródło dumy. Nałóżcie na to dość trudny jej charakter i afera zrobiła się na kilka lat. Powoli przestajemy odczuwać jej skutki. Piszę "my", bo w liście-donosie do kurii (jedna z reakcji na decyzję proboszcza) Krzysztof został posądzany o przekazywanie parafialnych pieniędzy do Polski a ja zostałam odmłodzona i przedstawiona jako ... Dodam, ze wcześniej pani w pełni popierała mój przyjazd. Skutkiem tego listu jeden z dostojników kurialnych zażądał nawet usunięcia mnie z parafii. Było to chyba z 2 lata temu. Nigdy Wam nie napisałam o tej realnej groźbie. Uratował mnie inny dostojnik, a mianowicie sam biskup Pistoi. Otóż jego podwładny nie wiedział, że jestem tu za oficjalnym zezwoleniem głowy diecezji i od biskupa właśnie dostał zalecenie, by mnie zostawić w spokoju. Napisałam wtedy list z podziękowaniem, że JE Mansueto Bianchi nie pozwolił potraktować mnie jak marionetki w prywatnej wendecie.
Krzysztof z kolei miał duże trudności w utrzymaniu płynności finansowej parafii, gdyż miał utrudniony dostęp do parafialnego konta. Często pożyczał ze swoich pieniędzy, by opłacić powinności parafialne.
W takim świetle strojenie kościoła przez rodziny, często wzbogacanie kompozycji kwiatowych o dekoracje z myślą przewodnią ma swój głęboki i wzruszający sukces. Wczoraj, gdy cała festa przebiegła niezwykle uroczyście, gdy przystrojony kościół był zatłoczony, zespół śpiewał przy dźwiękach organów (niestety tylko elektronicznych), gdy w końcu udało się ściągnąć policję municypalną do ochrony procesji, gdy sprzedano potem 400 ciepluśkich pączków i nie wiem ile naleśników z mąki kasztanowej (z ricottą lub nutellą), gdy loteria cieszyła się wielkim zainteresowaniem, co przełożyło się na dużo mniej ważny, ale także sukces finansowy, gdy to i wiele zadowolonych twarzy mówiło do dobrej niedzieli, stwierdziliśmy z Krzysztofem, że warto było przeżyć niedogodności i przykrości wynikające z reakcji jednej pani na zabranie jej funkcji naczelnej florystki parafii.
A rodzina układająca tym bardziej zasługuje na pochwałę, bo nie dość, że sama wszystko wymyśliła i zrealizowała, to udało jej się przy tym uniknąć angażowania mnie w jakikolwiek sposób, oczywiście poza zrobieniem świec.Te już są moim zwyczajowym i przemiłym obowiązkiem.
Jak dotąd byłam wołana po porady, pomoc w strojeniu, tym razem miałam tyle wolnego, że mogłam zająć się nie tylko świecami ołtarzowymi, ale o tym niebawem.
Rodzina wybrała jedno z zawołań Litanii Loretańskiej i podporządkowała temu całą dekorację. Mieliśmy więc Królową Rodzin i motyw korony oraz złoty kolor podkreślający królewskość. Nauczyłam się już jak najmniej dokonywać w myślach korekty i cieszyć się autentycznością poczynań ludzi, wszak to nie Watykan, tylko mała wiejska parafia, a ludzkie zaangażowanie jest ważniejsze nad wszelki efekt artystyczny, co wcale nie oznacza, że tutaj go zabrakło. Ja po prostu cieszę się tym, co zwykli ludzie odważnie od siebie dają.
Etykiety:
moje świece,
religijne,
ręką dzieło,
świętowanie
piątek, 7 października 2011
DRUSO ZBARANIAŁ
Parę dni temu przyszedł do Krzysztofa pewien człowiek z bardzo nietypową prośbą. Otóż robi porządki i musi gdzieś przechować kilka owiec. Niby o księżach mówi się, że pasterze, i w przypowieściach owca bywa bohaterką, ale żeby aż tak dosłownie? Oczywiście realny owczy pasterz nie powoływał się na napisane przeze mnie słowa, tylko wiedział, że w niezamieszkałym domu należącym do parafii jest pomieszczenie stajenką zwane i poprosił o jej użyczenie na pewien czas. Przeciwwskazań nie było, więc po sąsiedzku, po drugiej stronie kościelnego placu mieszkają sobie oto takie dziwnookie piękności.
Eeee, jednak przeciwwskazania pojawiły się po kilku dniach, stare sąsiadki narzekają, że im owce śmierdzą. Ja nie czuję, ale może one mają jakiś bardziej wyrobiony węch? Za to mocno owcami czuję świeżutkie podarowane pecorino i jakoś do ust wziąć nie mogę. Ciekawe, że sezonowane tak. Na szczęście pasterz nie będzie przynosił więcej takich podarków, bo owce spodziewają się potomstwa. "Na szczęście", bo nie lubię wyrzucać jedzenia, a Krzysztof też coś nosem kręcił. Myślicie, że psom mogę dać? Czy mi Druso jeszcze bardziej nie zbaranieje, niż na widok tych zwierząt?
poniedziałek, 3 października 2011
KIERUNEK UMBRIA
To wcale nie tak daleko (choć zmęczenie mówiło co innego), jak by się mogło wydawać, 2 godziny jazdy autem w jedną stronę i w minioną sobotę spotkałam się z Małgosią. Tym razem w nowym domu w Ripie, leżącej pomiędzy Perugią a Asyżem.
Jeśli jadę do nowego domu to nie z pustymi rękami. Wybór świecy był bardzo przemyślany, kierowałam się świetnymi grafikami w wykonaniu Małgosi.
Wizytę zaczęłam oczywiście od zwiedzania gniazdka Małgosi i Stefano. Cóż za cukiereczek! Widać rękę artystki na każdym kroku, aż mi się rozmarzyło urządzanie jakiegoś domu, ostatecznie nawet plebanii :) Jakoś głupio mi pokazywać zdjęcia, a nie zapytałam o zgodę. Zresztą z całego zagadania i wrażenia sfotografowałam fragmentarycznie jedynie kuchnię i cudny wieszak.
Po pysznym obiedzie (polpettone w ziołach i warzywach) wybrałyśmy się na spacer po Ripie. Małe miasteczko w swojej najstarszej części zachowało ewidentnie średniowieczny układ zabudowy architektonicznej, czyli na wzgórzu i koliście. Zanim pozaglądałyśmy w zakamarki, stanęłyśmy wypatrując znajomych kształtów Asyżu i u jego stóp Bazyliki Matki Bożej Anielskiej z Porcjunkulą. Tym razem tylko się napatrzyłam, choć serce rwało się do oddalonego o 12 km miasta św. Franciszka.
Na zdjęciach pokazuję najciekawsze zakątki starej Ripy, w ogóle pominęłam jej nową część schodzącą ze wzgórza.
Jednego nie mogę pokazać - spokoju, nawet widoczne z góry lotnisko nie dawało się we znaki.
Ripa to fantastyczne miejsce na mieszkanie, ale też i na wakacje, blisko do Asyżu, Perugii, Spello, Gubbio, Lago Trasimeno, i ... reszty to nawet nie wymienię.
W planach jednak była inna wyborna atrakcja, więc po krótkim spacerze i chwili pogaduszek wyruszyliśmy wraz z mężem Małgosi na wernisaż wystawy książki artystycznej inspirowanej kantykami św. Franciszka. Eksponowane obiekty stworzyli studenci Małgosi z pracowni grafiki na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim oraz ich włoscy rówieśnicy z Perugii.
Pierwszym moim odruchem na wystawach jest znalezienie takiego dzieła, którym z chęcią bym się zaopiekowała. Tutaj zgarnęłabym sporą część wystawy. Bardzo lubię subtelne odcienie akwaforty, mocne cięcia linorytu, czy nawet tłoczenia w papierze. Byłam ciekawa, czy da się rozpoznać szkołę, czy będą jakieś zauważalne różnice między polską a włoską uczelnią. Mam wrażenie, że tak, choć w obydwóch zespołach było wyraźnie widać próby wyjścia poza dosłowną ilustrację tekstu, czasami aż po tak abstrakcyjne podejście, że trudno było znaleźć jakiekolwiek powiązania z zadanym tematem. Zwłaszcza w przypadku włoskich studentów miałam przy niektórych artystycznych książkach wrażenie, że powstały wcześniej, wcale nie podczas trwania projektu i że można je wystawić na każdy temat. Zdaję sobie sprawę, jak trudnym zadaniem jest nie popaść w ilustrację książkową, bo nie takie zadanie ma książka artystyczna, ale jednak temat wszak był tym, co miało zespolić osobowości twórców. Zastanawiające jest tylko to, że właściwie nikt nie zatrzymał się nad samą okładką. A przecież w zwyczajnej książce okładka jest jej wizytówką, tak niestety nie było w przypadku studenckich prac.
Przyznam jednak, że od wielu lat chodzi za mną myśl opracowania własnej książki i po tej wystawie nabrałam jeszcze większego apetytu na taką działalność. Na pewno nie będą to skomplikowane techniki graficzne, bo nawet nie mam takich narzędzi, ale temat już mi kiełkuje i pomysły zaczynają pchać się neuronami. Jeśli wystawa zainspirowała kogoś do działania, to chyba też jej wielki plus, nie tylko odbierać dzieło, ale nabrać chęci na uczestniczenie w procesie.
A wernisaż? Zupełnie w innym wymiarze niż ten w którym uczestniczyłam na zaproszenie Przyjaciół Uffizi. Luzacko, spóźnieniowo, niemal byle jako. Poczęstunek właściwie dosłownie pokątnie ułożony w chiostro. Szkoda, że się nie pokazuje studentom, że ich praca jest na tyle ważna, by podkreślić to formą. Chyba tylko my dwie (zresztą jedyne dwie Polki) starałyśmy się podkreślić wagę wydarzenia ubiorem.
A o kwiatach to już w ogóle zapomnijcie. A może tak tu się robi wernisaże? Tylko w takim razie na czym ja byłam zimą? Bo wtedy to był jeden szyk. Przy czym nie pomyślcie, że mam do Małgosi żal, ona również jak ja była tylko odbiorcą, a nie twórcą wystawy, mimo że to jej studenci prezentowali tam swoje prace. Ale to temat na zupełnie inne rozważania.
Mogłabym już zakończyć pisanie, bo po powrocie do Ripy przesiadłam się do swojego auta i ruszyłam w drogę powrotną, ale...
Popełniłabym błąd nie wspominając o miejscu wystawy. Właściwie niemal oczywiste jest to, że swoje pomieszczenia udostępnił klasztor franciszkański. Zobaczyliśmy tylko krużganki i salę zwaną biblioteką, czego w ogóle akurat to pomieszczenie nie przypominało, tym bardziej że prawdziwą starą olśniewającą bibliotekę też tam mają. Dowiedziałam się o tym z folderu informacyjnego. Dowiedziałam się i przepadłam z jękiem. Już widzę w szalonej wyobraźni jakieś cudowne przedłużenie życia, które pozwoli choć na częściowe poznanie Umbrii. A reszta Włoch? Auć!
Na razie dosłodzę sobie ukochanymi chiostri. Dwa obeszłam dokładnie.
Do trzeciego nie znaleźliśmy dojścia, więc tylko tęsknie westchnęliśmy. "My", bo Małgosia i Stefano okazali się być także miłośnikami krużganków.
Małgosiu! Dziękuję za gościnę i artystyczne doznania. Szkoda, że bliżej nie mieszkasz, bo doszłam do niedobrego wniosku, że jednak nie przepadam za prowadzeniem auta. Gdyby nie towarzystwo łysego sierpowego na rozgwieżdżonym niebie, smutno samej jechałoby się po ciemku.
Jeśli jadę do nowego domu to nie z pustymi rękami. Wybór świecy był bardzo przemyślany, kierowałam się świetnymi grafikami w wykonaniu Małgosi.
Wizytę zaczęłam oczywiście od zwiedzania gniazdka Małgosi i Stefano. Cóż za cukiereczek! Widać rękę artystki na każdym kroku, aż mi się rozmarzyło urządzanie jakiegoś domu, ostatecznie nawet plebanii :) Jakoś głupio mi pokazywać zdjęcia, a nie zapytałam o zgodę. Zresztą z całego zagadania i wrażenia sfotografowałam fragmentarycznie jedynie kuchnię i cudny wieszak.
Po pysznym obiedzie (polpettone w ziołach i warzywach) wybrałyśmy się na spacer po Ripie. Małe miasteczko w swojej najstarszej części zachowało ewidentnie średniowieczny układ zabudowy architektonicznej, czyli na wzgórzu i koliście. Zanim pozaglądałyśmy w zakamarki, stanęłyśmy wypatrując znajomych kształtów Asyżu i u jego stóp Bazyliki Matki Bożej Anielskiej z Porcjunkulą. Tym razem tylko się napatrzyłam, choć serce rwało się do oddalonego o 12 km miasta św. Franciszka.
Jednego nie mogę pokazać - spokoju, nawet widoczne z góry lotnisko nie dawało się we znaki.
Ripa to fantastyczne miejsce na mieszkanie, ale też i na wakacje, blisko do Asyżu, Perugii, Spello, Gubbio, Lago Trasimeno, i ... reszty to nawet nie wymienię.
W planach jednak była inna wyborna atrakcja, więc po krótkim spacerze i chwili pogaduszek wyruszyliśmy wraz z mężem Małgosi na wernisaż wystawy książki artystycznej inspirowanej kantykami św. Franciszka. Eksponowane obiekty stworzyli studenci Małgosi z pracowni grafiki na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim oraz ich włoscy rówieśnicy z Perugii.
Pierwszym moim odruchem na wystawach jest znalezienie takiego dzieła, którym z chęcią bym się zaopiekowała. Tutaj zgarnęłabym sporą część wystawy. Bardzo lubię subtelne odcienie akwaforty, mocne cięcia linorytu, czy nawet tłoczenia w papierze. Byłam ciekawa, czy da się rozpoznać szkołę, czy będą jakieś zauważalne różnice między polską a włoską uczelnią. Mam wrażenie, że tak, choć w obydwóch zespołach było wyraźnie widać próby wyjścia poza dosłowną ilustrację tekstu, czasami aż po tak abstrakcyjne podejście, że trudno było znaleźć jakiekolwiek powiązania z zadanym tematem. Zwłaszcza w przypadku włoskich studentów miałam przy niektórych artystycznych książkach wrażenie, że powstały wcześniej, wcale nie podczas trwania projektu i że można je wystawić na każdy temat. Zdaję sobie sprawę, jak trudnym zadaniem jest nie popaść w ilustrację książkową, bo nie takie zadanie ma książka artystyczna, ale jednak temat wszak był tym, co miało zespolić osobowości twórców. Zastanawiające jest tylko to, że właściwie nikt nie zatrzymał się nad samą okładką. A przecież w zwyczajnej książce okładka jest jej wizytówką, tak niestety nie było w przypadku studenckich prac.
Przyznam jednak, że od wielu lat chodzi za mną myśl opracowania własnej książki i po tej wystawie nabrałam jeszcze większego apetytu na taką działalność. Na pewno nie będą to skomplikowane techniki graficzne, bo nawet nie mam takich narzędzi, ale temat już mi kiełkuje i pomysły zaczynają pchać się neuronami. Jeśli wystawa zainspirowała kogoś do działania, to chyba też jej wielki plus, nie tylko odbierać dzieło, ale nabrać chęci na uczestniczenie w procesie.
A wernisaż? Zupełnie w innym wymiarze niż ten w którym uczestniczyłam na zaproszenie Przyjaciół Uffizi. Luzacko, spóźnieniowo, niemal byle jako. Poczęstunek właściwie dosłownie pokątnie ułożony w chiostro. Szkoda, że się nie pokazuje studentom, że ich praca jest na tyle ważna, by podkreślić to formą. Chyba tylko my dwie (zresztą jedyne dwie Polki) starałyśmy się podkreślić wagę wydarzenia ubiorem.
A o kwiatach to już w ogóle zapomnijcie. A może tak tu się robi wernisaże? Tylko w takim razie na czym ja byłam zimą? Bo wtedy to był jeden szyk. Przy czym nie pomyślcie, że mam do Małgosi żal, ona również jak ja była tylko odbiorcą, a nie twórcą wystawy, mimo że to jej studenci prezentowali tam swoje prace. Ale to temat na zupełnie inne rozważania.
Mogłabym już zakończyć pisanie, bo po powrocie do Ripy przesiadłam się do swojego auta i ruszyłam w drogę powrotną, ale...
Popełniłabym błąd nie wspominając o miejscu wystawy. Właściwie niemal oczywiste jest to, że swoje pomieszczenia udostępnił klasztor franciszkański. Zobaczyliśmy tylko krużganki i salę zwaną biblioteką, czego w ogóle akurat to pomieszczenie nie przypominało, tym bardziej że prawdziwą starą olśniewającą bibliotekę też tam mają. Dowiedziałam się o tym z folderu informacyjnego. Dowiedziałam się i przepadłam z jękiem. Już widzę w szalonej wyobraźni jakieś cudowne przedłużenie życia, które pozwoli choć na częściowe poznanie Umbrii. A reszta Włoch? Auć!
Na razie dosłodzę sobie ukochanymi chiostri. Dwa obeszłam dokładnie.
Do trzeciego nie znaleźliśmy dojścia, więc tylko tęsknie westchnęliśmy. "My", bo Małgosia i Stefano okazali się być także miłośnikami krużganków.
Małgosiu! Dziękuję za gościnę i artystyczne doznania. Szkoda, że bliżej nie mieszkasz, bo doszłam do niedobrego wniosku, że jednak nie przepadam za prowadzeniem auta. Gdyby nie towarzystwo łysego sierpowego na rozgwieżdżonym niebie, smutno samej jechałoby się po ciemku.
Etykiety:
moje świece,
ręką dzieło,
turystycznie
Lokalizacja:
Ripa
W CICHYM KĄTKU ZAPOMNIENIA
Na Facebooku obserwuję kilka profili związanych z Toskanią i tam czasami wypatrzę intrygujące zdjęcie - wypatrzę, marszrutę obmyślę i na wycieczkę Krzysztofa namówię. Tak było na przykład z Lajatico. Tak też było w niedzielę 25 września.
Cel nie tak odległy, więc wystarczyło spokojnie zjeść obiad i wyruszyć w drogę.
Pojechaliśmy do Badia di Settimo, klasztornego zespołu położonego na zupełnie płaskich terenach wzdłuż brzegu Arno, nieopodal Scandici. Z niektórych miejsc trudno go wypatrzyć, tak się schował za drzewami.
Na stronie stowarzyszenia opiekującego się miejscem wyczytałam, że zwiedzanie jest możliwe w niedziele pomiędzy 15 a 18. Byliśmy dużo wcześniej. A że Krzysztof po obiedzie nie wypił obowiązkowej dawki kawy, to ... już wiecie, co zrobił. Zostałam z farbami i blokiem próbując szybko uchwycić fragment z machikułami, które ja przecież bardzo lubię. Kawosz wrócił i poszedł rozejrzeć się po terenie, długo nie trwało, gdy mnie zawołał, bym szybko zwinęła swój pędzlowy majdan. Posłusznie to uczyniłam. A co? Grzeczna jestem! Opłacało się, akurat miało zacząć się oprowadzanie.
Pasjonaci to jest specjalny gatunek ludzki, zazwyczaj tak opowiadają o obiekcie swojej namiętności, że nie wiem, czy słuchać treści, czy obserwować przewodnika.
Tak było i tym razem - starszy pan bardzo barwnie oprowadził grupkę zabłąkanych turystów (było nas chyba z 12 osób, w tym para Japończyków!). Oprowadził po mniej więcej jednej trzeciej klasztornych zabudowań. Jednej trzeciej, bo reszta marnieje w prywatnych rękach. Znowu mamy do czynienia z wynikiem kasacji zakonu. Ta przedziwnie została przeprowadzona tak, że część ze świątynią przekazano florenckiej archidiecezji, a część poszła w prywatne ręce. Te ręce przez długie lata zmniejszały swoją ilość, aż pozostały dwie. Obecny właściciel nie ma środków na odrestaurowanie posiadłości, nie ma nawet środków na jej zabezpieczenie, w związku z czym od razu rzuca się w oczy różnica pomiędzy częścią kościelną a prywatną.
Badia di Settimo, inaczej zwana Badia di San Salvatore swoimi korzeniami sięga bardzo odległych wieków. W zachowanych dokumentach z X wieku wspomina się o już istniejącej wspólnocie religijnej. Na początku XI wieku miejsce oddaje się pod opiekę benedyktynów z Cluny. Zgodnie z dewizą "Módl się i pracuj" mnisi zorganizowali zaplecze dla swojej pracy, bo do modlitw już mieli. Klasztor powoli rozrastał się, miał w swojej strukturze spichlerz, i coś zwane tinaia, co w opisie służyło produkcji wina, ale było też i szpitalem, a potem miejscem zbierania się braci zakonnych. Gdy pogrzebałam w słownikach znalazłam wyjaśnienie, że tinaia pochodzi od słowa tino oznaczającego kadź,w której trzymano moszcz. Nazwa mnie kojarzy się z cantina, czyli piwnicą, kantyną, winiarnią. Choć, co ciekawe słownik etymologiczny raczej skłania się ku śpiewowi (canto). No ale kto by nie śpiewał w kantynie czy w tinaia? Zwłaszcza w tinaia - od samych oparów gronowego moszczu :)
Ja tam bym śpiewała z samej radości mogąc zobaczyć coś takiego:
A tak to tylko jęknęłam z zawodu, bo okazało się, że tydzień wcześniej wyjątkowo udostępniono zwiedzającym te pomieszczenia, które ponoć stanowią jedną z najstarszych części obecnego zespołu budynków. A okazja była wyjątkowa, gdyż i spichlerz i tinaia należą do tych prywatnych dwóch trzecich
No trudno.
Zwiedzanie czas zacząć.
Zostaliśmy najpierw poprowadzeni do metalowej makiety, która daje wyobrażenie o złożoności zabudowań klasztornych, ukazuje też podział na część kościelną i prywatną.
Pierwsze, co się spostrzega podchodząc do kompleksu, czy makiety, to przedziwna dzwonnica, wychodząca z kolistego planu w sześcioboczną wieżę. Niestety jest ona wierną repliką oryginału zniszczonego przez Niemców podczas bombardowania (tylko dolne jej partie pamiętają starsze czasy). Nie tylko dzwonnica poniosła wojenne szkody, spadła ona na malutką starą kaplicę, której zarys stanowi obecnie podstawę makiety. A wieża stanowi obecnie ... komórkę na rower? Na pewno anioł na niej nie ma świętego spokoju, bo wiercił się na wszystkie strony, co zauważyłam podczas malowania.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie. Zajrzeliśmy do pomieszczeń położonych z tyłu kościoła, przy mniejszym chiostro.
Najpierw ukazała się nam nieźle ukryta absyda, jedyna zachowana, wieńcząca lewą nawę, romańska, ma się rozumieć :) Potem przedziwnie było oglądać średniowieczne więzienie, obecnie magazyn rzeczy wszelakich.
Za to absolutnie i bezapelacyjnie zachwycił mnie refektarz, choć szkoda, że bez stołów.
Ich brak rekompensuje samo wnętrze oraz niezwykłe obiekty - popiersia-relikwiarze związane z legendą o św. Urszuli i jedenastu tysiącach dziewic. Czy to było 11 tysięcy dziewic czy "tylko" 11 męczennic? Nie wiem, nie mi odkrywać przykryte kurzem wieków prawdy. Za to relikwiarze niebywałej urody, tylko ich sposób otwierania trąci nieco horrorkiem, nieprawdaż?

Zwłaszcza, że ta czerwień w środku o dreszcze przyprawia.
Lepiej oglądać je zamknięte, co z lubością uczyniłam. Nie wiem, w czym rzecz, ale mimo "potknięć urody" obydwie kobiety wydały mi się piękne. Może to przez te mądrze zapatrzone oczy?
Przed wejściem do refektarza leży jakby wciśnięta w kąt potłuczona kamienna tablica.
Może nic aż tak interesującego, gdyby nie jej historia. Otóż ulokowana była nad jedną z bram klasztoru, upadła podczas bombardowania. Zabrał ja przechodzący tamtędy kamieniarz i oddał ... 5 lat temu! Ciekawe, czy świadomość jednej nogi nad grobem kazała mu oddać tablicę?
Przechodzimy krużgankami przez dziedziniec, by wejść z tyłu kościoła wprost do zakrystii.
No! To jest zakrystia! A nie nasz nędzny korytarzyk. Przy takich obrazach to na miejscu księdza miałabym problem z wyjściem do prezbiterium, żal je opuszczać choć na chwilę. A jednak! Jedno z dzieł zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Można było się jedynie domyślać jego istnienia, gdyż oprawę obrazów stanowią stiukowe ramy. Szukano więc trzeciego brakującego malunku. Dość rozumnie ktoś pomyślał, by zapytać się florenckiego konserwatora zabytków. Otóż myśl była prawidłowa. W XIX wieku zabrano obraz, by go odnowić i chyba zapomniano, kto był jego właścicielem oddając go Badia di Fiesole. Tamten klasztor nie protestował, ja też bym nie oponowała, gdyby ktoś mi sprezentował pełne wyrazu "Zdjęcie z krzyża" Botticiniego. Dwa pozostałe obrazy też piękne, ale jak na mój gust za bardzo wygładzone, a ten ma jakiś pazur, niby taki statyczny, ale aż czuć, ile rozpaczy kłębi się w otoczeniu martwego Chrystusa.
Wybaczcie jakość zdjęć, ale kościół jest dość amatorsko oświetlony, co przekłada się na niemożność wykonania dobrej fotografii
Z zakrystii zeszliśmy w dół do kaplicy dedykowanej św. Jakubowi. Jest to miejsce będące obecnie śladem niejednej powodzi. Bywało, że wody Arno wypełniały tę nisko położoną kaplice aż po sufit. Można się więc domyślać, jak pięknie była wymalowana. Ale nie tylko okrutna rzeka przyczyniła się do obecnego stanu fresków. Malarz próbował wykpić się tańszymi pigmentami i niedokładną technologią kładzenia farb.
Ciekawostką jest możność zajrzenia na wielki krużganek. Tylko przez okno w tej kaplicy można zobaczyć, jak próbowano obronić miejsce przed wylewami Arno. Podwyższono cały teren, przez co krużganki wydają się być nieproporcjonalnie szerokie.
A tak przy okazji: domyślacie się, jakiej narodowości był człowiek, który ciągle wchodził mi w kadr, aż w końcu odpuściłam i wraz z nim zrobiłam zdjęcie pomieszczenia? Hi, hi, hi.
Kontynuowaliśmy wizytę wchodząc poprzez zakrystię do świątyni.
W prezbiterium podziw budzi ołtarz wykonany z kilkudziesięciu odmian marmuru. Mieni się niczym olbrzymi klejnot. Nie mogę sobie wyobrazić przebiegu tak misternej pracy. Za ołtarzem niepozornie w żagielkach przycupnął z jednej strony Archanioł Gabriel, a z drugiej Maryja, niepozorne toto, ale przypisane samemu Domenico Ghirlandaio.
Z tabernakulum w samym ołtarzu konkuruje drugie, delikatnie w bielach jedynie utrzymane, wmurowane w ścianę. Stoi przy nim kolumna służąca obecnie za podstawkę do kwiatu.
Od razu mi lżej, że ja na głowicy starej kolumny też postawiłam doniczkową roślinę.
Zaraz obok w lewej kaplicy wieńczącej boczną nawę mój szacunek wzbudzają freski. Jak już pewnie Wam wiadomo, w swoim umiłowaniu malarstwa zatrzymałam się mniej więcej przed XVI wiekiem, ale trudno przejść obojętnie nad sugestywnymi freskami. Kaplica jest pod wezwaniem św. Quintino, zapomnianego przez wieki, mocno wymęczonego przez oprawców, co widać na jednej ze ścian.
W samym kościele widać ślady romańskie, np. małe okna z alabastrem zamiast szkła.
Kryją się w nim także pochówki świeckich, współczesność miesza się odległą przeszłością.
Odkryta więźba dachowa warta jest mocnego odchylenia głowy. Z pietyzmem wymalowana. Ciekawostką jest poprowadzona niesymetrycznie dziwna konstrukcja. Nie ma ona związku z więźbą, nigdzie takiej dotąd nie spotkałam. To przejście poddaszne, podniebne? Jak to nazwać? Fragment kładki zastąpiono kopią a oryginał dano do wglądu w szklanej gablocie.
Na deser pozostała krypta. Tutaj możemy przekonać się, jak daleko w czas sięgają początki klasztoru. Obecnie pusto, dość świeżo po wyczyszczeniu miejsca, ale i tak średniowiecznie swojsko.
Koniec zwiedzania.
Mogłabym iść dokończyć malowanie, ale na dworze rozszalała się straszliwa burza. Pioruny bardzo raźno uderzały o ziemię. Cóż, drugą niedzielę z kolei nie dokończyłam rysunku. Nim to zrobię, zostawiam zdjęcie miejsca wybranego do zobrazowania.
Cel nie tak odległy, więc wystarczyło spokojnie zjeść obiad i wyruszyć w drogę.
Pojechaliśmy do Badia di Settimo, klasztornego zespołu położonego na zupełnie płaskich terenach wzdłuż brzegu Arno, nieopodal Scandici. Z niektórych miejsc trudno go wypatrzyć, tak się schował za drzewami.
Na stronie stowarzyszenia opiekującego się miejscem wyczytałam, że zwiedzanie jest możliwe w niedziele pomiędzy 15 a 18. Byliśmy dużo wcześniej. A że Krzysztof po obiedzie nie wypił obowiązkowej dawki kawy, to ... już wiecie, co zrobił. Zostałam z farbami i blokiem próbując szybko uchwycić fragment z machikułami, które ja przecież bardzo lubię. Kawosz wrócił i poszedł rozejrzeć się po terenie, długo nie trwało, gdy mnie zawołał, bym szybko zwinęła swój pędzlowy majdan. Posłusznie to uczyniłam. A co? Grzeczna jestem! Opłacało się, akurat miało zacząć się oprowadzanie.
Pasjonaci to jest specjalny gatunek ludzki, zazwyczaj tak opowiadają o obiekcie swojej namiętności, że nie wiem, czy słuchać treści, czy obserwować przewodnika.
Tak było i tym razem - starszy pan bardzo barwnie oprowadził grupkę zabłąkanych turystów (było nas chyba z 12 osób, w tym para Japończyków!). Oprowadził po mniej więcej jednej trzeciej klasztornych zabudowań. Jednej trzeciej, bo reszta marnieje w prywatnych rękach. Znowu mamy do czynienia z wynikiem kasacji zakonu. Ta przedziwnie została przeprowadzona tak, że część ze świątynią przekazano florenckiej archidiecezji, a część poszła w prywatne ręce. Te ręce przez długie lata zmniejszały swoją ilość, aż pozostały dwie. Obecny właściciel nie ma środków na odrestaurowanie posiadłości, nie ma nawet środków na jej zabezpieczenie, w związku z czym od razu rzuca się w oczy różnica pomiędzy częścią kościelną a prywatną.
Badia di Settimo, inaczej zwana Badia di San Salvatore swoimi korzeniami sięga bardzo odległych wieków. W zachowanych dokumentach z X wieku wspomina się o już istniejącej wspólnocie religijnej. Na początku XI wieku miejsce oddaje się pod opiekę benedyktynów z Cluny. Zgodnie z dewizą "Módl się i pracuj" mnisi zorganizowali zaplecze dla swojej pracy, bo do modlitw już mieli. Klasztor powoli rozrastał się, miał w swojej strukturze spichlerz, i coś zwane tinaia, co w opisie służyło produkcji wina, ale było też i szpitalem, a potem miejscem zbierania się braci zakonnych. Gdy pogrzebałam w słownikach znalazłam wyjaśnienie, że tinaia pochodzi od słowa tino oznaczającego kadź,w której trzymano moszcz. Nazwa mnie kojarzy się z cantina, czyli piwnicą, kantyną, winiarnią. Choć, co ciekawe słownik etymologiczny raczej skłania się ku śpiewowi (canto). No ale kto by nie śpiewał w kantynie czy w tinaia? Zwłaszcza w tinaia - od samych oparów gronowego moszczu :)
Ja tam bym śpiewała z samej radości mogąc zobaczyć coś takiego:
![]() |
| http://www.badiadisettimo.it/immagini/esterni/Tinaia2.jpg |
No trudno.
Zwiedzanie czas zacząć.
Zostaliśmy najpierw poprowadzeni do metalowej makiety, która daje wyobrażenie o złożoności zabudowań klasztornych, ukazuje też podział na część kościelną i prywatną.
Pierwsze, co się spostrzega podchodząc do kompleksu, czy makiety, to przedziwna dzwonnica, wychodząca z kolistego planu w sześcioboczną wieżę. Niestety jest ona wierną repliką oryginału zniszczonego przez Niemców podczas bombardowania (tylko dolne jej partie pamiętają starsze czasy). Nie tylko dzwonnica poniosła wojenne szkody, spadła ona na malutką starą kaplicę, której zarys stanowi obecnie podstawę makiety. A wieża stanowi obecnie ... komórkę na rower? Na pewno anioł na niej nie ma świętego spokoju, bo wiercił się na wszystkie strony, co zauważyłam podczas malowania.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie. Zajrzeliśmy do pomieszczeń położonych z tyłu kościoła, przy mniejszym chiostro.
Najpierw ukazała się nam nieźle ukryta absyda, jedyna zachowana, wieńcząca lewą nawę, romańska, ma się rozumieć :) Potem przedziwnie było oglądać średniowieczne więzienie, obecnie magazyn rzeczy wszelakich.
Za to absolutnie i bezapelacyjnie zachwycił mnie refektarz, choć szkoda, że bez stołów.
Ich brak rekompensuje samo wnętrze oraz niezwykłe obiekty - popiersia-relikwiarze związane z legendą o św. Urszuli i jedenastu tysiącach dziewic. Czy to było 11 tysięcy dziewic czy "tylko" 11 męczennic? Nie wiem, nie mi odkrywać przykryte kurzem wieków prawdy. Za to relikwiarze niebywałej urody, tylko ich sposób otwierania trąci nieco horrorkiem, nieprawdaż?
![]() |
| http://www.badiadisettimo.it/anticabadia/busti.htm |

Zwłaszcza, że ta czerwień w środku o dreszcze przyprawia.
Lepiej oglądać je zamknięte, co z lubością uczyniłam. Nie wiem, w czym rzecz, ale mimo "potknięć urody" obydwie kobiety wydały mi się piękne. Może to przez te mądrze zapatrzone oczy?
Przed wejściem do refektarza leży jakby wciśnięta w kąt potłuczona kamienna tablica.
Może nic aż tak interesującego, gdyby nie jej historia. Otóż ulokowana była nad jedną z bram klasztoru, upadła podczas bombardowania. Zabrał ja przechodzący tamtędy kamieniarz i oddał ... 5 lat temu! Ciekawe, czy świadomość jednej nogi nad grobem kazała mu oddać tablicę?
Przechodzimy krużgankami przez dziedziniec, by wejść z tyłu kościoła wprost do zakrystii.
No! To jest zakrystia! A nie nasz nędzny korytarzyk. Przy takich obrazach to na miejscu księdza miałabym problem z wyjściem do prezbiterium, żal je opuszczać choć na chwilę. A jednak! Jedno z dzieł zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Można było się jedynie domyślać jego istnienia, gdyż oprawę obrazów stanowią stiukowe ramy. Szukano więc trzeciego brakującego malunku. Dość rozumnie ktoś pomyślał, by zapytać się florenckiego konserwatora zabytków. Otóż myśl była prawidłowa. W XIX wieku zabrano obraz, by go odnowić i chyba zapomniano, kto był jego właścicielem oddając go Badia di Fiesole. Tamten klasztor nie protestował, ja też bym nie oponowała, gdyby ktoś mi sprezentował pełne wyrazu "Zdjęcie z krzyża" Botticiniego. Dwa pozostałe obrazy też piękne, ale jak na mój gust za bardzo wygładzone, a ten ma jakiś pazur, niby taki statyczny, ale aż czuć, ile rozpaczy kłębi się w otoczeniu martwego Chrystusa.
Wybaczcie jakość zdjęć, ale kościół jest dość amatorsko oświetlony, co przekłada się na niemożność wykonania dobrej fotografii
Z zakrystii zeszliśmy w dół do kaplicy dedykowanej św. Jakubowi. Jest to miejsce będące obecnie śladem niejednej powodzi. Bywało, że wody Arno wypełniały tę nisko położoną kaplice aż po sufit. Można się więc domyślać, jak pięknie była wymalowana. Ale nie tylko okrutna rzeka przyczyniła się do obecnego stanu fresków. Malarz próbował wykpić się tańszymi pigmentami i niedokładną technologią kładzenia farb.
Ciekawostką jest możność zajrzenia na wielki krużganek. Tylko przez okno w tej kaplicy można zobaczyć, jak próbowano obronić miejsce przed wylewami Arno. Podwyższono cały teren, przez co krużganki wydają się być nieproporcjonalnie szerokie.
A tak przy okazji: domyślacie się, jakiej narodowości był człowiek, który ciągle wchodził mi w kadr, aż w końcu odpuściłam i wraz z nim zrobiłam zdjęcie pomieszczenia? Hi, hi, hi.
Kontynuowaliśmy wizytę wchodząc poprzez zakrystię do świątyni.
W prezbiterium podziw budzi ołtarz wykonany z kilkudziesięciu odmian marmuru. Mieni się niczym olbrzymi klejnot. Nie mogę sobie wyobrazić przebiegu tak misternej pracy. Za ołtarzem niepozornie w żagielkach przycupnął z jednej strony Archanioł Gabriel, a z drugiej Maryja, niepozorne toto, ale przypisane samemu Domenico Ghirlandaio.
Z tabernakulum w samym ołtarzu konkuruje drugie, delikatnie w bielach jedynie utrzymane, wmurowane w ścianę. Stoi przy nim kolumna służąca obecnie za podstawkę do kwiatu.
Od razu mi lżej, że ja na głowicy starej kolumny też postawiłam doniczkową roślinę.
Zaraz obok w lewej kaplicy wieńczącej boczną nawę mój szacunek wzbudzają freski. Jak już pewnie Wam wiadomo, w swoim umiłowaniu malarstwa zatrzymałam się mniej więcej przed XVI wiekiem, ale trudno przejść obojętnie nad sugestywnymi freskami. Kaplica jest pod wezwaniem św. Quintino, zapomnianego przez wieki, mocno wymęczonego przez oprawców, co widać na jednej ze ścian.
W samym kościele widać ślady romańskie, np. małe okna z alabastrem zamiast szkła.
Kryją się w nim także pochówki świeckich, współczesność miesza się odległą przeszłością.
Odkryta więźba dachowa warta jest mocnego odchylenia głowy. Z pietyzmem wymalowana. Ciekawostką jest poprowadzona niesymetrycznie dziwna konstrukcja. Nie ma ona związku z więźbą, nigdzie takiej dotąd nie spotkałam. To przejście poddaszne, podniebne? Jak to nazwać? Fragment kładki zastąpiono kopią a oryginał dano do wglądu w szklanej gablocie.
Na deser pozostała krypta. Tutaj możemy przekonać się, jak daleko w czas sięgają początki klasztoru. Obecnie pusto, dość świeżo po wyczyszczeniu miejsca, ale i tak średniowiecznie swojsko.
Koniec zwiedzania.
Mogłabym iść dokończyć malowanie, ale na dworze rozszalała się straszliwa burza. Pioruny bardzo raźno uderzały o ziemię. Cóż, drugą niedzielę z kolei nie dokończyłam rysunku. Nim to zrobię, zostawiam zdjęcie miejsca wybranego do zobrazowania.
Etykiety:
mistrzowie sztuki,
turystycznie
Lokalizacja:
Badia di Settimo
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































