sobota, 5 maja 2012

ZAPŁAKANA FLORENCJA

Czas upłynął w szalonym tempie. Czasu na oddech nie było, bo cały wypełniała radość wspólnego przebywania, ucztowania, no i rysowania.
Trafiłam na tak niezwykłą ekipę ludzi, że nie odczułam ostatniego tygodnia, jako okresu pracy, lecz jako wakacje z ołówkiem w ręce. Wspomnę o tym jeszcze w swoistym podsumowaniu, wnioskach na przyszłe warsztaty.
Wróćmy do początków, wszak dopiero opisałam jedną biesiadę, jedno popołudnie.

Poniedziałek - ćwiczenia dowolne, czyli dzień bez warsztatów. Ja miałam dodatkowe bardzo ważne zajęcia, ważne i bardzo męczące. Na szczęście udało mi się zregenerować siły i następnego dnia z niecierpliwością oczekiwać kobietek u mnie w domu. Wtorek zaczęłyśmy od wprawek, u mnie w pracowni.
Potem dołączyłyśmy do reszty ekipy i pociągiem wspólnie wyruszyliśmy w kierunku Florencji.
Tam o 12.00 mieliśmy umówione spotkanie z Anną Młotkowską - przewodniczką po mieście. Uzbierała się spora grupa, gdyż do "mojej" ekipy dołączyli inni klienci Joanny oraz uczestnicy mojego toskańskiego forum. O godzinie 15.00 z przewodniczką żegnało się 20 wielce zadowolonych osób. Ania poprowadziła ich specjalnym programem, pokazała ciekawe miejsca, przekazała mnóstwo interesujących informacji, a wszystko w tak dobrym stylu, że niemal nie zauważyli padającego deszczu.
Ja w tym czasie poszukałam miejsca, gdzie można zjeść dobrze, ale nie tylko o "włoskiej porze". Wypróbowałam "Osterię Grzeszników" (Osteria dei Peccatori)  nieopodal Bargello. Miejsce godne polecenia. Szeroki wybór, ceny przyzwoite, a potrawy bardzo, bardzo smaczne. Skusiłam się na peposo - czyli rodzaj toskańskiego, mocno pieprznego gulaszu z gotowanymi ziemniakami w sosie pomidorowym oraz fasolę all'uccelletto, a na deser skusiłam się na panna cotta z truskawkami. Po takim obiedzie poszłam na Piazza Signoria i kryjąc się przed deszczem szkicowałam jeden z jego narożników. Czasu nie miałam na pełne studium, ale zawsze to jedno ćwiczenie więcej, do czego też namawiałam moje kursantki.
Potem plan był prosty, wszyscy zjedzą obiad, rozejdą się po Florencji, a my przycupniemy gdzieś ze szkicownikami. Obiad faktycznie zjedli. Wszyscy orzekli, że tak pysznego tiramisu jeszcze nie jedli. Muszę się przyznać, że drugiego obiadu nie jadłam, ale drugi deser też pochłonęłam. Oj! Warto było.
Nie wyszła za to reszta planu. Rozpadało się, zrobiło się nam tak strasznie zimno, że marzyliśmy jedynie o powrocie i łyku grzanego wina. Co wykonaliśmy.
Ale rysowania nie odpuściłyśmy.
Na chwilę przysiadłyśmy ze szkicownikami, oczywiście już po wypiciu rozgrzewającego trunku i po sesji fotograficznej przepięknego agriturismo, gdzie Joanna ulokowała moje kobiety z ich rodzinami.

A wszystko to w plenerze, bo już w drodze powrotnej do Pistoi zaczęło wychodzić słońce. I jego właśnie oczekiwaliśmy następnego dnia. 

środa, 2 maja 2012

DOBRZE ZACZĄĆ, A POTEM BĘDZIE TYLKO LEPIEJ

Od czego zacząć jakiekolwiek warsztaty we Włoszech? Od jedzenia! Oczywiście, od jedzenia.
Agriturismo, w którym Joanna ulokowała uczestniczki zajęć wraz z rodzinami, nadaje się idealnie nie tylko na miejsce noclegowe, mają tam wyśmienitą kuchnię. Wiedziałam, że będzie smacznie i dużo, więc tego dnia odpuściłam sobie obiad, a już podczas samego posiłku mocno pilnowałam, by raczej skubać potrawy niż jeść. No bo się nie da zjeść przystawek w postaci kuleczek warzywnych (mogłabym się nimi zajadać), crostini wątróbkowych i grzybowych, chleba z philadelphią i szynką oraz zestawu wędlin i serów. Na pierwsze były wstążki z ragu z jelenia oraz risotto grzybowe a na drugie bistecca alla fiorentina (kość po niej widać na jednym ze zdjęć), schab, królik, ziemniaki, a na deser ciepluśkie pączki, niektóre z nutellą. No i wino, a potem słodkie vinsanto własnej produkcji.
Menu przedstawiam Wam tak dokładnie, żebyście wiedzieli, na jaki poziom wywindowano mi warsztaty. Poza tym trawienie pokarmu jest dość ciężkie, więc następnego dnia podeszliśmy elastycznie oraz ostrożnie do programu warsztatów. Także ze względu na niepewną pogodę.
Ale zanim ...
Było już niemal pod koniec pory obiadowej, wszystkim nam burczało w brzuchach. Ale co znaleźć w miarę sensownego o tej porze?
Trafiliśmy do "Piccolo Mondo Self Service Pizzeria Rosticceria". Właściciel szybko zareagował i polecił obsłudze nakryć stoliki. Gdy usłyszał nas mówiących do siebie po polsku spytał, czy jesteśmy Polakami, po czym poinformował, że jego żona jest Polką, ale on nie mówi w tym języku. Mało tego, zawołał żonę, Beatę, która serdecznie się z nami przywitała i bardzo mile podjęła stawiając całej dziewięciosoobowej grupie kawę i tartę warzywną na słodko, lokalny lukkański przepis. Tarta nas powaliła, warzywa a słodka, okazała się bardzo smaczna, wcale nie było w niej czuć np liści buraczanych, podstawowego składnika. Nazywa się ją tartą z dziobami ze względu na charakterystyczne wykończenie brzegu.
Nie wypróbowałam przepisu (znowu sięgnęłam do Wielkiej Księgi Prawdziwej Kuchni Toskańskiej), ale lepiej go podać w tym miejscu, skoro jest okazja.
WARZYWNA TARTA Z DZIOBAMI:
ciasto:
250 g mąki
2 jajka
100 g cukru
skórka z połowy cytryny
2 łyżki oleju
1  łyżka likieru sassolino albo maraschino 
szczypta soli
Przygotować ciasto ucierając wszystkie składniki ze sobą. Zrobić to szybko, uformować kulę i wstawić do lodówki na pół godziny.
farsz:
100 g ryżu
200 g buraka liściowego
2 jaja
1 garść bułki tartej
1 łyżka parmezanu
100 g cukru
szczypta cynamonu
50 g rodzynek 
50 g orzeszków piniowych
w niektórych odmianach jest 50 g kakao
szczypta soli i pieprzu

Ugotować ryż. Wymieszać go z osuszonymi i cienko posiekanymi liśćmi buraczanymi oraz jajkami, bułką tartą wcześniej zamoczoną w wodzie albo mleku, także namoczonymi rodzynkami oraz pozostałymi składnikami. 
Wyłożyć papierem do pieczenia, albo nasmarować masłem.okrągłą formę z wyjmowalnym dnem, ok 25 cm średnicy. Rękami ułożyć ciasto, formując na brzegach owe dzioby. Wypełnić nadzieniem i piec w temperaturze 180 stopni przez 40 minut.
Górę można ozdobić wzorem według własnego pomysłu, chociażby kratką. Wygląda to mniej więcej tak:
http://aifornelliconlaceliachia.blogspot.it/2011/03/torta-co-bischeri-pisana-senza-glutine.html
Wróćmy do warsztatów. Popołudniową niedzielę spędziliśmy w Lukce. Miałam nadzieję, że przed ewentualnym deszczem uchroni nas loggia nieopodal San Michele in Foro, ale była ogrodzona. Za to gościnnie podjął nas pomnik XVI wiecznego włoskiego polityka Burlamacchiego. Nie padało więc zaczęłyśmy pierwsze ćwiczenia, wyjaśnienia i eksperymenty. Jak to u dorosłych bywa, największym problemem są nawyki obserwacyjne i rysunkowe utrwalone jeszcze w dzieciństwie. Powoli burzyłam więc skorupkę przeszkadzającą Marylce, Lucynce i Danusi w dochodzeniu do prawidłowego rysunku. Uczennice z nich zacne i pojętne, wiem, że będzie dobrze.
Po rysowaniu reszta czekającej na nas ekipy pytała się kobietki, czy nie bolą je palce od rysowania, a im głównie parowały głowy od wysiłku wymuszającego inne postrzeganie świata.
Ruszyliśmy więc na zasłużony spacer po Lukce.
Na Piazza dell"Anfiteatro zwariowałam, bo z okazji patronalnej festy Św. Zity całą powierzchnię placu wypełniły kramy z kwiatami. Szaleństwo, któremu trudno się oprzeć.
Kupiłam sobie chociaż malutki wilczomlecz zwany po polsku koroną cierniową (Euphorbia milii).
Spacerem po mieście i jego murach zakończyliśmy pierwszy warsztatowy wypad.
Rzutem na taśmę udało mi się zrobić ten wpis, zaraz wyjeżdżamy, więc cierpliwości proszę, cdn.

sobota, 28 kwietnia 2012

ZACZYNAMY WARSZTATY

O 20.30 kolacją przygotowaną przez właścicieli agriturismo, gdzie zostały ulokowane uczestniczki warsztatów wraz z ich rodzinami.
Dokładnie tez na tę godzinę zaplanowałam publikację tego wpisu, żeby mieć pewność zrobienia niespodzianki w postaci szkicowników i piórników. Obiecałam wszak profesjonalne wyposażenie :)

Zróżnicowałam okładki i wieczka , żeby uczestniczki nie myliły się co do własności. Są więc trzy szkicowniki: pistojski, sieneński i florencki. A do tego trzy charakterystyczne rośliny; słonecznik, pelargonia i akant.

Ich przygotowanie zabrało mi trochę czasu, ale nie tylko to jest przyczyną mojego milczenia. Niestety o innych na razie nie mogę wiele napisać, gdyż dotyczy to dość dalekiej przyszłości, pod którą podwaliny właśnie kładłam :)
Pogodę mamy za oknem wyśmienitą, choć prognozy straszą przelotnymi deszczami, oby kłamały! Wszak większość zajęć ma przebiegać w plenerze.
Zdjęcia będę robić na bieżąco, ale nie wiem, czy uda mi się tak szybko wpisywać aktualne relacje. Proszę więc o cierpliwość i czytelników i tych piszących listy. Wrócę :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

DAWNO, DAWNO

Jak na blogowe rytmy, mam spore opóźnienie. Krótkie wpisy da się publikować na bieżąco, ale gdy rzecz dotyczy wycieczki, gdy czasami muszę jeszcze poszperać w źródłach, by uściślić informacje, gdy po drodze jest Wielkanoc, to wtedy tylko nogami przepycham terminy :)
Pierwszą zaległością jest niedzielna wyprawa pod egidą Groupona. To było tak:
Dawno, dawno temu zamówiliśmy jakiś obiad w okolicach San Casciano in Val di Pesa. Oferty gastronomiczne Groupona mają zazwyczaj długi termin do wykorzystania vouchera, więc zostawiliśmy wyjazd na ten rok. Gdy już w końcu postanowiliśmy, że jedziemy, to okazało się, że firma ma lokal zamknięty właśnie do tej daty, kiedy mogliśmy zrealizować zamówienie. Na szczęście nikt z nich nie był drobiazgowy i pozwolono nam przyjechać po terminie, z tym, że na kolację. Dla mnie to gorsza opcja, bo kolacji staram się nie jadać.
Dlatego w niedzielę 25 marca nasz obiad był bardzo skromny, za to pogoda była obficie słoneczna. Mogłam ze spokojem obmyślić jakąś wycieczkę.
Dzień wcześniej, we Florencji, zainaugurowałam sezon na plenerowe rysowanie, chciałam więc pójść za ciosem. Należało tylko znaleźć obiekt, który by mnie na dłużej zatrzymał. Sprawdziliśmy najpierw samo San Casciano. A właściwie to zaczęliśmy od kościoła św. Cecylii w osadzie nieopodal - w Decimo. Dostępny tylko z zewnątrz jakoś mnie nie natchnął do rysowania.
Miałam ochotę na ... zamek!
No, ale skoro już jesteśmy w San Casciano, to przejdźmy się po mieście. Straszyły nas odgłosy burzy, która na szczęście docierała jedynie widokiem skłębionych chmur oraz dalekimi pomrukami.
San Casciano wydało mi się dziwnym, nierównym stylistycznie miastem. To taka składanka współczesności ze starymi, wypielęgnowanymi budynkami (jeden przykład umieściłam w kolażu - to koszmarek przyrośnięty do wieży).
Ani tu przytulnie, kameralne, trochę senne. Fakt, że przyjechaliśmy do niego w porze sjesty, a wisząca w powietrzu burza nie sprzyjała ożywieniu.
Gdzieniegdzie ustawione rzeźby, mniej lub bardziej udane. Klasyczne popiersie Verdiego, a nieopodal jeleń na starym miejskim murze. Kilka rzeź współczesnych, chyba jednego autora.
Skupiłam się więc na detalach. Wyszukałam tak dobrze już mi znane z Florencji otwory na sprzedaż wina czy dziwnie skręconą rurę kanalizacyjną. To znaczy ja rozumiem, że to syfon, ale czemu akurat w tym miejscu? Chwała władzom miejskim za terakotowe kosze na śmieci!
Za miastem wzrok odpoczywa krajobrazami.
Już mieliśmy do nich wrócić, gdy w głębi prostopadłej ulicy zobaczyłam prosty kościółek ciekawie obramowany arkadkowym fryzem.
Podeszłam, przeczytałam, że to Chiesa della Misericordia albo Santa Maria del Prato (co bym przetłumaczyła na Łąkową Marię), kościół zbudowany w XIII wieku, ale w XVI mocno przebudowany. Wewnątrz dostępny tylko po znalezieniu człowieka z kluczem. A gdzie go szukać? No właśnie w Misericordii, której siedziba przyrasta, a nawet wrasta strukturalnie w świątynię. Przed bramą stali pracownicy w charakterystycznych błękitno żółtych uniformach. Zapytani o możliwość zwiedzenia (nadal trwała sjesta) powiedzieli, że ależ oczywiście, że możemy wejść. Zawołali jakiegoś pana, bardziej wyglądającego na pacjenta szacownej instytucji, który poprowadził nas przez pomieszczenia Misericordii. Przeszliśmy przez coś, co wyglądało na mini ośrodek dziennego pobytu, potem przez zagraconą zakrystię,

Weszliśmy do prostej, jednonawowej przestrzeni. Na szczęście (dla dokumentacji fotograficznej) zostaliśmy sami, więc nie bacząc na zakaz robienia zdjęć utrwaliłam skarby tej małej  świątyni. A są to Skarby. Kto by się spodziewał?!
Dla samego Krzyża przypisywanego Simone Martiniemu warto przebić się przez Misericordię. A jeszcze XIV wieczna ambona cudnie rzeźbiona, czy także z tego samego wieku "Madonna z Dzieciątkiem" Ugolino di Nero, naśladowcy Duccia. Wierzyć się nie chce, że taki niepozorny kościółek ma tyle wspaniałości.
Mający go w swojej pieczy pracownicy Misericordii słyną z układania kwiatów do Grobu Pańskiego. Na ścianach nawy wisi kilka fotografii pokazujących na czym polega niezwykłość tych kompozycji. Wyobraźcie sobie dywan złożony głównie z kwiatów doniczkowych ułożonych na niemal całej powierzchni świątyni. Trudno było znaleźć tego przykłady, a zdjęć zdjęciom nie zrobiłam. Mam tylko jedną niepozorną fotografię. Okazuje się, że nie tak dawno wcale, jeszcze kilkadziesiąt lat temu i w naszej parafii kwiaty niemal uniemożliwiały poruszanie się po kościele, zwłaszcza po prezbiterium. Proboszcz wysyłał posłańców do parafian, czasami nawet jeździł sam z towarowym wózkiem, by wypożyczyć od nich kwiaty doniczkowe. Krzysztofa kusi powrót do tradycji.
Na razie wróćmy do wycieczki.
W San Casciano nie znalazłam motywu do rysunku. Nie znalazłam zamku, tylko jego pozostałości, mało widowiskowe.
Ruszyliśmy więc po okolicy, rozglądając się za jakimiś wieżami i krenelażami.
Zaglądaliśmy to tu, to tam, czasami wjeżdżaliśmy do z daleka ciekawie wyglądającego zakątka, robiłam zafrasowaną minę, wycofywaliśmy się i szukaliśmy dalej.
Długą aleją dotarliśmy do Poppiano, niewielkiej osady z górującym nad nią zamkiem. O, to, to, to! O to mi chodziło.
Niestety, zamek (z początkami w XII wieku, ale przebudowany po trzęsieniu ziemi w neogotyckim stylu) okazał się możliwy do obejrzenia jedynie z zewnątrz, a to zewnętrze jest dość mocno obrośnięte, więc trudno było o jakieś sensowne odejście. Z kolei w bramie, do której można było zajrzeć, wiało okrutnie, że nie nadawała się na ostoję rysownika.
Trudno, jedziemy dalej.
Z daleka, na sąsiednim wzgórzu naszym oczom ukazał się dziwnie znajomy kształt. Rozpoznajecie?
Toć to wieża florenckiego Plazzo Vecchio!
Jedziemy tam!
Ręce zaczynają świerzbić. Podjeżdżamy pod zamek ewidentnie składający się z kilku części o różnych czasach powstania. Pierwsze wrażenia  już tak mnie rozanieliły, że szybko zaczęłam szukać recepcji.

Dlaczego recepcji? Otóż Castello di Montegufoni, dokąd trafiliśmy, jest hotelem i nie chciałam wpychać się tam bez pozwolenia.
Weszłam do holu, a z niego do olbrzymiego pomieszczenia będącego recepcją.
Tam trafiłam na panią rozmawiającą przez telefon, z tego, co usłyszałam, z ewidentnie mocno upierdliwym amerykańskim klientem. Czekałam cierpliwie, recepcjonistka równie cierpliwie odpowiadała na pytania padające zza oceanu, czasami tylko porozumiewawczo wywracała oczami. W końcu została uwolniona. Spytałam się, czy mogę tu gdzieś przysiąść i porysować. "Ależ oczywiście!". Dostaliśmy broszurę o miejscu, na pytanie o ogród widziany na zdjęciu, pani zaprowadziła nas na taras, z którego zostaliśmy wypuszczeni na samodzielną eksplorację miejsca.
Gdzie się znaleźliśmy?
Nieopodal Montespertoli, na starym szlaku łączącym Florencję z Volterrą.
Początkowo (czyli tak około XI wieku) budowla należała do rodziny Ormanni wspomnianej potem przez Dantego w "Boskiej Komedii". W XII wieku podczas jakiejś bitwy zamek zostaje zrównany z ziemią i po niemal 150 latach popadania w ruinę przechodzi w ręce rodu Acciaioli. Powstał wtedy pałac otoczony domami. Pod koniec XIV wieku wybudowano wieżę, ale ten charakterystyczny florencki kształt nabudowano dopiero w XVI wieku. W XVII wieku połączono scalono budynki w jedną zwartą strukturę.Na początku XX wieku zamek został zakupiony Anglika Sir George'a Sitwella, który zatrudnił Gino Severiniego (słynnego włoskiego futurystę), by namalował dekoracje ścienne.
Miejsce szczyci się wieloma nadzwyczajnymi wizytami.
Urodził się tu wielki przyjaciel Boccaccia i Petrarki - przyszły kasztelan Królestwa Neapolu, który następnie stał się gospodarzem samego Króla Neapolu, szukającego schronienia w wyniku konfliktu z Królem Węgier.
Medyceusze zjeżdżali tutaj z artystami.
Chyba najbardziej niezwykli goście pojawili się w Zamku Montegufoni podczas II wony światowej, gdyż stał się on schronieniem dla ... tak słynnych dzieł, jak "Pokłon Trzech Króli" Ghirlandaia czy "Primavera" Botticelego.
W latach 70 zamek wraca we włoskie władanie Sergio Posarellego i zostaje przekształcony na hotel oraz miejsce służące przeprowadzaniu wszelkich ceremonii, głównie wesel.
25 marca jeszcze nie wszystkie pomieszczenia tętnił życiem, ale spotkaliśmy kilku anglojęzycznych turystów.
Krzysztof zasiadł do czytania (co zawsze uskutecznia, gdy macham pędzlami, czy ołówkami),  ja jeszcze szperałam po posiadłości.
Szukałam, gdzie by się tu zaczepić rysunkowo.
Dzięki temu odkryłam uroczy dziedziniec o renesansowym charakterze.
Rysunku nie skończyłam. Może kiedyś dokończę. Czas było zwijać majdan i jechać do Villa I Barronci, gdzie z olbrzymią przyjemnością "poświęciłam się" i zjadłam kolację.
To było najlepsze podsumowanie tak niezwykłego dnia. Jedzenie pyszne i pięknie podane.

Ufff! A wszystko to było już dawno, dawno, miesiąc temu.

Pokaż w poszukiwaniu zamku na większej mapie

środa, 18 kwietnia 2012

BYSTRY APARAT

No bo, niestety nie ja.
Zrobiłam kilka zdjęć irysom, które pojawiły się w poprzednim wpisie.
Jeden kwiat zostawiłam sobie na osobny wpis. Tak się skoncentrowałam na gąsienicowatych pręcikach, że nie zobaczyłam lokatora schowanego w kwiecie.
Stereotypowa turystyczna Japonka ze mnie, która dopiero wie, jak jej się udały wakacje, gdy po powrocie z podróży przejrzy zdjęcia.
Zobaczcie, co odkryłam:

sobota, 14 kwietnia 2012

A PO ŚWIĘTACH ...

Wypoczynek.
Często na święta życzymy sobie wzajemnie spokoju i wypoczynku, ale wszyscy "organizujący" w jakikolwiek sposób święta wiedzą, że jeśli w ogóle, to wypoczywa się po nich. Z takiego założenia wyszłam i ja.
Szczęśliwie udało nam się wbić w wolny termin Krzysztofa (możliwość zorganizowania zastępstw), w obecność Taty i gościnny dom do wyłącznej dyspozycji.
Tym razem niewiele czasu poświęciłam na obserwacje zewnętrzne, bo malowałam medaliony w jednym z łóżek wyszperanych przez gospodarzy na starociach. Gdy do lakierowania wyniosłam elementy łóżka na zewnątrz i tak mi się ten widok spodobał, że przetworzyłam scenę z "Dwóch ludzi z szafą" na "Dwoje z łóżkiem". Nie pomyślałam tylko, żeby Tata uwiecznił nas ganiających z metalową ramą po terenie posiadłości. Pozostały efekty pracy z samym modelem:
Pogoda w ostatnim tygodniu bywała różna, iście kwietniowa. Raz nawet uciekałam ze słońca, bo grzało niemiłosiernie, innym razem zza szyby, przy rozpalonym kominku, oglądaliśmy burzę z gradem i wichurę.
Nie przeszkodziło to przyrodzie bujnie obdarować nas nadzieją. Zapewne i Wy doświadczacie tego ciekawego wiosennego przebudzenia, gdy sam widok pąków otwierających się na kwiat dodaje skrzydeł i każe dzielnie iść dalej. A niech jeszcze człowiek odkryje, że bzy kwitną, to nawet wszędobylskie nasionka wiązu nie psują mu humoru.
Gdy skończyłam malowanie, uznałam że zasłużyłam na krótki spacer w Sienie, więc choć na kilka godzin wymknęliśmy się psom i otworzyliśmy sezon na lody siedząc na Il Campo.
Gdyby nie umówione spotkanie z Fabio, pewnie przytrzymałabym panów jeszcze kilka godzin, by obserwować ludzi na placu. W głowie już mi się układał jakiś scenariusz.
Jak by tu połączyć ze sobą:
- psa, który nie może patrzeć na swoich właścicieli,
- uroczą dziewczynkę w blado niebieskiej sukience, bardzo dobrym aparatem robiącą zdjęcia gołębiom,
- dzieciaki, na które przestrzeń placu i ptaki podziałały jak zapłon biegania,
- małego rowerzystę, którego drewniany pojazd przypominał dzieło Leonardo da Vinci,
- córkę rowerzystów strojącą fochy, mimo, że rodzice nic sobie z tego nie robili,
- dwóch podstarzałym bluesmanów,
- starszą parę naprzemiennie rozmawiającą przez jeden telefon,
- panią sprzątającą, mimo braku zagrożenia ze strony pojazdów mechanicznych w odblaskowym mundurku,
- no i stada szkolnych wycieczek w tym dniu wypełniające każdy zakamarek Sieny?
Spacer wydłużyliśmy po Bazylikę San Domenico, żeby Tata (i my oczywiście też) mógł nawiedzić relikwie św. Katarzyny.
Wracając zahaczyliśmy jeszcze o sanktuarium dedykowane tej świętej. Zbudowano je w miejscu rodzinnego domu, nic dziwnego, że bardzo poruszył mnie widok kamienia, na którym kładła głowę, zamiast na poduszce. Zawsze, gdy czytam o św. Katarzynie, mam wrażenie osobowości na pograniczu szaleństwa, oczywiście świętego szaleństwa. Chciałabym tak prosto iść w wytyczonym kierunku ku Bogu, być tak pewną tego, co chcę robić i nie bać się krzywdzących opinii ludzkich, odrzucić wszelką truciznę osłabiającą wolę. To zresztą cecha większości świętych, nie wszyscy jednak mają tak pociągającą mnie biografię.
Łagodność krużganków powoduje, że czuję się tam dobrze i bezpiecznie. Może tak powinno działać to miejsce? Wszak tu był jej rodzinny dom.
Jeszcze kilka migawek. Wieża widoczna od południowej strony. Widok zapewne mniej znany, ale równie spektakularny, zwłaszcza z tą olbrzymią loggią. Tę loggię już widywałam. Za to inna zaraz nieopodal Il Campo bardzo mnie zaskoczyła. Miałam wrażenie, że widzę ją po raz pierwszy. Nie ja jedna miałam takie wrażenie, i wcale nie myślę o Tacie :)
A teraz detale, a wśród nich absolutnie najpiękniejsza, jaką dotąd w życiu widziałam, reklama dentysty z dwoma pulchnymi bobasami (puttami?). Te obcęgi budzą grozę nawet w tak sielskim przedstawieniu. Zresztą wykręcenie ręki pacjenta i napięcie całego ciała mówi samo za siebie.
A potem mieliśmy ucztę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Podana prosto, ale w niezwykłym miejscu - odremontowanym młynie. Już o nim wspominałam, gdyż widziałam go 2,5 roku temu. Z chęcią obejrzałam zmiany.
Fabio przygotował kilka pokoi pod wynajem. Jeszcze trochę charakteru im brakuje, a i gospodarzowi spuszczenia z tonu, bo cenę na razie ma dosyć zaporową. Chyba że znajdzie kogoś, kto za wszelką cenę chce zamieszkać na końcu świata, kogoś pragnącego medytować nad wędką moczoną w rzece Mestre. Na wszelki wypadek przekazałam Joannie namiary na młyn, by dogadała możliwości wynajmu.
Tymczasem zapraszam na merenda czyli podwieczorek zaserwowany nam przez Fabio. Zimna porchetta, pyszne prosciutto, niesamowite lardo oraz ... przebój - surowy młody bób. Jakoś dotąd nie skusiłam się na jego zakupienie, więc w pamięci smakowej miałam tylko nasz polski, dojrzały, ugotowany i podany z masłem, albo jeszcze natką pietruszki. A tutaj? Fabio prosto na obrus wysypał koło naszych talerzy małe kopczyki soli, na środku stołu postawił talerz ze strąkami bobu, polecił wyłuskać nasiona, zanurzyć w soli i zjeść. Mniam! Nawet nie myślałam o polewaniu oliwą, co też się praktykuje, albo np., zagryza serem, o którym zapomniałam wspomnieć.
Sery to w ogóle był lejtmotyw tego pobytu, gdyż pierwszego dnia Krzysztof wyruszył, jak zwykle, na poszukiwanie Mszy św. W drodze powrotnej trafił na festę strzyżenia owiec, na którą niektórzy goście zajechali pociągiem ciągniętym przez parową lokomotywę. Jeśli owce, to nie mogło obyć się bez pecorino. Prosto od lokalnego producenta zakupił kilka kawałków o różnej długości i sposobie sezonowania. Wszystkie sery, razem ze świeżutką ricottą ważyły chyba 1 kilogram i kosztowały tylko 15€. W życiu tu u nas nie kupiłabym serów za tak niską cenę. Zaoszczędził na serach, zaszalał z winem.
O 10€ więcej wydał na Pigna Rossa, wyborne, polecane nam przez naszych gospodarzy. Warte ceny! Jakoś trzeba było uhonorować otaczające nas piękno i wspólny świąteczny jeszcze czas. Smakoszom win podaję namiary na szczegółową charakterystykę.
Ja malowałam, a czym się zajmowała reszta towarzystwa? Panowie czytali.
Psy buszowały w terenie,
albo łapały promienie słońca.
Bywało, że się mocno rozpędzały, co wygląda pięknie w wykonaniu Bogusia, a pociesznie w wykonaniu Druso. Mały nie lubi biegać po prostej, śmiga szybko zataczając koła, więc trudno go schwytać w kadr. Jedyne, co podczas jego biegu dąży do wyprostowania to ogon, zazwyczaj skręcony jak u świni.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Bagni di Petriolo, by wygrzać kości w gorących termach. Temperatura wypływającej wody ma 43 stopnie, ale miałam wrażenie dużo wyższej.Parzyła, więc długo nie wysiedziałam, za to mój Tata mógłby chyba tam zostać do późnego wieczora.
Kąpiel odrobinę pomogła mi znieść ból kręgosłupa prześladujący mnie od czasu malowania ołtarza i wzmocniony malowaniem medalionów. Ta moja część ciała coś nie lubi być artystą. Trudno mi wysiedzieć, lecz postaram się w końcu opisać zaległe wyprawy.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

UCHWYCONE W PRZELOCIE

Faktycznie, można nazwać to przelotem, przelotem między przygotowaniami, Wielkanocą a wypoczynkiem w powiększonym o Tatę składzie, ale w miejscu już Wam dobrze znanym. Siedzimy już w ciszy, a mój kochany Rodzic na razie nawet po książkę nie sięga, tylko napawa się atmosferą gościnnego nam domu.
Wróćmy jednak do parafii San Pantaleo.
W kościele w tym roku osoby strojące wybrały delikatne barwy. Świecom na ołtarz nadałam też niezbyt mocne odcienie, więc nie stały się dominującym elementem, tylko wpisały się w pastelowe tonacje kwiatów.
Krzysztof jeżdżąc na wycieczki pilnie obserwuje wnętrza kościołów, wychwytuje tradycje wpisane w dane święta. Już w kilku świątyniach spotkaliśmy w okresie wielkanocnym wystawione małe buteleczki z wodą święconą. Pomysł proboszcz wykorzystał,  w tym roku zakupił podobne i podarował parafianom. Ależ z chęcią brali do domów.
Przypomniała mi się z dzieciństwa mała specjalna metalowa miseczka na święconą wodę. Była przystosowana do powieszenia na  ścianie, tuż przy drzwiach wyjściowych. Kto wchodził, bądź wychodził, wykonywał ręką znak krzyża, z zamoczonymi uprzednio w tej wodzie palcami. Tutaj w sklepach z pamiątkami, albo artykułami do domu, lub w dewocjonaliach, można nabyć podobną wersję, ale ceramiczną. Czasami są to piękne obiekty same w sobie. Może dobrze byłoby wrócić do sakramentale błogosławieństwa przekraczania progu domu?
W domu naszło mnie na folkowe klimaty. Już zimą naścinałam derenia i żarnowca i, póki były świeże, uplotłam wieńce i upięłam z nich ptaszyska. Te z derenia obsiadły jadalnię, te z żarnowca, albo przyfrunęły do sieni, albo ukryły się pod oknami, ale mój przelot był tak szybki, że tych ostatnich nie sfotografowałam.
Pisanki niemal klasyczne, barwione rozwodnionymi tuszami. Tkaniny z lekka przerobione, odprute oryginalne kieszonki z wydrukowanymi serduszkami, zastąpiłam tymi kwietnymi. Wykorzystałam różne ręczniki kuchenne w tonacji i wzorach komponujących się z obrusem. Pojemnik na chleb już od razu był w takiej postaci.
A że zaległości w pisaniu mam spore, więc nie czekam już na powrót do domu, tylko pokazuję, jak to z jajem bywało :)