wtorek, 21 stycznia 2014

PALAGIO PACHNĄCY BAZYLIĄ

Tytuł sam się prosił o takie sformułowanie, chociaż w pełni klarowny będzie jedynie dla tych, którzy przeczytali książkę Tessy Capponi Borawskiej "Moja kuchnia pachnąca bazylią".
http://ecsmedia.pl/c/moja-kuchnia-pachnaca-bazylia-b-iext22353567.jpg
Bo nie o zapach chodzi, jeno skojarzenie z autorką i jej domem rodzinnym, który miałam niewątpliwą przyjemność chociaż częściowo zwiedzić i, jeszcze bardziej częściowo, sfotografować. Wizytę zorganizowała "Città nascosta", umożliwiająca swoim członkom (a takim się stałam) wstęp do "niezwiedzalnych" obiektów miasta.
Bardzo sobie cenię książki Tessy Capponi Borawskiej, chociażby dlatego, że pisała o swoim życiu we Florencji nie jako przybysza, ale rodowitej mieszkanki. "Rodowitej" to bardzo odpowiednie słowo, gdyż Capponi to bardzo stary florencki ród, więc z kartek jej książek czułam powiew historii, tej,  jaką najbardziej lubię - żywej, związanej z losami konkretnych ludzi.
Lubię "dotykać" wieków, więc nie mogłam sobie odmówić takiej możliwości.
Oprowadzał brat Tessy - conte Niccolò Capponi, co akurat sprawiło mi wielką trudność, gdyż hrabia mówi w trudny dla mojej znajomości włoskiego (florenckiego dialektu) sposób, używa wielu nieznanych mi powiedzeń i … chyba ma wadę wymowy, dźwięk kotłuje mu się pod wąsami i śmieje się podczas mówienia dowcipów. Sam w sobie jednak stanowił atrakcyjny obraz, żywo gestykulował,  mógłby stanowić wzorzec niejednego florenckiego arystokraty, takiego twardo stojącego na ziemi, bez złudzeń, a z drugiej strony silnie związanego emocjonalnie z Florencją, na dobre i na złe.
Będąc historykiem nie jest w stanie mówić o przypuszczeniach, dla niego liczą się dokumenty, źródła,  fakty, jak chociażby ten, że pierwsze wzmianki o jego rodzie sięgają 1215 roku. O rodzie, który wzbogacił się na jedwabiu, wełnie i bankierstwie.
Ale zanim wejdziemy do środka, stańmy przed budynkiem na Via Bardi, 36.
Przechodząc na Piazzale Michelangiolo wiele razy patrzyłam na przysadzisty budynek i zastanawiałam się, co kryją późnogotyckie mury, czy wewnątrz jest równie surowo?
Palazzo, zwane przez Capponiego "palagio" (palazzo obdarzył lekką wzgardą), nie powstał przez przypadek. A co stanowiło jego punkt odniesienia, o tym za chwilę.
Lokację rodowej siedziby ograniczało prawo. Nawet Medyceusze nie mogli postawić budynku naprzeciw swojego rodzinnego kościoła pod wezwaniem św. Wawrzyńca. To był przywilej królów i biskupów.
W 1406 roku pewien polityk Niccolò da Uzzano zamawia u Lorenzo di Bicci projekt pałacu. Jest silne parcie na to, by widzieć w założeniu rękę młodego Brunelleschiego, ale Conte Capponi zawsze powtarza studentom, którzy pomiarami usiłują się doszukać proporcji mistrza Filipa, by przedstawili mu jakieś dowody udziału słynnego architekta, chociażby jakieś spisane świadectwo.  I my więc uznajmy, że to Lorenzo Bicci dał zaczyn zwiedzanemu przeze mnie miejscu.
Po śmierci Uzzano, Capponi stają się właścicielami palazzo.
Grube boniowanie (z surowca zwanego pietra forte) pokrywa elewację niemal do połowy wysokości budynku. Niewiele tu zdobień.
Okno z szybą ze szklanych gomółek, kraty, dosyć prosty portal. No, i mały otwór na sprzedaż wina (pisałam o tych okienkach tutaj).
Brakuje w nim typowych dla florenckich kamienic pomieszczeń na prowadzenie biznesu, z włoskiego botteghe.  Mówi się o powiewie renesansu w tym późnogotyckim dziele, gdyż jego proporcje zapowiadają odwrót ku kompozycji horyzontalnej, a nie jak to bywało w innych średniowiecznych budynkach, wyciągnięcie wertykalne, ku górze.
Zupełnie inaczej jawi się Palagio Capponi od strony Arno. Dziewiętnastowieczna "dobudówka", powstała podczas regulowania brzegu rzeki (oddalono go o dobre kilka metrów) i wytyczenia traktów o wspólnej nazwie Lungarno.
http://upload.wikimedia.org/
Mam wrażenie, że hrabia Capponi nie ceni sobie tej części rodowej siedziby. Zapytany o główne wejście do budynku, wskazuje na skromną bramę od Via Bardi. Ta brama podłużnym przejściem prowadzi na wewnętrzny dziedziniec.
I tylko tam mogłam jeszcze robić zdjęcia.
Szkoda mi byłoby jednak nie pokazać Wam tego, co zobaczyłam wewnątrz, więc poszperałam w internecie. Znalezienie zdjęć ułatwił mi pewien film, ale o tym później.
Dziedziniec ma obecnie zabudowane arkady, co znacznie zawęża poczucie przestrzeni. Arkady wypełniono murem w czasach, gdy budynek stracił na znaczeniu.
Kiedyś z otwartego krużganku widać było budynki położone po drugiej stronie rzeki.
Kwestia polityki i symbolu.
Nawet panorama roztaczająca się z siedziby oligarchy uzupełniała jego wizerunek świetnie prosperującego handlarza tkaninami.
Ktoś, kto przybywał do Niccolò da Uzzano, widział poprzez otwarte arkady "tiratoio" - miejsce, gdzie naprężano i suszono tkaniny, budynek wielce prawdopodobne, że projektu samego Arnolfo di Cambio.
Tiratoio należy jednak do przeszłości, a szkoda, sądząc po znalezionych w internecie ilustracjach.

http://www.casadeitintori.it/wp-content/uploads/2006/01/titatoio-1.jpg
http://firenzeneidettagli.blogspot.it/2011/01/il-tiratoio-o-la-borsa-sulla-sponda.html

Trudno to sobie wyobrazić, gdyż teraz po drugiej stronie Arno widok wypełnia nadęty budynek Izby Handlowej. Na szczęście chociaż trochę równoważy go wystający w tle Palazzo Vecchio.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0c/Palazzo_della_borsa_firenze.JPG


Także w wystroju dziedzińca, obecnie szarym, widać zaczątki architektury renesansowej, a więc kwadratowy plan, czy pierwsze użycie sgraffito (wzorów uzyskanych poprzez wydrapanie wierzchniego tynku, różniącego się odcieniem od tego pod spodem) - tutaj marnie zachowane. W jednym rogu skromnie wyeksponowana wisi Madonna Giovanniego della Robbia.

Weszliśmy na pierwsze piętro, piano nobile, które w większości zajmuje … amerykański Uniwersytet ze Stanfordu. Wygląda to przedziwnie, w nastrojowych wnętrzach, ze starymi obrazami, z rzeźbami, pod wymalowanymi belkami sklepienia stoją wspólczesne krzesła, jest pulpit do prowadzenia konferencji, a pod ścianami jeden przy drugim dominują znane wszystkim "nadgryzione jabłka".
Tutaj zdjęć nie wolno było robić. Ciekawe, dlaczego? Wydaje mi się, że żadnych tajemnic narodu amerykańskiego nie naruszylibyśmy, ani tym bardziej prywatności spadkobierców palagio.
Jeśli ktoś ma książkę "Moja kuchnia pachnąca bazylią", może zajrzeć do wkładki z fotografiami, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała, czy gdzieś w internecie są opublikowane zdjęcia tych sal. I znalazłam. Przy okazji pewnego wywiadu z hrabią oraz …
Najpierw pomieszczenia.
Salon Wielki zachował oryginalny wystrój z późnego XVII wieku.
http://www.terraditoscana.com/hannibal/images/gallery/kappa/sscap06.jpg
 Część olbrzymich, wysoko zawieszonych obrazów, stanowi przykład ciekawego zjawiska panującego w dawnych czasach. Malarz malował dzieło, które zyskiwało sobie uznanie, więc powielał je dla następnych nabywców. Można to chyba nazwać kopią odautorską, choć bywało też, że np. część portretu (jak sylwetka kardynała) była gotowa nawet przed zamówieniem, czekano tylko na chętnego, który użyczy swojego oblicza, za stosowną oczywiście zapłatą. W tej jednej sali, na przeciwnych ścianach wiszą właśnie takie  kardynalskie portrety członków rodu Capponi. Identyczny niemal strój i poza, tylko twarze zmienione. Ciekawe czy, gdyby w tamtych czasach istniała fotografia, kardynałowie zgodziliby się na fotomontaż?
http://www.terraditoscana.com/hannibal/images/gallery/kappa/sscap07.jpg

Bywało, że takie "schematy" wykonywali uczniowie, a artysta nadawał całości wyraz, kończył, domalowując twarz. No, i firmował swoim nazwiskiem, tutaj był to Justus Sustermans.
Znalazłam  przewrotny przykład, a mianowicie pełnopostaciowy portret bardzo podobny do tego z salonu Capponich oraz portret popiersie tego samego kardynała z jednego z mediolańskich muzeów.
http://www.whitfieldfineart.com/works-for-sale/justus-sustermans/    
http://www.artcortemilia.com/images/246.jpg

Trochę niżej, na kolumnach poustawiano popiersia - rzeźby kopiujące antyczne dzieła. Zgodnie z panującą w XVII wieku modą.
Przechodzimy do następnego pomieszczenia, mniejszego salonu, w którym główną atrakcją nie jest wcale samo pomieszczenie, tylko to, gdzie prowadzi. Można z niego zajrzeć do małej kaplicy rodowej, właściwie do kapliczki, bo jest to pomieszczenie, gdzie dawniej mieścił się tylko ksiądz odprawiający Mszę św.
http://www.terraditoscana.com/hannibal/images/gallery/kappa/sscap02.jpg
Mimo niewielkich rozmiarów, zmieściła  w sobie wielkie nazwisko Pontormo, malarza o którym niewiele tu wspominam, do którego bardzo powoli się przekonuję. Zapewne kiedyś o nim napiszę. Przyznam, że byłam kompletnie zaskoczona. Małe pomieszczenie, z witrażem, z wnęką służącą za zakrystię, a w ołtarzu Madonna, w ocieplonych upływem wieków barwach.
http://www.terraditoscana.com/hannibal/uk/gallery/kappa03.htm

Czas Niccolò Capponiego przeznaczony dla naszej grupy nieubłaganie kończył się, jeszcze tylko rzut oka na taras i wspaniałą, tchnącą spokojem panoramę Florencji.

I na sam koniec wisienka!
Archiwum.
Oczy zaświeciły mi się, a w duszy rozlegał się dźwięczny śmiech. Takie miejsce zobaczyć, to przywilej, który niezwykle sobie cenię.
Na małym stoliku przy wejściu w ramkach zamknięto pamięć o członkach rodu, to fotografie, niektóre bardzo, bardzo stare.
Biblioteka i papiery dokumentujące historię rodu wypełniają pokój, którego wymiary wydają się być zmniejszone wagą pomieszczonych tam ksiąg i dokumentów.
http://www.terraditoscana.com/hannibal/images/gallery/kappa/sscap05.jpg
Jest to tylko fragment archiwum Capponich. Resztę złożono w pubicznych instytucjach.
Hrabia podał nam do obejrzenia z bliska jeden z pakunków, zawierający dokumenty procesowe z innym znanym florenckim rodem Antinori. Dokumenty mało mi mówiły, ale to, w co je owinięto spowodowało chyba mocno głupią minę rozanielonej pasjonatki manuskryptów. Otóż w dawnych czasach, gdy lekcjonarz mocno się zniszczył, wykorzystywano jego pergaminowe strony jako okładki do, a raczej obwijki.
zrzut ekranowy z filmu nie pamiętam, jakiego, w natłoku materiałów zgubiłam źródło
Dobrym trafem stało się tak, że byłam ostatnią osobą, która mogła trzymać te dokumenty w rękach, więc stałam zaczarowana, patrzyłam się na lekko przetarty ozdobny inicjał, na znane mi z kaligrafii kroje czcionek i nie mogłam oddać pakunku z powrotem. W końcu hrabia skończył mówić i wyciągnął do mnie ręce, by odebrać to, co z chęcią przytuliłabym do serca - fragment XII wiecznego pergaminu!
Nie umiałam z siebie wydusić żadnego słowa poza głupim zupełnie "bello".

Wizyta dobiegła końca, ale miałam przecież jeszcze napisać o jednym źródle dostarczającym zdjęć, a nawet fragmentów filmowych z Palagio Capponi.
Swego czasu Niccolò Capponi oprowadzał pewnego amerykańskiego pisarza po Florencji. Jego nazwisko niewiele mu wtedy mówiło, ale podczas spaceru widać było wyraźne zainteresowanie miastem i jego historią, nie tylko powierzchowne turystyczne łapanie doświadczeń w stylu amerykańskim. Hrabia zaprosił więc pisarza do siebie. Potem w mailach pomagał  rozgryzać pewne problemy językowe twórcy. Aż dostał list z pytaniem, czy może użyć nazwiska rodu i miejsca jego zamieszkania na kartach książki, którą właśnie pisał. Po naradach z pozostałymi członkami familii Niccolò Capponi odpowiedział, że się zgadza pod jednym warunkiem, że Capponi nie skończą jako danie specjalne na talerzu głównego bohatera powieści.
Już wiecie, co to za autor i książka?
Thomas Harris i "Hannibal Lecter".
To w tym pałacu mieszkał bohater książki i filmu, to w wielkim salonie grał na szpinecie z tego domu.
http://www.imdb.com/media/rm3906112768/tt0212985?ref_=ttmd_md_nxt

To w archiwum pisał list do Clarice - link do tego fragmentu. 
A nasz przewodnik grał w tym filmie, właściwie to siebie, siedział w komisji historyków wysłuchującej  konferencji Hannibala Lectera.
Z wizyty w Palagio Capponi pozostało w pamięci wiele powiedzonek i dykteryjek. Mam nadzieję, kiedyś Wam coś jeszcze napiszę, z tego, o czym mówił conte Niccolò Capponi.

Jedno powiedzonko brzmi mi ciagle w uszach:
"Siamo a Firenze dopo tutto."

Co tłumaczę opisowo tak:  Jeśli nie rozumiesz jakiegoś zachowania mieszkańców Florencji, jeśli jest coś dla Ciebie irracjonalne, śmieszne, głupie, wspaniałe, irytujące w ich zachowaniu, możesz z przekąsem powiedzieć "W końcu jesteśmy we Florencji" - i to usprawiedliwi wszystko :)
"Siamo a Firenze dopo tutto."

28 komentarzy:

  1. A to niespodzianka! Wspomniana ksiazke kupilam podczas studiow jeszcze w Warszawie, wiedzac ze kilka miesiecy pozniej, po wyjsciu za maz bede mieszkala we Wloszech. Ksiazke znam na pamiec i z niej uczylam sie gotowania pierwszych wloskich potraw. Zawsze bylam ciekawa tego miejsca, ale jakos nigdy sie nie sklada...Aby dotrzec do Toskanii musze zawsze przeprawic sie przez te gory...
    Serdecznie pozdrawiam,
    Beata z Ceseny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, te góry, no i pociechy też trochę hamują chyba, co? Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  2. Aleś pojechała z tym Hannibalem Lecterem, paskudem :)). I niezjedzeniem przez niego członków rodu!
    Bardzo interesujące miejsce, ze staroświeckim włoskim szykiem, a pan hrabia baaaardzo stylowy :)
    Przeczytałam z zapartym tchem.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta i inne książki Tessy Capponi zainspirowały mnie do poznania Toscanii - no i w konsekwencji zakochania się w tej krainie pachnącej bazylią! Via Bardi specjalnie kiedyś chodziłam, ale nie udało mi się zidentyfikować tego domu. Za to wśród licznych i w Toskanii i w całych Włoszech Calcinai, znalazłam tę, która jest wakacyjną siedzibą rodu Capponich: tuż przy drodze z Florencji do Greve in Chianti! Piękna cyprysowa aleja prowadzi do nieco zaniedbanej zewnętrznie willi, w której, jak pisze Tessa, co roku w sierpniu spędza wakacje. Z rodziną oczywiście, tamtejszą i jej aktualną włosko-polską. Pokręciliśmy się trochę na zewnątrz, gdzie jest wejście do kaplicy, ale nie mieliśmy śmiałości pójść przed front budynku, gdzie stały samochody i od czasu do czasu ktoś się pokazywał (gdyby to był sierpień, pewnie odważyłabym się zapytać o signorę Tessę, a może i z nią porozmawiać). Dzięki Małgosiu za kolejny wpis, który dużo uczy i przywołuje wspomnienia! Annamaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pałac ma tablicę informacyjną, idąc w górę jest po lewej stronie.

      Usuń
  4. Jakaż to wielka dla mnie przyjemność wejść do Palazzo (vel Palagio) Capponi, cóż z tego, ze nie osobiście, a tylko zaglądając Ci przez ramię. I zobaczyć wnętrze kaplicy (nie byłam tak wytrwala w szperaniu w sieci, a mo,że kiedyś tego zdjęcia nie było?) z Pontormem. To tondo znajdowało się w kaplicy Capponich w S. Felicita, gdzie do dzis można podziwiać wspaniałe Zdjęcie z krzyża bez krzyża. Po prostu - kiedys Capponi zdecydowali, że Madonna będzie wisiała w kaplicy domowej i ją przenieśli. Od kiedy się o tym dowiedziałam męczy mnie myśl, jakie to uczucie - tak zwyczajnie przewieszać Pontorma? Nigdy się nie dowiem. Nota bene kaplicę projektował Brunelleschi - może dlatego tradycyjnie wiązany jest też z palazzo?

    Ja, Małgosiu, Pontoprma kocham, jak i innych manierystów florenckich, dlatego zbliżająca się wystawa w Strozzi to dla mnie nie lada gratka!

    serdeczności,

    Iwona

    ps. Film widziałam, ze świadomościa, że to to palazzo, ale nie wiedziałam, że występuje już w książce. Ha! Zawsze cos dla mnie nowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, skąd Ty czerpiesz takie wiadomości? Jestem pełna podziwu. Ja już nie chciałam rozciągać artykułu, ale Capponi pokazał nawet namalowany przez Pontormo cień, który miał uprzestrzenniać kompozycję, sugerując z której strony pada na obraz światło, ale właśnie w kaplicy rodowej w Santa Felicita. Ciekawe, że ciągle odkładam wizytę w tym kościele, ale chyba jest w planach tam wykład, więc w końcu będzie okazja. Na wystawę też się wybiorę, może w końcu przełamiemy lody z manierystami :)

      Usuń
    2. Cień! Małgosiu, dziękuję za tę informację, przyjrzałam się zdjęciu i go zobaczyłam. Tak jak Signorelli w Zwiastowaniu z Volterry – światło w kompozycji ustawił tak, że Archanioł wydawał się być oświetlony światłem naturalnym, a sklepienie nad Maryją było przedłużeniem tego w prawdziwej kaplicy w katedrze. Dziś nie można – tak jak w przypadku tonda Pontorma – zobaczyć efektu in situ, bo dzieło jest w Pinacotece.

      Już nie mogę się doczekać Twojej relacji z S. Felicita.

      pozdrowienia z bardzo mroźnego Gdańska

      Iwona

      Usuń
    3. I co? Nadal nie zdradzisz źródła, z którego wiedziałaś o przenosinach obrazu?

      Usuń
  5. Małgosiu,
    znowu sprawiasz wielką radość.Bardzo lubię felietony Tessy Capponi Borawskiej, ostatnio sięgnęłam po Jej książkę "Dziennik Toskański" będący zapisem jednych wakacji w rodzinnych stronach. Świetnie się to czyta, można rzeczywiście zanurzyć się w Toskanię widzianą oczyma rodowitej mieszkanki. Teraz, dzięki Tobie, mogłam poznać jeszcze lepiej Jej florenckie miejsca i rodzinę. W książce, o której piszę, jest portret Lodovico Capponi Młodszego, pędzla Agnolo Bronzino, do którego hrabia Niccolo Capponi - zdaniem siostry - jest podobny.
    Pozdrawiam serdecznie
    Ewa z Legnicy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dziennik" też mam, ale o pałacu najwięcej jest napisane w "Kuchni", stąd ograniczenie tylko do tej książki.

      Usuń
  6. Oczywiscie, znam ksiąki Tessy Capponi Borawskiej, kocham Italie i wsystko co o niej wiedzialam i wiem to m.in z tych ksiazek, ktore z ogromna przyjemnoscia czytalam, oczami wyobraźni przenoszac sie do pieknej Toskanii... prawie czując zapachy o jakich autorka pisala.

    Mialas szczescie, zwiedzajac takie miejsce, romawiajac z prawdziwym hrabią - fiu fiu...
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam się szczerze, że aż mnie radość rozpierała, chyba nawet śniegi by mnie nie powstrzymały, choć o te trudno tej zimy :)

      Usuń
  7. Uczta niesamowita!
    po przeczytaniu książęk Pani Tessy Caponi-Borawskiej zapragnęlam zobaczyć jej dom rodzinny i zobaczyłam , ale tylko z zewnątrz, a taraz Małgosiu przeszłam po jego wnętrzu razem z Tobą. Dziękuję.
    Warmianka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brałam też pod uwagę nasze czytelnicze pasje, opowiadałam nawet o tym jednej pani w oczekiwaniu na wejście do środka.

      Usuń
  8. Pani Małgorzato, świetny reportaż, jestem pod wrażeniem, czytałam i oglądałam z wielkim zainteresowaniem. Ze swej strony pragnę podrzucić pomysł na kolejną trasę weekendową (może w maju?): http://www.matewine.com/ Mate Winery Montalcino (korzystając z mapy google należy wpisać następujący adres: Podere Il Falconaio di Ferenc Máté, Montalcino). Ferenc Mate to tuż za Małgorzatą Matyjaszczyk mój ulubiony autor książek o Toskanii i producent wybornego wina. Namawiam do odwiedziny bo to nasz Bratanek (z pochodzenia Węgier) i kapitalny człowiek .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Przyznam się bez bicia, że do Mate się zraziłam po książce "Mądrość Toskanii" i jakoś mnie do niego nie ciągnie, wolę poznawać miejsca prowadzone przez autochtonów :)

      Usuń
  9. I ja czytałam ( i gotowałam i gotuje nadal) Tessę i potem zwiedzając Toskanię widziałam wiele Jej oczami. Zupełnie niechcący ( zabłądziliśmy przy wyjeździe z Florencji) trafiliśmy do Calcinai. Zrobiłam nieco zdjęć w firmowym sklepiku winnym i z duszą na ramieniu powłoczyłam sie po obejściu palacowym - ale zywego ducha nie spotkałam, Był koniec września...
    Dzieki za wpuszczenie mnie do florenckiej siedziby rodu!
    qd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę w końcu wybrać się do Calcinai, ciągle jakoś nie po drodze :)

      Usuń
  10. Tessy nie da nie kochać. Dla mnie to muza i niedościgniony wzór. Niesamowita ta Twoja opowieść. Pewnie bedę tu jeszcze zaglądać bo dziś pomigrenowo tylko tak na szybko.Ale i tak jestem pod wrażeniem. Jesteś wielka po prostu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Migreny współczuję, a wielkość odrzucam, ja po prostu wyłapuję interesujące mnie oferty :) No, dobra, trochę potem grzebię po źródłach, żeby to ubrać w słowa i własny zachwyt przekazać :)

      Usuń
    2. Lubię to Twoje dociekanie i doceniam. Nie każdemu się chce. \Mnie się nie chce ale jak już mam podane na talerzu to z pasją pochłaniam.

      Usuń
  11. No i szkoda, że nie mogłam z Tobą pójść :( Palagio robi wrażenie, podobnie jak Hrabia :) Ja też bardzo lubię obydwie książki Tessy i często do nich wracam. Miałam przyjemność być jej studentką, dlatego poznanie jej innego niż belferskiego oblicza było dla mnie ciekawym doświadczeniem. W Calcinai byłam kilka lat temu razem z Andreą, którego firma zajmowała się eksportem ich wina. Była wtedy piękna, wczesna jesień, pierwszy raz w życiu widziałam tak piękny warzywniak !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może za którymś artykułem w końcu ze mną pojedziesz? Widzę, że Calcinaię muszę wpisać na listę "must see"

      Usuń
  12. Przyznam się, że książek nie czytałam, ale nadrobię to niebawem.. uwielbiam Twoje wpisy i Ciebie, ze Ci się chce je pisać:) tyle ciekawostek i informacji.
    dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh! Ah! Za to uwielbienie :) A książki polecam, mnie zafascynował sposób, w jaki Capponi wychowali swoje dzieci.

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *