niedziela, 8 lutego 2015

GŁĘBOKIE ZANURZENIE

Następne niezwykłe miejsce we Florencji, następny zachwyt, następne zejście w głąb historii miasta.
Città Nascosta zorganizowała wizytę w archiwum florenckiej Misericordii. O samej instytucji bractw Misericordii już kiedyś wspominałam, o florenckiej napiszę przy innej okazji, bo mam w planach wizytę w ich muzeum. Przypomnę tylko, że pod pojęciem Misericordii kryją się organizacje powstałe wieki temu (florencka w 1244 roku), by wypełniać chrześcijański obowiązek uczynków miłosiernych co do ciała i duszy. Obecnie ich związek z Kościołem jest mniej ścisły, choć wszystkie cele nadal są zachowane.
A że mamy dzisiaj Światowy Dzień Chorego, więc temat taki trochę powiązany :)

Dzień był zimny nad wyraz, więc zamiast czekać pod Dzwonnicą Giotta weszłam zagrzać się do wejściowego hallu. Od razu poczułam, że zapowiada się ciekawa wizyta. Stare meble, a pomiędzy nimi najnowsze urządzenia elektroniczne. Szafeczki ze szlachetnie wygładzonego czasem drewna, obraz z Katedrą jeszcze bez elewacji.

Wiadomo było, że należy odłożyć na bok typowe skojarzenia ze słowem archiwum, z kurzem, i nudną, żmudną pracą. Nie znajdziecie tego w archiwum Misericordii.

Gościły nas dwie archiwistki, pasjonatki, z entuzjazmem opowiadające o swoich odkryciach, zawartości dokumentów, kobiety które potrafią zapomnieć, że skończył się czas pracy, bo trafiają na fascynujące odkrycia.
Archiwum Misericordii jest o tyle wyjątkowe, na tle innych, że daje dość wyrazisty przekaz czasów, zwłaszcza codziennego życia, powiązań rodzinnych, dostarcza informacji, o które trudniej w innych archiwach. Mówi o tragediach, chorobach, zwyczajach. Nam przedstawiono tę historię w pigułce, w oparciu o wybrane dokumenty.

Zaczęliśmy od rejestru osób zapisanych do Misericordii. Co to oznacza?
Właściwie członkiem bratcwa może zostać każdy chętny. Zgłasza się, wpłaca wymagany minimalny kontrybut i ma potem z tego tytułu pewne przywileje. Sama zastanawiam się nad zapisaniem do Misericordii. Może mniej mnie interesuje tańszy pogrzeb, ale już zapewnienie (chyba corocznej) Mszy św. w mojej intencji w przypadku osoby takiej jak ja, czyli wierzącej, nie posiadającej własnej rodziny, jest dobrym zabezpieczeniem mojej duszy.
Rejestry florenckiej Misericordii były cztery, zgodnie z podziałem Florencji na dzielnice. My zobaczyliśmy rejestr strefy Santa Maria Novella założony ok. 1360 roku. Obok nazwisk widać podział na miesiące, ale, co ciekawe, nigdy go nie użyto, nie wiadomo nawet, ewentualnie, czemu miał służyć. Ktoś się namęczył, nadrobił literek oznaczających miesiące, na marne.

Ułożone alfabetycznie dają łatwość poruszania się wśród imion i nazwisk.
Przynależność do Misericordii nie znała podziałów na klasy, więc mieszają się tu nazwiska wielkich i sławnych z zupełnie przeciętnymi mieszkańcami Florencji. Znaleziono znanych malarzy, służących i wieśniaków. Są i mężczyźni i kobiety, które o wiele rzadziej pojawiały się wtedy w oficjalnych spisach czy różnych dokumentach. Z pergaminu wyłania się Domenicha, Diana, Donata, Agnola, Selvaccia. Wdowy, żony, biedne i bogate.  W rejestrze zachowały się słynne nazwiska, ale zadanie ustalenia, czy są to akurat te postaci znane z historii, nie należy do archiwisty, dlatego panie nie umieją potwierdzić, czy Taddeo Gaddi, to ten Taddeo, słynny malarz.  Zapisany Amerigo Vespucci był łatwiejszy do przypisania go postaci sławnego podróżnika, gdyż w tym samym rejestrze natrafiono na innych członków rodu, jednoznacznie rozwiewających wątpliwości.
W innym rejestrze są niemal wszyscy Medyceusze.

Część z tych osób dodatkowo zapisywała się do wolontariatu, na którym po dziś dzień opiera się działalność Misericordii.

Z nazwiskiem Vespucci przytrafiła się jednej z archiwistek ciekawa historia. Była w klasztorze San Marco i rozmawiała z jakimś zaprzyjaźnionym zakonnikiem. Mówi mu cała rozentuzjazmowana: "Dzisiaj natrafiłam na rejestrację twojego współbrata". Zakonnik pyta: "Kogo? Kogo?" Ona: "Giorgio Vespucciego".  W tym momnecie za jej plecami przechodził pewien Niemiec i się odzywa z twardym niemieckim kacentem: "Giorgio Vespucci? Przyjechałem z Norymbergii badać życie Giorgio Vespucciego". Pani archiwistka zakrzyknęła: "Fantastico!". Została obdarzona potem przez owego naukowca dużą dawką ciekawych informacji o zakonniku-humaniście.

Drugim, arcyciekawym dokumentem jest statut z 1490 roku. Już sama jego skórzana oprawa, oryginalna, budzi zachwyt, ale też mówi na przykład, jak przechowywano księgi. Nie stały na półkach, kładziono je poziomo, a metaliczne guzioły pozwalały na zachowanie odstępu od leżacej na nich księgi. Przepływ powietrza, mniejsza powierzchnia styku, pozwalały utrzymywać księgi w dobrym stanie.

Czas płynie, statut wymaga uzupełnień. W 1501 roku powstało uzupełnienie. Jest to o tyle nie zwykłe, że zazwyczaj statuty spisywano mniej więcej raz na wiek, ze względu na kosztowność takiej księgi, pergaminu i okładki. Niestety okucia zostały kiedyś użyte do innej księgi, za to jedna tylko karta wewnątrz może oszołomić.

Ten statut został napisany po serii epidemii dżumy, gdy miasto zwróciło się do Misericordii o jeszcze bardziej wzmożoną pomoc. Do poprzedniej treści dodano więc rozdział o nazwie "Choroba".

Misericordia praktycznie przejmuje opiekę publiczną związaną z dżumą. Wiedziano, że dżuma jest zakaźna, lecz nie byo wiadomo, jaką drogą, podejrzewano nawet wzrok i myśl, jako nośniki zarazy.  W 1498 roku, wtedy poza miastem, zbudowano pierwszy lazaret - miejsce kwarantanny i opieki nad chorymi. Szpital florencki (Santa Maria Nuova) nie chciał się nimi zajmować, wiedząc, że jego struktura nie odpowiada wymogom kuracji zadżumionych. Nie był w stanie odizolować chorych.

Po wybudowaniu lazaretu, wyposażeniu, zakupieniu wszelkich niezbędnych utensylii, po utworzeniu także kaplicy, bracia Misericordii ruszają w miasta i dom po domu szukają chorych. Każdego znalezionego zabierają z domu i umieszczają w lazarecie, a rodzinę nazywają "podejrzaną" i poddają domowej kwarantannie. Budzi to wielki lęk i popłoch wśród mieszkańców Florencji. Kto ma środki, ucieka z miasta do swoich letnich rezydencji. Tak własnie zrobili bohaterowie słynnego "Dekamerona".  Oczywiście ludzi w domach nie zostawiano na pewną śmierć, dostaczano im pożywienie.
Lazaret przestał wystarczać. Budowano prowizoryczne baraki z drewna. Archiwum Misericordii dostarcza informacji na temat całej akcji związanej z dżumą.
Nastepny dokument z 1522 roku dotyczy dokładnie czasów zarazy. Wolontariusze proszą głównego medyka Misericordii, by napisał wskazówki, porady, co należy robić. Znamy nazwisko lekarza, był to Girolamo Buonagrazia, postać sama w sobie barwna, czynny przeciwnik Medyceuszy, był też posądzany o herezję, potem uwolniony. Napisany przez niego podręcznik dzieli się na dwie części - łacińską, dla lekarzy i ludzi obytych z tym językiem oraz napisaną w dialekcie toskańskim. Wyprodukowano 72 egzemplarze dla osób sprawujących nadrzędne funkcje w Misericordii. Do naszych czasów zachowały się dwa egzemplarze, jeden we Florencji (w Bibliotece Narodowej), drugi w... Paryżu.

Misericordia wydała reprint tego dokumentu, wraz z tłumaczeniem z łaciny i toskańskiego. Nie omieszkałam skorzystać z okazji i kupiłamjeden egzemplarz, by dokładniej wczytać się w zalecenia florenckiego lekarza sprzed wieków. Na razie, jako ciekawostkę podam na przykład remedium w postaci oleju ze skorpiona (?).
Kuracje zalecane przez lekarza, miały też podział na klasy.
Najbogatszym zaleca się kulę zapachową nasączoną wydzieliną z gruczołów zwierzęcych, o silnym zapachu mchu i bursztynu, wspomagającą serce, oddalającą złe powietrze. Inna kula zapachowa miała być oparta o kwiaty pomarańczy i róż.
Średnio zamożni mogli korzystać  z kuli o zapachu sandałowym, kuli z różowych róż, koralu, popiołu gumy arabskiej, kamfory.
A biednym zostawało wąchanie majeranku, ruty, róż i bratków. Zawsze to coś :)

Z dżumą wiąże się niezwykle poruszający dokument - spis "podejrzanych" i chorych, ale także i uzdrowionych (których było około 50 %), często potem proszonych o posługę przy innych chorych, jakby w przeczuciu, że zostali naturalnie zaszczepieni. Spisy miały charakterystyczną wydłużoną formę, by było łatwo przenosić je pod ręką.

W pokazanym nam spisie archiwistka wyczytała skład jednej z rodzin: Ser Bonifacio - głowa rodziny, Felice - żona, Maddalena - córka, Caterina - córka, Francesco z Pistoi - zięć, jedna młoda służąca gruba, jedna stara służąca  i jakaś kobieta o imieniu Pasuqa - określona jako wariatka. Niestety, niemal wszyscy spisani, na następnej karcie wymienieni są jako zmarli, brakuje w spisie żony, więc pewnie przeżyła.
Na koniec, po pojedynczej notce o śmierci z września, wzruszający zapis: "Dzisiaj zakończyła się dżuma. Bóg zachował nas dla przyszłości."

Lazaret był daleko od cmentarza Misericordii, o obecnym pisałam kiedyś. Wyobraźcie sobie upalne florenckie lato i zwłoki do przeniesienia w koszo-plecaku! I do tego totalne zakapturzenie (pod koniec XV wieku zamienione z czerwonego na czarne), przecież wolontariat polegał na tym, że posługę czyniono anonimowo. Nawet własnych butów nie można było zakładać, gdyż te mogłyby świadczyć o kimś dobrze sytuowanym. Wyjątkiem od użycia koloru czarnego była posługa wobec dziecka, wtedy używano błękitu, a nawet pozwalano zdjąć kaptur.
Dużym ułatwieniem było zastosowanie noszy, ich szkice zachowały się w innym dokumencie. Grupa wybuchnęła śmiechem, gdy archiwistka powiedziała o przepisie, że niosący nosze (w cztery osoby) muszą być tego samego wzrostu. Wszystko było przewidziane odpowiednim przepisem, nawet oddalenie się w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Wyobraźcie sobie, że określono nawet trasę przeniesienia zwłok, łącznie z porą dnia, kiedy to trzeba było wykonywać.

W końcu jednak pojawiły się samochody. Najpierw się ich bano, uważano je za dzieło diabła, śmierdziały, hałasowały. Główni zarządzający Misericordią zdecydowali, że ewentualnie można takim pojazdem przewieźć zwłoki. Archiwum ma na stanie katalogi pierwszych zakładów motoryzaycjnych, z którymi prowadzono rozmowy na temat przystosowania pojazdów do roli ambulansu. Jedna z firm pochodziła z Pistoi. A w innym katalogu zachował się odręczny szkic sugerujący przebudowę oryginalnego samochodu zgodnie z potrzebami Misericordii. Wszyscy chcieli jeździć jako sanitariusze, gorzej z kierowcą. Nikt nim nie chciał być, bo oznaczało to ciągłą pracę, kierowca nie powinien mieć dzieci, a najlepiej, gdyby nie miał rodziny i cały czas spał w Misericordii.

Z archiwaliów można dowiedzieć się, jak wyglądała praca przy osobach skazanych na śmierć. Toskania szczyci się, że jako pierwsza na świecie wprowadziła abolicję w tym zakresie. Ha! Oficjalna historia swoją drogą, papiery swoją drogą. Nie mówi się tym, że syn Leopolda ponownie wprowadził wykonywanie wyroków śmierci. Problem zrobił się o tyle poważny, że wraz z pierwszym zniesieniem zamknięto oddział odpowiedzialny za asystę skazanych, katów wysłano na emeryturę, więc potem szukano ich w Rzymie.
Pokazano nam pewien dokument dotyczący zabójcy ojca. Asystujący mu z ramienia Misericordii stanowili pokaźną grupę, 40 z nich dzień przed egzekucją wyruszyło na miasto, w celu zebrania pieniędzy. Dzięki tak zebranym środkom opłacano wszelkie wydatki związane z wyrokiem śmierci, łącznie z opłatą kata, ostatnim posiłkiem w życiu skazańca. Był to także rodzaj zabezpieczenia wdowy, czy też najbliższej rodziny. Sam skazaniec w oficjalnych pismach nie był tak nazywany, jeśli traficie na określenie "biedny pacjent", możecie przyjąć, że mowa o kimś, kto dostał wyrok śmierci. Taaa ... "biedny pacjent" - chorobę na pewno miał śmiertelną.
Przy okazji omawiania kwestii kary śmierci, panie z archiwum opowiedziały, że znalazły list naukowca z Pizy badającego, który rodzaj śmierci przysparza więcej cierpienia - powieszenie, czy ścięcie. Profesor zgłębiając temat, badając ciała zmarłych, doszedł do wniosku, że gorsze jest ścięcie.

Wszystkie te informacje są zapisane na kartach ksiąg, dotyczących osobno posługi powszedniej osobno nadzwyczajnej, jaką było wykonanie wyroku.

Zdarzało się, że członkowie Misericordii zostawiali instytucji cały swój majątek, a w tym własne rodzinne archiwum - obecnie bezcenne źródło informacji. Zobaczyliśmy to na przykładzie pewnego krawca Gabbuggianiego. Miał siedmiu synów, ale bez potomstwa, koniec końców, zgodnie z testamentem, jego zapiski trafiły do Misericordii. Urodził się we Florencji w połowie XVII wieku. Jako biedny rzemieślnik jedzie do Paryża, tam poznaje i poślubia pewną Paryżankę, także krawcową. Wraca z żoną do rodzinnego miasta. Zakłada warsztat, który powoli zaczyna się bogacić, o czym świadczy zmiana drewnianego wystroju i założenie witryny. Wprywatnym archiwum są listy syna, który poszedł w ślady ojca, został krawcem. Pewnego razu wybrał się do Paryża, by poznać ciotki od strony matki. Narzekania przypominają listy współczesnego potomstwa: Tato, tu wszystko jest drogie. Wysyła też ojcu próbki tkanin.

Być może zakupił potem jakąś, by tata mógł uszyć kreację dla księżnej toskańskiej. Zapewne powstała z tego jakaś sukienka koktajlowa. Jak widać krawiec Gabbuggiani zaszedł bardzo wysoko w swoim rzemiośle, stał się krawcem nadwornym. W papierach są rachunki za kostiumy dla muzyków i teatralne, szyte na zalecenie Ferdynanda. Gdy zobaczyła je pewna historyk teatru, rozpromieniła się ze szczęścia. Na podstawie rachunków mogła odtworzyć repertuar grany w rezydencji w Pratolino. Niestety, w archwium prywatnym krawca nie zachowały się formy, to dopiero byłaby gratka! Ale i tak same opisy, że np kamizela była żółta, spódnica czerwona przyprawiają historyków ubioru o palpitacje serca. Z zapisków dowiadujemy się,  że księżna co roku zamawiała kilka ubrań dla sierot i wręczała im je z okazji Święta Zwiastowania Pańskiego.

Ostatnia księga, bardzo gruba to zbiór rysunków kluczy, wśród nich żaden się nie powtórzył. To klucze do szafek. Każda szafka była komuś przypisana i potwierdzała to ta księga. Przy każdym rysunku wpisywano nazwiska obecnych użytkowników danej szafki.

Jeszcze krótki rzut oka na półki, ciężkie spisanymi wiekami.

Jakieś pamiątki, czasami trudne do rozszyfrowania.


Stare fotografie.

Trudno złapać oddech, chciałoby się zobaczyć, jak najwięcej.


16 komentarzy:

  1. Ehhh, co za super wpis, dziękuję!
    fres z Gdańska, co to dzisiaj zdała bardzo trudny, ostatni! egzamin i może w końcu poczytać owego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję zdanego egzaminu! To na pewno dużo dużo trudniejsze niż napisanie jakiegokolwiek artykułu na blogu.

      Usuń
  2. Piękny artykuł. "Zazdroszczę" Pani tych możliwości szperania w historii. Najbardziej urzekły mnie oczywiście księgi, podobne oglądałam w Sienie przy katedrze, są cudowne. Piękne zdjęcia, które świadczą o umiejętności patrzenia, cieszą nas czytających. No i ten wydźwięk miłości bliźniego. Dobrze wiedzieć, że w tamtych czasach byli też ludzie, którzy myśleli o innych i podziwiać ile poświęcali z siebie.
    Marysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich jak w Sienie,w Bibliotece Piccolominich to archiwum akurat nie ma. Wyjątkowo jedna karta w gablocie i dużo mniejsza strone w statucie. W liturgicznych księgach podziwamy głownie wykonanie, ale te z MIsericordii zachwycają treścią i obecnością śladów żywych ludzi.

      Usuń
    2. Ale za to w Sienie jest (dostępne!) Archivo di Stato, a w nim... można spędzic cały dzień i na koniec umrzec z zachwytu!

      serdeczności,

      Iwona

      Usuń
    3. Aż się boję pomyśleć, ile jest takich miejsc w samej Toskanii.

      Usuń
  3. To niesamowite móc 'dotknąć" historii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Matko, ale cuda. I te księgi tak można było gołymi rękami dotykać? Na kursie kaligrafii u Dominikanów to musieliśmy specjalne rękawiczki zakładać. To musi być niesamowite doznanie - czuć pod palcami wiekowy tusz... Niesamowita podróż w czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mmnie też to zadziwia, ale nie śmiem zwrócić im uwagi. Już kilka razy byłam świadkiem dotykania ksiąg bez rękawiczek. Tu chyba jest tak ogólnie. Widziałam kiedyś film o skanowaniu manuskryptów z Biblioteki Watykańskiej - to samo!

      Usuń
  5. Szkoda, ze Nie mozna poczuc zapachu przez komputer ... Ksiega z kluczami - cudo !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobrażasz sobie dorabianie kluczy? Do szafki 52 poproszę!

      Usuń
  6. Misericordia - czekałam na taki wpis. Kiedyś udało mi sie zobaczyć muzeum, zdaje sie niekoniecznie szeroko dostępne (wydake mi się, że niektóre Twoje zdjecia są z częsci muzealnej? bęben do losowania?). Weszłam i jeszcze w kaplicy dołączyłam do grupy Włochów (chyba wycieczka emerytów). Oprowadzali pani i pan, po włosku rzecz jasna, więc ja nie wszystko rozumiałam, a raczej niewiele rozumiałam, ale wszak oczy patrzeć mogły, a to najważniejsze. Podpisy i opisy też mogłam czytać, bo czytanie idzie mi lepiej. Dla mnie było to fascynujące przeżycie (oryginalne kule, ponoć z wczesnych czasów medycejskich! cos nawet głosowaliśmy...). Później, kiedy grupa sie rozpraszała, ja mogłam po angielsku dopytać przewodników o to i owo. Archiwum nam pokazano, ale bez prezentacji zawartości. Od tej wizyty zaczęła się moja miłość do misericordii - gdzie tylko jestem, szukam siedziby/kaplicy/kościoła, które najczęściej są jednocześnie małymi muzeami – w małych miejscowościach, gdzie tymi przybytkami opiekują się miejscowi pasjonaci, jest to szczególnie fascynujące. I zachwyca mnie ciągłość tej instytucji – chyba florencka jest najstarsza? Małgosiu - Ty podkreślasz, że nie jest to taka sama instytucja, bo oderwała się od Kościoła, w oparciu o który została stworzona i działała wieki. To prawda, ale ja widzę to tak, że kiedyś Kościół był obecny w każdym obszarze ludzkiego życia, nie tylko religijnego i osobistego, ale i społecznego, dziś jest inaczej – na dobre i na złe.
    Bardzo, bardzo interesujący wpis – w przeciwieństwie do muzeum, archiwum na zawsze pozostałoby zamknięte, gdyby nie Ty - próbki tkanin! A Księga kluczy mogłaby posłuzyć za materiał wyjściowy do powieści. Kłaniam się nisko

    Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misericordia z różnych miast już kilka razy przewinęła się przez blog, ale nigdy nie weszłam do tak cennego miejsca. Muzeum mam w planach, ale musi poczekać na długiej liście miejsce do zwiedzenia z całej Toskanii. Na szczęście mogę tworzyć tę listę :)

      Usuń
  7. A ja się za każdym razem zastanawiałam, czemu pod Duomo stoją karetki. Teraz wiem :)
    Z przymrużeniem oka: ale by im Pani zadała ćwieka zapisem do Misericordii, wyobraża sobie Pani ten łamaniec językowy przy odczytywaniu intencji?
    Pozdrawiam
    Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, dla samego mojego nazwiska - warto :)

      Usuń