środa, 30 września 2015

OŚLA NIEDZIELA

Od długiego czasu mam pewną wierną czytelniczkę. Komentujący i czytający komentarze znają ją pod pseudonimem Annamaria. Spotkałyśmy się już kiedyś osobiście. Pisujemy do siebie maile, więc niemal oczywiste było to, że jeśli Annamaria będzie w pobliżu, to się spotkamy. A że czas pozwolił...
Obydwie zasadzałyśmy się na pewną festę w Carmignano.
Zanim jednak dotarliśmy tam, trzeba było gdzieś zjeść.
Poszperałam po sieci, miałam kilka lokali na oku, wybrałam nietypowo. Nie restaurację, trattorię, osterię, pizzerię, a wine bar. Zdecydowało kilka atrakcji: położenie, wyczuwalna nawet ze zdjęć oryginalność miejsca (zwróćcie uwagę na stoliki zrobione z beczek), jedzenie z własnych produktów, vinsanto (!) i znajomo mi brzmiące nazwisko właścicieli.



Wspięliśmy się krętą drogą do Capezzany. Zawsze mnie zaskakują tamtejsze wzgórza, takie klasycznie pocztówkowe, które kojarzę z rejonem Chianti. Chociaż u ich podnóża ściele się Prato, wzrok może się oprzeć na gajach oliwnych i winnicach. Tak, tak - to bardzo renomowany okręg winny. Tak sobie owocuje w cieniu słynniejszych toskańskich winnic.
Bar, wbrew nazwie, nie oferuje jedynie zakąsek, ale i ciepłe potrawy. Mają do wyboru pierwsze i drugie dania - nieodgrzewane! Można zamówić deskę z przystawkami i jedno wybrane danie plus deser za piętnaście euro. Dla mnie ilość jedzenia idealna, ale większe żołądki nie powinny korzystać z oferty, tylko wybrać więcej z normalnego menu.
Doznania smakowe mieszały się z estetycznymi.
Przyznam się szczerze - na kelnerów to tam chyba robią castingi - wielką przyjemność sprawiało mi patrzenie na piękną i przystojną młodość. W dodatku bardzo uprzejmą, miłą i jakoś tak z oczu im inteligentnie patrzyło. Jak się okazało, faktycznie mieliśmy do czynienia ze studentami, albo laureatami (tak tutaj nazywają tych, którzy ukończyli naukę).
Wszystkie potrawy były najwyższej jakości. Smaczne, świeże, aż czuć było, że produkty nie jechały na miejsce pół świata. Zgodnie wybraliśmy deskę z przystawkami (chleb własnego wypieku), potem mięsne danie , a na koniec poezję.

Chciałabym lepiej posługiwać się polskim językiem i móc opisać lody na vinsanto. Oczywiście, vinsanto własnej produkcji - słynne na cały świat. Za niektóre roczniki zyskało tytuł najlepszego włoskiego wina deserowego (2008), czy nawet światowego (2002 - już nie do kupienia). Powiem tak: próbowałam wielu słodkich win, tak szlachetnego trunku nie pamiętam. Produkcja w jednym roku sięga tylko 6000 półlitrowych butelek, więc cena za jedną jest dość wysoka - 28 euro. Po zakończeniu posiłku z vinsanto (lody nie wystarczyły) jestem pełna zrozumienia dla ceny.
Zdecydowaliśmy się skorzystać z możliwości zwiedzania piwnic i nie tylko (koszt od osoby 15 euro).
Oprowadzał nas młody conte z rodu Contini Bonacossi, student architektury w Ferrarze (skąd pochodzi gąłąź Bonacossi), w niedzielę nie tylko przewodnik, ale i uprzejmy kelner. Kto pamięta, kiedy wspominałam owo nazwisko? O tym za chwilę.
Najpierw zajrzeliśmy do różanego ogrodu, obejrzeliśmy widoki z tarasu, przyjrzeliśmy się architekturze willi, przebudowanej na początku XVII wieku, lecz dokumentami zakorzenionej w średniowieczu.

Dom zamieszkiwany jest sezonowo przez rodzinę, a na parterze jeszcze dwa tygodnie temu mieszkała cały czas (teraz śp.) babcia naszego przewodnika. Młody przystojny conte jest piątym pokoleniem zajmującym Capezzanę. Jego dziadek wywalczył powrót do starej nominacji, nie chciał produkować pod obowiązującą wtedy nazwą Chianti. Dowiedzieliśmy się, że powierzchniowo ich farma jest jedną z największych tego typu we Włoszech. Wytwarzają (wszystko "bio") oliwę, oczywiście vinsanto, ale i inne wina, z których jedno towarzyszyło nam przy obiedzie (wyborne Ghiae della Furba), a trzy następne zostały podane podczas degustacji w ramach oprowadzania. Ale to na końcu.
Po obejrzeniu z zewnątrz, przyszedł czas na wnętrza. Willi nie widzieliśmy, co zrozumiałe. Na razie zejdźmy w dół.
Schodząc mijaliśmy mocno zakurzone butle - zapowiedź niezwykłej kolekcji. Contini Bonacossi są posiadaczami swoich win z bardzo starych roczników. Wszystkie wina nadają się do picia, dzięki temu, że każdego roku otwiera się butelki, sprawdza trunki i korkuje na nowo. Przy wielu szkłach widać doczepiony korek, którym pierwotnie zamknięto wino. Szukałam swojego rocznika, ale nie znalazłam. Może nie był dobry? Oczywiście, dla wina, bo ja nie narzekam :)
Najstarsze wino pochodzi z 1925. Ciekawostką jest wojenny rocznik.

Jak to możliwe, że udało się to wszystko przechować, że Niemcy nie zarekwirowali wina? Produkować można było, ale pić? Właściciele zamurowali jedną piwnicę i zrobili na murze sztuczną pleśń. Przechowali tam nie tylko cenne wina, lecz i, o wiele bardziej cenne, dzieła sztuki. W tym momencie opowieści zapaliła mi się lampka odblokowania pamięci. Oczywiście! Przecież pisałam kiedyś o kolekcji Contini Bonacossi znajdującej się w zasobach Ufizzi, czasami udostępnianej do zwiedzania. Teraz dopiero ciarki mi przeszły do plecach, gdy wyobraziłam sobie chociażby rzeźbę Berniniego zamurowaną w tej piwnicy.
Wielką przyjemność sprawia mi widok beczek, nie mam pojęcia, skąd takie umiłowanie do ich kształtu i drewnianego zapachu przemieszanego z winną wonią. Lubię ich owale, rytmy ustawione pod ścianą.

W piwnicach przechowuje się wino czerwone i różowe "Ruspo", zwane złodziejem.
Może zainteresuje Was, skąd takie określenie na różowe wino? Otóż za czasów pańszczyzny, chłopi oddawali zebrane wino, uprzednio lekko wycisnąwszy z gron sok. Tenże sok fermentowali, a że nie było w nim wiele barwnika pochodzącego ze skórki, wychodziło im różowe wino.
Mieliśmy szczęście zajrzeć do suszarni winogron znajdującej się w pomieszczeniach limonai. Nie zawsze jest otwarta. Byliśmy dwa tygodnie po winobraniu, wiele gron zachowało jeszcze swoją jędrność. Pierwszy raz widziałam tego typu wnętrze. Nie czuć w niej zupełnie winem, ani nawet winogronami. Trzy razy dziennie otwiera się w okna, a cały czas włączone są olbrzymie wentylatory, których jednostajny szum zakłócał ciszę schnięcia.

Nie będzie chyba niespodzianką, że zwiedzanie kończy się w vinsantai, czyli miejscu, gdzie dojrzewa vinsanto. Dużo mniejsze beczki, niż na wytrwane wina przechowuje się na poddaszach, gdzie podczas całego procesu trunek musi zaznać wszelkich warunków pogodowych, a zwłaszcza sezonowości. Jest to niezbędne, gdyż vinanto wymaga zatrzymań i wznowień fermentacji,  zależnych od temperatur danych pór roku.
Na ścianie honorowej zgormadzono wszystkie trofea otrzymane za produkty Capezzany. Nie zapomniano też o pewnym chłopie, który miał niebagatelny wkład w przepis i cały proces powstawania vinsanto.

Zwieńczaniem zwiedzania jest degustacja trzech win: różowego Vin Ruspo, i czerwonych Barco Reale di Carmignano oraz Villa di Capezzana. Z tych trzech najchętniej wróciłabym do ... obiadowego Ghiae oraz vinsanto.
I tu zakończę wpis, zupełnie nie wyjaśniając tytułu. Do następnego razu :)


9 komentarzy:

  1. szkoda, że zapachu (potraw, wina) nie można dołączyć do tych zdjęć, byłoby wyśmienicie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, to zapachy i smaki ubogacają każdą wyprawę.

      Usuń
  2. Kochana Malgosiu, czytam, wedruje z Toba, przedluzam nasza wyprawe. Robie notatki na nastepna wizyte. Kiedy - nie wiem?
    Ucalowa od Anionima "B".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś na pewno będzie, tylko się kuruj i postaw na nogi nieposłuszny organizm.

      Usuń
  3. !5 za danie, 15 za zwiedzanie piwnic, 28 za wino - to prawie tyle ile ja wydaję na jedzenia na miesiąc. Nie piszę z żalem ale z wdzięcznością, bo z radością zaglądam do Twojego bloga w którym pokazujesz i opisujesz smaki, widoki, zapachy które poruszają moją duszę i zapładniają moje marzenia, cóż z tego że nierealne. W wyobraźni wędruję razem z Tobą, wącham, smakuję, dotykam. Dziękuję Małgorzatko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że proporcjonalnie do zarobków wydajemy podobną kwotę, ale że siła nabywcza euro we Włoszech jest dużo większa niż złotówki w Polsce, to można sobie pozwolić i na takie dodatkowe przyjemności. Cieszę się, że nie jest to jednak powodem do zawiści :)

      Usuń
  4. Tęsknię za prawdziwym pysznym vinsanto - w Polsce się go nie spotyka; po dodaniu narzutu pośredników stawałoby się absurdalnie drogie. Niestety ono kosztowne być musi, bo robi się je z podsuszonych winogron, niemal rodzynek, w których soku już prawie nie ma - za to smaku i słońca jest kwintesencja :) Najtańsze, wspaniałe, kosztowało kilka lat temu 10,00 euro za 250 ml. Czyli mniej więcej cena pozostała podobna. W Wwie vinsanto za 45,00 zł w butelce 500 ml było okropnie cienkie... nigdy więcej nie kupię. Ale może uda się jakieś upolować w Toskanii?
    Pozdrawiam, A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w Capezzanie jest drogie, tak jak napisałam. Choć warte tych pieniędzy, oj, warte :) W pobliżu Pistoi, jadąc do mnie, jest świetna Fattoria Casalbosco, która produkuje wyśmienite wina, a w tym i bardzo dobre vinsanto - kosztuje 18 euro. Sprawdziłam online: http://www.fattoriacasalbosco.com

      Usuń
  5. Dziękuję! Bardzo cenna informacja :)

    OdpowiedzUsuń