środa, 23 września 2015

TOSKAŃSKA ANTOLOGIA

Antologia - dosłownie "zbiór kwiatów".
Myślę, że to odpowiednie określenie na toskański tydzień spędzony z moimi klientami.

Wczesną wiosną zgłosiła się do mnie B. z prośbą o przygotowanie wycieczki po Toskanii. Do przyjęcia tego swoistego zamówienia namówił mnie Krzysztof, o czym już poprzednio wspomniałam.
Odrzuciłam wiosenny termin, przeczuwając, że się nie wyrobię z przygotowaniem pobytu. Po drodze wszak miałam inne zajęcia. Druga propozycja terminu powstała z chęci zobaczenia winobrania.
Przyznam, że to była jedna z większych niewiadomych w planie, gdyż absolutnie niezależna ode mnie, a od pogody. Gdyby tylko lato było ciut chłodniejsze, gdyby spadły deszcze ... z winobrania nici. Nie muszę pisać, jaka była pogoda?

Pewnym i mocnym punktem było na pewno miejsce noclegowe.

Tu zdałam się na pomoc Joasi z VisiToscana. Określiłam jej zasięg terytorialny, w jakim chciałabym ulokować klientów i siebie (bo towarzyszyłam im od rana do wieczora). Trafione w dziesiątkę!

Obiekt fachowym okiem opisała Asia, więc odsyłam do jej wpisu.
Dodam tylko słów parę o kuchni, której zalet Joanna nie miała szans docenić. Myśmy jedli tam wszystkie śniadania i większość kolacji.  Śniadania są bardzo obfite - dla każdego coś dobrego. Nikt nie jest w stanie przejeść tego, co wjeżdża na stół. a tak się dzieje, gdy jest mniej gości i nie robią bufetu. Jeśli jest obłożenie powyżej 25 gości, właściciele ustawiają suto zastawiony bufetowy stół - na słodko i na słono.

A kolacje? Wyrafinowana kuchnia, niezwykle smaczna, wręcz wciągająca. Do tego przemiła obsługa. "Chcecie Państwo parmezanu do sosu?" Na odpowiedź "tak" sami posypywali nim potrawę, i wcale nie wynikało to ze skąpstwa.  Od razu zaproponowano, żebyśmy kupowali tylko dwa pełne menu i dzielili na czworo, dzięki czemu udało nam się niemal nic nie zostawiać na stole. Ciągle zachodzę w głowę, gdzie ci Włosi mieszczą wieczorne kolacje?
Od kolacji właśnie zaczęła się cała przygoda, po przywiezieniu moich klientów na miejsce.

Oto realizacja programu, z niezbędnymi korektami uwzględniającymi możliwości towarzystwa, o których wcześniej nie miałam pojęcia.

Toskańska Antologia Light:

1 dzień
Chianti ogólnie - czyli wędrujemy po czasami mocno bocznych drogach, na których raczej
sprawdziłby się mocny samochód terenowy.

Zaglądamy do Greve in Chianti, gdzie zjadamy obiad "U Giovanniego z Verazzano". Przebojem jest zjedzony przez T. gołąb z efektownie fikniętymi nóżkami.

Potem snujemy się po Montefioralle.

Na koniec zaglądamy do Pieve San Leonino koło Panzano.

2 dzień
Opis właściwie będzie krótki, w stosunku do tego, co zobaczyliśmy i, mimo że najdłużej przygotowywałam się do tego właśnie dnia.
Na początek sprawdziliśmy możliwości obronne Sieny w garnizonowym Monteriggioni.

A potem cały dzień spędziliśmy w mieście słynnych kontrad.

Najpierw Piazza il Campo, obowiązkowo z olbrzymią porcją lodów.
Obiad jemy w La Taverna di San Giuseppe. Nie wiem, czym bardziej się zachwycać: miejscem? jedzeniem? obsługą? Siedzieliśmy tuż przy zejściu do piwnicy wykutej przez Etrusków, bagatelka ponad 200 lat przed Chrystusem.

Z rozrzewnieniem będę wspominać wariacje na temat świeżych fig (z prosciutto, mozarellą i pancettą), mus groszkowo-ziemniaczany i cebulową zupę.
Po obiedzie dotarliśmy do katedry. Byliśmy w niej w czasie, gdy są odsłonięte posadzki, więc wcześniej przysiadłam i opracowałam sobie dokładnie każdą scenę, łącznie z mapką poszczególnych wyobrażeń. Oczywiście opowiedziałam też gościom o innych skarbach Duomo.

Zajrzeliśmy do krypty i baptysterium. Po spacerze uliczkami, odwiedzeniu sanktuarium postawionego na miejscu domu św. Katarzyny, rozczarowaniu remontem w San Domenico, zeszliśmy do średniowiecznego ujęcia wody, krystalicznie czystej, obecnie siedziby ryb.

Wjechaliśmy ruchomymi schodami, by znaleźć inny lokal (Osteria del Gusto) na kolację. Tym razem wystrój był nowoczesny, idealnie wpisany w moje zainteresowania kaligrafią i ogólnie pismem.

Na ścianach sentencje dotyczące Palio, a stoły zdobiły obrusy i serwetki z drukowanymi nazwami win z całego świata. Moi klienci poświęcili się i wycierali usta swoimi chusteczkami, bym chociaż serwetki miała na pamiątkę :) W pamięci pozostało nam nie tylko jedzenie, ale bardzo wdzięcznie kręcąca swoimi powabami kelnerka. Czysta radość i kobiecość :)
Kolacja w Sienie była niezbędna, gdyż czekaliśmy na pokaz "Divina Belezza". Dobrze było patrzeć na elewację Duomo o zachodzie słońca.

Divina Belezza to rodzaj kolażu zdjęć, obrazów, ich animacja w pigułce podająca historię Sieny. Film był wyświetlany w plenerze, na trzech ścianach nawy nigdy niedokończonej olbrzymiej katedry. Ciekawy, świetnie wykorzystujący archutekturę, na której był prezentowany, ale bez fajerwerków, których można było się spodziewać po zapowiedziach.
Mam jedynie utrwalone początkowe oświetlenie ścian, bo proszono, by podczas samej prezentacji nie robić zdjęć.


3 dzień
Prosto: San Gimignano razem z kolegiatą wewnątrz. Mam nadzieję, że udało mi się przekazać zachwyt freskami.

A potem Certaldo i wspomniany w poprzednim wpisie obiad "U Chichibio".
Nie mogło też zabraknąć strojnego cappucino w pobliskim barze.


Dzień wycieczkowy był planowo krótki, gdyż późnym popołudniem, na miejscu noclegu, była degustacja win, serów i octu balsamicznego. Większość barwnego monologu prowadzącego pana nie dotyczyła tylko degustacji, ale ogólnych informacji o winnicach, winach. Znowu się dowiedziałam czegoś nowego. Nauczyliśmy się, jak po kolorze, czy po sposobie ściekania wina na ściankach kieliszka rozpoznać cechy szlachetnego trunku.

Wina, jak wina, ale ocet balsamiczny zachwycił mnie aż po chęć zakupu. Piętnastoletni! Nigdy takiego nie smakowałam, a przecież staram się kupować i tak w miarę dobre octy.
Musiały mi się oczy mocno świecić, gdyż dostałam od B. butelkę w prezencie. Będę wydzielać po kropelce :)

4 dzień
B. chciała zrobić ukłon wobec swojej bratowej i poprosiła mnie o jakieś miejsce na shopping. Pojechaliśmy do miasteczka outletowego Valdichiana.
Zbliżała się pora obiadu, myślałam, że lepiej poszukać lokalu w planowanym następnie Lucignano, niż wśród outletów. Może się myliłam?
Zapytałam matki czekające na dzieci wychodzące ze szkoły, gdzie można dobrze zjeść w Lucignano. Powiedziały, że wszędzie. Myliły się.
Lokal "Le Botte", położony nieopodal za bramą wjazdową, był duszny, jakiś taki w niedobry sposób zatrzymany w czasie, jedzenie było poprawne, ale nic więcej.
Na szczęście, pocieszyło nas Lucignano.

Nie mogło być inaczej! Powoli wspinaliśmy się ku górze. Na jednej z okrężnie biegnących uliczek zobaczyłam kota. Zrobiłam mu zdjęcie, a potem na przyczepionej koło drzwi kartce doczytałam, że właściciele proszą o podesłanie zdjęcia do albumu. Z chęcią im wysłałam. Okazało się tylko, że sfotografowałam innego ich kota. Ale skąd mogłam wiedzieć? Przynajmniej mogę Wam zaprezentować Margot.

W Lucignano liczyliśmy bardzo na wizytę w muzeum i zobaczenie nadzwyczajnego relikwiarza. Nie udało się :(
Muzeum było czynne, ale sam obiekt pojechał na EXPO do Mediolanu. Buuuu...
Nie zrezygnowaliśmy z zajrzenia do wnętrza. Skromne, ale piękne zbiory. Nawet obraz Signorellego im się uchował.

Sala, w której zazwyczaj stoi relikwiarz zaspokoiła mój apetyt na freski i ... litery. Szaleństwo różnych napisów, sentencji, podpisów.

Jeśli zajrzycie kiedyś do muzeum w Lucignano, koniecznie wejdźcie do położonej na piętrze sali obrad i ślubów. To się dopiero nazywa sala reprezentacyjna!

Zdjęcie sferyczne do obejrzenia pod linkiem:
https://plus.google.com/u/0/photos/105907921258174380691/albums/6051013849912979409/6196955412365797378?pid=6196955412365797378&oid=105907921258174380691

Z ciekawości zajrzałam do dalszych pomieszczeń. W jednym były podobne stylistycznie freski, słabiej zachowane, ale poruszyły mnie mocniej, gdyż stanowiły tło dla zwyczajnego urzędniczego pokoju z okienkami do przyjmowania petentów.

5 dzień
Musiał zacząć się od konkretnego punktu. W poniedziałek, albo w piątek, między 9 a 12. Domyślacie się gdzie zawiozłam moich wycieczkowiczów?
Chiostro Torri. I więcej słów nie trzeba. Już dość o nim napisałam.

Chociaż...
Są zmiany.
Na kościele pojawił się krzyż - mieszkańcy skrzyknęli się i uzupełnili brak.
Niestety, pilnujący krużganka ogrodnik zmarł, a pan od książki słabo się czuł i został w domu. A tak liczyłam na ich spotkanie.
Z jednej strony żal, ale z drugiej ... Obecnie po chiostro oprowadza bardzo miły pasjonat, z chęcią odpowiadający na pytania. Obiecał mi, że da znać, gdy ukaże się profesjonalne opracowanie o tym miejscu (które przygotowuje pewien architekt). Liczę na to, że dotrzyma słowa.
Torri powaliło moje towarzystwo. Przyznam się, że miałam nadzieję na takie ich reakcje. Szaleli z aparatami.
Potem trasa wiodła nas ku Asciano, wybrałam ją specjalnie, by zaspokoić zapotrzebowanie na widoki zapierające dech w piersiach. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, by uwiecznić to, co człowiek może zrobić z krajobrazem. Przestrzeń, rytmy, wzory linii po ciągnikach, wszechobecne cyprysy, ziemia o kolorze kawy z mlekiem, owce, stare drewno wytrawione czasem. Proste elementy, a zarazem najwyższa rozkosz dla oczu.

W Asciano zrobiliśmy postój głównie na obiad. Wyszukany wcześniej lokal spełnił idealnie nasze oczekiwania. Ze spokojem mogę więc polecić "Ristorante La Mencia". a przepis na królika w kwiatach, zwłaszcza kopru włoskiego muszę rozgryźć. No, muszę :)

Jadąc dalej zatrzymaliśmy się przy kapliczce, w której ktoś zostawił płytę zatytułowaną "Religijne świadectwa".

Odtwarzacza nie było na miejscu, wzięłam ją z postanowieniem podrzucenia kiedyś z powrotem. To bardzo nieporadnie zrobiony film, z ręcznymi napisami niezdarnie sfotografowanymi, Informacje dotyczą jedynie odtwarzanych w tle utworów. Szkoda, bo wolałabym, by twórca składanki podpisał sfotografowane miejsca. Objechał całe terytorium Asciano i uwiecznił wszelkie struktury związane z religią. Niestety w filmie jest muzyka, do której ktoś rości sobie prawa autorskie, więc jeśli chcecie zobaczyć film, możecie to zrobić bez ścieżki dźwiękowej.
Ostatnim miejscem odwiedzonym tego dnia było Monte Oliveto Maggiore.

Idealnie nadał się mój wcześniejszy artykuł pt. "Renesansowy komiks".
Może komuś przyda się informacja, że osoby z trudnościami ruchowymi mogą podjechać spokojnie pod sam klasztor. Nie muszą pokonywać długiej drogi dzielącej bramę od reszty zabudowań.

6 dzień
Niestety, samoloty z Warszawy przylatują w niedzielę, co burzy sztywny system wynajmu od soboty do soboty. Musiałam to uwzględnić w planach, ale dzięki temu do barwnej antologii dołączyła i słynna Krzywa Wieża i inne piękności w okolicy.

Zatrzymaliśmy się w Casa di San Tommaso, bardzo blisko Placu Cudów. To XVIII wieczny gościniec z zachowanymi oryginalnymi detalami architektonicznymi. Położony jest już w strefie ograniczonego ruchu (ZTL), ale nie należy się obawiać mandatu po wkroczeniu do niej, gdyż obsługa powiadamia gminę o tym, że jest się ich gościem. Można też zaparkować pod samym hotelem za dodatkową opłatą wynoszącą jedynie 9 euro na dobę ("jedynie" - porównując z cenami zwyczajnych parkingów).
Po rozlokowaniu się poszliśmy na obiad.
Piza, jak już kiedyś wspominałam, jest nielada wyzwaniem kulinarnym. Przezornie zapytałam recepcjonistkę z Casa di San Tommaso o coś w miarę strawnego.
Zjedliśmy bardzo miło w lokalu, w którym największą chyba atrakcją jest odtworzona maszyna Leonardo da Vinci oraz makiety statków. Jedzenie dobre, w skali dziesięciostopniowej dałabym im 7 punktów, z akcentem na cytrynowy sorbet :)

Po obiedzie pojechaliśmy na krótki spacer nad morzem - wybrałam łatwo dostępny taras w Livorno.
A potem młyn pod Bibboną i drogę do Bolgheri. Niestety, ta druga nie miała dobrego światła.

Kolacja była straszliwą porażką. Nie dość, że miasto Piza postanowiło włączyć oświetlenie ulic dopiero o 22, co groziło połamaniem nóg, to jeszcze najbliższe nas miejsca wyszynku wołały o pomstę do nieba. Szczerze martwiłam się o niedzielny, pożegnalny obiad.
B. zniechęcona ciemnościami i okropnym jedzeniem wróciła już do pokoju, a reszta pospacerowała nocnie po Placu Cudów.

7 dzień
Niedziela przyniosła same dobre chwile. Była i Msza św. w katedrze z okazjonalnie (z racji trwającego festiwalu muzycznego) śpiewającym chórem.

Były ostatnie zakupy (torby, ach te torby, a wśród nich i jedna moja). Był i obiad przepyszny i to w lokalu o absolutnie rodzinnej atmosferze.
Na Osterię dei Tinti zdałam się intuicyjnie, wiedziona prostym, skromnym, żółtym szyldem. Właściwie prowadziłam biesiadników w inne polecone mi miejsce, lecz duch w narodzie spadał, głód z oczu wyzierał, a i pora odlotu się zbliżała. Zaryzykowałam i skręciłam w Vicolo dei Tinti, zajrzałam do pustego lokalu (było jeszcze bardzo wcześnie), gdzie przesympatyczny, puszysty kelner  zaprosił nas na posiłek. Siedliśmy na zewnątrz, omal nie pomyliwszy stolików z ulokowaną naprzeciw konkurencją. Gdy potem czytałam opinie ludzi o osterii (zwłaszcza tych włoskojęzycznych), większość podkreślała przypadkowość odkrycia miejsca i wielkie zaskoczenie pyszną kuchnią.

Właściwie wszystko było przebojem i owoce morza i wstążki ze szparagami w sosie cytrynowym, i czarne risotto z krewetkami i wędzona kaczka z owocami. Nie wspominając o deserze.
Powiedziałam i kelnerowi i potem, na życzenie, powtórzyłam to jego mamie w kuchni, że uratowali honor Pizy. Ależ się ucieszyli. Dodatkowo, zaskakująco, w stosunku do menu, ceny nie drenują kieszeni.

Idealne zakończenie na tydzień w Toskanii.
Jeszcze tylko pożegnanie na lotnisku. Ostatnie uśmiechy. Umawianie się na ciąg dalszy.

Bardzo ciekawe doświadczenie. Nie chciałabym pracować w turystyce, ale taka "przygoda" wydaje mi się do powtórzenia. Z jedną zmianą, na pewno nie powinnam prowadzić auta. Nie przewidziałam, że trudno być jednocześnie pilotem, rodzajem przewodnika, tłumaczem, towarzyszem i kierowcą. Na szczęście nie zdarzyła nam się żadna niemiła sytuacja na drodze, chwalono mnie za prowadzenie auta, ale to bardzo wyczerpywało. Wiem też teraz, jakie pytania powinnam zadawać przed zorganizowaniem pobytu. Po minach mojej grupki, po ich wypowiedziach, mogę napisać, że udało mi się pokazać im piękno Toskanii. Mam nadzieję, że będą to potwierdzać opowiadając bliskim o swoich wakacjach. A w zapamiętaniu całego pobytu ma pomóc nie tylko ten artykuł i album online, który im udostępniłam. Po każdym dniu dostawali kartki do przygotowanych przeze mnie teczek. Były to zazwyczaj wyciągi z bloga, bądź własne, jeszcze niepublikowane, opracowania danych miejsc. Wszystko opatrzone moimi rysunkami. Do każdego dnia była dołączona mapka, a na niej zaznaczone miejsca, które zwiedziliśmy.

Teraz mogę dodać do tego wirtualną foto mapę:


Kochani B., T. i A. z całego serca dziękuję za spędzony razem czas, za okazane mi zaufanie, za docenienie, za Wasze opowieści, za wszystko, czym mnie obdarowaliście.

14 komentarzy:

  1. Małgosiu jak muszą być zadowoleni Twoi "goście"! Gośćmi tak na prawdę nie byli, ale słowo klienci brzmi jakby nie na miejscu. dzięki nim ja też odbyłam te fascynującą podróż, do miejsc znanych i nie znanych. A potrawy wywoływały wspomnienia smaków i zapachów tak charakterystycznych dla toskańskiego nieba...Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mażenko, nie muszę już domniemywać, poniżej jest wpis B. Poza tym w mailach mam więcej dowodów na to, że udało się :) Słowo klient pomaga w koncentracji, by nie poluzować, by czuwać nad każdym punktem programu, ale, oczywiście, nie stracić atmosfery wakacji :)

      Usuń
  2. Droga Pani Małgorzato ... po raz kolejny serdecznie dziekuję za wpis na blogu. Dzięki "sponsorom" i Pani staraniom mogłam zapomnieć o szarej rzeczywistości i wrócić do Włoch. Nie zawsze mam czas aby pisać komentarze ale chciałabym poinformować, że czytam wszysko a zaległosci już dawno nadrobiłam. Ma Pani wyjątkowy dar ... proszę kontynuować swoją pracę ... a ja trzymam kciuki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Pani Bożeno, cieszę się, że znajduje tu Pani kolor i odkocznię . Proszę się nie przejmować brakiem komentarzy, będę pisać, takie zapewnienia tylko mnie w tym utwierdzają :) Dziękuję za komplement.

      Usuń
  3. Nie wiem, co napisać. Wspaniały plan pobytu. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starałam się, by była w tym jakaś logika, by te bardziej intensywne dni przeplatały się z lżejszymi. Wszyscy przeżyli! :)

      Usuń
    2. Fizycznie na pewno, emocjonalnie zapewne jeszcze nie wrócili do normy ;) Wspaniale, że można pozwolić sobie na takie wyprawy bez pędu wycieczkowego i tłumu popędzanego przez przewodnika wycieczku objazdowej. To są miejsca, które się kontempluje i w których trzeba zwyczajnie pobyć, a nie pstryknąć zdjćcie i gnać dalej. Super. Coraz bardziej jestem zachęcona do rodzinnej wyprawy doToskanii.

      Usuń
  4. Kochana Malgosiu, nie jestem takim sobie "anonimem" - to wlasnie B. we wlasnej osobie. Melduje sie po powrocie do domu, mojej slonecznej krainy. Podroz z Toba byla cudowna i polecam ja kazdemu. Nawet tym co znaja Toskanie! Zastanawiam sie, czy wogole to mozliwe. Sama bylam w tym cudownym zakatku pare razy ale za kazdy razem odkrywam nowe skarby, zakatki i cudenka.
    Narazie tylko pare slow, tak na kolanie. Powrot a raczej ladowanie mialam pelne strachu. Samolot krazyl nad lotniskiem przylotowym ponad godzine - brak widocznosci, mgla. Brakowalo, ze wrocimy do Warszawy. Strachu bylo troche ale wesola mlodziez polska po zakropieniu roznymi mocnymi truneczkami zagluszala wszystkie monitoringi pilota,ze nawet czlowiek nie mial strachu. Ot, mlodosc. Pilot zdecydowanie byl mniej zadowolony. Ot zycie!
    Jedno wiem, ze chce wracac do Romittorio...wspaniale sniadanka z widokiem na winnice...i glaskanko Dotto, ktorrego postrachem byl Tygrys.

    Dziekuje za wszystko. Duzo serdecznoscci i przyjazni dla "szefa".
    B z druzyna. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój Kochany Anonimie! Cieszę się, że napisałaś wnosząc tu ciepło i wrażenia z drugiej strony, chwalenie się przychodzi mi bardzo trudno, więc potwierdzenie z Twojej strony pomaga w obiektywizacji słów. Dotto hamującego przed Tygrysem nie zapomnę. Hamował jak Pluto z kreskówek :) Szef także pozdrawia :)

      Usuń
  5. Wspaniałe widoki, urocze stare mury, piękne zdjęcia i .. ta opowieść! To lubię.
    Dziękuję, że mogłam tam być poprzez bloga.
    Niestety w tym roku nie mam szans na odkrywanie fresków w Pistoi. :)
    Pozdrawiam
    Jagoda z Lublina

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniała opowieść na zakończenie niedzieli. Jak to dobrze, że znów tu zajrzałam po długiej nieobecności i okazało się znowu, że nadal Pani Małgosia pisze "pysznie", malowniczo, a zdjęcia pozwalają poczuć ukochane włoskie klimaty. Na termometrze u nas w Polsce coraz mniej kresek, choć słońce trochę świeciło, to jednak zaczynam tęsknić to wakacyjnych wędrówek po Italii. Dziękuję, że mogłam tak się poczuć, czytając tan opis.

    Małgosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Staram się nie odpuścić pisania, choć jest to bardzo trudne przy wielu innych projektach, które wykonuję. Pozdrawiam dzisiaj mocno wietrznie i pochmurno.

      Usuń