sobota, 14 lipca 2007

MÓW MI PERPETUA

Z samego rana byliśmy w biurze prawnym zajmującym sie pracą, by podpisać umowę o pracę, z tym pojechaliśmy zgłosić tenże fakt do urzędu pracy. I niewiele więcej udało się zrobić a już trzeba było jechać pod bramkę przy autostradzie. W na wpół odświeżoną kuchnię weszli mi goście. Dorotka z Żórawicy (moja koleżanka ze studiów podyplomowych) z jej koleżankami. Było przesympatycznie. Uwielbiam takich gości, co to chłoną wszystko, co im się pokaże. Czują cuda Toskanii. Najpierw zabrałam je na lody (podane na ananasie) do Montecatini Alto.
 
Trochę połaziłyśmy, pośmiałyśmy się, czym wkurzyłyśmy jakiegoś dziadka, bo za głośno się zachowywałyśmy a była już święta siesta. Lody zjadłyśmy na tarasie z uroczym widokiem na wzgórza pełne oliwek i winnic.
     
     


Obiad w domu. Przygotowałam sos pomidorowo-oliwkowy, do tego oczywiście pasta (makaron) no i świeża bazylia z parmezanem. Potem zaczęliśmy się raczyć przepysznymi trunkami. Do obiadu było wino podarowane przez kobietki, po obiedzie na deser słodkie, smakowite sycilijskie Grecale. A potem co kto chciał, czyli limoncello, albo creme di limoncetta (taki mleczny likier na bazie limoncello), albo rosolio przygotowane według pilnie strzeżonej przez mniszki receptury (coś różanego chyba z goździkami i cynamonem, ale tylko chyba). Potem trzy baby wraz z Krzysiem udały się do oratorium Aietta, a ja w tym czasie trochę ogarnęłam dom. A wieczorkiem wybyliśmy połazić po Pistoi. Niestety to nie ten klimat, bo akurat trwa coroczny Międzynarodowy Festiwal Bluesowy i pełno w mieście kramów z niezbyt regionalnymi wyrobami, królują trendy Afrykańskie, koraliczki, biżuteria, ciuchy bardziej hippisowskie. Wszystko poprzetykane wyszynkiem (ze smakowicie pachnąca porchettą) i ludźmi "pokrętnego" widoku. Wykończeni dotarliśmy do domu, ale dziewczyny jeszcze poszły na pobliski cmentarz, by zobaczyć jego niezywkłą odmienność od polskich cmentarzy. Niezwykłość (oprócz ściennych pochówków trumiennych) obrazuje np. ten oto nagrobek młodego chłopaka:

Późnym wieczorem jeszcze z Krzysiem szykowaliśmy kuchnię.
Poranek znacznie spokojniejszy. Zaczęłam od upieczenia chleba cebulowego. Krzysztof miał do odprawienia uroczystości pogrzebowe, więc znowu zajęlam się włączeniem dzwonów. W tym czasie miło sobie gadałyśmy z babami.
Irena pokazała swój rysunek wykonany pod wpływem zauroczenia oknami w pracowni. Oto on:


Potem pożegnanie. Odprowadziliśmy ich na wyjazd do Empoli, gdyż tam i jeszcze dalej do Montaione jechały na tydzień w Toskanii. Wynajęły jakiś domek i bedą się raczyć Italią w najlepszym wydaniu.

środa, 11 lipca 2007

REGULACJE PRAWNE

Wizyta w biurze hmm jakim?? podawczym, rachunkowym?? Nie mam pojęcia czym się zajmują i Krzysztof też nie. Ale obsługują chyba w jakiejś dziedzinie diecezję i mają nam pomóc skonstruować umowę o pracę dla mnie. Już na dzień dzisiejszy poszła sprawa do przodu. Oczywiście ubaw, bo najpierw niemal otwarcie mówią ci, jak ominąć płacenie podatków, ubezpieczenia itp. Dopiero na wyraźne życzenie, że chcemy, by wszystko było legalne, powiedziano jak to załatwić, z minimalną nawet składką emerytalną. Potem byliśmy w urzędzie, skarbowym? Znowu nie wiem, ale tam przydziela się codice fiscale, czyli właśnie jakiś taki numer identyfikacji płatnika. Z tym, że zauważyłam, że tutaj częściej żąda się tego numeru, jest więc to utrwalone  na czymś  w rodzaju plastikowej karty. Ostatnio np. Krzysiek pokazywał swój codice, gdy załatwiał dla mnie abonament telefoniczny. 
Podobało mi się w urzędzie, zero nerwów, bierzesz numerek kolejki, siadasz wygodnie i czekasz, nawet niezbyt długo, i masz to, co chciałeś załatwić. Na razie dostałam oficjalne potwierdzenie przyznania tego numeru a pocztą, za około miesiąc, przyjdzie karta z kodem.
Do tego czasu mogę operować pisemnym zaświadczeniem, a jest ono potrzebne do zwarcia umowy o pracę, do residency czyli meldunku itp. 
Zakupy w sklepie kurialnym - hostie, świece wotywne i ubranka do chrztu. Okazuje się, że we Włoszech to nie chrzestny kupuje ubranko, tylko parafia, w której jest chrzczone dziecko. W sprzedaży też, o zgrozo! elektroniczny różaniec. Świat się kończy, ale moze to zachęta dla młodych, bo nie widzę żądnej babci, która zechciałaby zrozumieć tę okropną formę.
Potem szybki  obiad dla mnie samej, bo Krzysztof był u Fiorelli, starszej pani, która wstydziła się mnie zaprosić. Wzruszające, gdy usłyszała, że piekę sama chleb, dała mi kilogram mąki. Po obiedzie pojechaliśmy do Montecatini. Pogadaliśmy ze sprzedawcą aut. Corsę trzeba jednak będzie zawieźć do Polski, a tu na miejscu spokojnie poszukamy czegoś innego. 
Następnie zakupy spożywcze i takie różne. W sieci "coop" opłaca się kupić kartę klienta, mają duże zniżki promocyjne. Znowu więc było potrzebne codice fiscale. Trudność pojawiła się oprzy określaniu zawodu Krzyśka. Okazało się, że ich lista nie przewidywała zawodu księdza, został więc nauczycielem, jak by nie było, coś w tym jest... 

wtorek, 10 lipca 2007

POWOLI

Mało obfitujący w wydarzenia dzień, za to mocno do przodu lifting szafek. Zrobiłam pseudomarmurki i dokleiłam motywy z podcieniowaniem. Jutro retusze i pierwszy lakier. Jutro też wizyta u radcy prawnego w sprawie mojej umowy o pracę, spotkanie ze sprzedawcą samochodów w Montecatini, Krzysztof obiad u Fiorelli, ja mam wolne 

niedziela, 8 lipca 2007

POPADAM W ZACHWYT

SOBOTA
Dzień wytężonej pracy Krzysztofa - trzy msze! Ale rankiem jeszcze jakieś zakupy do domu. Zajrzeliśmy też do sklepu z używanymi rzeczami, ależ bajeczka niektóre meble i przedmioty! Podobno w następnym tygodniu będą mieli poważne zniżki, może byśmy nawet na coś się skusili? Obok sklep w stylu naszych wiejskich GS-ów w starym stylu, mydło i powidło; ale jakże drogocenna kosa! Przy okazji używając trzech języków pomogliśmy jakiejś cudzoziemce zakupić drut. Ona mówiła mi po angielsku, ja tłumaczyłam na polski Krzysiowi  a on sprzedawcy na włoski. Pani wyszła ze sklepu wniebowzięta, że uda jej się coś tam naprawić.

Po obiedzie wzięłam się dalej za szafki i półki, ale nie mogłam też oprzeć się robieniu zdjęć. Ciągle wydaje mi się to cudem, że za oknem mojej pracowni mam tak:
    
Tutaj pojawił się problem: myć okna, czy nie myć? Oto jest pytanie! Pierwsze zdjęcie zostało zrobione przez umyte okno, następne...
Problemy fotograficzne w pracowni mnożyły się wczoraj namiętnie. Jak sfotografować Druzo? Cały czarny łepek, zero kontrastu. I do tego te oczy! Przedstawiam Wam niedoszłego samobójcę:

Gdy śpi chrapie niemożebnie, ale lubi też mieć wgląd we wszystko, co się dzieje, w przeciwieństwie do kolegi Bojanglesa, którego nic nie rusza oprócz wielkich przestrzeni umożliwiających mu bieg z prędkością do 60 km/h.
Wieczorem pojechałam z Krzysztofem na mszę do mniszek z odległego o kilkanaście kilometrów Casore del Monte. Widoki!!! Ponad 500 m.n.p.m. Temperatury odmienne, niż tu na dole. Bardziej fresco. I swoisty folklor. Cztery stareńkawe mniszki w domu przystosowanym na miejsce ich zakonnego przemieszkiwania. Kiedyś były władczyniami wielkiego klasztoru Giaccherino, o którym już wspominałam. Kiedyś przyjmowały wielu pielgrzymów. A teraz samiutkie, oddalone od cywilizacji. Nam się wydaje to miejsce bajkowym, im nie. Wśród nich jedna mniszka, która wniosła jakiś olbrzymi posag i swoją osobą przypomina podziały klasztorne z dawnych czasów, na siostry służebne i siostry z chóru. Ta na pewno służebna nie jest! Nawet gdy jej się zrobiło chłodno, inna poszła dla niej po szaliczek. Sama nie ruszyła swojej skądinąd ciężkiej postury. 
A po powrocie jeszcze na nas czekała jedna przyjemność, ale najpierw zagadka CO TO JEST?
Zgadza się, to pomidory z mozarellą, które zostały nam przyniesione z imprezy chrzcielnej. Co my z tym zrobimy? Tego się nie da zamrozić, co zrobiłam z domowej roboty prosciutto, salami i niektórymi ciastami od parafianki. szkoda, że najbliżsi goście w piątek, instalacja w chlebie poprzetykana liśćmi laurowymi byłaby jak znalazł!
NIEDZIELA:
Popołudniowa wycieczka do Florencji. Bez aparatu fotograficznego, bez przewodników. Obiad u Leonardo - tanio i smacznie, i z Duomo w tle. Na Piazza della Signoria usiedliśmy pod Loggią Lanzi, żeby posłuchać gry na giatrze w wykonaniu Piotra Tomaszewskiego. Widzę go we Florencji już od paru lat. Chyba ma się nieźle. Kiedyś grał na Piazza Republica a teraz pod Ufizzi, można by to nazwać awansem, myślę. W rytm muzyki mały szkic widoku przede mną.
Potem uśmialiśmy się, ja do łez, oglądając wyczyny też już wcześniej wydywanego tam mima. Chłopak ogrywa przechodzących ludzi, kieruje pozornie ruchem, straszy, dotyka, całuje wcierając się swoim makijażem w twarze turystów.
Na koniec spacer na Ponte Vecchio, lody, księgarnie i do pociągu. W pociągu dziwna Polka, która gdy tylko usłyszała, że jesteśmy krajanami bezpardonowo zaczęła walić nam per "ty" i mówić, gdzie pracuje, wypytywać, gdzie my pracujemy. Krzyś nie rwał się do rozmowy i dobrze, bo widać Pani niezbyt interesująca. W końcu po poinformowaniu nas, że zarabia 1000 €, mieszka dalej, ma koleżankę jeszcze dalej, a w pociagu po ruszeniu będzie chłodniej uff! zamilkła.

piątek, 6 lipca 2007

UPOWSZEDNIANIE

Wczoraj ciąg dalszy sprzątania pracowni. Chcę ją jako tako odgruzować, żeby zrobić w niej mały lifting obrzydliwych szafek z kuchni. Podłoga więc już nie ma śladów puszczyka. Teraz wypowiedziałam wojnę mrówkom. Przy okazji matowiłam szafki, czym omal nie zabiłam psa. Mniejszy - Druzo - czarny mops, gdy usłyszał dźwięk szliferki wskoczył jak opętany na niski parapet okienny, przelazł przez okno i szykowal się do skoku w dół. Z drugiego piętra! Tak się zdenerwowałam, że opadłam z sił i już niewiele więcej zrobiłam. Psiunia bardzo boi się wszelkiego hałasu. Cykor jeden!
Dzisiaj nie zabrałam się jeszcze za pracę, bo jedziemy oglądać auta wystawione na licytację. Może znajdziemy godnego następcę corsy, byle miał klimę. 
Jak dotąd nie ma wielkich upałow, jak na tę porę roku, jest chłodno - 25 stopni 
Dla mnie pogoda idealna. Jednak bez złudzeń, przyjdzie jeszcze 37 stopni Celsjusza  
Wczoraj i dziś przez dwie godziny wysyłałam sms informujące o zmianie numeru telefonicznego. Jeśli kogoś pominęłam, proszę o maila, to podam.
PARĘ GODZIN PÓŹNIEJ
Auto nie zostało zakupione, być może rzeczywiście była to okazja, ale powinno sie mieć inny charakter i wrażliwość, by dokonać zakupu na takiej licytacji. Pełno szemranych ludzi, jacyś handlarze, Chińczycy, Cyganie, a człowiek sam bidula nie zna się, czy dane auto w ogóle będzie jeździć. Trzeba by było z mechanikiem osobistym zajechać.
Potem trochę podciągnęłam malowanie szafek. Przygotowuję im tło do wyklejania. Jakiś decupażyk zrobię. Zaczęłam też wycinać motywy, ale nie wiem jeszcze, które wykorzystam. Dopiero, gdy ułożę, będę wiedziała, że to te.
I tak mi głupio pisać, ale tu pogoda śliczna,w pracowni nawet już było za duszno i włączyliśmy klimę, a w Polsce wiem, że najlepiej to włączyć ogrzewanie.

środa, 4 lipca 2007

IL FUNERALE

Właśnie trwa Msza pogrzebowa, więc staram się niewiele poruszać po mieszkaniu. Mogę za to dowoli sprzątać pracownię, ale liturgia ma się ku końcowi  a ja mam wlączyć dzwony pogrzebowe na wyjście, więc czuwam. Podglądałam przez tajne okienko, jak lutowali trumnę. W Polsce tego w ogóle się nie spotyka, bo tutaj trumny chowa się w ścianach, tzw. forni (piece) albo colombarie (gołębniki). Trumna musi być więc hermetycznie zamknięta. Robi to niesamowite wrażenie. Wewnątrz drewnianej trumny jest wyściółka z cienkiej blachy, i zanim położy się wieko, nakłada się taką dosyć prostą blachę i dokładnie lutuje. Potem dopiero wieko drewniane, śruby montowane wkrętarką. Wszystko to na oczach już przybyłych żałobników. Strano! Ale zazwyczaj robi się to w domach zmarłych, albo w kaplicach, gdzie trzymają zwłoki. Tym razem zmarły człowiek mieszkał w tak malusim domku, że by nie wynieśli go w trumnie. Mieli tylko takie miękkie nosze, którymi dotarli do trumny na zewnątrz. Wydawało się, że mało delikatnie wyjmowali te nosze spod ciała zmarłego, ale wzruszył mnie widok pracownika Misericordii (przedsiębiorstwa zajmującego sie m.in pochówkami), który potem poprawiał ubranie na zamrłym, jak by to do czegokolwiek było jeszcze potrzebne, naciągnął koszulę, wyprostował krawat, ułożył nogawki. A na końcu zalutowali trumnę gazową lutownicą i nikt efektu tego gestu nie mógł już zobaczyć.

poniedziałek, 2 lipca 2007

PRZYWITANIE Z PARAFIĄ

Wczoraj:
Przywitanie z parafianami. Oklaski na Mszy na moją marną włoszczyznę. Serdeczne przywitania.
Pierwsza wycieczka. Pojechaliśmy w ciemno do Monsumano Alto. Na bardzo wysokim wzgórzu położone ruiny zamku oraz stary kościółek średniowieczny, jeden dom mieszkalny i jedna knajpka La Foresteria z widokiem na całą okolicę. Trzeba będzie kiedyś wybrać się tam na jakiś posiłek. Teraz byli zajęci przygotowaniami na przyjęcie weselne. Posiedziałam, poszkicowałam.

Wieczorem  Giaccherino i kolacja u Marzeny i Tomka w przecudnym wirydarzu.
Dzisiaj:
Zakupów ciąg dalszy. Jakaś gazetka z papierami do decu. Telefon komórkowy, z powodu awarii systemu do odebrania później, stolik pod mój komputer. Może dziś wieczorem będę już pisać z własnego kompa, byle się udało kupić jakąś kartę do kompa na wi-fi. Miły telefon od Filipa z Irlandii.